Rycerz Siedmiu Królestw, czyli „Gra o tron”, sezon 8, odcinek 2


Jeśli poprzedni odcinek „Gry o tron” był jak cisza przed burzą, to w tym huknęły pierwsze gromy. Wciąż jeszcze oddajemy się nostalgii i celebrujemy ośmioletnią znajomość z bohaterami, ale twórcy coraz głośniej dają znać, że czas się żegnać. Mrocznieje las wokół Winterfell, zabójcy królów już nie uchylają się przed sądem i nawet smocze królowe są gotowe pojednać się z wrogami, zanim wszystkich zmiecie zima. A to znaczy, że sprawa robi się poważna.


Tekst zawiera spoilery.

Poprzedni tydzień upłynął pod znakiem królewskich powitań, spotkań po latach i powrotów do miejsca, gdzie wszystko się zaczęło. Teraz zaś nadszedł czas pożegnań. Koncepcyjnie „Rycerz Siedmiu Królestw” stanowi kronikę dokumentującą przeddzień bitwy o Winterfell — narady wojenne, ostatnie gorączkowe przygotowania, rzewne obietnice i wisielcze żarty. Ale to także coś więcej — to opowieść o trudnym braterstwie pomiędzy byłymi i przyszłymi wrogami, zjednoczonymi na chwilę dzięki wiszącej nad wszystkimi groźbie śmierci. Po bitwie z Innymi wielu z nich pewnie powiększy grono aniołków (albo tych drugich), dlatego fajnie, że twórcy pozwalają nam spędzić z nimi trochę czasu w spokoju, bez pospieszania akcji i piętrzenia konfliktów, jak to mieli we zwyczaju robić w poprzednim sezonie.

Przyznaję, że o niektórych bohaterów boję się bardziej niż o innych, bo ci właśnie w tym odcinku dotarli do symbolicznego końca swojej drogi — Theon gotowy zginąć w obronie domu Starków w ostatnim akcie odkupienia; Jorah, który nie zdobył królowej, ale otrzymał od Sama miecz z valyriańskiej stali, podobny do tego, który utracił wraz z honorem za sprawą handlu niewolnikami; Brienne w końcu pasowana na tytułowego Rycerza Siedmiu Królestw (nawiązanie do cyklu opowiadań GRRM-a o ser Duncanie Wysokim, podobnież przodku naszej dzielnej rycerki). Ale i ci bohaterowie, których wątki jeszcze nie dobrnęły do wyraźnej puenty, mają w tym odcinku króciutkie, ale zacne sceny, które przypominają nam, ile z nimi przeszliśmy: Davos w konfrontacji z dziewczynką-sobowtórem Shireen, śmichy-chichy z Sama Zabójcy i oczywiście wspaniałe „Now our watch begins”. Tylko jakiejś małej wymiany zdań czy choćby spojrzeń między Sansą a Ogarem ciągle mi brakuje na tym naszym nostalgicznym tripie. Patrzcie, jaki się zrobił od tego markotny:

fot. HBO / Watchers on the Wall [*]
Oczywiście nie był to odcinek idealny. Podobnie jak poprzedni, zdominowały go kameralne spotkania i rozmowy w cztery oczy, przez co trochę się dłuży (ale to w końcu najdłuższa noc w życiu naszych bohaterów, więc można wybaczyć). Znalazłoby się w nim też nieco scen-zapychaczy, które ani nie grzeszą błyskotliwymi dialogami, ani nie wpływają na fabułę, ani nie pogłębiają charakterów postaci czy relacji między nimi. Co najmniej jedna — rozmowa Missandei i Szarego Robaka o wspólnej przyszłości tuż przed wielką bitwą — podpada pod sentymentalną kliszę. Poza tym chadzamy głównie po surowych komnatach i posępnych murach przysypanego śniegiem Winterfell, przez co nie bardzo jest na czym oko zawiesić, oczywiście poza sześciopakiem Gendry’ego. Niemniej jednak w perspektywie całego sezonu to prawdopodobnie ważny odcinek — ostatni moment na oddech i refleksję nad zmianami, jakie zaszły w naszych bohaterach od tamtego pierwszego spotkania na Północy osiem lat temu. I być może ostatnia szansa na szczyptę autoironicznego humoru, jak w tej kapitalnej scenie, w której Tormund wypada zza kadru na Jona pędzącego właśnie w objęcia Edda Cierpiętnika do wtóru patetycznej muzyki.

To rzekłszy, początek jest naprawdę kopytny. W głównej sali Winterfell Jaime przeżywa ciężkie chwile przed sądem smoczej królowej, której zabił ojca. Życie — przynajmniej chwilowo — ratuje mu milczenie Brana i wstawiennictwo Brienne. Podoba mi się nieustępliwość Jaimego („Toczyliśmy wojnę. Dla dobra rodu i rodziny uczyniłbym to wszystko ponownie”), ale ta scena ma więcej niż jednego bohatera. Drugim jest Tyrion, który wypada z łask Danki, gdy za sprawą jego brata wychodzi na jaw zdrada Cersei. I choć później matulce smoków zmięknie serduszko, można sobie zadać pytanie, czy rzeczywiście nie powinna pozbyć się naszego łatwowiernego Krasnala. Nie wiem, czy twórcy po prostu nie umieją pisać tego bohatera, czy też celowo ujęli mu inteligencji i kompetencji, by w finale zrobić z niego geniusza zbrodni. Ale, święty smoku po jabcoku, żeby dać się zaskoczyć zdradą Cersei?! Ponieważ „jak wielu mądrych ludzi nie doceniłem przeciwnika”? Toż to nawet ciućmok największy by się zorientował, że tej lwiej damie lepiej nie ufać.

fot. HBO / Watchers on the Wall [*]
Wróćmy jednak do Jaimego, który szybko odnajduje drogę do bożego gaju i kogoś, kogo kiedyś, w innym życiu, uczynił kaleką. Wydawać by się mogło, że zwykłe „przepraszam” to za mało, ale Branowi najwyraźniej wystarczy. Przyznam, że trochę mnie to rozczarowało — ta naiwność Jaimego i ta obojętność istoty sprzed zarania czasu, która pożarła już nawet słuszny gniew chłopca, któremu kiedyś odebrano upragnioną przyszłość. Miałam nadzieję, że usłyszymy w tym odcinku choć echo dawnego Brana, ale znów przemówił Trójoki Terminator. Brrr. Z kronikarskiego obowiązku odnotowuję jeszcze, że — jak się okazało — ze wszystkich przebrzydłych żywych istot Nocny Król najbardziej chce dorwać Brana, ponieważ ten jest „pamięcią świata”, cokolwiek to, kurka wodna, znaczy.

Tyle dobrego, że Jaime, uspokoiwszy sumienie, może ewakuować się w stronę Brienne i dopisać dalszy ciąg najlepszej historii miłosnej w „Grze o tron”. Serio nie ma chyba w Westeros drugiej pary, która tyle sobie zawdzięcza, a zarazem wcale nie potrzebuje słów, by to wyrazić. Później, w może najbardziej poruszającej scenie tego odcinka, Jaime pasuje Brienne na rycerkę — i będzie to piękna puenta dla ich relacji, która ewoluowała od pogardy i nienawiści aż do wzajemnego szacunku i zaufania. Aj, zakręci się łezka w Gryzipiórowym oku, jeśli za tydzień jedno z nich zginie.

fot. HBO / Fanpop [*]
W pierwszej połowie odcinka warto jeszcze przyjrzeć się rozmowie Danki z Sansą. Pozornie nic nowego się tu nie dzieje — ot, udało się ocieplić atmosferę, gdy dziewczyny odkryły, że łączą je wspólne doświadczenia zmagań ze zbzikowaną rodzinką i szefowania ludziom, którzy niekoniecznie chcą słuchać kobiet, ale w końcu i tak powiało chłodem, gdy przyszło rozstrzygnąć los Północy po bitwie. Arcyważne są jednak słowa Dany o tym, że to z miłości do Jona przybyła walczyć z Innymi i że jeśli ktoś tu kimś manipuluje, to on — nią. To szalenie ciekawe w perspektywie ich późniejszej konfrontacji przy pomniku Lyanny i reakcji Targaryenki na wiadomość o prawdziwej tożsamości Jona. Doprawdy trudno się dziwić, że Dany mu nie wierzy, skoro jedynym źródłem informacji są jego brat i najbliższy przyjaciel. Jednak tamte słowa z rozmowy z Sansą mogą świadczyć o tym, że niedowierzanie smoczej królowej szybko zmieni się w podejrzenie spisku i zdrady, w przeczucie, że Jon sprowadził ją na Północ, by wygrała za niego wojnę i straciła znaczną część sił, tak aby to on mógł zasiąść na Żelaznym Tronie. Biedny Jon, wciąż ma pod górkę z dziewczynami. Ale przynajmniej wygląda na to, że żadne z nich nie zginie w bitwie o Winterfell — byłoby strasznie rozczarowujące, gdyby właśnie tak skończył się ich wątek.

fot. HBO / Fanpop [*]
Ramą narracyjną dla drugiej połowy odcinka jest zbiórka Anonimowych Królo- i Olbrzymobójców przy palenisku w Winterfell. Nie jest to może widowisko godne lauru w dziedzinie błyskotliwego dialogu, ale fajnie zobaczyć tak różne, zazwyczaj śmiertelnie zwaśnione postacie ciągnące do siebie w chwili słabości. Nie licząc pasowania Brienne, ciekawsze są sceny pomiędzy. Wiem, że to trochę siara się przyznawać, ale zaskoczyło mnie spiknięcie Aryi i Gendry’ego. Pewnie dlatego, że przywykłam do Aryi — czupurnej dziewczynki, tu zaś widzimy dorosłą kobietę śmiało sięgającą po to, czego chce jako Arya właśnie, nie Arry, nie Cat z Kanałów, nie Nikt ani żadna z tożsamości, które nasza dzielna Starkówna musiała przyjąć, by przeżyć. Kapitalne. Ciekawe, czy informacja o pokrewieństwie Gendry’ego z Robertem Baratheonem do czegoś jej się przyda. I ciekawe, w czyją pikawę wrazi za tydzień ten swój obsydianowy oszczep (Gryzipiór typuje pewnego zombiaczanego jaszczura).

Tak czy inaczej bank rozbija następna scena, a właściwie montaż pod pieśń o Jenny ze Starych Kamieni, co to nie chciała odejść, tylko tańcować z duchami tych, którzy odeszli przed nią. Bardzo nastrojowe i adekwatne! Jeszcze tylko wspomniana konfrontacja przed pomnikiem Lyanny, przerwana w kluczowym momencie (zapewne na zgubę Jona), i lądujemy na murach Winterfell, pod które właśnie tuptają Biali Wędrowcy...

Ciekawe, co na to ci wszyscy zmarli Starkowie pochowani w kryptach pod zamkiem. Tak tylko pytam, co nie?

  • Reżyseria: David Nutter
  • Scenariusz: Bryan Cogman
  • Produkcja: HBO
  • Premiera: 21 kwietnia 2019


4 komentarze:

  1. Ja muszę powiedzieć, że mam mieszane uczucia. Z jednej strony odcinek mi się podobał, a ilość fanserwisu starczyłaby za pierwsze 6 sezonów. Z drugiej strony - no właśnie, "Gra o Tron" był zawsze tym serialem, który nigdy nie wychodził naprzeciw oczekiwaniom fanów, a wręcz przeciwnie - pozostawiał ich w stanie głębokiego niedosytu i braku tej typowej dla oglądania satysfakcji, gdy wygrywa ten, kogo lubimy. Dobrym działa się krzywda, epickie pojedynki wygrywał czarny charakter, nagrodą za przemianę duchową było obcięcie ręki, a bohaterowie zawsze mijali się ze sobą (co akurat zawsze mnie wnerwiało, przyznaję) ;) Oczywiście, sama narzekałam w 5 sezonie, że "mogliby się już wreszcie spotkać", ale te sceny z drugiego odcinka sezonu ósmego przypominały mi "Władcę pierścieni", a nie "Grę o Tron". Ktokolwiek teraz zginie, smutek będzie mniejszy, bo każdy zdążył już wszystko powiedzieć, spiąć swoje losy klamrą, pogodzić się, zmienić, zapomnieć. Tymczasem dla mnie nie o to "kto zginie" w GoT zawsze chodziło, tylko o to, jak - pardon my french - skurwysyńscy okażą się twórcy, zostawiając widzów kolejny raz z tym poczuciem niedosytu. Być może zdałam sobie sprawę z tego dopiero teraz, gdy zaczęło mi tego brakować ;) Niezły paradoks!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, ja czuję podobnie. Tylko że wydaje mi się, że to wychodzenie naprzeciw oczekiwaniom fanów zaczęło się wcześniej, na pewno w zeszłym sezonie, a może jeszcze w poprzednich, gdy dziwnym trafem zaczęło się sprawdzać dużo fanowskich teorii. Nie chcę wieszać psów na twórcach, bo to jednak odważni ludzie i często sprawni rzemieślnicy, ale mam wrażenie, że nigdy do końca nie rozumieli materiału źródłowego.

      Ciekawe, że ten niedosyt i brak satysfakcji (satysfakcjonujący, jak rozumiem), o których piszesz, wydają się pozytywnymi doświadczeniami. Dla mnie takim negatywnym-pozytywnym wrażeniem z GoT, które może być pokrewne Twoim, jest brak poczucia bezpieczeństwa. GRRM umie je odbierać, ach, jak on to umie. Tu zabije protagonistę, ogrywając nasze przewidywania oparte na znajomości konwencji fantasy, tam wywinie Krwawe Gody, rujnując nasze oczekiwania co do tego, że świat okaże się sprawiedliwy i nagrodzi tego, kto ma moralną rację, a nie tego, kto ma władzę i pieniądze. To fenomenalny sposób na zaangażowanie czytelnika, bo zmusza do myślenia, do dostrzegania niuansów i ambiwalencji w fabule, świecie przedstawionym i bohaterach. A twórcy serialu, od kiedy stracili wsparcie książek, jakoś nie potrafią tego robić. Zachęcają do snucia teorii, nie do refleksji. Prowadzą bohaterów tak, że ci od paru sezonów nie nauczyli się niczego nowego (Jon, Tyrion), albo kreują ich na bohaterów-zbawców, choć ci mają sporo za uszami (Danka).

      W każdym razie! Przemyślawszy to wszystko przed finałowym sezonem, postanowiłam traktować Grę o tron jak swoją ulubioną guilty pleasure :) Ale i tak szykuję na za tydzień paczkę chusteczek (o ile mi jakieś zostaną po nowych Avengersach...).

      Usuń
  2. Fakt, zaskakująco dobry jest póki co ten 8 sezon. Oczywiście bzdury pozostały bzdurami (piszę o nich przy okazji poprzedniego odcinka), ale nie są one wynalazkiem tego sezonu. Gdy Podrick śpiewał swoją pieśń, a oni po kolei pokazywali Theona śmiejącego się z Sansą, Gendrego, Szarego Robaka żegnającego Missandei, Joraha, miałem łezkę w oku ze wzruszenia, bo rozumiałem, że to już koniec dla tych bohaterów. Jeżeli utrzymają taki poziom do końca, to będzie najlepszy sezon od czasu czwartego sezonu. Wiem, zawsze zapowiadają najlepszy sezon, ale tym razem może to być bliskie prawdy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, chciałabym. Szczególnie że to może być jedyny koniec tej historii, jaki kiedykolwiek zobaczymy. Do przyszłego tygodnia powinni utrzymać poziom. Akurat epickie bitwy z umarlakami zawsze wychodziły im całkiem nieźle. Pytanie, czy mają dobre pomysły na pozostałe trzy odcinki, czy zrobi nam się z tego sezon 7 bis.

      Usuń