Winterfell, czyli „Gra o tron”, sezon 8, odcinek 1


Cisza przed burzą ‒ tak chyba trzeba określić ostatni pierwszy odcinek w historii „Gry o tron”. Szału nie ma, kichawy nie urywa, ale to solidna, rzemieślnicza robota, która kładzie fundamenty pod późniejsze i ‒ miejmy nadzieję ‒ bardziej ekscytujące wydarzenia. Gdyby poszukać w „Winterfell” motywu przewodniego, to pewnie okazałby się nim przemijający czas. Co rusz twórcy tego odcinka nawiązują do początku serialu i poprzednich sezonów, ale nie po to, byśmy pogrążyli się w nostalgii, tylko po to, byśmy odczuli, jak bardzo zmienili się bohaterowie, którzy po latach walki o przetrwanie (często po przeciwnych stronach) znów zgromadzili się w stolicy Północy.


Tekst zawiera spoilery.

Dlatego właśnie zaczynamy od dłuuuuugiej sceny powitania królewskiego orszaku w Winterfell, nawiązującej do feralnej wizyty Roberta Baratheona z pierwszego sezonu. To początek ładny i nostalgiczny, ale złudnie, bo choć znów obserwujemy majestatyczną procesję z dziecięcej perspektywy, zamiast tamtej niewinnej ekscytacji w powietrzu czuć przede wszystkim nieufność ‒ no i strach, gdy po niebie niesie się smoczy ryk. Te same ambiwalentne, raczej posępne tony zagrają potem w niemal każdej scenie tego odcinka i napięcia nie rozładuje nawet obowiązkowy żart o eunuchach („Gro o tron”, dorośnij ty wreszcie).

To ciekawe, bo po finale zeszłego sezonu można by się spodziewać, że głównym źródłem zagrożenia będą tu Inni, tymczasem twórców wyraźnie bardziej interesują napięcia między obozem pani Winterfell a obozem smoczej królowej oraz biedny Jon, który jak zwykle utknął gdzieś pośrodku. Podoba mi się jednak to, jak wiele pracy włożono w to, by naświetlić sytuację, ambicje i odczucia każdego z głównych graczy, a także relacje, które ci nawiązują bądź starają się po latach odbudować (z różnym skutkiem). Dlatego ten cokolwiek statyczny odcinek składa się głównie z rozmów i długo wyczekiwanych, acz nie zawsze udanych spotkań, które może nie układają się w porywającą opowieść, ale stanowią interesujący prolog do tego, co wkrótce może się wydarzyć.

fot. HBO / Watchers on the Wall [*]
I ‒ znając „Grę o tron” ‒ nie będzie to nic przyjemnego. Zarzewiem konfliktu jest oczywiście nasza smocza królowa, która chce wzbudzać w sercach mieszkańców Północy nie miłość, ale lęk. To nie ma prawa się dobrze skończyć, szczególnie że jej ulubieńcy najwyraźniej nie dojadają i pewnie lada chwila wkabanią jakiegoś smakowitego Karstarka czy innego Umbera. Słabością Dany jest też nieznajomość wszystkich graczy, którzy zasiedli przy planszy, w tym tego najbardziej tajemniczego i potencjalnie najgroźniejszego ‒ Sansy. Tę Danka już na wejściu próbuje obłaskawić komplementem, który mógłby nawet zadziałać… jakieś trzy sezony temu. Porażka skutkuje najlepszą wymianą zdań w tym odcinku. „Co właściwie jedzą smoki?”. „Co chcą”. Auć, tym razem punkt dla #TeamDany.

Za wcześnie oceniać, ale na razie draka między pragnącą władzy absolutnej Targaryenką a dążącą do niezależności Starkówną, której plany pokrzyżował Jon, gdy zrzekł się korony, wypada ciekawie i przede wszystkim wiarygodnie. Bardzo dobrą ‒ choć zdecydowanie za krótką! ‒ wspólną scenę mają też w tym odcinku Sansa i Tyrion, którzy wreszcie mogą grać jak równy z równą (a ciągle się upieram, że nikt nie ogarnie Westeros lepiej od tej pary). Drugie miejsce w moim rankingu najlepszych scen zajęła rozmowa Dany i Sama ‒ duet nieco niespodziewany i niespodziewanie poruszający Gryzipiórowe serce. Może dlatego, że obie strony mają dobre intencje i pewno byłyby sojusznikami, gdyby nie nieszczęsna decyzja o spaleniu tatka i braciszka Tarlych. To jedna z wielu chwil w tym odcinku, gdy widzimy, jak bardzo bohaterom ciąży przeszłość ‒ i jak dumną, a nawet okrutną królową potrafi być Daenerys (serio, tak trudno było szepnąć Samowi jakieś ciepłe słówko?). Moment, w którym Jon może nie wprost, ale jednak bierze stronę ukochanej, też nie robi dobrze na serducho. Więcej radości, ale i potencjalnie brzemiennych w skutki niedopowiedzeń jest w spotkaniu Aryi i Jona. To jakby „Winterfell” w gorzko-słodkiej pigułce, z jednej strony długo wyczekiwane pojednanie, z drugiej ‒ napięcie i przeszłość, o której ani brat, ani siostra za bardzo nie chcą rozmawiać i która błyskawicznie kładzie się cieniem na ich relacji. Teraźniejszość zresztą też, bo wygląda na to, że dziecięce sojusze się odwróciły i Aryi bliżej dziś do Sansy niż do Jona.

fot. HBO / Fanpop [*]
A skoro już jesteśmy przy naszym ulubionym bękarcie, to mam złe wieści: wyczerpała się w tym tygodniu moc memu o Jonie Snow, co to nic nie wie. W zapewne najlepiej zagranej scenie tego odcinka do niedawna naczelny ignorant „Gry o tron” dowiedział się, że jest prawowitym władcą Westeros i ‒ ajć! ‒  bratankiem Daenerys. Dla wielu to punkt zwrotny w ich historii. Dla mnie to wciąż nieco problem wyssany z palca, może dlatego, że w książkowym pierwowzorze serialu społeczny odbiór małżeństw między blisko spokrewnionymi Targaryenami nie był specjalnie negatywny, a Jon ‒ urodzony przecież w jednym z najpotężniejszych rodów Westeros ‒ też powinien być w miarę wyrozumiały dla związków między krewnymi. W każdym razie na tym etapie opowieści wydaje się, że małżeństwo między Danką a Jonem przyniosłoby więcej dobrego niż złego, szczególnie gdyby pochodzenie tego drugiego nigdy nie wyszło na jaw.

Ach, i jeszcze słówko o okrzykniętej fanserwisem sekwencji lotu na Rhaegalu, którego Jon wreszcie dosiadł, ku zaskoczeniu nikogo. To prawda, że scena wygląda trochę jak wycięta z innej, lżejszej opowieści, ale moim zdaniem właśnie to stanowi o jej sile. Owszem, „Gra o tron” stoi głównie walką o władzę i intrygami, ale jak każda fantasy powinna wywołać czasem zadziwienie i uczucie cudowności, nawet jeśli za moment ktoś będzie się dławił pasztetem na własnym weselu.

fot. HBO / Watchers on the Wall [*]
Równie kontrowersyjnie ‒ choć w inny sposób ‒ dzieje się w Królewskiej Przystani. I nie, nie mam na myśli ekspresowego i niestety cokolwiek naciąganego (acz zabawnego) odbicia Yary, którą ‒ jak się obawiam ‒ twórcy rachu-ciachu posłali na Żelazne Wyspy, żeby mieć ją z głowy. Nie mam też na myśli powitania Złotej Kompanii, która wciąż stanowi zagadkę z powodu jej książkowych powiązań z Targaryenami, na których rozegranie w serialu jest już jednak chyba za późno. Chodzi o Cersei i Eurona, i o to, jak druga co do potęgi kobieta w Westeros ulega namolnemu zalotnikowi, choć wyraźnie nie chce. Żeby pozyskać go dla sprawy? Z samotności? Ze strachu?

To zaskakujący i nawet nieco konfundujący zwrot, ale dzięki niemu widzimy coś, czego „Gra o tron” dawno nam nie pokazała ‒ słabą Cersei. Może nawet Cersei jako ofiarę. To ważne, bo przypomina, skąd właściwie wzięło się zło w naszej lwiej królowej ‒ a moim zdaniem wzięło się między innymi z dumy zranionej przez świat, w którym kobiety z przymusu grają podrzędną rolę, oraz z ogromnej potrzeby zapewnienia bezpieczeństwa sobie i swojej rodzinie. Nie czuć jednak tego bezpieczeństwa w ponurej, licho oświetlonej Czerwonej Twierdzy, którą nawiedzają nieumarły strażnik i wyklęty maester. Co tylko potwierdza, że Cersei wcale nie potrzebuje wrogów, żeby się zniszczyć.

fot. HBO / Fanpop [*]
Potrzebuje za to Jaimego. Ten jednak właśnie objawił się w Winterfell w aurze nieuchronnej katastrofy. Zgrabny, trzeba przyznać, zatacza tutaj krąg „Gra o tron”, której nie byłoby, gdyby nasz drogi Królobójca nie zrzucił z wieży pewnego chłopca. Teraz ten chłopiec czeka na niego, a minę ma nieodgadnioną. Żeby nie było ‒ wciąż gniewam się na twórców, że zrobili Branowi lobotomię i zmienili go w Trójoki Automat. Jeśli jednak dobrze odgaduję ich intencje, to konfrontacja z Jaimem i ewentualna próba pojednania (a może zemsty?) mają szansę na powrót odmienić Brana, choćby na chwilę. W najgorszym razie tylko wzbudzą wątpliwości co do tego, ile w nim człowieka, a ile Trójokiej Wrony ‒ a to i tak będzie ciekawsze niż wszystko, co przydarzyło się temu bohaterowi w poprzednim sezonie. Jeśli przy okazji Jaimemu przyjdzie zapłacić za dawne zbrodnie teraz, kiedy my, widzowie, zdążyliśmy już mu wybaczyć, zrozumieć go i polubić, będzie to zagranie w iście Martinowskim stylu.

Dwa lata ‒ tyle kazał na siebie czekać finałowy sezon „Gry o tron”. Zgaduję, że przez ten czas wielu widzów oddaliło się od bohaterów, dlatego taki spokojniejszy, skupiony na postaciach odcinek ‒ przypominajka wydaje się dobrym pomysłem. Obyśmy za tydzień złapali wiatr w smocze skrzydła i pożeglowali ku ciekawszym lądom! Ostatecznie nie co rok kończy się najważniejszy, a przynajmniej najbardziej wpływowy serial początku XXI wieku, co?

  • Reżyseria: David Nutter
  • Scenariusz: Dave Hill
  • Produkcja: HBO
  • Premiera: 14 kwietnia 2019


28 komentarzy:

  1. Na tyle odcinków ile im zostało do końca serialu twórcy dość zgrabnie rozegrali ten pierwszy odcinek. Udało im się zmieścić w tych 50 minutach całkiem dużo. Rozsądnie zawiązali wątki oraz pokazali większość oczekiwanych spotkań. Tak jak liczyłem - Jon poznał prawdę w intymnych warunkach, w cztery oczy z przyjacielem. Prowadzić to będzie do bardzo interesujących dylematów. Jon może zachować to w tajemnicy (w międzyczasie ochłodzić relacje z Daenerys) i trzymać do odpowiednio dramatycznego momentu lub zabrać ten sekret do grobu. Ale sądzę, że już w następnym odcinku zwierzy się Dany, ale na większe decyzje nie będzie czasu bo zbliża się bitwa. No a potem może się okazać, że Jon dopuścił się rzeczy, której zarzekał się, że nigdy nie popełni - spłodził bękarta. Biedny Jon, zawsze między młotem a kowadłem.

    Przeczuwam, że ten sezon będzie naprawdę znakomity. Głównie za sprawą martinowskich losów głównych bohaterów. Im bliżej końca tym mimo wszystko więcej elementów, które scenarzystom zdradził Martin. Jeszcze muszę się z tobą zgodzić co do lotu Jona na Rhaegalu. Scena cudowna i oczekiwana przez wielu fanów, ale to nie znaczy że była tylko fanserwisem, bo jest całkowicie uzasadniona z fabularnego punktu widzenia. Musiało do tego dojść, bo Jon potrafiący latać na smoku będzie potrzebny w przyszłości. Wszystkie narzekania na jakie się napotykam są jakby na siłę, jak gdyby ludzie nie wiedzieli jakie są realia kręcenia serialu. Nie można zrobić wszystkiego tak jak się chce, tak szczegółowo jak w książce. Przecież zostało tylko 5 odcinków i tutaj nie ma miejsca na więcej subtelności. Moim zdaniem wszystko zmierza w obiecującym kierunku. A niektórzy narzekają, a to że ich Sansa albo Daenerys irytuje, a to znowu na grę aktorską, albo jakaś scena za krótka albo za dużo czasu ekranowego dla Jona i Dany (o zgrozo są tacy którzy wycięliby scenę lotu na smokach) itd. Ludzie, cieszcie się najlepszym serialem w dziejach TV póki jeszcze możecie ;) Książka nam zrekompensuje wszystkie braki, a teraz trzeba się radować z widowiska, które serwuje nam HBO.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się! To znaczy zgadzam się co do obiecującego początku, bo nie jestem pewna, czy książka cokolwiek nam zrekompensuje, patrząc na to, jak chyżo idzie Martinowi pisanie kolejnego tomu :< To po kolei:

      Serialowy Jon jest człowiekiem honoru, więc nie przypuszczam, by chciał kłamać o swoim pochodzeniu. Ale postąpiłby mądrze, gdyby je przemilczał przynajmniej do czasu bitwy z Innymi, żeby nie wprowadzać dodatkowego zamętu. Potem powinien powiedzieć Dany, bo nie sądzę, żeby naszej porywczej królowej spodobało się ochłodzenie relacji :P Oczywiście całe te rozważania mogą wziąć w łeb, bo nie wiemy, co się stanie podczas starcia z Innymi ani kto wtedy polegnie.

      A myślisz, że scenarzyści będą się trzymać tego, co zdradził im Martin o ostatecznych losach bohaterów? Zastanawiam się, czy w ten sposób sobie nie zaszkodzą, bo wiele postaci w ich serialu poszło jednak inną drogą niż u GRRM-a, więc ich ostateczny los pewnie powinien to odzwierciedlać.

      Mnie się wydaje, że scena latania na Rhaegalu, jako może trochę za długa i odmienna tonem od reszty odcinka, sprawiła na wielu ludziach wrażenie, jakby twórcy bezwstydnie dawali upust swojej fantazji. Widziałam porównania do Aladyna i Jak wytresować smoka. Ale fantasy trochę od tego jest, żeby dawać upust fantazji, a poza tym - jak piszesz - scena ma dobre uzasadnienie fabularne, więc kij im w oko ;)

      Usuń
    2. Co do Wichrów Zimy jestem spokojny. Pewnie dostaniemy premerię w 2020 roku. Sen o wiosnie to już loteria - zależy ile życia zostało Martinowi. Ale nawet jeśli nie będzie nam dane dostąpić tej radości obcowania z ostatnim tomem sagi to może uda się go zrekonstruować na podstawie 6 tomu i 8 sezonu serialu.

      Tak, myślę, żę scenarzyści będą trzymać się wytycznych od Martina. Nawet mimo tego, że może to popsuć serialowy rozwój postaci. Właśnie dlatego 7 sezon był taki dość dziwny pod względem fabuły i logiki. Miał on poustawiać wszystkie wątki we właściwych miejscach, żeby w finałowym sezonie ruszyć z ostatnim aktem według wizji autora książek. GRRM wielokrotnie w wywiadach mówił, że wie mniej więcej dokąd zmierzają jego postacie, tylko nie zna drogi jaka do tego celu prowadzi. Pewnie wymyślenie tego sprawia mu największe trudności. Za to D&D jakoś to tam sklecili i zamaskowali widowiskowością i innymi elementami charakterystycznymi dla medium telewizyjnego i tak o to dotarli do finałowej części.

      Jeszcze co do sceny lotu na smokach. W pierwszej chwili sobie pomyślałem, że to nie tak powinno wyglądać. Okiełznanie smoka przez Jona powinno być dowodem jego Targaryeńskiej krwi i powinno się odbyć dopiero po poznaniu prawdy. Ale jak już wsiadł i poleciał, fuck it!, to jest epickie i biorę to co jest :D Tak z innej beczki, możemy zobaczyć w tym sezonie walkę smoków, a to pewnie jest cholernie wymagające dla grafików. Niech się wprawiają, bo czekam na ten spin-off o Tańcu smoków ;)

      Usuń
    3. Kurczę, zazdroszczę Ci tej wiary w GRRM-a :) Możesz mieć rację z tym 7 sezonem, tylko zauważmy, że gdy twórcy nagle porzucili własną wizję, żeby poustawiać wątki i postacie pod zakończenie Martina, wszystko zaczęło im się sypać. I sezon 7 był jednym z najgorszych sezonów GoT. Nie jestem jakąś wielką wielbicielką roboty tych panów, ale moim zdaniem jednak lepiej, jak ekranizacja żyje swoim życiem, a książki - swoim. Gdyby na przykład w serialu Jon został królem Westeros, byłoby to prawdopodobnie banalne zakończenie. W książkach łatwiej byłoby mi to przełknąć, bo tam Jon jest jednak bardziej zniuansowaną, mniej kryształową postacią, której nierzadko ciąży honor i która podejmuje czasem złe decyzje.

      Z tego, co słyszałam, co spin-off będzie jednak o Długiej Nocy :P Co jest... no, powiedzmy, że najmniej oczywistą z oczywistych opcji. O, podoba mi się Twoja wersja Jonowego okiełznania smoka! Ja bym może wolała, żeby więcej było w tej scenie grozy, a mniej czystego zachwytu, ale w GoT - w porównaniu do książkowego pierwowzoru - smoki w ogóle są mało przerażające, więc przynajmniej jest spójnie :)

      Usuń
    4. O Długiej Nocy wiedziałem, ale liczę, że któryś z następnych spin-offów będzie o historii Targaryenów :) Jeśli już to nastąpi to dopiero w drugiej połowie lat 20-tych, bo jakoś nie wierzę, żeby HBO realizowało jednocześnie dwa seriale w świecie Westeros.

      Jon królem to może i jest teraz banalne, ale w pierwszych 5 sezonach nikt chyba na poważnie go za takowego kandydata do tronu nie brał (oprócz wnikliwych książkowiczów). Poza tym sądzę, że najsensowniejszym zakończeniem byłaby jednak restauracja Targaryenów. Inna opcja może byłaby dobra dla political fiction, ale już słaba dla fantasy. Po tym jak Martin wydał Ogień i krew jestem pewien, który ród jest jego ulubionym. Więc cały ten wysiłek w nakreśleniu historii smoczego rodu i największej tajemnicy całej sagi nie może pójść na marne. Chociaż może oczekuję zbyt klasycznego fantasy, ale szczerze Tyrion lub Sansa na tronie to dla mnie takie meh :)

      Usuń
    5. Ano, szczególnie że przyjdzie im konkurować z serialem ze Śródziemia od Amazona, z serialową adaptacją Koła czasu i pewnie jeszcze paroma niespodziewanymi rywalami ;) Ale też ładnie poproszę spin-off z Targaryenami, najlepiej o podboju Aegona, jeśli można.

      Właśnie nie wiem, czy restauracja Targaryenów (przez koronację Jona, jak rozumiem?) to byłoby dobre zakończenie dla fantasy. Takiej w stylu Jordana, Williamsa czy Eddingsa - owszem, ale po dzikiej popularności tego typu opowieści w latach 90. chyba czas już na nowe rozwiązania. Zwłaszcza że ogrywanie oczekiwań czytelnika obcykanego z konwencją fantasy to jedna z najmocniejszych stron Pieśni Lodu i Ognia. Mnie by się podobało, gdyby Westeros rozpadło się na siedem królestw albo gdyby zdecydowano się zreformować cały system władzy. Bo jeśli z Gry o tron płynie jakiś dobitny wniosek, to taki, że feudalizm i władza absolutna to naprawdę nie są dobre sposoby organizacji społecznej. Ale nie sądzę, żeby twórcy poszli w tym kierunku. Nie sądzę też, żeby na tronie zasiedli Sansa lub Tyrion, choć Tyrion mógłby być namiestnikiem, gdyby na przykład postanowiono koronować Gendry'ego (w końcu jedyny dziedzic Roberta) albo dziecię Danki i Jona po jakże niefortunnym zgonie ich obojga ;)

      Usuń
    6. To byłoby trochę nie fair gdyby z tej całej walki o Żelazny Tron ostatecznie nic nie wyszło (w rodzaju rozpadu na mniejsze państewka) :D Ale przyjmę każde zakończenie byleby było sensowne i satysfakcjonujące. Przez restauracje Targaryenów rozumiem Jona i/lub Daenerys na czele Siedmiu Królestw. Mam przeczucie, że z nowych seriali fantasy najlepszym będzie jednak ten spin-off od HBO :) Ani Wiedźminowi od Netfliksa, ani Kole czasu nie wróżę dużego sukcesu, co nie znaczy, że będą to złe seriale. Po prostu będą utrzymywać spory dystans od jakości i popularności grootronowego uniwersum. Natomiast już Śródziemie w wersji Amazona może powalczyć na kilku frontach z sukcesami. Choć to tylko takie przypuszczenia, bo dosłownie prawie nic jeszcze nie wiadomo o tych serialach. W okolicach września może będzie trailer Wiedźmina :)

      Usuń
    7. No właśnie by wyszło! Świadomość, że skupienie władzy w rękach jednej osoby i rywalizacja o przywileje, jaką w takich warunkach prowadzą elitarne rody kosztem maluczkich, to bardzo zły system i trzeba stworzyć dla odmiany coś lepszego. To by dopiero rozbijało tradycyjny paradygmat fantasy ;)

      Piekielnie trudno ocenić, co nam się wykluje z tych wszystkich obiecujących projektów, bo prawie nic o nich nie wiemy. Osobiście liczę chociaż na to, że będzie im bliżej do Gry o tron, a dalej do nieszczęsnych Kronik Shannary. W każdym razie będzie oglądane :)

      Usuń
  2. Odcinek mi się podobał, jednak szczerze mówiąc nie wierzę, żeby Martin przekazywał dedekom jakiekolwiek informacje na temat książkowych losów postaci i zakończenia książki. Raz, że żaden poważny autor tak nie robi, dwa, że dawno by wyciekły, skoro wyciekają im nawet gotowe odcinki serialu. A jeszcze bardziej wątpię w to, żeby oni się tych wytycznych trzymali, nawet jeżeli faktycznie je mają. Weźmy choćby tylko kwestię Jona, bo ona najlepiej oddaje rozjazd książki z serialem. Czy Martin dawałby mu na imię Aegon, robiąc ze swego Rhaegara idiotę, który każdemu synowi daje tak samo na imię? Nie, wzięli tego Aegona machinalnie, łącząc postaci książkowego Jona i Młodego Gryfa. Szczerze mówiąc wątpię nawet, żeby dedeki czytali książki Martina. Może poza jakimś ogólnym streszczeniem. Nie wsadzaliby wtedy do serialu takich bzdur jak Żelazny Bank finansujący handel niewolnikami, czy Złota Kompania walcząca o Żelazny Tron dla kogoś spoza królewskiej linii Targaryenów i Blackfyrów. A skoro tak, to nie wiemy tak naprawdę ile w serialowym Jonie mamy książkowego Młodego Gryfa, a ile Jona Snow. Nie wiemy ile dodali od siebie dedecy. Nie wiemy czy w książce Jon Snow okaże się synem Rhaegara, czy pozna Daenerys, ani nawet czy w ogóle zostanie ożywiony. I tak jest prawie z każdym elementem tej historii. Nie jestem jakimś książkowym malkontentem i doceniam serial. Potrafię się bawić jednym i drugim. Jednak rozumiem, że przynajmniej od 6 sezonu (a w praktyce nawet wcześniej, od chwili gdy Martin zakończył współpracę z twórcami serialu) to już dwie zupełnie różne historie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm, a czy dedecy nie potwierdzili czasem, że GRRM opowiedział im o zakończeniu? Chyba nie mieliby powodu kłamać. Pytanie, ile naprawdę się dowiedzieli, bo nawet jeśli i w serialu, i w książce na Żelaznym Tronie zasiądzie ta sama osoba, to niekoniecznie będzie to samo zakończenie. Powód, dla którego te informacje nie wyciekły, może być akurat prosty - wciąż jeszcze łatwiej wykraść gotowy odcinek z jakichś serwerów niż informację z czyjejś głowy ;)

      Ale zgadzam się, że niekoniecznie będą się trzymać Martinowskich wytycznych. Z tym Aegonem to może być wynalazek Lyanny albo jakiegoś maestera (gdy Jon się urodził, Rhaegar był chyba nad Tridentem), a co do Złotej Kompanii wciąż mamy za mało informacji (może jednak są wierni Targaryenom?), ale poza tym serial faktycznie rozjechał nam się z książką. Może nawet nie tyle fabułą, ile... hm... podejściem do historii? Przypuszczam, że i w książce Jon zostanie ożywiony, okaże się Targaryenem i pozna Dankę (jest tam sporo foreshadowingu co do tych wydarzeń), ale wszystko to będzie opowiedziane zupełnie inaczej, z większą uwagą poświęconą na przykład cenie, jaką trzeba zapłacić za wskrzeszenie kogoś i za życie na przecięciu światów żywych i umarłych. GRRM jest bardzo dobry w ogrywaniu oczekiwań czytelnika i opowiadaniu historii bez jednoznacznego podziału na dobro i zło. Dedecy już niekoniecznie - oni, mam wrażenie, często próbują wprost dać widzom to, czego ci oczekują (np. romans Jona i Dany, śmierć Littlefingera z rąk Sansy), i nie dostrzegają ambiwalencji w swoich postaciach (Dany, którą od lat pokazują jako bohaterkę). Ale przed nami jeszcze 5 odcinków, więc kto wie!

      Usuń
    2. Nie wątpię, że twórcy serialu, angażując w produkcję grube miliony, zabezpieczyli się na wypadek sytuacji, w której zostaną bez dalszego materiału książkowego. I nie wierzę, że takim zabezpieczeniem miałyby być jakieś rozmówki z Martinem czy wskazówki spisane na karteczkach. Bądźmy poważni. To bajeczki dla fanów książek, żeby nie odstręczać ich od serialu. Z pewnością mają albo solidne materiały na licencji Martina, spisane i chronione kontraktem, albo całkowitą dowolność w prowadzeniu fabuły. Stawiałbym na tę drugą opcję, bo to dla wytwórni lepszy układ. Gdyby istniały takie materiały to z pewnością już by wyciekły. Takich rzeczy nie trzyma się w czyjejś głowie. :) Muszą je znać storylinerzy, scenarzyści, osoby planujące budżet serialu i cała kupa ludzi.

      Usuń
    3. Oczywiście, ale to dopiero wtedy, kiedy startuje wstępna faza produkcji. Wcześniej takie informacje mogą krążyć w węższym gronie osób i być pilnie strzeżone. My przecież żyjemy w czasach, gdy nawet trailery są celowo mylące, a aktorzy nie znają całych scenariuszy i kręcą fałszywe sceny. Poza tym jest ogromna różnica pomiędzy znajomością zakończenia a znajomością drogi, która do niego wiedzie. Podejrzewam, że GRRM mógł zdradzić to pierwsze, ale drugiego nie, bo - jak wspominał - sam tej drogi nie zna.

      Usuń
    4. Może, ale prywatnie sądzę, że Martin przekazał im jedynie niezbyt istotne detale, jak ten z pochodzeniem imienia Hodor. Myślę, że może być jak mówisz. Mało tego, podejrzewam, że zakończenia też jeszcze Martin nie zna. :) Sam trochę piszę i wiem, że przeważnie to jest tak, że albo ma się pomysł na świetną historię, albo na genialny finał. W pierwszym przypadku jest tak, że potem trudno wymyślić jakieś zadowalające poziomem zakończenie, w drugim człowiek mozoli się z fabułą, żeby tylko jakoś dociągnąć do tego wspaniałego finału. :) Myślę, że Martin jest pierwszym typem i właśnie doszedł do ściany. Dlatego tyle czasu męczy się z tymi "Wichrami Zimy". Pisze książki o historii Westeros, o dawnych Targaryenach, ale nie wie jak zakończyć PLiO. Jakiś czas temu wspominał nawet, że być może zostawi je niedokończonym. Co tu więc mówić o wskazówkach dla dedeków?

      Usuń
    5. Mówił tak? Ach, moje serce :( Mam nadzieję, że trollował. No nic, prawdy i tak pewnie nie poznamy. A mnie w kwestii pisania GRRM nauczył przynajmniej tyle, żeby zawsze robić outline'y i znać przynajmniej 3/4 historii WŁĄCZNIE z zakończeniem ;)

      Usuń
    6. Niestety, mówił. Może i trollował, ale powoływał się przy tym na konkretne przykłady, więc kto go tam wie?

      To nie całkiem tak. Pewnie Martin, gdy zaczynał pisać Grę o Tron, też miał wymyślone jakieś zakończenie. Kłopot w tym, że plany i rozpiski sprawdzają się może przy opowiadaniach i nowelach, ale gdy dochodzisz do szóstego tomu bestsellerowej sagi to perspektywa się zmienia i planowane przed laty zakończenie od dawna może ci się już wydawać beznadziejne. :)

      Usuń
  3. Heh, no w serialu zrobili z Rhaegara idiotę xD Bo i Lyanna powinna wiedzieć jak mają na imię dzieci jej kochanka. I ja tam myślę, że w książce prawdziwe imię Jona to będzie Aemon, a opieram się na teorii stworzonej przez Daela: https://fsgk.pl/wordpress/2016/07/szalone-teorie-prawdziwe-imie-jona-snow/ . Nie zdziwię się, jeśli w serialu Złota Kompania ostatecznie zdradzi Cersei i przejdzie na strone Jona/Aegona. Na połączenie Młodego Gryfa z Jonem to tylko Dedecy mogli wpaść. Ale chyba jednak chodziło im o to, że widownia bardziej kojarzy imię Aegon niż Aemon. Stworzyli zupełnie zbędną pararelę do założyciela dynastii królewskiej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobra teoria. I ładnie by w takim wypadku wybrzmiała przyjaźń Jona z maesterem Aemonem. Ale nie wiem, czy on potrzebuje jakiegoś ukrytego imienia. Nie mógłby być po prostu Jonem Targaryenem? ;) Nawet w tym materiale z linka jest cytat z GRRM-a, który mówi wprost, że to Ned nadał imię Jonowi.

      Mnie też się wydaje, że z tą Złotą Kompanią to jeszcze będzie jakaś zakręcona historia, ale nie wiem, czy na rozegranie ich związków z Targaryenami to jednak nie jest za późno. Nie byłoby dobrze, gdyby w kluczowym momencie po prostu zdradzili Cersei, bez żadnego foreshadowingu.

      Usuń
    2. Trochę draka z tym ukrytym imieniem, ale i tak pewnie zostanie przy swoim starym imieniu, przecież nie zmieniałby go w połowie życia. Co do nazwiska Snow, to myślę, że z chęcią się go pozbędzie :) Jeszcze jest kwestia tego czy w ogóle te dowody wystarczą do uznania go za prawowitego Targaryena. Zobaczymy jak się rozwinie ten wątek w serialu. Jutro nowy odcinek oh yeah! Jon będzie już co nieco wiedział ;)

      Usuń
    3. Gwoli ścisłości.

      Złota Kompania nie jest przychylna Targaryenom. Jest ich najbardziej nieprzejednanym wrogiem. Złota Kompania zawsze służyła Blackfyreom. A to dlatego, że są potomkami wygnanych po przegranej przez nich wojnie sukcesyjnej stronników Daemona I Blackfyra. Którego to właśnie uważają za prawowitego następcę - Targaryenów zaś, potomków z linii Daerona II Targaryena - postrzegając jako właśnie uzurpatorów.

      Opierają to oczywiście na fakcie, że to właśnie Daemonowi - bękarciemu synowi króla - tenże podarował rodowy miecz Blackfyre - od którego ten później właśnie przyjął sobie nazwisko. Miecz ten zaś był powszechnie uważany za symbol rodu i jego podarowanie zostało potraktowane jako wyznaczenie właśnie Daemona na następcę. Czego król zresztą nigdy nie dementował.

      Dodatkowo kwestionowano, czy Daeron faktycznie jest synem króla - co najprawdopodobniej było jedynie propagandą wrogiego stronnictwa - jakkolwiek stary król również wydawał się w to powątpiewać. Co prawdopodobnie było jedną z przyczyn podarowania Blackfyra właśnie "nie budzącemu wątpliwości" synowi spoza małżeństwa.

      Wspomniano wyżej DaeLa z FSGK.
      Można tam więc również znaleźć teorie dowodzące, że Młody Gryf - wbrew wersji forsowanej przez Varysa - wcale nie jest ocalonym dzieciątkiem Rhaegara, tylko kolejnym z potomków rodu Blackfyre. Dlatego między innymi właśnie Deanerys w jednej ze swoich wizji dowiaduje się, że przyjdzie jej zdemaskować fałszywego, farbowanego smoka - czyli właśnie ewidentnie Aegona Młodego Gryfa - rzekomego ocalonego Targaryena - a w rzeczywistości: Blackfyra (o czym, co najlepsze, sam zainteresowany najprawdopodobniej nie ma pojęcia).

      Dlatego też Złota Kompania w książce walczy w imieniu Aegona Młodego Gryfa - bo jest on potomkiem rodu, któremu ta tak naprawdę zawsze służyła: Blackfyrów.

      W serialu brak Młodego Gryfa, brak wzmianek o Blackfyrach - więc tego... służy ona chyba temu, kto po prostu zapłaci...

      Chociaż znając ciągoty DeDeków do kićkania w tym uniwersum - może się okazać, że (skoro brak mowy o Blackfyrach) jednak okażą się być wiernymi Targaryenom - w tym serialu naprawdę by mnie to nie zdziwiło...
      Skoro Bank z Braavos finansuje handel niewolnikami... to wszystkiego można się spodziewać...

      Usuń
    4. Nigdzie nie napisałem, że Złota Kompania w serialu powinna być przychylna Targaryenom czy za nich walczyć. Nie ma takiej potrzeby. Ale nigdy, przenigdy, Złota Kompania nie walczyłaby o to, żeby na Żelaznym Tronie - przynależnym potomkom Daemona Blackfyre - zasiadała jakaś Lannisterówna. Prędzej Bittersteel by zmartwychwstał i poprzegryzał im gardła. I to walczyła z kim?! Z Targaryenami! Członkami po prostu innej linii dynastycznej tego samego rodu. Dlatego to taka głupota. Kto tego nie rozumie, nie rozumie istoty PLiO. W książce popierają Młodego Gryfa przecież nie dlatego, że im zapłacił, tylko dlatego, że pochodzi ze świętej królewskiej krwi. Nie wiedzą, że jest Blackfyrem (o ile w ogóle jest - na razie to tylko teoria). Oni mogą się lać między sobą, ale nigdy nie poprą roszczeń kogoś spoza rodziny.

      Usuń
    5. Ja jednak stoję na stanowisku, że oni doskonale wiedzą, iż jest on Blackfyrem.
      I dlatego właśnie walczą po jego stronie.

      Viserysa wyśmiali (Danka raz wspominała, że zaprosił ich na ucztę i zachęcał, by wyruszyli z nim na Westeros) - choć jego pochodzenie i tożsamość nie budziły wątpliwości.
      Za chłopaczkiem Varysa jednak poszli.
      Dlaczego?

      Usuń
    6. Nawet jeżeli wiedzą, że Młody Gryf jest Blacfyrem, to nie znaczy, że gdyby go nie było, to poszliby za kimś trzecim przeciwko Targaryenom.
      Viserysa nie poparli, ale też nie zabili go ani nie wydali Robertowi. Zresztą wtedy sytuacja polityczna i militarna były inne. Wówczas nie mieli szans na pokonanie zjednoczonych sił Roberta. Teraz wszystko się zmieniło i są spore szanse na zwycięstwo.

      Usuń
    7. Poza tym ejże, kto przy zdrowych zmysłach poszedłby za Viserysem? :P

      Słuchajcie, a czy Varys i Illyrio nie zamierzali czasem pożenić Młodego Gryfa z Daenerys? Jeśli nie blefowali, toby sugerowało, że chcą zakopać topór wojenny i podstępem połączyć Targaryenów z Blackfyre'ami. Nie wiemy, na ile Złota Kompania jest wtajemniczona w ich plany (podejrzewam, że dowództwo jest, ale szeregowi żołnierze niekoniecznie), ale najwyraźniej jest gotowa walczyć pod targaryeńskim sztandarem, za księcia, który przynajmniej oficjalnie planuje ożenek z kobietą z linii Daerona. Nie mogą więc nienawidzić Targaryenów aż tak zapiekle, na pewno nie bardziej niż Lannisterów, którzy odebrali tron całemu rodowi.

      Pytanie, co z tym poczną twórcy serialu. Może trochę za wcześnie założyłam, że skoro Blackfyre'owie nie grają w nim większej roli, wszystkie ich "zasoby" oraz związane z nimi wątki automatycznie przechodzą na konto Targaryenów. Ale może być też tak, że do żadnej zdrady nie dojdzie, Złota Kompania okaże się zwykłą kompanią najemników bijących się za pieniądze, a nasi drodzy dedecy po prostu sięgnęli po tę nazwę, że strollować czytelników książek GRRM-a ;)

      Usuń
    8. Plan był inny.

      A właściwie - co pada w książce bodajże z ust samego Harrego Stricklanda (którego dla odmiany w serialu odmłodzono) - plan ewoluuje z miesiąca na miesiąc (ale to wina Danki, za której chaotycznymi działaniami Illyrio zwyczajnie nie nadąża).

      Na początku plan był taki, żeby Dankę ze smokami przywieźć prosto do Pentos (Illyrio przysłał po nią statki do Quarthu bodajże), potem - skoro już pociągnęła się do Astaporu za Nieskalanymi - żeby przywieźć ją razem z nimi (nawet lepiej).
      Teraz - sam Aegon tak sobie to wyobraża - plan jest taki, że jak tylko Danka usłyszy o jego istnieniu, to sama przybędzie, żeby go wesprzeć (no jednak naiwny z niego dzieciak, co poradzisz).

      Danka miała w zamierzeniu być jedynie narzędziem w ich rękach. Nie mogę teraz znaleźć cytatu, ale ktoś tam ubolewa nad tym, że stała się zbyt samodzielna - i nie da się tak po prostu jej wykorzystać, jak tylko się zechce.

      A to najbardziej zagraża planom.

      Zresztą Viserys - którego przecież sponsorem w ostatniej fazie życia był nie kto inny, jak właśnie Illyrio - również miał być jedynie marionetką. Przecież nie po to gruby pożenił Dankę z Drogiem, żeby ten faktycznie osadził Viserysa na tronie. Założenie było takie, że Viserys z dzikusami najedzie Królestwo - narobi burdelu, zabije Roberta, wykaże się pewnie przed mieszkańcami niebywałym okrucieństwem i mściwością (zresztą Dothrakom nie trzeba mówić, co mają robić - sami z chęcią oddaliby się temu, co im wychodzi najlepiej), itd.
      Krótko - osłabi Królestwo to raz. A dwa - narobi sobie wrogów, którzy tylko będą wyczekiwali wyzwoliciela spod jarzma tyrana, który przybył na czele dzikusów.

      I wtedy właśnie przybywa Młody Gryf ze Złotą Kompanią...

      O początku Varys z Illyriem tak naprawdę ustawiali wszystko pod Tryumfalny i Chwalebny Marsz Aegona Młodego Gryfa po Żelazny Tron.

      Viserys był środkiem do celu.
      Taką samą rolę miała przejąć Danka.

      Ostatni Targaryenowie mieli przygotować grunt dla Ostatniego Blackfyra.

      Usuń
    9. A co do samego Varysa.

      https://fsgk.pl/wordpress/tag/varys/

      https://fsgk.pl/wordpress/2015/04/szalone-teorie-komu-naprawde-sluzy-varys/

      https://fsgk.pl/wordpress/2015/05/szalone-teorie-komu-naprawde-sluzy-varys-czesc-2-prawdziwa-tozsamosc-mlodego-gryfa/

      Usuń
    10. "Złota Kompania okaże się zwykłą kompanią najemników bijących się za pieniądze, a nasi drodzy dedecy po prostu sięgnęli po tę nazwę, że strollować czytelników książek GRRM-a ;)"
      Bo właśnie tak najpewniej jest. Mówiłem przecież, iż wątpię, żeby dedecy czytali książki Martina. Plotą nam jakieś bzdury o wielowiekowej tradycji wspólnej walki Starków i Targaryenów; o jakichś rzekomych krzywdach, których jakoby doświadczyli mieszkańcy Północy od Targaryeńskich smoków, o Żelaznym Banku co to finansuje handel niewolnikami... Pewnie coś tam usłyszeli o Złotej Kompanii, że jest wielka i waleczna, spodobała im się nazwa, więc hop - podarowali ją Cersei. :/

      Usuń
    11. Nie no, patrząc po pierwszych sezonach, musieli czytać GRRM-a dosyć uważnie. Może po prostu od tego czasu nie zrobili ani jednej ponownej lektury albo przestali się przejmować wiernością w stosunku do pierwowzoru.

      A co do planów Blackfyre'ów, uff, kto by nadążył za tymi skurczybykami. W każdym razie Danka jest im potrzebna także do tego, by potwierdziła w Westeros tożsamość Aegona, bo słowo Jona Conningtona może nie wystarczyć. Pewnie, używają jej jak narzędzia, ale tak samo traktują całą resztę, nie wyłączając Młodego Gryfa. Tak czy inaczej, gdyby nienawiść Blackfyre'ów i ich ludzi sięgała tak głęboko, że woleliby widzieć na tronie Lannisterów niż Targaryenów, to zapewne nie przełknęliby planów nawet takiego czysto instrumentalnego sojuszu.

      Usuń
    12. Pamiętaj, że przy pierwszych czterech sezonach współpracował z nimi sam Martin, więc scenariusze pewnie też czytał. Gdy tylko ta współpraca się skończyła od razu pojawiły się niedorzeczności. To o czymś mówi.

      Nie bardzo wiem jak Dany miałaby potwierdzić tożsamość Aegona skoro nigdy go nie widziała. Jednak oczywistym jest, że dla Złotej Kompanii Żelazny Tron jest czymś niemal świętym. Symbolizuje dom i powrót do niego w chwale, który kiedyś nastąpi. To nie jakiś tam kolejny tytuł w Essos, o który mogą walczyć za pieniądze kolejnego serowego lorda. Być może po tych wszystkich latach emocje już osłabły i zdecydowaliby się wrócić do domu z Targaryenami, skoro Blackfyre'ów już nie ma. Być może. Na pewno jednak nie walczyliby z nimi, żeby posadzić na ŻT córkę poddanego i zdrajcy.

      Usuń