Żelazny Tron, czyli „Gra o tron”, sezon 8, odcinek 6


W życiu fanki zdarzają się ciężkie chwile. Pewnego razu zrywasz się skoro świt, żeby obejrzeć finał najpopularniejszego, a może i najważniejszego serialu ostatniej dekady, a gdy po ekranie pomykają napisy końcowe, orientujesz się, że czujesz… ulgę. Że to już koniec. Więcej nie będzie. Najgorsze za nami! Bo jeszcze jeden taki sezon i pozostałoby tylko rzucić całą Martinowską sagę na pożarcie swojemu wilkorowi.


Tekst zawiera spoilery.

Wszyscy wiedzieliśmy, że nie uda się nakręcić takiego finału „Gry o tron”, który zadowoli wszystkich. Ale żeby nie ucieszył nikogo — to ci dopiero! Zanim o samej fabule, muszę napisać, że choć rozumiem, że panowie D. i D. chcieli osobiście postawić kropkę nad i, to żałuję, że nie zaproszono do współpracy reżysera z nieco większą wyobraźnią i subtelniejszą ręką. Poza paroma fajnymi kadrami — spotkanie Jona i Drogona przed wejściem do Warowni Maegora czy ta chwila, gdy Dance „wyrastają” smocze skrzydła — ten potencjalnie najbardziej ekscytujący odcinek w historii serialu pod względem realizacji jest taki… taki żaden. Przez pierwsze pół godziny twórcy jakby uparli się udowodnić, że w człowieku przechodzącym załamanie nerwowe najciekawsze i najbardziej dramatyczne są plecy. Inne pomysły na budowanie atmosfery grozy, druzgoczącej klęski i braku nadziei obejmują pokazywanie postaci symbolicznie znikających w mroku i równie symbolicznie się z niego wyłaniających, w ostateczności wałęsających się smętnie po dymiącym gruzowisku. W dobrym filmie takie sceny nie tylko budowałyby nastrój, ale i dawały chwilę na oddech i refleksję, tutaj jednak głównie zastępują fabułę i… nudzą. To doprawdy zbrodnia — że finał „Gry o tron”, serialu, który wsławił się śmiercią głównego bohatera w pierwszym sezonie, jest po prostu… nudny!

I składa się z dwóch części, które prawdopodobnie robiłyby większe wrażenie jako osobne odcinki. W pierwszej zajmuje nas — poza kontemplacją pleców — zaskakująco kameralny dramat pomiędzy Tyrionem, Daenerys a Jonem, rozgrywany wśród śniegu i popiołu, w nieco zwolnionym tempie, co przydaje wydarzeniom patosu (jakby jeszcze było go mało). Okropne, że z tego obiecującego tercetu najsłabiej wypada nasza smocza królowa, która po przejściu na ciemną stronę mocy przestała twórców interesować jako postać, zupełnie jak kiedyś Cersei. Tydzień temu dawało się jeszcze dostrzec w niej bohaterkę tragiczną, teraz zaś nawołuje do wojny totalnej i przejawia coś, czego już chyba nie da się określić inaczej niż urojeniami wielkościowymi i posłanniczymi, i to w scenerii przywołującej dobrze zakorzenione w naszej kulturze wyobrażenia na temat totalitaryzmu (fanatycznie oddane wojska ustawione w karne szeregi, wódz przemawiający z wysoka, wielkie flagi, zresztą sami wiecie). Cóż, być może kiedyś kino popularne spojrzy z odrobiną sympatii na amatorów radykalnej zmiany społecznej, ale najwyraźniej jeszcze nie teraz.

fot. HBO / Fanpop [*]
Z taką Daenerys trudno już empatyzować, ba, scenarzyści nie dają nam jej nawet wysłuchać. Jej historię, a raczej jej wygodną interpretację, wykłada nam Tyrion, stawiając w niekorzystnym świetle jej wcześniejsze czyny: zdradę astaporskich handlarzy niewolników, ukrzyżowanie panów z Meereen, spalenie przetrzymujących ją khalów. To działania równie problematyczne, jak wszystkie sytuacje, w których przemoc próbuje się zwalczać przemocą i w których dobre intencje sprawiają, że posuwamy się być może za daleko. Niemniej jednak interpretacja przekazana nam przez twórców za pośrednictwem Krasnala, wedle której wymienione wyżej czyny miałyby być dowodem na tyrańskie zapędy smoczej królowej i wstępem do sfajczenia Królewskiej Przystani, jest… no, co najmniej tak samo kłopotliwa. Nie mówię, że nie ma nic na rzeczy, tylko że nie da się przekonująco nakreślić aż tak bezpośredniego związku pomiędzy obalaniem handlarzy niewolników a rzezią setek tysięcy niewinnych ludzi. Na pewno nie wtedy, gdy przez poprzednie siedem sezonów pokazywało się wszystkie te niejednoznaczne działania bohaterki jako triumfy i dowody heroizmu. Za kręćka Targaryenki, rzekomego lub nie, winię bardziej wszystkie te zdrady, stratę bliskich i osamotnienie — straszne doświadczenia, które nawet Wyzwolicielce z Okowów mogą narobić bałaganu w duszy. Ale o tym w odcinku cicho sza. Słowa Tyriona są jedyną interpretacją działań i obecnego stanu psychicznego Dany, jaką słyszymy, a sama królowa popiołów nic nam już nie powie, albowiem zmienia się w finale w karykaturalną łotrzycę, której argumentów, emocji i — co najważniejsze — planów politycznych nie trzeba, a nawet nie można już brać na poważnie. Bardzo żałuję, że twórcy tak nonszalancko obeszli się z tą cudną przecież postacią i dopisali kolejny rozdział w tej wielkiej księdze o kobietach u władzy, które stereotypowo okazują się niezrównoważone i niegodne zaufania.

Niestety to wszystko zubaża dramat, który słusznie lub nie stanowi serce tego odcinka, czyli Jonowe rozdarcie pomiędzy miłością a obowiązkiem. Ten konflikt, tragiczny w założeniach, na ekranie wypada blado, i to z więcej niż jednego powodu. Po pierwsze, całkowity upadek Daenerys sprawia, że nie ma tu mowy o konflikcie równorzędnych racji, więc bardzo szybko zajmujemy stanowisko i hamletyzujący Jon bardziej irytuje, niż wzrusza. Po drugie, twórcom przez dwa sezony nie udało się nas porządnie zaangażować emocjonalnie w związek tej pary — zawinił brak chemii między aktorami, ale też zaniedbania w scenariuszu, przez które nigdy naprawdę nie zobaczyliśmy, czy łączy ich coś poza widzimisię twórców, i nie mieliśmy szans im kibicować. Nie będę ściemniać, że scena morderstwa w przysypanej śniegiem sali tronowej nie chwyciła mnie za moje czarne serce — nawet panowie D. i D. nie zdołaliby wymazać ośmiu lat spędzonych z Danką na drodze do domu. Ma jednak posmak jakiegoś wysilonego melodramatu, z tym ostatnim pocałunkiem, z tym przebitym sercem, z tym martwym ciałem ukochanej na kolanach zabójcy, z tą wzbierającą gwałtownie muzyką. No i ten Drogon, co to znowu zachowuje się bardziej jak kochające, nadzwyczaj rozgarnięte psisko niż jak bestia z piekła rodem i zabiera ciało mamuśki do zaświatów, puściwszy wpierw z dymem to przebrzydłe krzesło w akcie symbolicznej zemsty. Ależ uduchowione te nasze smoki.

Abstrahując od jej mało przekonującego fiksum-dyrdum, śmierć Daenerys u stóp przysypanego śniegiem Żelaznego Tronu to ładny, symboliczny koniec jej drogi od zastraszonej księżniczki na wygnaniu do królowej popiołów. Czy to równie zacny moment dla Jona? I tak, i nie. Tak, bo odwołuje się do tego samego konfliktu między miłością a powinnością, który prześladował go całe życie (pamiętacie Ygritte?). Nie, bo w tym teście nasz ulubiony bękart nieodmiennie wybiera odpowiedź B), przez co mam wrażenie, że jako jedyny w „Grze o tron” nie przeszedł żadnej przemiany i pozostał wierną kopią Neda Starka. Co powinno skończyć się znacznie bardziej tragicznie, gdyby tylko scenarzyści trzymali się zasad ustanowionych w pierwszym sezonie i potem, podczas Krwawych Godów (pamiętacie Robba? też był kopią Neda). Tak zupełnie na marginesie zaznaczę, że mnie trudno dostrzec bohatera w kimś, kto nie potrafi przyznać, że sam się przyczynił do bzika swojej dziewczyny i że za jego rzekomy honor i niezachwianą lojalność zapłacili życiem mieszkańcy Królewskiej Przystani.

fot. HBO / Fanpop [*]
Zagadka dla Was, moi mili. Jesteście scenarzystami serialu, który zawdzięcza sukces brutalnemu realizmowi i odwadze w pokazywaniu konsekwencji działań bohaterów. Co robicie, kiedy jedna z najważniejszych postaci właśnie zabiła drugą? Bo ja proponuję… cięcie i przeskok czasu! Może być o kilka dni, tygodni, miesięcy lub lat (w „Grze o tron” już dawno nikt tego nie liczy). Smoka z rzędem temu, kto mi powie, dlaczego twórcy zdecydowali się właśnie na taki łatwy wybieg. Chyba po to, żeby nie wyjaśnić, jakim cudem Jon, Tyrion, Arya i armie Północy przetrwali furię Szarego Robaka, którego Nieskalani byli w chwili śmierci Danki jedyną liczącą się siłą w regionie i raz-dwa wymierzyliby sprawiedliwość zabójcy królowej, gdyby tylko serial dawno nie pożegnał się czule z pojęciem prawdopodobieństwa. Dodajcie do tego zmartwychwstałych Dothraków, którzy dziarsko spacerują po porcie w Królewskiej Przystani, zamiast grabić i mordować, a wyjdzie, że śmierć smoczej królowej nikogo tak naprawdę nie obeszła, nawet jej najwierniejszych wojsk.

Druga połowa odcinka zaczyna się wraz z wprowadzeniem Tyriona do Smoczej Jamy, gdzie odbywa się… Chciałabym napisać: „narada mająca zdecydować o przyszłości Westeros”, ale boję się, że ci z Was, którzy nie widzieli odcinka, wyobrażą sobie coś adekwatnie epickiego. Liczne delegacje ze wszystkich Siedmiu Królestw, parady wojsk, odświętne dekoracje, sekretne polityczne targi, te sprawy. A tu klops! Po tej całej awanturze o brzydkie krzesło porządek w Westeros zaprowadza rada złożona w połowie z ludzi, których widzimy pierwszy raz w życiu, a w połowie z ludzi, których nikt nie powinien był na nią wpuścić (Brienne, wszyscy cię kochamy, ale nie decyduj więcej o losach świata). Przebieg negocjacji — jeśli w ogóle można tak powiedzieć — jest równie kuriozalny: Davos proponuje ziemię i możliwość założenia własnego rodu eunuchom, Sansa deklaruje niepodległość Północy, jakby nie chodziło o połowę kraju, Tyrion zostaje ukarany spełnieniem swojego największego marzenia, a jako więzień przyprowadzony (chyba) na sąd projektuje wszystkim nowy ustrój polityczny i za największe zalety nowego, elekcyjnego króla uznaje niezainteresowanie władzą oraz brak możliwości spłodzenia potomka... a Gryzipiór niniejszym uprzejmie prosi scenarzystów „Gry o tron”, żeby spadali na drzewo banany prostować.

Przede wszystkim nie mogę zrozumieć ich intencji. Czy to miało być szczęśliwe zakończenie? Zapowiedź lepszego, sprawiedliwszego świata? Jeśli tak, to ekipie odpowiedzialnej za ten serial przydałyby się korki nie tylko z historii wojskowości, ale i z historii politycznej. Monarchia elekcyjna nie jest odpowiedzią na wojny i liczne bolączki Westeros, nie ma też nic wspólnego z „roztrzaskaniem koła”, o które walczyła Daenerys i na które za pośrednictwem Tyriona powołują się twórcy w scenie narady. Oczywiście naiwnie byłoby wierzyć, że przedstawiciele wielkich rodów z własnej woli powołają jakąś monarchię parlamentarną, nie wspominając o demokracji (którą zupełnie odczapiście proponuje im Sam). Ale dlaczego korektę ustroju na taki, który co najwyżej pogłębi problemy Westeros, pokazują nam panowie D. i D. jak bez mała nadejście nowego wspaniałego świata? To po to przez sześć lat oglądaliśmy Daenerys wyzwalającą ludzi z kajdanów, a w zeszłym tygodniu przez godzinę patrzyliśmy na cierpienie mieszkańców Królewskiej Przystani, żeby teraz uwierzyć, że możni i uprzywilejowani uczynią ten świat lepszym dla wszystkich? Kurza melodia, nie przekonacie mnie, że Sansy, Aryi, Tyriona, Davosa, Brienne czy Gendry’ego — bohaterów, którzy tyle wycierpieli od feudalnego, patriarchalnego Westeros, że mają wszelkie powody, by głęboko go reformować — nie stać by było na wymyślenie niczego lepszego, gdyby tylko scenarzystom chciało się ruszyć mózgownicą.

fot. HBO / Fanpop [*]
Dziwną jakąś sprawą jest wybór Brana na króla. Historia chłopca, który nie mógł chodzić, więc nauczył się latać, jest może wzruszająca dla nas, widzów, ale przypisując jej jakąś magiczną moc łączenia Westerosian, Tyrion — za pozwoleniem — walnął jak łysy grzywką o parapet. Bran nigdy nawet nie był na południu, kto tutaj zna jego dzieje? I co ważniejsze, moi wy światli lordowie Westeros, jak to się stało, że nie chcieliście na tronie despotki, więc wybraliście terminatora? Zupełnie nie pojmuję, jak koronacja antypatycznego, pozbawionego emocji i empatii Brana wpisuje się w przesłanie, jakie forsowali nam scenarzyści w ostatnich odcinkach. Gdy Daenerys sięgnęła po władzę, była mowa o konieczności znalezienia władcy, który będzie miłosierny, wyrozumiały i kochany przez ludzi. Jakim cudem to marzenie ma spełnić Bran, który nie przypomina już nawet człowieka? Opowieść taka jak „Gra o tron”, której sednem jest walka o władzę, po prostu nie może się obyć bez refleksji o tym, kto powinien rządzić ludźmi, o ile ktoś w ogóle powinien. W tej kwestii panowie D. i D. nie tylko plączą się w zeznaniach, ale jako słuszną alternatywę dla niezrównoważonej emocjonalnie kobiety na tronie proponują nam mężczyznę, który nie czuje nic. To ja dziękuję za takie doradztwo polityczne.

Być może Bran zgodził się zostać figurantem, aby Tyrion mógł rządzić zakulisowo (choć skoro Westeros zaakceptowało Brana Złamanego, dlaczego nie miałoby przystać na Krasnala?). Taką (nad?)interpretację można chyba wysnuć ze spotkania królewskiej rady, na której dowiadujemy się też, że Sam najwyraźniej spitolił z Nocnej Straży, przeskoczył parę szczebli na drabinie kariery i został Arcymaesterem (myślicie, że utrzymuje celibat?). O Goździk i małym Jonie/małej Joannie chyba już wszyscy zapomnieli. Szkoda, że przypomnieli sobie o Bronnie — człowieku, którego należałoby rachu-ciachu posłać na wygnanie, a nie awansować na starszego nad monetą. Widać ani Tyrion, ani jasnowidzący Bran nie mają nic przeciwko temu, żeby im wygrażano jakąś tam kuszą przy stole. Więcej radości sprawił mi powrót Brienne do Królewskiej Przystani — scena, w której spisuje historię Jaimego, jest jedną z najładniejszych w „Żelaznym Tronie”.

fot. HBO / Fanpop [*]
Resztę odcinka, w tym zgrabny montaż na końcu pokazujący ich dalsze losy, spędzamy z rodzeństwem Starków. To ciekawe rozwiązanie, sytuujące „Grę o tron” bliżej gatunku young adult, niżby się wydawało — jako opowieść o dorastaniu, poszukiwaniu siebie, próbach charakteru i triumfie Sansy, Aryi oraz Jona. Najzgrabniej, ale i najbardziej przewidywalnie udało się zakończyć wątek tej pierwszej. Ach, ileż to nocy Gryzipiór nie przespał, wyczekując, aż ktoś w tym serialu zakrzyknie jedyne słuszne słowa: „Queen in the North!”. Wyprawę młodszej Starkówny w siną dal niektórzy porównują do podróży Froda na wschód. To chyba nie najlepsza analogia, pan Baggins Junior opuszczał przecież Śródziemie nie z ciekawości, ale z dziejowej konieczności, nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca w nowym świecie ani oczyścić duszy z wpływu Pierścienia. Tamto zakończenie było słodko-gorzkie; w finale Aryi widziałabym raczej samorealizację i porzucenie społecznych ograniczeń Westeros na rzecz przygody w nieznanym świecie. Kopytne! Jon z kolei zatacza zgrabne koło i wraca do Nocnej Straży, tylko po to, by za chwilę ją opuścić — nie wiadomo, czy na zawsze, czy tylko do czasu znalezienia Dzikim nowego domu. Fajnie, że ostatnia scena serialu nawiązuje do pierwszej, a jednocześnie pokazuje, jak wszystko się zmieniło. Osiem lat temu przekraczaliśmy Mur z poczuciem niejasnej jeszcze grozy; teraz te mroczne lasy i zimne pustkowia staną się czyimś nowym domem. Nie wiem, jak Wam, ale mnie te chórki skojarzyły się od razu z motywem muzycznym Dany. To naprawdę zacny ostatni kadr — Jon prowadzący Dzikich w stronę wolności i lepszego losu, wypełniający misję, której nie zdołała dokończyć Daenerys.

fot. HBO / Fanpop [*]
Czemuż, ach, czemuż „Gra o tron” nie była częściej taka jak ta ostatnia scena? Po tym, jak tydzień temu zaskakująco mocno wybrzmiały „Dzwony”, miałam nadzieję, że w „Żelaznym Tronie” twórcy podarują nam przynajmniej przyzwoite zakończenie tej ośmioletniej przygody. Niestety spiętrzyli tylko to, co ostatnimi czasy odbierało radość z oglądania tego serialu: niemądre decyzje scenariuszowe, chaos w prowadzeniu bohaterów, zaburzanie wewnętrznej logiki świata, chodzenie na skróty, ucinanie głów wszelkim niuansom, a przede wszystkim — sprzeniewierzanie się własnej opowieści. Wiem, wiem — na pewno nie chcecie słuchać kolejnej gniewnej tyrady o tym, jak pierwsze sezony, dopóki szły ścieżką wytyczoną przez George’a R.R. Martina, obiecywały nam zupełnie coś innego niż to, co otrzymaliśmy potem od Dedeków. Ale czy nie tego powinniśmy przede wszystkim oczekiwać od twórców kultury? Dotrzymywania obietnic? Przynajmniej od nich?

„Żelazny tron” to taki finał, który odbiera moc wcześniejszym rozdziałom tej opowieści. Konflikt o władzę, niegdyś krwawy i zniuansowany, napędzany ambicją i pełen namiętności, rozwiązuje się tu na chłodno, w bardzo wygodny, prosty, kliniczny wręcz sposób, który zdaje się zadowalać wszystkie zwaśnione strony. Nikt nie musi podjąć trudnych decyzji (poza Jonem), rozstać się z marzeniami, poświęcić osobistego szczęścia, nawet zawrzeć niechcianego małżeństwa. Bohaterowie znajdują spełnienie, złoczyńcy ponoszą karę, właściwy porządek zostaje przywrócony, a my, widzowie, nie dowiadujemy się niczego nowego ani o sobie, ani o świecie. Od dawna już nie dawano nam pola do analiz i interpretacji, co najwyżej zachętę do snucia kolejnych co bardziej zbzikowanych teorii. Przyszliśmy po opowieść kwestionującą nasz obraz świata i odważnie ogrywającą nasze oczekiwania, przyzwyczajenia i gatunkowe schematy fantasy. Zostaliśmy dla ciekawych, głęboko ludzkich bohaterów, którzy błądzili, ulegali ambicji, cierpieli przez własną dobroć, zmagali się z konsekwencjami swoich czynów i walczyli o własne człowieczeństwo. Skończyliśmy z marną historią o świecie, który — po tym, jak wstrząsnęły nim wojny i powrót smoków, i jeszcze nawiedziła go manifestacja samej Śmierci w ciele Nocnego Króla — spokojnie i bez sprzeciwu wrócił w stare koleiny, by ludzie mogli popełniać te same błędy. I co, Hodor? Warto było za to umierać?

* * *

Choć jestem zdania, że scenarzystów „Gry o tron” powinno się teraz dożywotnio skazać na oglądanie własnej tfu!rczości, chcę napisać, że ten serial to kawał historii tego bloga, założonego między innymi po to, żeby dzielić się wrażeniami z każdego odcinka w czasach, gdy nikt jeszcze nie rozkminiał głośno zawiłości drzewa genealogicznego Targaryenów w porannej kolejce do ekspresu do kawy. Bardzo Wam dziękuję, że byliście, komentowaliście, dyskutowaliście, mieliście odmienne zdanie, a ostatnio wściekaliście się na twórców razem ze mną. Trzymajcie tam kciuki za GRRM-a, co? Wszyscyśmy zasłużyli na lepszy finał tej opowieści.

  • Reżyseria: David Benioff i D.B. Weiss
  • Scenariusz: David Benioff i D.B. Weiss
  • Produkcja: HBO
  • Premiera: 19 maja 2019


7 komentarzy:

  1. No cóż, powiem tylko tyle - źli wygrali. Więcej chyba nie warto.

    Na szczęście już koniec tego kiepskiego fanfika i można wrócić do prawdziwego PLiO, albo nawet napisać własny - lepszy. Ja również dziękuję koleżance za wspólne komentowanie, choć gdy odkrywałem tę stronę parę lat temu, miałem nadzieję, że serial będziemy żegnać w lepszych nastrojach. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też! Ale skoro musieliśmy się rozczarować, to chociaż mogliśmy się rozczarować wspólnie :) Też myślę o powrocie do PLiO, może jakimś solidnym re-readingu z analizą ulubionych wątków, gdy już kurz bitewny opadnie i zatrze się w pamięci ten feralny finał. A może czas poszukać jakiegoś dla odmiany porządnego, wiernego duchowi oryginału fanfika? To zawsze jakieś pocieszenie, że koniec GoT nie oznacza końca przygody z Westeros.

      Usuń
    2. O nie, w żadnym razie. :) W najbliższych planach mam odświeżenie sobie całej sagi, bo czytałem dość dawno i nie po kolei. Potem pewnie ŚLiO i te nowe księgi o historii Targaryenów. A na codzień gram w AGOT, czyli westeroskiego moda do gry CK2. A fanfika sam nawet kiedyś zacząłem pisać, ale po wejściu 7 sezonu opadły mi ręce i wena. Do tych spin-offów jakoś wytrzymam. ;)

      Usuń
  2. Jestem zdruzgotany i mam depresje. Jak można było zaprzepaścić tak wielką historię taką kabałą. Naplucie w twarz fanom. W tym był tak ogromny potencjał, jeszcze przypominam sobie jak w środkowych sezonach nie mogłem sobie wyobrazić tych cudowności, które mnie czekają kiedy wszystkie wątki w końcu się splotą i epicką zakończą. Mieli tak fantastyczne postacie z niezwykłymi historiami, więc dialogi powinny im się pisać same. Wyszła im pusta wydmuszka, a ja wciąż się zastanawiam jak im się udało zrujnować dosłownie każdy charakter arc. Finał powinien być epicki, wzruszający do łez i pozostawić nas z jakimś przesłaniem. Ale ja czułem tylko złość, nawet odechciało mi się czytać sagi Martina. Bez sensu ... wszystko było bez sensu. Po co była targaryeńska tożsamość Jona i grzanie tym przez całą sagę i serial? I kończy on w tym samym miejscu gdzie zaczął? Droga Daenerys została brutalnie zakończona. Z przebiegu serialu nie widzę jaki z tego morał. Bran zostaje królem - toż to totalny absurd. Z perspektywy zarówno serialu jak i dotychczasowych książek jestem oszołomiony głupotą tego rozwiązania. No i właśnie dlatego mi się odechciało czytać książek, bo jak tak samo ma się skończyć to ja już wolę, żeby Martin tych książek jednak nie zdążył dokończyć. :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakiś tam minimalny sens miały moim zdaniem character arcs Sansy i Aryi, a z drugoplanowych postaci Melisandre, ale poza tym tak bardzo się zgadzam z tym, co piszesz! Koszmarnie zmarnowany potencjał. Targaryeńska tożsamość Jona... No, gdybym była w łaskawym nastroju, powiedziałabym, że to taka próba dyskredytacji archetypu fantasy, w której co rusz mamy jakichś sekretnych prawowitych dziedziców tronu. Ale przeprowadzona zupełnie bez ładu i składu. Morał z historii Daenerys widzę jeden, a brzmi on: nie dawać do nakręcenia historii o młodej kobiecie u władzy dwóm panom w średnim wieku, którzy zawsze wiedzą lepiej.

      Och nie, nie uprzedzaj się do książek! Martin może i jest najpowolniejszym pisarzem świata, ale stawiam dolary przeciwko żołędziom, że nawet jeśli u niego wszystko skończy się podobnie, a Bran jakimś cudem zostanie królem, to droga prowadząca do tego dziwacznego w tej chwili zakończenia będzie dalece bardziej sensowna, spójna i satysfakcjonująca. A sądzę, że u GRRM-a władzę w Westeros obejmie ktoś inny, bo w koronacji Brana wyczuwam głównie ulubiony zabieg Dedeków, czyli robienie na siłę i za wszelką cenę tego, czego na pewno nie spodziewają się widzowie. GRRM ma inny styl, jest bardziej świadomym i zdyscyplinowanym autorem. Ufam - mam nadzieję! - że wymyśli to lepiej, choć najpewniej dowiemy się tego za jakieś piętnaście lat, jak dobrze pójdzie.

      Usuń
    2. Haha, za piętnaście lat - dobrze napisane. Pewnie w tym czasie zrobią ze dwa spin-offy na HBO :) A może zaczną remake Gry o tron xD. Nie no jakaś nadzieja jest, bo Martin się zobowiązał na blogu do wydania Wichrów do wakacji 2020 ;) Serio to już mi przeszło z tym zniechęceniem do sagi i zamierzam zrobić re-read PLiO już niedługo. Jakby tak pomyśleć to Bran za mentora ma bękarta z rodu Targaryenów - Bloodravena, i mogłoby coś z tego być. Aj jednak szkoda mi, bo wygląda na to, że również w książkach nici z restauracji Targaryenów :( Tak na to liczyłem, szczególnie po Ogniu i Krwi. Z drugiej strony takie zakończenie jak w serialu pozostawia jakąś nadzieję dla smoczego rodu w przyszłości, czyli Jon za murem może mieć smoczych potomków i jeden smok też gdzieś sobie będzie żył i może zniesie jaja. Czuję też, że w książkach będzie wątek ciąży Daenerys. Z serialu go wycięli, pewnie z braku czasu i pomysłu, mimo że hintowali to w 7 sezonie mocno.

      Usuń
  3. A cały czas miałam nadzieję, że na koniec przyjdzie jeszcze Młody Gryf... xD

    Dziękuję za te lata oglądania i dyskusji :) Mam wielką nadzieję, że pojawi się jeszcze serial, który będzie w nas wzbudzał tyle emocji i który stanie się swego rodzaju "kodem kulturowym", zrozumiałym nawet dla tych, którzy go nie oglądali. Nawet mój tata, który nie widział ani odcinka, nie ma HBO i nie czyta fantastyki, wie kto to Ned Stark i że nadchodzi zima ;) Więc coś się jednak tej "Grze o Tron" udało - wejść do powszechnej świadomości, i nawet kiepskie ostatnie sezony jej tego nie odbiorą.

    OdpowiedzUsuń