Ostatni ze Starków, czyli „Gra o tron”, sezon 8, odcinek 4


Wiedzieliście, że najlepsze imprezy są w Wintefell, ponieważ ciągną się w nieskończoność, a kto spróbuje wyjść, ten dostaje własny zamek? Oprócz tej niewątpliwie przydatnej wiedzy „Ostatni ze Starków” nie mają niestety wiele do zaoferowania — to odcinek przejściowy, w którym możliwie ekonomicznie scenarzyści przenoszą opowieść z jednego krańca na świata na drugi. Ach, ale oczekiwałoby się więcej od finału najpopularniejszej sagi w telewizji.


Tekst zawiera spoilery.

Spośród wszystkich odcinków ósmego sezonu, jakie dotąd widzieliśmy, ten najtrudniej ocenić. Z jednej strony wracamy do korzeni i tego, co smoki lubią najbardziej, czyli do spisków i krwawej walki o władzę, a nieuchronnie zbliżający się koniec siłą rzeczy przydaje mocy wszystkiemu, co się dzieje na ekranie, nawet jeśli nie dzieje się zbyt mądrze. Z drugiej — ożeż ty orzeszku, ile tu niepotrzebnej dosłowności, zaskakiwania na siłę i chodzenia na skróty. A zaczyna się tak niewinnie i całkiem przyjemnie. Do wtóru żałobnej wiolonczeli stronnictwa wilków i smoków, podzielone nawet w obliczu śmierci, z patetycznie przemawiającym Jonem gdzieś pomiędzy, żegnają poległych w bitwie pod Winterfell. Szkoda, że Theon, pośmiertnie obdarzony wilczą broszą przez pochlipującą Sansę — zacny gest! — nie spoczął w krypcie pod zamkiem (zdaje się, że zwolniło się tam ostatnio trochę miejsca).  Ale i tak te pięć minut ze zmarłymi będzie bardziej poruszające niż kolejne trzydzieści, które spędzimy z żywymi.

Jak wiadomo, nic tak nie pobudza apetytu jak dobry pogrzeb, dlatego szybko przenosimy się na ucztę do Winterfell. Nie jest to dobra sekwencja, i to nie tylko nie dlatego, że widz czuje się podczas niej jak jedyny trzeźwy na imprezie z okazji zatrzymania zombie apokalipsy. Przede wszystkim cumży się toto jak flaki z olejem i — wyłączając przeurocze spotkanie Sansy z Ogarem — marnuje cenne minuty na powtarzanie tego, co już znamy i wiemy (pogawędki Tyriona z Davosem i Branem, Tormundowe żarciki), podczas gdy rozmowy naprawdę ważne (pomiędzy Danką a Jonem czy Jaimem a Brienne) brzmią jak pisane na kolanie. Poziom dialogów w „Grze o tron” zawsze był nierówny, ale kiedy Jaime używa gorąca jako wymówki do zdjęcia koszuli przy dziewczynie, to ja marzę już tylko o tym, by ulotnić się z tej sceny w ślad za całym erotycznym napięciem. Zatrzymajmy się zresztą przy tym napięciu. Czy ono rzeczywiście domagało się rozładowania, szczególnie w ten sposób? Coś w Gryzipiórowym serduchu buntuje się na myśl, że ta trudna, wieloznaczna, oparta na szacunku i zaufaniu więź, której doskonałą i być może jedyną potrzebną kulminacją było pasowanie Brienne na rycerkę, zmienia się na sam koniec w melodramat z utraconym dziewictwem i ucieczką kochanka o poranku (no dobrze, w nocy i parę dni później, ale wiecie, o co chodzi). Cieszę się jednak, że Jaime wraca na Południe — to dla niego dobre miejsce na ostateczny test charakteru (albo na śmierć, jeśli po drodze jednak zgubi zbroję scenarzysty), poza tym któż sprawi nam więcej radości, jeśli zaciuka Cersei?

fot. HBO / Fanpop [*]
To jednak nie koniec okołołóżkowej dramy w tym odcinku, Gendry bowiem wybrał tak niefortunny moment na wyjście z uczty, że aż został mianowany lordem Końca Burzy, a do szczęścia brakuje mu już tylko dziewczyny. Abstrahując od tego, jak można uznać legitymizację bękarta poprzedniego króla za dowód wyjątkowego sprytu pretendentki do Żelaznego Tronu, muszę powiedzieć, że podoba mi się odmowa Aryi i to, jak jej podróż na Południe koresponduje z ucieczką Jaimego. Oboje odnaleźli na Północy uczucie i coś w rodzaju odkupienia; oboje muszą to porzucić, żeby pozostać wiernymi własnej naturze — miłości do siostry u Królobójcy i zemsty u naszej czarującej zabójczyni. Zajecudnie! To kto pierwszy do Cersei?

Jako wyrobieni widzowie „Gry o tron”, zgodnie z najlepszą tradycją serialu, ignorujemy następnie prawa czasu i przestrzeni i nie robimy zdziwionego ryjka, gdy do komnat Winterfell wpada Bronn, magicznie ominąwszy wszelkie straże. Wygląda na to, że pomysłem twórców na najbardziej zaskakujące rozwiązanie konfliktu lojalności, w który wciągnęła naszego ulubionego najemnika lwia królowa, jest... nierozwiązanie tego konfliktu. Ajajaj, jak coś takiego mogło kiedykolwiek opuścić biurko scenarzysty? Bo przecież ta scena nie wnosi zupełnie nic, nie rozwija postaci, nie wikła ich w prawdziwy konflikt, nie zmusza bohaterów do podjęcia niewygodnej decyzji o potencjalnie katastrofalnych skutkach (gdyby na przykład Tyrion obiecał skurczysynowi Koniec Burzy — o, to mogłoby być zarzewie problemu). Ot, Bronn okazał się takim słodkim draniem jak zawsze i zamienił wielki zamek na jeszcze większy. Nie szkoda czasu, drodzy scenarzyści?

fot. HBO / Fanpop [*]
Na szczęście (?) przez resztę odcinka śledzimy rozwój głównego konfliktu. Są w nim dylematy polityczne i moralne, zapowiedź zdrady i nawet zarys ciekawej opowieści, ale też dużo pośpiechu, pisania na skróty i zmuszania widza do brania na wiarę niektórych wypadków. „Pokonaliśmy ich, teraz musimy sobie radzić ze sobą” — rzecze Tyrion, ale łatwiej powiedzieć niż zrobić, szczególnie że nasze dziewoje z Północy nawet po bitwie boczą się na smoczą królową, co... zaczyna się robić nieco naciągane i męczące. Może dlatego, że na logikę stosunki obu stronnictw powinny się ocieplić po wspólnym zwycięstwie, a one pogarszają się bez wyraźnej przyczyny. Gdzieś tu zabrakło sceny pogłębiającej konflikt między Sansą a Danką, może przenoszącej go na bardziej osobistą płaszczyznę. Bez podbicia stawki decyzja o natychmiastowym wyruszeniu do Królewskiej Przystani i złamanie przysięgi danej Jonowi przez Sansę wydają mi się cokolwiek nieuzasadnione. Czemuż, ach, czemuż twórcy nie pokazali nam reakcji sióstr na wieść o prawdziwej tożsamości brata? To przecież moment ważny nie tylko dla postaci i relacji między nimi, ale i dla fabuły oraz zrozumienia motywacji głównych graczy.

Tak czy inaczej, Jon wyrusza z armią na południe tą samą drogą, którą niegdyś nie wrócił Ned Stark, a my dowiadujemy się, że flota Daenerys jest zrobiona z tektury. Żeby nie było — podoba mi się zasadzka Eurona, a błyskawiczne powalenie Rhaegala, znane też jako najmniej epicka śmierć smoka w historii kinematografii, ma w sobie sporo tej bezwzględnej, chwytającej za gardło brutalności, za którą tak lubię książkową „Grę o tron”. Niestety pośpieszny, niestaranny sposób, w jaki pokazano te wypadki, bynajmniej nie przydaje im wiarygodności. Jakim cudem Danka nie zauważyła Euronowych okrętów? Jak to możliwe, że po kilku sekundach jej flota wygląda jak zmielona w tartaku? Czy smocze łuski zmieniły się w gumę? Ile słodkich szczeniaczków musiał Euron złożyć w ofierze mrocznym siłom, żeby teleportować się z Missandei do Królewskiej Przystani dosłownie ze sceny na scenę?

fot. HBO / Fanpop [*]
Śmierć Rhaegala z kolei zasmuciła mnie tym, że twórcy przedłożyli szokowanie widza nad wymiar symboliczny opowieści, i to drugi raz w tym samym odcinku. Już tłumaczę. Spośród wszystkich gatunków to fantasy najdonioślej przemawia językiem symboli i „Gra o tron” nie jest wyjątkiem; symbolika zwierzęca zawsze grała w niej dużą rolę. Wczesna strata Damy podkreśliła status Sansy jako czarnej owcy w rodzinie Starków, trzymane w niewoli i coraz bardziej dzikie smoki odzwierciedlały sytuację Dany w Meereen — i tak dalej. Dlatego kiedy Jon dosiadł Rhaegala, a zbiegło się to w czasie z informacją o jego targaryeńskiej krwi, był to przełomowy moment, który teraz, po śmierci jaszczura na drugim końcu Westeros, z dala od nowego jeźdźca, trochę nam się zdewaluował. Nie tak mocno wszakże, jak przyjaźń Jona z Duchem. Wiecie, dałoby się pewnie obronić odesłanie wilkora na daleką północ, gdyby twórcy pokazali nam to jako symboliczny, bolesny moment (a może nawet błąd). Tymczasem Jon zachował się tak, jakby oddawał koledze nielubianego pupila na czas urlopu, co nie ma nic wspólnego z tym, jak znaczące powinny być dla Starków wilkory, a bardzo wiele z tym, jak niewiele wagi przykładają do tego panowie D. i D.

Śmierć smoka, wraz ze stratą Joraha i Missandei, pełni jednak ważną funkcję w fabule, ponieważ pogłębia desperację i despotyczne zapędy Daenerys. Ta, która niegdyś przysięgła uwolnić świat od tyranów, sama staje się jedną z nich — i ta przemiana ma w sobie powagę i tragedię, której potrzebujemy w „Grze o tron”. Podobnie jak dylematy Tyriona, który kurczowo trzyma się poczucia lojalności i niedawno odnalezionego idealizmu, nawet kiedy zaczyna pojmować, że Westeros nie będzie szczęśliwe pod rządami jego królowej. Nie rozumiem tylko, dlaczego wszyscy są przekonani, że od despotycznej Targaryenki lepszy będzie niezdecydowany („powściągliwy” — mówią!) i niechętny władzy Jon, o którego rzekomych przymiotach więcej się mówi, niż je pokazuje (doskonały dowódca wojskowy? gdzie i kiedy?). Varys, skarbie, jak ktokolwiek w świecie Westeros może myśleć, że najlepsi władcy to ci, którzy nie pragną rządzić? Dziwię się, że Tyrion jeszcze nie wytknął eunuchowi, że po prostu chce mieć króla, który będzie uległy.

fot. HBO / Fanpop [*]
Dziwię się  też, że nikt nie mówi o trudności w udowodnieniu pochodzenia Jona i ukoronowaniu go na Południu, gdzie jest jeszcze mniej znany niż Daenerys. Jest to niestety symptom większego problemu, ciągnącego się za „Grą o tron” co najmniej od poprzedniego sezonu — zawężeniu całego tego wielkiego, skomplikowanego świata stworzonego przez GRRM-a do Winterfell, Królewskiej Przystani i ewentualnie Smoczej Skały. Furda tam, że wynalazek teleportacji pozbawił nas jakiegokolwiek poczucia odległości czy upływu czasu w Westeros, przez co już nawet za bardzo nie lecę w pianę, kiedy bohaterowie pokonują cały kontynent w ciągu jednego odcinka. Żal po prostu tych wszystkich niegdyś pieczołowicie przygotowywanych lokacji — Riverrun, Bliźniaków, egzotycznych ogrodów Martellów, a nawet przydrożnych gospód — które jakby zniknęły z mapy Westeros wraz z zamieszkującymi je ludźmi i ich podmiotowością. Jakim cudem nikt nie zna imienia obecnego pana Końca Burzy? Dlaczego wsparcie nowego księcia Dorne nic już nie znaczy? Czemu to rzekoma konieczność utrzymania Północy — najbiedniejszego, najsłabiej zaludnionego regionu — w granicach Westeros miałaby determinować wybór władcy pozostałych sześciu królestw?

Jak się żyje południowcom pod rządami Cersei i czy naprawdę woleliby widzieć na tronie obcego modlącego się do starych bogów?

Wiem, wiem — na wszystkie te pytania odpowiedź brzmi: „nie ma czasu o tym mówić, zostały tylko dwa odcinki”. Ale może czas powinien się znaleźć. Jest coś nieprzyjemnie cynicznego w tym, że twórcy „Gry o tron” sięgają po zwykłych ludzi tylko po to, by pokazać ich jako niewinne ofiary gniewu smoka, a zupełnie nie dostrzegają w nich nie tylko politycznego podmiotu, ale po prostu tych, którzy cierpią z powodu kolejnej wojny o sukcesję. Oj, bardzo daleko odpadliśmy od „Pieśni Lodu i Ognia”, w której zawsze czytaliśmy o tym, jak te wszystkie frymuśne spiski u góry uderzały w tych na samym dole.

Koniec końców, nie jest to zły odcinek, a gdzieś w nim ukryta jest być może interesująca historia, nawet jeśli na razie opowiadana zbyt pośpiesznie i bez zwracania uwagi na szczegóły. Cokolwiek obejrzymy w ciągu dwóch tygodni, nie będzie to ani wielki finał Martinowskiej sagi, ani prawdopodobnie epickie zwieńczenie ośmiu sezonów serialu. Ale — Siedmiu, czuwajcie! — może będzie z tego chociaż przyzwoita opowieść.

  • Reżyseria: David Nutter
  • Scenariusz: David Benioff i D.B. Weiss
  • Produkcja: HBO
  • Premiera: 5 maja 2019


8 komentarzy:

  1. Chciałabym to jakoś sensownie skomentować, ale mam tylko wrażenie, że twórcy już lecą siłą rozpędu i tylko mechanicznie odhaczają kolejne wydarzenia do końca, nawet nie bardzo próbując cokolwiek mieszać (co widać choćby w wątkach wspomnianych przez Ciebie Gendry'ego i Bronna, kto wie, czy nie taki był właśnie zamysł, ale zabrakło czasu - inaczej nie wytłumaczę tych bezsensownych scen). I fakt, świat skurczył się do Winterfell i Królewskiej Przystani. Może chociaż o Żelaznych Wyspach by się coś pojawiło? Ale pewnie nie ;)

    Szkoda, że zdecydowali się na 6 odcinków, które wymusiły skróty, uproszczenia i fabularne mielizny, zamiast nakręcić tradycyjny, tańszy, 10-odcinkowy sezon wypełniony knuciem, układami i skrytobójstwem i do tego dołożyć zamykający wątki film pełnometrażowy z jakąś dużą bitwą.

    No bo tak jakby spojrzeć od początku sezonu, niby mieliśmy wielką bitwę, starcie światów wręcz, a bohaterowie zdają się tkwić niemal w miejscu od 2 sezonów. Czy tylko ja mam takie wrażenie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie tylko :) Fabuła poniekąd tkwi w miejscu razem z nimi, w perspektywie jednego czy dwóch odcinków rozwija się czasem ciekawie, ale w perspektywie opowieści jako całości większość tego, co się stało w dwóch poprzednich sezonach, nie ma konsekwencji. Obawiam się, że masz rację z tą siłą rozpędu. Staram się jeszcze tylko zachować wiarę, że dzięki niej dostaniemy jakiś przyzwoity finał :) Z Żelaznymi Wyspami to jakaś heca jest, teoretycznie to tam płynęła Daenerys, ale zamiast tego zobaczyliśmy ją przy Smoczej Skale. Jeśli wpadła tam po drodze, dlaczego nie było z nią Yary i Żelaznej Floty? Ech :(

      Ja bym w ogóle inaczej podzieliła te dwa ostatnie sezony - zaplanowałabym pełen siódmy z bitwą z Nocnym Królem w finale, a potem ósmy, może krótszy, za to w pełni skoncentrowany na walce o Żelazny Tron i właśnie z tym filmem na końcu (fajny pomysł!). No ale mamy, co mamy.

      Usuń
  2. Godziłoby się coś napisać, ale chyba już mi się nie chce. Pozostaje mi tylko podpisać się pod słowami Daela z FSGK: kończcie to wreszcie. Widzę też już chyba jak się skończy. Dlaczego koleżanka uważa, że Arya jedzie na południe dla Cersei? To zadanie Jaimego. Myślę, że dedeki chcą ją mieć pod ręką, żeby skończyć z Daenerys. Szykuje się nam chyba powtórka akcji z Littlefingerem w wykonaniu sióstr Stark. Zapewne chcą uszczęśliwić Jona na siłę tym królestwem (a przy okazji i własne ambicje). A nawet jeżeli nie, to i tak zadawanie się ze Starkami wyjdzie jeszcze Dany bokiem, jak Tyrellom wyszło zadawanie się z Lannisterami. Jedni warci drugich. Daenerys jest już skazana od początku 7 sezonu, od momentu kiedy postawiła nogę w Westeros. Od tamtej pory bezustannie jest gnojona przez dedeków, a Cersei pompowana. Wszystko to z gracją słonia w składzie porcelany. Już nawet smoki nie dają jej żadnej przewagi. Podejrzewam, że po prostu na którymś etapie produkcji dedeki wpadli na pomysł, że zabawnie i zaskakująco (zdaje się, że to ich ulubione słowo) będzie uczynić z Daenerys wariatkę i negatywną postać. Bo to pierwszy raz? Co z tego, że to niezgodne z dotychczasowym charakterem postaci i dotychczasową fabułą? A przy ich talencie równie wiarygodne niczym dekoracje w jakimś podwórkowym teatrzyku, gdzie napiszą na ścianie "las" i każą nam wierzyć, że widzimy tysiącletni bór. Daenerys ma być szalona i despotyczna, bo my tak chcemy i tym gorzej dla faktów. Tak samo olali cały dotychczasowy rozwój postaci Jona i wątek Księcia Którego Obiecano. No cóż, dwa odcinki jeszcze obejrzę z rozpędu, ale nie sądzę, żebym kiedykolwiek wrócił do tego serialu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koleżanka podejrzewa, że Arya spróbuje skreślić ostatnie imię ze swojej listy śmierci (i może poniesie porażkę). No chyba że twórcy zapomnieli już nawet o tym wątku :> Och, nie, proszę, nie wspominaj o akcji z Littlefingerem, nadal mam koszmary. Moim zdaniem Arya nie powinna już nikogo ważnego zabijać w tym serialu, ani Cersei, ani Daenerys. Tę pierwszą faktycznie może zaciukać Jaime - i pewnie to zrobi, biorąc pod uwagę, jak wiele pomysłów scenarzyści czerpią z teorii fanów - ale wydaje mi się, że wyruszył z Winterfell z zamiarem uratowania jej i pewnie dopiero na miejscu zmieni plany.

      Co do Daenerys jako wariatki i negatywnej postaci, to... wiesz, ale ona trochę taka jest. Nawet w książkach. Prawdziwa krew smoka. Nie umie w subtelne polityczne rozgrywki, świetnie potrafi za to podbijać, zastraszać i zdobywać. Często staje po stronie moralnie słusznej, ale gdy już zniszczy niesprawiedliwy system, nie potrafi zbudować innego, lepszego (casus Meereen). W serialu wielokrotnie widzieliśmy ją jako wybawicielkę i dobrą osobę, ale dała się też poznać jako okrutna i bezwzględna władczyni. W Westeros jest właściwie najeźdźcą dysponującym odpowiednikiem bomby atomowej. Spaliła wszystkich khalów. Spaliła armię Lannisterów, obu Tarlych i spore zapasy żywności i bynajmniej nie pokazano tego jako triumfu. Nie chcę bronić dedeków, bo wcale nie byli konsekwentni w ukazywaniu negatywnej strony charakteru Danki, ale nie powiedziałabym, że ten wątek wziął się znikąd.

      Usuń
    2. Okrutna? Pamiętasz Meereen? Ile razy kibicowaliśmy jej (w każdym razie ja), żeby wreszcie wzięła się garść i wyrżnęła w cholerę tych wszystkich Panów? A ona wciąż dawała im kolejne szanse. Spaliła khalów? Ale czy udała się do nich dobrowolnie z tym zamiarem? Porwali ją i chcieli zbiorowo zgwałcić. A Tarly? To byli jednak zdrajcy. Pamiętasz co powiedział Stannis o takich? "Uklękną, albo zginą". Stannis, gdyby miał możliwości Dany, wypaliłby KP do fundamentów, żeby tylko zdobyć tron. Z pewnością nawet nie pomyślałby o przypadkowych ofiarach, a co dopiero, że miałby się wstrzymywać z ich powodu. A Dany jednak absurdalnie długo się wstrzymywała. I jakoś nikt nie zarzuca Stannisowi szaleństwa, ma opinię nieco szorstkiego, ale mądrego i sprawiedliwego. Co w KP zrobił Tywin? Czy Westeros odwróciło się od niego i Roberta z tego powodu? Nawet Ned Stark bywał bezwzględny. To są wszystko koszty władzy. Dlaczego tutaj nie obciążają nikogo poza Daenerys? Despotyczna? Przecież ona na tym micie o czekającym na nią gdzieś daleko tronie zbudowała całe swoje życie. Ma nagle z tego zrezygnować? Na jakiej podstawie? Mnie nie drażniłby sam fakt, że Daenerys miałaby stać się negatywną postacią, gdyby wiarygodnie to pokazano. Gdyby konsekwentnie rozwijano jej postać w tym kierunku. Aerys palił żywcem poddanych zanoszących skargi, pechowych namiestników, podłożył ogień pod całą KP, a nawet planował zmienić się w smoka. Jego szaleństwo miało podstawy. Nikt nie chciałby żyć pod takim władcą. Ale czym objawia się szaleństwo Daenerys? Naturalnie poza tym, że Tyrion i Varys wciąż o nim gadają? Robi to samo co inni w podobnej sytuacji, a nawet jest od nich łagodniejsza. Dlatego właśnie wkurza mnie, że scenarzyści każą jej postaci wciąż płacić za to, co u innych zbywają wzruszeniem ramion. "Szalona, okrutna. Już oszalała, oh, ah. A jeżeli jeszcze nie, to wkrótce na pewno". I tak w kółko. Co Tywin, Stannis czy jakikolwiek inny władca zrobiłby z takim doradcami? Co zrobiłby uwielbiany Stannis z Jonem, gdyby ten przybył do niego jako król i odmówił uklęknięcia?

      Usuń
    3. Jeszcze tytułem uzupełnienia poprzedniej wypowiedzi. Wspomnieliśmy o Tarlych. Jak powiedziałem, Tarly okazali się zdrajcami. A za to samo przecież Jon powiesił dwunastolatka. Czy można domniemywać, że także w tym przypadku wystarczyłyby dwa tygodnie w celi o chlebie i wodzie, żeby przywrócić gówniarzowi właściwą perspektywę? Nie wystarczyło powiesić przywódcy buntu? Co na to Tyrion i Varys? Jonowi wolno wieszać dzieci, a Daenerys nie może ukarać zdrajców? On nie jest szalony? I w odróżnieniu od Jona, Daenerys dała Tarlym szansę poprawy.
      I jeszcze o okrucieństwie. Na wszystkich bogów, zapomnieliśmy już, że Sansa z uśmiechem na twarzy kazała psom rozszarpać człowieka?

      Usuń
    4. To jest świat paraśredniowieczny, więc okrucieństwo jest banalne i częste. Jon generalnie jest nieudaną postacią, niby zapowiada się na kogoś kto ma uratować Westeros, ale nawet w ksiązkach daleko mu do tego. W sumie dużo ciekawiej byłoby, gdyby Bolton rządził Winterfell, kiedy nadeszli by zimni, a potem by bohatersko zginął. Okrutnik, psychopata, który by został pamiętany jako bohater. To byłoby piękne złamanie konwencji, a tak serial, ale pewnie książka (jeśli powstanie) wejdzie na tor tradycyjnych klisz fantasy. Postępujący upadek Daenerys następuje od dawna. DD rozmawiały z GRRM na temat rozwoju postaci, istnieje więc spora szansa, że jej losy mogą się w przyszłych książkach okazać podobne do serialowych. Nikt na nią w Westeros praktycznie nie czeka (prawdopodobnie Martellowie w książkach poprą Aegona). Dla wielu jej powrót będzie zagrożeniem, bo przywiozła ze sobą dzikusów, którzy potrzebują przestrzeni. Ktoś na tym straci. Lud też nie ma za co ją kochać. nawet gdyby zniosła feudalizm i pańszczyznę, to spotka się nienawiścią rycerstwa. Jest ona obca i nikt jej nie chcę, a powrót smoków znów spowodował, że potencjalni królowie wyrośli ponad lordów, bo mają superbroń. I tutaj tkwi różnica. Daenerys zmienia reguły gry i może sobie pozwolić na nieliczenie się z nikim, bo ma smoka. Sansa i Jon nie kwestionują reguł gry

      Usuń
  3. A co daela i jego niechęci do serialu. Częściowo ma on rację - DD nie zdają sobie sprawy z wielkości Westeros. U nich to jest niewielki kraj wielkości Anglii, a nie wielki kontynent. Część jego frustracji to jednak efekt kompletnego się rozminięcia jego pomysłów, z tym co jest w serialu. jasne, częściowo serial będzie się mocno różnił od książek (zarówno na północy jak Dorme zapewne dostaniemy inne historie), ale jest oczywiste, że wiele jego pomysłów nie znajdzie się ani w książkach, ani w serialu

    OdpowiedzUsuń