Długa noc, czyli „Gra o tron”, sezon 8, odcinek 3


Jeśli pierwszy odcinek ósmego sezonu był jak cisza przed burzą, a w drugim huknęły pierwsze gromy, to podczas „Długiej nocy” rozpętał się prawdziwy huragan. I ‒ jak to podczas każdego szanującego się huraganu ‒ natychmiast walnęły korki. W Winterfell całkiem dosłownie wybiła czarna godzina, a dwanaście milionów widzów krzyknęło ze zgrozy, zorientowawszy się, że nie ma na stanie noktowizorów.


Tekst zawiera spoilery.

Ponoć 750 aktorów i statystów biedziło się przez 55 nocy, żeby nakręcić tę najdłuższą nieprzerwaną sekwencję bitewną w historii kinematografii. Może dlatego najbardziej przekonujące są te momenty, w których widzimy ludzi zmarzniętych na kość. Tak czy inaczej, rezultat tego gargantuicznego przedsięwzięcia to w połowie efekt WOW, w połowie efekt WTF, a w całości ‒ „Czy ktoś mógłby w końcu naprawić te pierońskie korki?”. Pod względem technicznym „Gra o tron” zawsze była ambitnym projektem ‒ najpierw chodziło o przełożenie na język telewizji rzekomo nieprzekładalnej prozy George’a R.R. Martina, potem o dorównanie rozmachem i poziomem realizacji kinowym superprodukcjom. I w jednym, i w drugim panowie Daniel i David osiągnęli względny sukces. Wtem:
‒ Chłopaki, a może byście tak poszli dalej? ‒ szepnął im do uszka diabełek ambicji. ‒ Może nakręcimy własną bitwę o Helmowy Jar? To było tak dawno, że już wszyscy zapomnieli, jak się wtedy wynudzili.
‒ Doskonały plan, szefuńciu! ‒ Oni mu na to. ‒ Nakręćmy po ciemku półtoragodzinną scenę bitwy i dorzućmy śnieżycę, żeby na pewno nikt nie zauważył braku scenariusza! Co może pójść nie tak?

Filmowe bitwy to bestie groźniejsze niż rozeźlony smoczy upiór. Nie wystarczy sypnąć hajsiwem na efekty specjalne, żeby przekonać widzów do oglądania, jak okłada się po gębach tysiąc identycznych facetów i parę babeczek zakutych w zbryzgane dżemem żelastwo. Myślę, że rozumiał to Miguel Sapochnik, spec od bitew w „Grze o tron”, który nakręcił już doskonałą, pełną autentycznej grozy Bitwę Bękartów i słabszą, ale wciąż niezłą bitwę o Hardhome. Jego receptą na to, byśmy nie zmrużyli oka podczas „Długiej nocy”, miały być: jak najmniej scen walki oraz wymieszanie akcji z horrorem i dramatem. To rzeczywiście pozwoliło nieco opanować chaos na ekranie i urozmaiciło odcinek, nawet jeśli i horror, i dramat okazały się konwencjonalne. Mnie nie przekonała scena à la „Park jurajski” ‒ ale tak to już jest, gdy w jednej chwili pokazuje się Aryę w pojedynkę nokautującą armię zombie, a w drugiej próbuje się przekonać widza, że dziesiątka umarlaków stanowi dla niej śmiertelne zagrożenie. Zresztą cała sekwencja wewnątrz Winterfell robi wrażenie oderwanej od reszty filmu, może przez tę niewytłumaczalną złowrogą ciszę ‒ zupełnie jakby ktoś zapomniał, że na zewnątrz wre bitwa. Wiecie, co byłoby bardziej przerażające od całej tej bieganiny w ciemności i dzikiej hordy napierającej na mury Winterfell? Drgnięcie grobowca Neda Starka. Ale ten rodzaj grozy wymagałby subtelności, która rzadko gości w tym serialu.

fot. HBO / The New Yorker [*]
Nie chcę jednak za bardzo strzępić ryjka na reżysera, bo to jemu zawdzięczamy to, co najlepsze w „Długiej nocy” ‒ sprawnie budowane napięcie (zwłaszcza na początku) i żonglerkę emocjami. Szczęśliwi posiadacze wielkich ekranów i mieszkań bez okien mogli też nacieszyć oczy rzeczywiście widowiskowymi i emocjonującymi ujęciami ‒ jak ostatnia szarża Dothraków, atak nieumarłej watahy na Nieskalanych, śmierć Melisandre czy taniec smoków ponad chmurami (poszukajcie na Youtubie rozjaśnionych wersji ‒ cud, miód i orzeszki!). Mnie podobały się też panoramiczne ujęcia ciemnych sylwetek walczących na tle pomarańczowego dymu. To właśnie ten zachwycający spektakl chciałoby się oddzielić w głowie od tego, czego jest niestety substytutem ‒ opowieści. Opowieść ‒ czy też to, co z niej zostało ‒ jest zaś dowodem na to, że panowie D. i D. nie potrafią ani satysfakcjonująco kończyć wątków, ani myśleć długoterminowo o rozwoju bohaterów, nie wspominając nawet o pogłębianiu mitologii świata GRRM-a. Zaś co do taktyki wojskowej są ciemni jak tabaka w rogu Winterfell nocą i mniej więcej tak samo rozgarnięci. I nie obroniliby się przed apokalipsą zombie nawet w schronie przeciwatomowym zbudowanym przez Tony’ego Starka.

Do jakiego stopnia widowisko przyćmiewa tu logikę ‒ to pokazuje frontalny atak lekkiej jazdy Dothraków na niewidoczne linie wroga mającego wielokrotną przewagę liczebną. Przepiękny początek bitwy ‒ to morze płonących w ciemności arakhów, ta triumfalna muzyka, a potem te dalekie ogniki gasnące w ciszy wraz z ostatnią nadzieją! I tylko sensu za grosz. To frustrujące, bo akurat w tej sytuacji można było zjeść ciastko i mieć ciastko ‒ wiemy przecież, że Dothrakowie są w gorącej wodzie kąpani, więc mogli po prostu zaszarżować wbrew rozkazom. Niestety nie da się tak łatwo wytłumaczyć rozmieszczenia armii i machin wojennych na zewnątrz murów, opieszałości smoków ani tego, że najwredniejszą niespodzianką, jaką byli w stanie wymyślić ci wszyscy rzekomo doświadczeni dowódcy wojskowi zebrani w Winterfell, okazało się podpalenie okopów. Czy ktoś w ogóle dowodził tą armią jako całością? Bo rozkazy wykrzykuje tutaj każdy, kogo znamy z imienia.

fot. HBO / Watchers on the Wall [*]
Również z magią twórcy odstawiają w tym odcinku akcję olewację. Pamiętacie jeszcze, jak hen w pierwszym sezonie Dany musiała poświęcić życie ukochanego i dwóch innych istot, żeby wykluły się smoki? Jak czary kosztowały więcej, niż ktokolwiek mógł i chciałby zapłacić? Nie bójcie żaby, scenarzyści też nie. Melisandre pyknął kolejny level i nie musi już składać ofiar z dzieci, żeby rozpalić swoje ognie, a i tak z jakiegoś zagadkowego powodu robi to rzadziej, niż wskazywałaby na to powaga sytuacji. Wyuczyła się też zaklęcia teleportacji albo niewidzialności ‒ inaczej nie umiem wytłumaczyć pojawienia się Aryi za plecami Nocnego Króla ‒ a to rodzaj magii, jakiej w „Grze o tron” wcześniej nie było, więc twórcy absolutnie nie powinni wprowadzać go w tak kluczowym momencie. I dlaczego nasz przebrzydły nekromanta nie sfajczył się w smoczym ogniu, ale rozpadł się od dotknięcia valyriańskiej stali? Uczulony czy co?

No dobrze, bobrze ‒ powiecie ‒ nie takie wpadki wybaczyliśmy „Grze o tron”. Ba, Gryzipiór z przyjemnością wybaczyłby więcej ‒ nawet Ducha szarżującego z Dothrakami, choć na logikę powinien bronić Brana w bożym gaju ‒ gdyby tylko ten cały szum wokół bitwy o Winterfell dorównywał jej znaczeniu, gdyby wpłynęła na losy bohaterów, dała im okazję do rozwoju i zmiany albo chociaż udzieliła nam, widzom, odpowiedzi na te najbardziej palące pytania. To właśnie miałam na myśli, pisząc o braku scenariusza. Drodzy panowie twórcy! Bitwa na ekranie nie może być po prostu rekonstrukcją walki. Z niej też trzeba uczynić opowieść ‒ o grozie wojny, poświęceniu, pokonywaniu strachu czy o czymkolwiek chcemy.

O czym jest bitwa o Winterfell? Większość bohaterów nie przechodzi tu żadnej próby, nie zmienia się nawet na jotę. Sam pozostaje w walce tchórzem, Ogar nadal panicznie boi się ognia, Arya kosi wrogów jak ubzdryngolony miniaturowy kombajn, a Jorah daje dowód miłości do Daenerys (w przeciwieństwie do Jona, który daje drapaka). Najważniejsze postacie mają równie wielki wpływ na wydarzenia, co każdy z tych 700 statystów ‒ nawet nasz ulubiony bękart, który robi to samo, co jego dziewczyna, tylko wolniej. Przedziwnie doprawdy mają się sprawy z Branem, ponoć największym adwersarzem Nocnego Króla, który nie ma tu zupełnie nic do roboty poza podglądaniem swojego arcywroga podczas lotu na smoku (każdemu jego porno, nie?). Obaj ‒ Jon i Bran ‒ są największymi przegranymi tego odcinka, a kto wie czy nie całej „Gry o tron”. Ich wątki, ściśle związane z wątkiem Innych, najwyraźniej prowadziły donikąd. Ten pierwszy odegra jeszcze rolę w wojnie o Żelazny Tron, ale ten drugi? Będzie szpiegować Cersei w kąpieli?

fot. HBO / Watchers on the Wall [*]
Żal mi też, że twórcy przespali moment, który powinien być ważny dla Sansy. W książkowej wersji bitwy nad Czarnym Nurtem jest taka zacna scena, w której kobiety z Czerwonej Twierdzy zamykają się w komnacie, by wspólnie czekać na wynik walk. Cersei oczywiście natychmiast daje w palnik, a wtedy kilkunastoletnia Sansa przejmuje jej obowiązki i po królewsku roztacza opiekę nad przerażonymi towarzyszkami. Nic podobnego nie zadziało się w tym tygodniu. A powinno! Jeśli nasza skwaszona Starkówna ma objąć rządy, to chciałabym przedtem zobaczyć w niej zręczną przywódczynię, a nie tylko wyniosłą, skrzywdzoną dziewczynę, o której wszyscy mówią, że jest bardzo sprytna. Gdyby chociaż zrobiła użytek ze sztyletu, który dała jej siostra! Kochani scenarzyści, po co wprowadzać takie rekwizyty, jeśli nie ma się zamiaru ich wykorzystać? Uff, dobrze chociaż, że doszło do tego małego pojednania między Sansą a Tyrionem ‒ w tej jednej scenie jest więcej chemii niż w całym romansie Danki i Jona.

Właściwie tylko Arya pokonuje podczas tej bitwy znaczącą drogę: od niezachwianej pewności, przez strach i wątpliwości, aż do zrozumienia swojej roli w konflikcie. Nie lecę w pianę, że to ona wykończyła Nocnego Króla, bo to ładne zwieńczenie jej historii i symboliczne wyrównanie rachunków ze Śmiercią, z którą miała na pieńku, odkąd kostucha uczyniła ją samotną półsierotą na ulicach Królewskiej Przystani. Niemniej jednak scena śmierci Nocnego Króla to niewybaczalny paździerz, a do tego zmarnowana kulminacja ośmiu sezonów i przykład na to, jak nie należy ogrywać oczekiwań widza. Po pierwsze, zabić przedwiecznego boga zimy powinno być nieco trudniej niż wykończyć bossa dziesiątego poziomu łotrzykiem z pięcioma punktami w ciosie w plecy. Po drugie, epicki pojedynek z Nocnym Królem należał się Jonowi jak psu zupa, a jeśli scenarzyści uważali inaczej, to na przeszkodzie powinna stanąć mu miłość do Danki, nie jakiś tam nabzdyczony smok.

fot. HBO / Watchers on the Wall [*]
Po trzecie i może najważniejsze, śmierć Nocnego Króla i bitwa o Winterfell, jak każdy porządny punkt kulminacyjny, powinny mieć w sobie głębię, element zaskoczenia i konsekwencje. To mogło być cokolwiek: nagły zwrot akcji, szokująca informacja, śmierć ważnego bohatera, niespodziewana zdrada. Wstrząsające odkrycie, że Nocny Król jest synem Dany i Jona z alternatywnej linii czasowej. Coś, co godnie zamknęłoby ciągnący się od ośmiu sezonów wątek Innych, dało nam pojęcie o ich celu i naturze oraz poczucie, że ten wielki archetypiczny konflikt między życiem a śmiercią miał znaczenie, a zwycięstwo nie przyszło ani łatwo, ani darmo. Tego najbardziej zabrakło mi w tym odcinku. Nawet te kilka ‒ ledwie kilka! ‒ poruszających śmierci (odkupienie Theona, miłość Joraha, melancholijnie piękne odejście Mel) wydają się puste, przewidywalne, pozbawione fabularnego znaczenia. To tak, jakby scenarzyści odrabiali pańszczyznę akurat tam, gdzie najbardziej potrzebna jest twórcza energia.

Nic dziwnego, że fandom „Pieśni Lodu i Ognia” rwie teraz włosy z głowy, próbując zrozumieć, po co Pan Światła wskrzesił Jona, i wpasować Aryę w proroctwo o powrocie Azora Ahai ‒ legendarnego bohatera, którego szukała Melisandre. Zwijajcie trampki, koledzy i koleżanki! Nie sądzę, by scenarzyści „Gry o tron” mieli ambicję zamykać wątki rozpoczęte przez GRRM-a trzynaście lat temu. Prawdę mówiąc, nie sądzę nawet, żeby działali zgodnie z jakimś długoterminowym planem ani żeby wybiegali myślami dalej niż to, co akurat wydaje im się atrakcyjne, nawet jeśli przeczy logice czy odbiera moc wydarzeniom z poprzednich sezonów. Ciemny lud i tak to kupi, co nie? Zwłaszcza że na ekranie i tak nic nie widać.

  • Reżyseria: Miguel Sapochnik
  • Scenariusz: David Benioff i D.B. Weiss
  • Produkcja: HBO
  • Premiera: 28 kwietnia 2019


20 komentarzy:

  1. Chciałoby się powiedzieć - a nie mówiłem. :) Pamięta koleżanka, co napisałem przy okazji omawiania pierwszego odcinka tego sezonu? Nie ma żadnego słodko-gorzkiego zakończenia, tajnych wskazówek od Martina i wspólnego zakończenia wątków dla serialu i książek. Prawdziwego zakończenia sagi nie zna jeszcze sam Martin, a drogi twórców rozeszły się w 4 sezonie i dedeki po prostu realizują własną wizję tej historii. A że są raczej miernie utalentowani, a ich znajomość świata Martina jest prawie żadna, to mamy to co mamy. Reszta to tylko dym w oczy dla wkurzonych fanów, jak ta bzdura o pochodzeniu imienia Hodor. Założę się, że tę akcję z Aryą wymyślili i napisali na kolanie dopiero przed rozpoczęciem zdjęć do 8 sezonu. A może już i w trakcie. Dla uwiarygodnienia sięgnąwszy po to, co tam kiedyś Melisandre powiedziała do Aryi. W zupełnie innym kontekście zresztą. Dla mnie hitem odcinka była informacja, że Pan Światła po to tyle razy wskrzeszał Berica, żeby Dondarrion mógł w tym odcinku rzucić mieczem w umarlaka leżącego na Aryi. Ciekawe kto rzuci tym mieczem w książce, skoro tam Beric już nie żyje? :P lol No, ale jeżeli ktoś chce dalej wierzyć, że także w książkach to Arya zatrzyma nadchodzącą Długą Noc to już jego sprawa. Ja tam pozostaję przy swoim.

    Owszem, bitwa pod względem taktycznym koszmarnie rozegrana. Ale to akurat żadna nowość. Bitwy w GoT są spieprzone tradycyjnie, że tak powiem. I żadna widowiskowość oraz kolejne miliony dolarów tego nie zmienią. Pisałem już o tym, gdy omawialiśmy tutaj Bitwę Bękartów. Mniejsze starcia wychodzą im znakomicie, ale do wielkiej epiki nie mają talentu. Choć akurat pod tym względem Martin wcale nie jest od dedeków lepszy. Atak Stannisa na Królewską Przystań to wręcz koncertowy przykład niekompetencji i festiwal głupich pomysłów. I to w wykonaniu ponoć najlepszego wodza Westeros. Czego więc wymagać od średnio bystrego Jona i młodej dziewczyny?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie myśl, że nie spodziewałam się tego "a nie mówiłem" :P W książce to przede wszystkim nie ma Nocnego Króla (przynajmniej na razie) ani tego bzdurnego motywu, że istnienie całej armii zombiaków zależy od jednej istoty, więc tak czy siak bohaterowie będą musieli inaczej powstrzymać Długą Noc. Sądzę, że Arya odegra w tym jakąś rolę, ale na pewno nie tak, jak tutaj.

      Oj, tu jest gorzej niż w Bitwie Bękartów, bo głupotę strategii obrony Winterfell widzą i wypunktowują wszyscy, nawet tacy laicy jak ja :) GRRM potrafi przynajmniej pisać bitwy tak, że a) ich wynik nie jest oczywisty, b) mają konsekwencje, c) śledzimy je z zaangażowaniem, bo wiemy, że tutaj każdy może zginąć, i jeszcze włącza jakąś nieoczywistą perspektywę (np. Sansy podczas bitwy nad Czarnym Nurtem). Łatwiej wybaczyć niekompetencję, kiedy dostajemy w zamian takie wartościowe rzeczy. A od dedeków dostaliśmy tylko widowisko jako substytut opowieści, i to takie, którego nie da się oglądać bez podkręconej jasności ekranu i wizyty u okulisty :<

      Usuń
    2. Nie no, oczywiście żartuję. ;) Jestem absolutnie pewien, że Martin poprowadzi wątek Innych (a więc także ich upadku) zupełnie inaczej. Nie jestem na 100% pewien tego info, ale słyszałem, że sami dedecy potwierdzili, iż Martin nie przekazał im żadnych informacji, jak rozwinie ten wątek w książce. A więc "licentia dedetica"... :)

      Usuń
  2. I żeby nie było, że nic tylko narzekam - odcinek mi się podobał. Stanowił doskonałe dopełnienie poprzedniego odcinka. Nawet ta nieszczęsna szarża Dothraków w ciemność - coś kretyńskiego z punktu widzenia taktyki - była piękna i wzruszająca. Zalożę się, że niebawem przejdzie do filmowego kanonu. Grę o Tron trzeba umieć oglądać. Trzeba zdecydowanie oddzielić serial od książki. Tu nie tylko fakty się nie zgadzają. Książka kieruje się żelazną logiką, natomiast serial gra na emocjach. Wciąga klimatem, a wciągający klimat jest tym, co bardzo cenię w fantasy. Może nawet najbardziej. Odcinkowi trzeciemu klimatu nie brakowało. Oglądałem go wręcz z rozdziawioną gębą, obgryzając paznokcie. :) Tak naprawdę w trakcie seansu zazgrzytały mi właściwie tylko dwie rzeczy. Scena z ożywającymi mieszkańcami krypt była głupia i - jak się okazało - niepotrzebna, bo nikt znaczący nie zginął. To było coś niczym z jednego z kiepskich horrorów Sama Raimi. Nie moja bajka, krótko mówiąc. No i fakt, że NK zginął z rąk Aryi. To nie tylko było idiotyzmem z punktu widzenia wszystkiego, co dotychczas wiemy o PLiO, ale i względem tego właśnie odcinka. Do momentu rozmowy z Melisandre Arya prowadzona była doskonale. Najpierw trochę hojraczyła na murach, potem przekonała się, że nie jest jednak taka twarda jak jej się wydawało. Mogło tak pozostać. NK mógł zabić ktokolwiek, choćby Theon w jakimś ostatnim zrywie mógł rzucić mu w plecy włócznię z obsydianowym ostrzem. Arya była najgorszym wyborem.
    Wybór tych, którzy zginęli i którzy przeżyli, też nie do końca mi odpowiadał. Zdziwiłem się, że zginęli obydwoje Mormontowie. Jedno powinno było przeżyć. Dedekom pewnie nawet nie przyszło do głowy, że właśnie uśmiercają ten zasłużony dla Północy ród. Myślałem, że zginie Szary Robak - chyba jak każdy - ale nie mam problemu z tym, że przeżył. Lubię tę postać za jej skromność i obowiązkowość. Nie lubię za to Gendrego, a ku memu zaskoczeniu przeżył. To samo Varys - oby scenarzyści mieli naprawdę dobry powód, dla którego dalej będę musiał oglądać tego bezużytecznego tłuściocha. Szkoda Eda i Berica, ale powiedzmy sobie szczerze - byli bez szans. Miałem też nadzieję, że Melisandre zginie od ognia. Cóż, udało się wiedźmie. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest prawda w tym, co rzeczesz, ale ja to bym chciała mieć i emocje, i klimat, i spektakl, i logiczną fabułę :) Trudno mi się pogodzić z tym, że muszę się "nauczyć" oglądać jakiś serial, to znaczy - jak rozumiem - doceniać jego zalety i przymykać oko na wady? Próbowałam tak oglądać dwa poprzednie odcinki, ale to, kurza melodia, nie działa. Nie w tym finałowym sezonie, gdzie nic nie będzie można już naprawić, odkręcić, poprowadzić potem w inną, lepszą i ciekawszą stronę.

      U mnie na monitorze scena w kryptach była tak ciemna i niewyraźna, że nawet nie mogłam się nią zeźlić :) Ale sam fakt, że ktoś uznał grobowce za najbezpieczniejsze schronienie podczas walki z nekromantą, mówi nam coś o tym, jak bardzo dedecy powątpiewają w inteligencję swoich bohaterów i widzów. Moim zdaniem Theon byłby jednak gorszym wyborem niż Arya, Arya ma przynajmniej długą historię zmagań ze śmiercią, którą Nocny Król jakoś tam uosabia. Osobiście nakręciłabym śmierć NK jako rezultat pracy zespołowej kilku bohaterów - Bran mógłby przejąć kontrolę nad jego smokiem, Jon mógłby się z nim epicko pojedynkować, ktoś inny mógłby się poświęcić, żeby dać Aryi możliwość zadania ostatecznego ciosu.

      Ofiar było przede wszystkim za mało. Główni bohaterowie przetrwali ataki, które masowo powalały szeregowych żołnierzy. Plot armor jak się patrzy! Być może Arya powinna zginąć, gdy zabiła Nocnego Króla. Ale też się cieszę z Szarego Robaka - był tak oczywistym kandydatem, że dobrze, że przynajmniej tutaj dedecy powstrzymali się od spełnienia oczekiwań widzów :)

      Usuń
    2. "Osobiście nakręciłabym śmierć NK jako rezultat pracy zespołowej kilku bohaterów - Bran mógłby przejąć kontrolę nad jego smokiem, Jon mógłby się z nim epicko pojedynkować, ktoś inny mógłby się poświęcić, żeby dać Aryi możliwość zadania ostatecznego ciosu."

      Przeglądałem tak sobie youtuba, wysłuchując kolejnych narzekań, że jak to Arya? i to w taki sposób?, itd.

      Jak to możliwe, że NK był odporny na smoczy ogień (ale nie tylko on - bo jego zbroja też przecież - to nie jest casus Danki, tylko jakaś jego własna super-magia, że ogień jakby go ominął*), a Arya zabiła go zwykłym obsydianowym sztyletem?

      Jak to tak, co to ma być, toć to bez sensu, itd...

      I nagle doznałem olśnienia...

      Można było uczynić to po stokroć mniej głupim - i to praktycznie na ostatnią chwilę, BEZ ZMIANY SCENARIUSZA I KOLEJNOŚCI ZDARZEŃ - właściwie w postprodukcji - dodając jedynie niezbyt trudny efekt CGI!

      * - Magiczne Lodowe Pole Siłowe!

      Danka atakuje go Smoczym Ogniem - po czym nagle on się wyłania spowity w owo pole siłowe - oddzielające go całkowicie od przestrzeni na zewnątrz.

      Potem przybywa do Brana, rzuca się na niego Theon - który oczywiście rozbija się o to pole z tą swoją włócznią.
      Nocny Król - pewien swojego całkowitego zwycięstwa i tego, że nic już mu nie zagraża - ściąga owo pole, by osobiście zabić zdruzgotanego Theona...

      I właśnie wtedy - wykorzystując lukę w owym polu - wyskakuje Arya...

      Przecież wtedy nie tylko mamy sprytne obejście tego głupiego zgrzytu, że czemu Smoczy Ogień nie działał w ogóle (ani na NK, ani na jego zbroję - zupełnie, jakby... ten roztaczał wokół siebie pole ochronne... którego ktoś tak jakby zapomniał wstawić w postprodukcji...)

      Ale również postulowaną "pracę zespołową"

      Jak również i szarża Theona nie byłaby taka bezsensowna - wtedy bowiem nie tylko miałby ten motyw z odkupieniem, ale również FAKTYCZNIE odegrałby w tym wszystkim kluczową rolę, doprowadzając do tego, że NK ściągnąłby to pole, odsłaniając się w ten właśnie sposób. :)

      P.S.

      Tylko proszę bez zarzutów o to, że czegoś takiego nie było w GoT do tej pory.

      Melka również nie rozpalała wcześniej ognia aż tak łatwo.

      Sam zaś NK to - jak widzieliśmy już nie raz - i w tym odcinku przecież również - wysokopoziomowy nekromanta.

      Podnoszenie całej armii trupów z ziemi jest chyba o wiele bardziej mano-żerne, niż zwykłe (czy tam nawet bardzo silne) Pole Siłowe - a on robi to z paluszkiem w lodowym tyłeczku jakoś.

      A ponadto: mogliśmy zakładać przecież, że do tej pory nie pokazał jeszcze wszystkich swoich sztuczek - więc nic by nadzwyczajnego nie było w tym, że pokazałby nam coś takiego dopiero teraz - szczególnie, że logicznym byłoby założenie, że on również na tą ostateczną bitwę zachowa jakieś asy w rękawie - nikt nie mógłby więc wyrzucać showrunnerom, że skąd to, co to, itd.

      Byłby więc wilk syty (pragnienie przynajmniej minimum logiki ze strony fanów) i owca cała (scenariusz tej bitwy w takim kształcie, jak sobie tam już nakręcili przez te 55 nocy) - przy niewielkich zmianach nawet ona ostatnią chwilę...

      Cholera... czemu nikt na to nie wpadł, kiedy robili sobie te przedpremierowe pokazy - czy tam nie było nikogo choćby ciut sprytnego?

      Usuń
    3. "muszę się "nauczyć" oglądać jakiś serial, to znaczy - jak rozumiem - doceniać jego zalety i przymykać oko na wady?"
      No cóż... tak. ;) Nie no, po prostu nie chcę być hipokrytą, który na seansie zagryza paznokcie i nawet na sekundę nie odejdzie od ekranu (co dla produkcji telewizyjnej zdarzyło mi się chyba pierwszy raz w życiu) a potem na forum struga skrzyżowanie Raczka z Kałużyńskim. Oczywiście widzę te wszystkie błędy i głupoty fabularne. Sam o nich wielokrotnie pisałem. Ale to nie zmienia faktu, że trzeba chyba nie mieć serca, żeby nie uronić łezki, gdy Podric śpiewa o Jenny ze Starych Kamieni, a bitwa się zaczyna...

      No właśnie - śmierć. Słyszymy o niej przez cały czas i w serialu rzeczywiście Inni ją uosabiają. Jednak ja wciąż widzę ich głównie przez pryzmat książki, gdzie - owszem, posługują się śmiercią - ale przede wszystkim są tajemniczą rasą z nieznanych rejonów Północy. Być może jakimiś demonami zimy. W każdym razie przeciwnikiem z krwi i kości, mającym własny język i obyczaje. Przynależą do Westeros i jego kosmologii. Są jej częścią. Jon i Daenerys też. Choć Dany niemal całe życie spędziła poza Westeros, to nie mamy wątpliwości, że należy do tego świata. Natomiast Arya od dawna już przynależy do kosmologii Essos. Stała się jego częścią, jak Ludzie Bez Twarzy. Choćby nie wiem jak podkreślała, że tu jest jej dom, to tak naprawdę jest tu tylko gościem. Ciałem obcym. Dlatego właśnie chciałem, żeby NK zabił Jon, choćby nie wiem jak było to słabe. Jon, Daenerys, nawet Theon, ale ktoś kto przynależy do świata Westeros i jego mitologii. Mam nadzieję, że za bardzo nie namotałem i wyjaśniłem w miarę przystępnie, skąd u mnie takie, nie inne, stanowisko. :)

      Usuń
    4. Ale on przecież już ma Magiczne Lodowe Pole Siłowe, tylko ono nazywa się: Zginiesz Dopiero Wtedy, Kiedy Ci Na To Pozwolimy, Gamoniu - Pozdrowienia, Scenarzyści GoT :> Nie, serio, Twoja wersja oczywiście usensownia tę bezsensowną śmierć, ale nadal wydaje mi się, że trzeba ją było nakręcić bez wprowadzania jakichś nowych supermocy na ostatnią chwilę, po prostu pomysłowo wykorzystując to, co już wiemy o bohaterach i ich mocach.

      Pytanie tylko, czy nasze zaangażowanie emocjonalne w tę historię to rzeczywiście efekt ciężkiej pracy twórców serialu, czy wypadkowa naszej sympatii do Pieśni Lodu i Ognia, zżycia się z bohaterami, zaangażowania w fandomowe dyskusje i tak dalej? Myślę, że nie ma hipokryzji w tym, że kochamy jakiś twór kultury, a jednocześnie głośno go krytykujemy tam, gdzie nas zawodzi. Właśnie tłumienie uczuć zawodu wydaje mi się nieszczere. Zresztą, ejże, krytyka z miłości - czyż to nie jest istota bycia fanem? :>

      Hola, a kto tu pisał, że serial trzeba umieć oglądać, czytaj: zdecydowanie oddzielić go od książki? :P Fajna uwaga co do książkowych Innych - to prawda, że oni mają swoje miejsce w mitologii GRRM-a, są częścią naturalnego porządku tego świata, a nie zaburzają go jak w serialu. Ale nie zgodziłabym się, że Arya przynależy do Essos, a Dany - do Westeros, zwłaszcza jeśli bierzemy pod uwagę książki. W książkach Danka jest właśnie pod olbrzymim wpływem kultury Essos, spędziła tam całe życie, podbija świat siłą i strachem i potrafi być okrutna (jak Dothrakowie), a zupełnie nie ogarnia dyplomacji i politycznych intryg, na których opiera się polityka w Westeros. Arya uczy się skrytobójstwa w Braavos - tym spośród Wolnych Miast, które jest najbliższe Westeros - i ciągle walczy o swoją tożsamość, nie potrafi wyrzec się rodziny ani Igły. Myślę, że jej pobyt w Essos jest bardzo tymczasowy. Więc! Mnie pasuje, że to akurat ona zabiła NK, tylko żałuję, że nie było pracy zespołowej, dzięki której zwycięstwo wydawałoby się zasłużone.

      Usuń
    5. Nie no, gdy trzeba to krytykuję. To co naprawdę w serialu mi przeszkadza - niedorzeczności fabularne, porzucone wątki (lub wyciągnięte nie wiadomo skąd) i błędy logiczne. Na inne rzeczy potrafię przymknąć oko, póki czuję klimat fantasy i prawdziwe emocje. Być może to nie do końca właściwa postawa, ale od obiektywnej krytyki jest już tylu fanów, że jeden więcej nikomu niepotrzebny. ;)

      Prawda, tak uważam. Powinno się oddzielić. Ale nikt nie jest doskonały i ja też nie. Czasem nie potrafię. :) Szanuję twoje zdanie, jednak ja uważam, że to Dany przynależy do Westeros bardziej. Owszem, Arya wierzy w rodzinę, bo tak wynika z jej doświadczeń życiowych (inaczej niż u Dany). Jednak to w zasadzie wszystko, co wyniosła z Westeros. W Braavos (a nawet wcześniej, już podczas nauk Syria) nasiąka essoską kulturą i sposobem myślenia. "Valar Morghulis" - wciąż to powtarza. Ona, nie Daenerys. Ma swojego Boga o Wielu Twarzach, nie Starych Bogów czy Siedmiu, jak Jon i Dany. Daenerys jest jak ten kamień w wodzie z "Ojca Chrzestnego III". Mimo iż od lat zanurzona w essoskiej kulturze, nie nasiąka nią. Marzy o swoich rycerzach i dworach. O westeroskiej sprawiedliwości i westeroskim domu. Zakochuje się jak kobieta zachodu. Myśli jak człowiek zachodu, Arya już nie. Dany podbija świat siłą i strachem, bo świat podbija się siłą i strachem. Pod każdą szerokością geograficzną i w każdej kulturze. Ale zawsze motywuje swoje działania dobrem poddanych, sprawiedliwością i chęcią zapewnienia wszystkim lepszego losu. Nie tylko motywuje - naprawdę w to wierzy. Dlatego ludzie idą za nią. Gdyby myślała na sposób wschodni, to nie zawracałaby sobie tym głowy. Uznałaby, że skoro ma władzę, to widać jej się należała. Wolą bogów. :) A okrutne są obie, bez hipokryzji. Arya nie ma tylko takich możliwości jak Dany. Ale potrafi zabić bez mrugnięcia okiem. W książce jest nawet okrutniejsza - za co np. zabiła Daerona?
      Choć myślę, że w rzeczywistości serialowej najlepszym wyborem byłby Jon (przygotowywany zresztą do tej roli od wielu sezonów), który odbył klasyczną podróż bohatera fantasy. Sorry, ale argument dedeków, że postawili na Aryę, bo wszyscy typowali Jona, to chyba najgłupsza rzecz, jaką w życiu usłyszałem z ust filmowca. Miałem ich zawsze za leniwe beztalencia, ale oni okazali się zwyczajnymi gówniarzami. Naprawdę, HBO powinno po 4 sezonie pogonić tych gnojków i powierzyć produkcję Bryanowi Cogmanowi, który chyba jako jedyny rozumie tam ducha PLiO.

      Usuń
    6. Moim zdaniem to jak najbardziej właściwa postawa! W ogóle, poza jakimiś skrajnymi wypadkami, nie ma czegoś takiego jak niewłaściwa postawa w tym, jak odbieramy dzieła kultury i ile do tego włączamy krytycyzmu :)

      Rozumiem Twoją perspektywę. I myślę sobie - może po prostu trzeba spojrzeć na to tak, że te dwie bohaterki mają w sobie żywioły i Essos, i Westeros, a konflikt lub współdziałanie tych żywiołów to właśnie jest to, co czyni Dankę Danką i Aryę Aryą? Jedna jest zarazem despotką i wyzwolicielką niewolników, druga wierzącą w rodzinę zabójczynią i właśnie to czyni je interesującymi, wielowymiarowymi postaciami.

      Oj tak, argument głupi straszliwie, właśnie na poziomie średnio rozgarniętego nastolatka bawiącego się w scenopisarstwo :/ Ale, uczciwie mówiąc, HBO nie miało powodu ich zwalniać, skoro rokrocznie przynosili im zyski, a liczba widzów ciągle rosła. Wiadomo - nie poziom artystyczny jest tym, co decyduje o przychylności wielkich wytwórni telewizyjnych.

      Usuń
  3. Odcinek był emocjonujący i miejscami spektakularny, za to trzeba pochwalić. Natomiast fabularnie to klapa. DnD chyba naprawdę są kompletnymi idiotami :D. Cała historia Białych Wędrowców została zaorana i tak jak piszesz - wątki Jona i Brana przez całą sagę nie miały sensu :( Jedyne co pozostało dla Jona to zostać królem, ale no nie wiem jak teraz się akcja rozwinie. Teraz to oczekuje jakieś fajnej intrygi politycznej, bo jeśli tego nie dostaniemy to niestety będziemy mieć uczucie zmarnowania tej opowieści. Z resztą już po tym odcinku pokładam jedyną nadzieję w Martinie, że się wyrobi z książkami. Akurat jego można być pewnym, że jak już wypuści coś do księgarń to będzie to przemyślane fabularnie. A i lepiej nie oglądać wypowiedzi DeDeków w filmikach MakingOf, bo można się kompletnie załamać (wypowiedzi typu Dlaczego to Arya zabiła NK? Figured it out for yourself) (sic!).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Au, dzięki za ostrzeżenie. Nie oglądam tych filmików od dłuższego czasu, wychodząc z założenia, że odcinek powinien sam się tłumaczyć, ale teraz to nawet nie będę się nad tym zastanawiać :)

      Fakt, GRRM nie jest ideałem, ale jego historie przynajmniej mają sens i cel, nawet jeśli dłużą się niemiłosiernie. Nie wiem, na co on czeka, na jego miejscu po tym odcinku rzuciłabym się do klawiatury naprawiać to, co te gamonie napsuły w mojej opowieści. To prawda, że teraz jedynym rozsądnym zakończeniem wątku Jona wydaje się objęcie przez niego tronu, ale kto rządziłby razem z nim? Danka? Toż chyba nawet dedecy nie byliby takimi sadystami?

      Usuń
  4. Bitwa na ekranie nie może być po prostu rekonstrukcją walki. Z niej też trzeba uczynić opowieść ‒ o grozie wojny, poświęceniu, pokonywaniu strachu czy o czymkolwiek chcemy. - to podsumowanie mojego największego problemu z tym odcinkiem. Wszyscy przechodzą przez tę bitwę bez przemiany, a z opowieści zrobił nam się survival horror. Sceny Sansy z Tyrionem, całe to wychodzenie umarlaków z krypt - po co? Myślałam, że dziewczynka z poprzedniego odcinka odegra jakąś rolę, ale nie, bo i czemu. Plus za Lady Mormont, chyba jako jedyna zapadła w pamięć tak jak powinna. Ogólnie twórcom udało się mnie zaskoczyć - brakiem zaskoczenia. Spodziewałam się gdzieś tam w głębi serca, że zabiją kogoś, kogo śmierci się nie spodziewamy - np. Daenerys ;) potem w trakcie odcinka - że Tyrion i Sansa zabiją siebie nawzajem. I że Szary Robak poświęci się w bitwie (patrzył na te okopy tak, że sądziłam, że sam się podpali). Nic z tych rzeczy się nie wydarzyło, więc no dobra, efekt zaskoczenia brakiem znaczących wydarzeń jest :D śmierć Nocnego Króla była za to tak bardzo nie GoTowa, bardziej rodem z jakichś Avengersów (czy innych filmów, gdzie bohaterowie odkrywają, że Obcy to rój, którego królową trzeba zabić :)), że zupełnie nie przyjęłam jej do wiadomości. Ech ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaskoczenie brakiem zaskoczenia - ha, sama bym tego lepiej nie ujęła :) Ale to problem nie tylko tego odcinka, prawda? Nie pamiętam, kiedy ostatnio w GoT trafiła nam się jakaś prawdziwa niespodzianka. Chyba przy Hodorze?

      Ojej, czemu Tyrion i Sansa mieliby się pozabijać? Mnie się wydawało, że zaraz się pobiorą po raz drugi ;) Zgoda co do Lady Mormont, Szarego Robaka i dziewczynki z poprzedniego odcinka (kolejny porzucony wątek, tak jak sztylet Sansy). Właśnie, śmierć Nocnego Króla to taki dowód na to, jak mało kreatywności zostało w tej ekipie, skoro uciekają się do najbardziej wytartych klisz gatunkowych. To już chyba epicki pojedynek do wtóru zawodzenia chóru byłby znośniejszy. Ech ;)

      Usuń
    2. Co do tego, że się pozabijają, to właśnie chodziło mi o ten sztylet - wydawało się, że sztylet Sansy posłuży przynajmniej do tego, żeby zabić Tyriona/Goździk zmienionych w zombie albo do popełnienia samobójstwa, gdy wszystko już będzie stracone. Ale nie, lepiej zrobić scenkę z wyłażeniem ciał z krypt. W dodatku zero refleksji - hej, to są krypty Starków, zabić cię chce twoja własna rodzina, żeby się uratować, musisz ich zabić po raz drugi.

      Usuń
    3. Właśnie! W ogóle nie rozumiem, czemu twórcy nie wykorzystali tej grozy związanej z powrotem rodziny zza grobu, toż to samograj jest. Może uznali, że to będzie za dużo? Bali się, że wypadnie śmiesznie? Nie potrafili pokazać tego odpowiednio subtelnie? Kurka wodna, może i dobrze, że się wycofali, bo jeszcze byśmy zobaczyli grzechoczące kości Neda ścigające Sansę pomiędzy sarkofagami...

      Usuń
  5. Zasadniczo zgadzam się z tym, że wiele rzeczy było w tym odcinku bardzo niedobrych i że wątek Innych został niezbyt satysfakcjonująco zamknięty. Niemniej jednak kilka szczegółów w tym odcinku sprawiło, że nieco cieplej patrzę na postać Nocnego Króla i jego niezbyt efektowny koniec.
    Po raz pierwszy odkąd pojawił się na ekranie (z wyjątkiem jego origin story), Nocny Król pokazał, że nie wyzbył się zupełnie pierwiastka ludzkiego - ten znaczący półuśmiech, gdy wyszedł cało z pożogi oraz ten krótki moment zawahania podczas tete-a-tete z Robo-Branem - wkazywałyby, że jeszcze ostały się w nim jakieś emocje. To z kolei świadczyłoby o tym, że być może nie należy go traktować jako personifikacji zabójczej potęgi zimy/śmierci/chaosu/niepotrzebne skreślić, a raczej jej pośrednika lub może czempiona, niepozbawionego własnej woli i wad. Jedna z nich - zwyczajna i bardzo ludzka pycha - kazała mu wkroczyć do Winterfell osobiście, zamiast pozwolić swoim żwawym umarlakom wymazać je z mapy i ludzkiej pamięci. No i pycha właśnie stała się jego zgubą - ot i przypał.
    Jeszcze jedno spostrzeżenie - być może pamiętacie odcinej, w której Inni wdzierają się do kryjówki Trójokiej Wrony? Widzieliśmy tam, że Nocny Król był w stanie rozsunąć ścianę ognia wywołaną przez Dzieci Lasu. Można się więc domyślać, że rzeczywiście miał on do pewnego stopnia kontrolę nad ogniem. Pozwolił też zaszarżować na siebie Theonowi z obsydianowym grotem, jakby zupełnie nie bojąc się, że może zginąć. Natomiast przed Jonem i jego valyriańskim mieczem (który miał już okazję widzieć w Hardhome) zasłonił się masą zombie. Być może w ten zawoalowany sposób twórcy serialu chcieli wskazać, że właśnie valyriańska stal była tak naprawdę jedyną bronią, która mogła go skrzywdzić. W końcu podobno zawierała w sobie bardzo starą magię.
    Jest jeszcze rzecz, którą po raz kolejny (choć tylko na kilka chwil) twórcy uraczyli widzów i którą śmiało mogę pochwalić jako coś niezupełnie oczywistego w przedstawieniach zombie - a mianowicie to, że gdy jest ich bardzo, bardzo wiele, to w zasadzie nie funkcjonują już jako armia, ale jak wielka fala przyboju, zalewająca ludzi i mury.

    OdpowiedzUsuń
  6. Zgadzam się z pierwszą sugestią. Kimś takim mógłby być na przykład Wielki Inny, o którym bajdurzyła Melisandre (w książce na pewno, w serialu nie pamiętam).
    Co do sugestii drugiej, to zdaje się, że valyriańska stal właśnie dlatego była zabójcza dla Innych, bo wykuwano ją z dodatkiem obsydianu (jak zwykłą stal wykuwa się z dodatkiem węgla).
    Ze spostrzeżeniami dot. zombi zgadzam się w całości. To jeden wielki żywioł, nie pojedynczy żołnierze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawe spojrzenie na Nocnego Króla. Dzięki :) Sama jakoś nie szukałam w nim pierwiastka ludzkiego, może dlatego, że twórcy nigdy na serio nie skierowali naszej uwagi na jego ludzką przeszłość, emocje czy motywacje. W tym odcinku nawet dosłownie porównali go do boga śmierci, a jego hordę - do śmierci wcielonej. A szkoda, bo gdyby konsekwentniej przedstawili Nocnego Króla tak, jak piszesz, gdyby wyposażyli go w jakąś ludzką motywację, to może byłby z niego ciekawszy przeciwnik.

      Zdaje się, że ten odcinek z rozsuwaniem ściany ognia wywołał sporo kontrowersji, prawda? To, co piszesz, ma oczywiście sens - i faktycznie wynikałoby z tego, że to właśnie stara magia używana do kucia valyriańskiej stali była kluczem. Tylko dlaczego? Valyrianie nie mieli najpewniej żadnego kontaktu z Innymi ani ich odpowiednikami. Podobno do wytapiania stali używali smoczego ognia, może nawet to on odpowiadał za jej specjalne właściwości, a jeśli tak, to dlaczego płomienie Drogona nawet nie osmaliły nosa Nocnemu Królowi? A może nie liczy się ostrze, tylko osoba, która zadaje cios? Trochę to wszystko mgliste. Wydaje mi się, że twórcy powinni po prostu to wyjaśnić. W serialu, nie w komentarzach odautorskich :)

      Podpisuję się pod uwagą o zombie! Zwłaszcza ten moment pierwszej fali ataku na Nieskalanych jest przerażający. Nawet w pierwotnej wersji tekstu miałam tu coś o tym, jak twórcy wykorzystali różne rodzaje grozy, którą mogą budzić nieumarli - jako fala żywiołu, jako samotni łowcy, jako niezrozumiałe istoty spoza normalnego porządku rzeczy. Pomysłowe.

      Usuń
  7. Co do względów militarnych - oblężenie jest pokazane bardzo poprawnie, dużo lepiej niż w większości podobnych produkcji. Po pierwsze wodzowie w antyku i średniowieczu mieli bardzo niewielką możliwość wpływania na losy bitew. Powód jest oczywisty, kwestie komunikacyjne. Stąd wodzowie rozstawiają oddziały przed bitwą, a potem poza obwodem, który reaguje na polecenie wodza, to działają dosyć automatycznie. 1 szarża dothraków - powinni oni być raczej konnymi łucznikami, którzy nękają przeciwnika z pół dystansu. Tak jak Mongołowie. Poza tym nie było możliwości wykorzystania ich inaczej - tym bardziej, że przeciwnik nie bał się o swoje życie, co powoduje wyrzucenie do kosza większości manewrów i ich roli. 2. Nieskalani walczą jak hoplici, ale tutaj można byłoby mieć zastrzeżenia - przede wszystkim, że są w stanie wytrzymać osłanianie własnych sił i nie ulegają panice. Mimo wyszkolenie byłoby to trudne, a raczej wątpliwe. Drugi problem walki ich z nieumarłymi polega na taktyce nieumarłych, którzy trzymają się jak ludzie na dystans, zamiast ruszyć na przeciwnika bez strachu, co pewnie złamałoby linie nieskalanych 3. rzeczywiście można było się spodziewać więcej pułapek na nieumarłych. Wylewanie gorących cieczy na trupów wspinających się na mury, strzelania do nich z łuków. To jednak pewnie związane jak z bezpieczeństwem statystów 4. Wdarcie się nieumarłych do miasta zostało pokazane prawie dobrze. Żołnierze trzymają się swoich oddziałów, nie ma tradycyjnego hollywoodzkiego wymieszania sił. Powód takiego zachowanie jest oczywisty, to zwiększa szanse na przeżycie. Dochodzi też rozsypania się sił obleganych, a także do osłabienia ich morale. To też jest bardzo przytomne posunięcie. Rozpadł własnych linii przybliżała śmierć, a zawsze głównym imperatywem wojowników było zachowanie własnego życia. Tak więc podsumowując. Pod względem militarnym bitwa pokazana w tym sezonie jest logiczna i jest dużo bardziej sensowna niż w większości produkcji. Trochę za mało było pokazane jak na morale wpływa walka z trupami, o tym statyści zapomnieli. Większość narzekań na taki sposób pokazania bitwy jest efektem nieznajomości prac dotyczących bitew na broń białą. PS bitwa bękartów jest najsłabszą bitwą serialu. To ona jest nielogiczna i bezsensowna, tam nikt nie walczy tak jak powinien. Zarówno J. Snow jak R.Bolton wyszli na militarnych idiotów. Oblężenie Winterfell jest dużo logiczniejsze a przede wszystkim sensowniejsze niż bitwa bękartów

    OdpowiedzUsuń