Brzydka historia o przywileju urody, czyli „Rapsodia” Elizabeth Haydon


Jeśli pamiętacie kasety VHS, zagładę dinozaurów i czasy, w których Andrzej Sapkowski pisał dobre książki, może kojarzycie sygnowaną jego nazwiskiem serię wydawniczą od MAG-a. W tej serii, mającej przywracać pamięć o autorach zasłużonych dla fantasy, a lekceważonych przez innych wydawców, ukazały się powieści kapitalne, dobre, znośne oraz debiutancka trylogia „Rapsodia” amerykańskiej pisarki Elizabeth Haydon. Dowód na to, że postmodernizm postmodernizmem, ale nie wszystkie gatunki literackie da się pożenić z równym wdziękiem. Fantasy i harlekin, tak dla przykładu, powinny czym prędzej złożyć pozew rozwodowy.

Wypada zacząć od tego, że trylogia „Rapsodia” to portret fantasy z czasów młodości, w których można było jeszcze na serio pisać o trojgu wybrańców walczących z demonem czarnego ognia, który pragnie zniszczyć świat. Kto cierpliwy, ten może w trakcie lektury katalogować szacowne klisze, którymi przez lata obrastał ten gatunek. Och, czego tu nie ma? Upadłe imperia, miłość na całe życie i pradawne przepowiednie. Zaginione magiczne miecze, które same wybierają właścicieli. Fikcyjne języki i wieloczłonowe imiona, przed którymi kapituluje nawet najbardziej giętki język. Prorocze sny, które podpowiadają bohaterom, dokąd powinni się udać... Można wymieniać a wymieniać, ale osobną stronę katalogu koniecznie trzeba poświęcić czarnym charakterom, które poznacie po tym, że mają czerwone oczy i okropnie cuchną, czyli zupełnie jak w prawdziwym życiu.

Trudno w 2019 roku dać się ponieść takiej opowieści, ale gdy potraktować ją jako pocieszny relikt poprzedniej epoki, to można wykrzesać z lektury nieco radości. Haydon jest niezłą pisarką. Popełniającą szkolne błędy, powtarzającą się, zarzucającą czytelnika masą zbędnych informacji, chwilami naiwną i nieprzegapiającą żadnej okazji, żeby pochylić się nad wyglądem głównej bohaterki, ale niezłą. Dowcipną, szczególnie w dialogach. I – co najważniejsze w tego rodzaju fantasy – zdolną tworzyć ciekawe światy wtórne. Ten, któremu dała życie w „Rapsodii”, ukształtowała muzyka. Więcej niż mieczem zdziała się w nim śpiewem, szarpnięciem strun harfy, znajomością prawdziwych imion rzeczy i dostrojeniem się do wibracji świata. Choć bez ostrego żelastwa lepiej nie ruszać się z domu, bo jest to też świat okrutny, pamiętający jedną krwawą wojnę i wypatrujący następnej. Pani Elizabeth trzeźwo patrzy na historię ludzkiej cywilizacji i pisze o ksenofobii, wędrówkach ludów, przemocy wobec kobiet i dzieci, niszczeniu bezcennych zabytków przeszłości i bezwzględnej walce o władzę, nieobcej także klerowi. Mimo to nie traci nadziei. Jej świat jest również delikatny, liryczny i czarodziejski, może właśnie za sprawą przenikającej go muzyki i czystej mocy żywiołów, wśród których jest także eter i czas. Tu smoki ronią łzy z tęsknoty do zaginionych żeglarzy, moc gwiazd wspomaga wojownika w potrzebie, a rozdzieleni przez przeznaczenie kochankowie odnajdują się na drugim końcu świata. Przemoc może skazić ziemię na wieki, ale czasem wystarczy zaśpiewać zniszczonemu ogrodowi, żeby zwrócić mu życie. I Haydon potrafi to wszystko przekonująco przedstawić, nawet jeśli czasami cienka granica dzieli jej prozę od ckliwości, a zachwycające, ale nieobwarowane żadnymi regułami czary jej bohaterów – od fabularnego wytrycha pozwalającego pisarce wybrnąć ze ślepego zaułka, w który sama się nieopatrznie zapędziła.

Jak to bywa z przydługimi utworami rozpisanymi na zbyt wiele instrumentów, „Rapsodia” jest najlepsza na początku – wtedy, gdy autorka może jeszcze swobodnie sypać fantazyjnymi pomysłami, a nie musi wywiązywać się ze swoich obietnic. Kapitalny jest zwrot akcji, dzięki któremu bohaterowie trafiają do świata wystarczająco znajomego, aby czuli się jego częścią, ale i dość obcego, by musieli go poznawać razem z czytelnikiem. Przednio zapowiadają się Bajarze, czyli tutejsi bardowie, którzy opiekują się opowieściami, słyszą muzykę świata i potrafią sprawić, że chleb sprzed miesiąca nadaje się do jedzenia (Gryzipiór też by tak chciał). No, i którego niespełnionego archeologa nie ucieszą odwiedziny bohaterów w ruinach najwspanialszej cywilizacji, jaką nosił świat, myszkowanie w rozpieczętowanych skarbcach czy oglądanie przedwiecznych cudów techniki?

Spadała jak kamień, aż w pewnym momencie zatrzymała się gwałtownie na Grunthorze. Jego ciało przyjęło cały impet i nawet nie drgnęło. Rapsodia wykręciła szyję i zobaczyła wesoły uśmiech na dużej szaro-zielonej twarzy.
– Witaj, księżniczko! Cały czas miałem nadzieję, że wreszcie kiedyś zaczniesz spadać! Może filiżankę herbaty? [...] Trochę niżej jest całkiem szeroka półka. Tam się prześpimy. Mogę cię znieść.
– Nie, dziękuję. Jeśli to niedaleko, chyba sobie poradzę.
– Jak chcesz. Wystarczy mi świadomość, że na mnie lecisz [„Rapsodia”, s. 121].

Niestety od drugiego tomu jest już tylko gorzej. Haydon wznosi imponującą szachownicę, rozstawia potężne figury, ale nie potrafi rozegrać nimi dobrej partii. Zawiązuje za dużo wątków, zagaduje czytelnika zamiast wrzucać go w wir zdarzeń, zbyt wielu postaciom funduje niewiarygodną zmianę charakteru, a intrygi polityczne snuje wysilone, zagmatwane i jakoś mało intrygujące. Jej złoczyńcy są zawsze konwencjonalnie i karykaturalnie źli i zajmują się albo mordowaniem dzieci, albo gwałceniem kobiet, albo snuciem planów zagłady świata. Na planach jednak kończą i nigdy nie dają odczuć, że stanowią rzeczywiste zagrożenie. Ba, lenią się tak bardzo, że w ostatnim tomie nasze zuchy mogą wezwać zło do ostatecznej konfrontacji dopiero wtedy, kiedy będzie im to na rękę i gdy na spokojnie pozamykają inne sprawy. Motyla noga, nie tak buduje się napięcie w powieści! Co gorsza, z biegiem czasu Haydon coraz bardziej brakuje pisarskiej dyscypliny i w końcu jej bohaterowie zaczynają się przemieszczać po świecie tak szybko, jakby mieli między pośladkami przyciski do teleportacji, a królewskie korony same spadają im na głowy. Leniwe pisanie, pani Elizabeth! Leniwe!

Zawodzą bohaterowie. No, prawie. Jeśli kogokolwiek pokochacie w tej powieści, to będą to cyniczny zabójca Achmed i jowialny sierżant Grunthor, obaj biegli w sztuce sarkazmu i niewahający się go użyć. Pech, że z czasem tracą zainteresowanie autorki na rzecz ostatniego członka tej superdrużyny – Rapsodii. (O niej pomówimy za chwilę. Oj, pomówimy). Wszyscy troje są na swój sposób odmieńcami. Zmieszała się w nich krew kilku ras i dlatego żyją na pograniczu światów, obcy w każdym z nich. Ładnie się to komponuje z przewodnim motywem „Rapsodii”, którym jest poszukiwanie własnego miejsca we wszechświecie. Wszyscy muszą się tu porachować z bolesną przeszłością, ustalić granice własnej odmienności, przemyśleć swoje mieszane dziedzictwo, znaleźć w nim siłę i spoiwo tożsamości. Całkiem to mądre, a przy tym ciekawe, bo jako antropolożka z zamiłowania E.H. dobrze sobie radzi z przedstawianiem zwyczajów, wierzeń i mentalności każdej z wymyślonych przez siebie – no dobrze, zerżniętych skądinąd, ale przerobionych na własną modłę – fantastycznych ras. Tylko nie liczcie na żadną udramatyzowaną rozprawę o współistnieniu kultur. Panią Elizabeth interesuje przede wszystkim indywidualne doświadczenie, w sprawie relacji międzykulturowych ma do przekazania tylko grzeczne wezwanie do porozumienia mimo różnic i tworzenia wspólnego narodu, w którym znajdzie się miejsce dla wszystkich.

Wróciwszy do bohaterów. Żeby zrozumieć kolejną parę gagatków, Ashego i Rapsodię, trzeba zaakceptować pewien kłopotliwy, a zasygnalizowany we wstępie fakt: „Rapsodia” to... bękart. Jej matką jest fantasy, a ojcem chciałby być romans, ale tak naprawdę to jego brzydszy brat harlekin. Dla wielu będzie to mezalians (dziadek Tolkien przewraca się w grobie?), więc zupełnie serio podziwiam panią Elizabeth za próbę pożenienia tych gatunków, i to na równych prawach. Dla autorki debiutującej w ubiegłym stuleciu, i to bez pretensji do tworzenia wielkiej literatury przełamującej bariery nie tylko gatunkowe, to musiał być akt odwagi. Mało pamiętam z tamtego okresu fantasy, w której pokochanie kogoś byłoby równie ważne – i równie trudne – jak ocalenie świata przed demonem z piekła rodem. Albo takiej, w której milusińscy mieliby czas na poznanie się, zakochanie, kłótnie, rozstania, negocjacje, powroty czy otwarte mówienie o swoich uczuciach. „Rapsodia” to odpowiedź na ten brak, raczej nieudolna i niesatysfakcjonująca, ale może kogoś ucieszy, o ile w trakcie lektury nie zejdzie na cukrozę.

A takie zejście nie jest wykluczone, ponieważ w tym mariażu romans i fantasy nakręcają się wzajemnie tak bardzo, że robią się nieznośne. Obecność magii pozwala autorce urzeczywistnić fantazje, które chyba nigdy nie powinny opuszczać sfery wyobraźni: pokrewne dusze przyciągające się poprzez czas i przestrzeń, zmarli oczekujący umiłowanych w krainie śmierci, no i przeżycia erotyczne tak intensywne, że wstrząsają okoliczną florą i fauną. Oj, nie zna umiaru pani Haydon. W jej świecie miłość jest wielka, gwałtowna, tragiczna, wszechogarniająca i oczywiście wyłącznie heteroseksualna. Tutaj kocha się nieomylnie, raz w życiu, od pierwszego wejrzenia do grobowej deski (a nawet dłużej). Kto zgubi lub straci lubą, albo zostanie przez nią odrzucony, ten nie zazna więcej miłości i będzie trwał w celibacie przez setki, a nawet tysiące lat. To wszystko ma być pewnie niebywale romantyczne, ale spróbujcie przyłożyć do tej wyidealizowanej koncepcji miłości realistyczną miarę i sami powiedzcie, czy nie zmieniłaby się ona w okrutny koszmar.

Niemniej jednak to właśnie romansowe DNA odpowiada za rozłożenie akcentów w tej trylogii i konstrukcję wspomnianej wcześniej dwójki bohaterów. Wartka akcja, suspens i niespodzianki mniej się liczą niż empatyczne śledzenie losów i rozterek heroiny rozmiłowanej w niejakim Ashem. Ashe ma dwie cechy charakteru: jest obłędnie zakochany w głównej bohaterce i prawie zupełnie nad sobą nie panuje. To archetyp romantycznego kochanka, porywczy książę o mrocznej przeszłości i udręczonej duszy, mający zamiast osobowości pustkę, którą modelowa czytelniczka zapełnia wyobrażeniami o swoim ideale. Reszta odbiorców w starciu z takim okazem sromotnie polegnie i co najwyżej się na Ashego wnerwi. Powodów jest do wyboru, do koloru, począwszy od braku charakteru, przez niewytłumaczalną fiksację na punkcie dziewictwa lubej, a skończywszy na wybuchach gniewu, po których nasz rzekomy ideał zalewa się łzami, błaga wybrankę o przebaczenie i oczywiście je otrzymuje. Znowu. Zdenerwować można się też na to, w jaki sposób H. rozwiązała jego konflikt z ojcem i sprawę sukcesji. Nie wiedzieć czemu w mniemaniu autorki władzy pragną jedynie ludzie źli i skorumpowani. Szlachetny charakter wyklucza ambicję, więc – uwaga, tu spoiler – Ashe przyjmuje koronę z musu, gardząc swoim ludem, i chyba tylko po to, aby na oczach całego świata pojąć ukochaną za żonę. Ejże, droga pani, dla kogo to ma być szczęśliwe zakończenie?

No dobrze, dobrze, wszyscy wiemy dla kogo: dla Jej Wysokości Rapsodii. Oj, rozmyślał Gryzipiór i rozmyślał, jak ma pisać o tej heroinie porwanej z harlekina prosto do świata ogrów, która kiedyś – gdy czytał tę powieść po raz pierwszy – zdawała mu się ideałem Silnej Postaci Kobiecej. Nietrudno się na to nabrać. Zaradna, wygadana i obdarzona bogatą osobowością Rapsodia to niewątpliwie odpowiedź autorki na te wyczekujące ratunku ślicznotki, demoniczne kusicielki, złośnice do poskromienia i inne stereotypowe mieszkanki literackich światów. Niemniej jednak jej wywrotowy potencjał hamują wpisane w tekst tradycyjne wyobrażenia o kobiecości i męskości, a także przeprowadzona zgodnie z nimi i – przynajmniej dla mnie – zupełnie nieznośna idealizacja głównej bohaterki. Rzeknijcie no, jakie diabełki szeptały do ucha Elizabeth Haydon, gdy zdecydowała się pisać o istocie doskonałej pod każdym względem: olśniewająco pięknej, bezinteresownej, wielkodusznej, a do tego skromnej aż do granic hipokryzji? O obdarzonej wszystkimi możliwymi mocami, talentami i przymiotami ducha wojowniczce i czarodziejce, zdolnej rozkochać w sobie tłumy jedną pieśnią? Toż nawet romansowe heroiny muszą mieć jakieś wady – a jeśli nie wady, to chociaż pozory prawdopodobieństwa – żeby czytelnicy mogli się z nimi utożsamić! Gdy nie ma wad ani pozorów, ryzykujemy, że ten wcielony ideał podziała na odbiorcę alienująco. Szkoda, bo pod wieloma względami Rapsodia jest kimś, do kogo można i warto aspirować – bystrą, elokwentną i pełną pasji istotą, odnajdującą swoje powołanie i miłość mimo trudnej przeszłości.

Gorzej, że ucieleśnia też konserwatywny ideał kobiecości, na który składają się łagodność, fizyczna kruchość, dar do prowadzenia gospodarstwa domowego, gotowość do poświęceń i niesienia pomocy kosztem własnego zdrowia i życia i podobne cnoty, którymi nasza heroina wykazuje się nieomal w każdej scenie, czasem w szalenie irytujący sposób (na przykład wtedy, gdy z determinacją trąby powietrznej sprząta calutki dom przyjaciela, u którego jest tylko gościem, i to mimo jego protestów). Mam wrażenie, że często kryje się pod tym przekonanie, że idealna kobieta ma być idealna przede wszystkim dla mężczyzny. Już pal licho ten zestaw cech perfekcyjnej żony i służącej. To czuć w samym tekście, w tym ślinotoku narratora wszechwiedzącego, który zadziwiająco często patrzy na bohaterkę oczami jakiegoś wyimaginowanego, stereotypowego mężczyzny, i to raczej takiego, którego nie chciałybyście spotkać w ciemnym zaułku:

Z oczami szeroko otwartymi z niepokoju, splątanymi włosami, które lśniącą kaskadą opadały na ramiona, w za dużej koszuli, wyglądała jak ucieleśnienie męskich fantazji [„Przeznaczenie”, s. 513].

Ten pełen zachwytu „męski” głos, w założeniu mający pewnie sprawiać przyjemność modelowej czytelniczce utożsamiającej się z Rapsodią, towarzyszy nam przez całą powieść i czasem niestety zagłusza to, co mogłaby nam powiedzieć o sobie sama bohaterka. Weźmy kwestię prostytucji, którą parała się w młodości nasza heroina, samotna młoda kobieta w wielkim mieście. Miło byłoby wierzyć, że włączenie tego doświadczenia do jej biografii to ze strony pani Elizabeth próba destygmatyzacji zjawiska, opowiedzenia o  konsekwencjach przemocy albo przynajmniej przekazania klasycznej dla fantasy historii innym głosem. Znajdą się w trylogii sceny, które można interpretować w ten sposób. Kłopot w tym, że wszelkie rewizjonistyczne i feministyczne cele bledną wobec celu nadrzędnego – uczynienia Rapsodii jeszcze atrakcyjniejszej dla płci przeciwnej. Haydon robi to, łącząc archetypy „madonny” i „dziwki”, które w tradycyjnej – zwłaszcza dziewiętnastowiecznej – romansowej opowieści uchodziły za wykluczające się. Rezultat to bardzo mało przekonująca postać ciężko doświadczonej kobiety o twarzy anioła, złotym sercu i duszy tak czystej, że demon nie siada. Dlatego ten stereotypowy mężczyzna, w którego czasem próbuje się wcielić autorka, nie widzi psychologicznych konsekwencji dawnej ścieżki zawodowej Rapsodii i może sprowadzić jej trudną historię do fantazji o dziewicy z doświadczeniem kurtyzany:

Jest nietknięta. To dziewica, szepnął smok z podnieceniem. Doskonała.
Lecz Ashe wyczuł w niej zmysłowość, biegłość w sztuce sprawiania rozkoszy. Oszołomiony potrząsnął głową. Dziewica o doświadczeniu kurtyzany. Prawdziwa zagadka. Fascynujące. Zapragnął dowiedzieć się więcej [„Rapsodia”, s. 375-376].

Wszystko to sprawia, że Rapsodia jest silną postacią kobiecą, ale wyłącznie na tyle, na ile pozwala jej na to patriarchalna kultura. Ukształtowane przez tę kulturę przekonania odbiły się nie tylko na tym, jak autorka skonstruowała jej charakter, ale i na tym, jak traktuje w powieści jej ciało. To zadziwiające, że pani Elizabeth, stworzywszy postać o tak bogatej (mniejsza, że mało wiarygodnej) osobowości, fiksuje się akurat na jej... urodzie. Nasza szlachetna królewna jest bowiem panną wielce – co tam wielce – niesłychanie – co tam niesłychanie – porażająco wręcz urodziwą. Na widok włosów jej jak jedwab złoty i ust jej niby płatki róży zapatrzeni woźnice robią karambol na całą wieś (!), a urzeczony tłum nabiera pewności, że oto objawiła się bogini. Co ciekawe, w tych niezamierzenie komicznych scenach Haydon często bierze stronę bohaterki i pokazuje, jak deprymująco może działać na kobietę nadmiernie zainteresowanie. Jak to na nią przerzuca się ciężar obrony przed niechcianymi zalotami – i to do tego stopnia, że zaszczuta piękność nie rusza się z domu bez płaszcza z kapturem. Nie ma to jednak żadnych konsekwencji. Nie budzi w Rapsodii buntu, a jedynie odruch obronny. Nie zagraża jej, bo dzięki jej magicznej obecności nawet niedoszły gwałciciel pojmuje swój błąd i zmienia się w pobożnego mędrca (!). Korzyści z olśniewającej urody z łatwością przyćmiewają więc każdą przykrość, która może spotkać bohaterkę. Zewnętrzne piękno otwiera przed nią wszystkie drzwi, czy to do ludzkich domostw, czy to do ich serc.

Dzieje się tak dlatego, że uroda nie jest u Haydon cechą wyłącznie fizyczną, na którą mamy znikomy wpływ. Jest certyfikatem wartości bohaterki, bladym odbiciem jej wspaniałej duszy, świadectwem jej potęgi. Budzi natychmiastową miłość, inspiruje do wierności. Dzięki temu autorka może pisać na skróty, bo skoro każdy, kto ma oczy i uszy, pada do stóp tej półboskiej istocie, to nie trzeba rozwodzić się na przykład nad wątkiem wyboru władcy czy jednoczenia narodu skłóconego po krwawej wojnie. Można pominąć negocjacje, dowody zaufania, wyciąganie wniosków z błędów i całe to nudne tere-fere, dzięki któremu normalni ludzie uczą się dogadywać mimo różnic. To niemal smutne, ile problemów w tej trylogii daje się rozwiązać dzięki ładnej buźce, począwszy od zaskarbienia sobie sympatii porywczej smoczycy, a skończywszy na zasypaniu przepaści między nienawidzącymi się ludami. Przywilej goni przywilej, więc naszą urodziwą heroinę spotykają przy okazji wszelkie inne zaszczyty: władza, bogactwo, sława, przyjaźń ludzi mądrych i wpływowych, no i oczywiście wielka miłość.

Kogo te zaszczyty nie spotykają? Innych kobiet. Uroda i szlachetność Rapsodii są tak wielkie, tak wszechogarniające, że pożerają całą uwagę autorki i bohaterów (zwłaszcza mężczyzn) i przyćmiewają resztę pań, które przewijają się przez tę powieść. Wszystkie zresztą pełnią podobną funkcję: są wstępną, wybrakowaną wersją naszej heroiny, która w zestawieniu z nimi zdaje się jeszcze doskonalsza. Jedna okazuje się równie potężna co Rapsodia, ale z gruntu zła, druga – równie szlachetna, ale porywcza, trzecia jest równie mądra, ale się starzeje, a Josephine... Josephine – adoptowana siostra Rapsodii, rywalizująca z nią o uczucie Ashego – jest tym, kim byłaby nasza bohaterka, gdyby pozbawić ją urody. Nieładna sierota, złodziejka, dziecko ulicy, spragnione uczuć, ale niezdolne nikomu zaufać, nie budzi niczyjej miłości, co najwyżej irytację i zniecierpliwienie. I wnosi do tej bajędy odrobinę niechcianego realizmu. Może dlatego musi z niej jak najszybciej zniknąć, i to w sposób tak nagły, pozbawiony puenty i przesadnie tragiczny, że aż chciałoby się zapytać panią Haydon, po co w ogóle wprowadziła tę postać. Miejsce Jo w powieści sprowadza się bowiem do brzydszego wierzchołka miłosnego trójkąta, który nie ma sensu, bo nie spełnia swojej podstawowej funkcji. Nie wprowadza do romansu nawet krzty niepewności, ponieważ od początku wiemy, kogo kocha i komu jest przeznaczony Ashe. Co więcej, w pewnej chwili pani Elizabeth wykorzystuje tragedię Jo do spotęgowania napięcia między Rapsodią a jej lubym, a to już gałganeria nawet nie z pisarskiego, ale z etycznego punktu widzenia.

Rozpisuję się o tym, bo morał z historii Jo i Rapsodii – dwóch sióstr, z których tylko jedna była piękna – bardzo przypomina to paskudne przekonanie, które nam, kobietom, kładzie się do głów od wczesnego dzieciństwa: że nasza wartość, a przede wszystkim nasze szczęście, zależy od naszej urody. Nieładna Jo nie może dorównać swojej piękniejszej siostrze, a rozpaczliwie pragnie tego, co tamta ma aż w nadmiarze – ludzkiej uwagi i miłości. Kto dobrnie do momentu, w którym zostanie symboliczna ukarana za to pragnienie, i zaprze się, żeby czytać dalej, ten wkrótce pojmie, że w świecie „Rapsodii” miłość, przyjaźń, szczęście i przygody spotykają wyłącznie te kobiety, które są piękne na zewnątrz i doskonałe wewnątrz. Poprawka – nie „kobiety”, ale „kobietę”, tę jedną jedyną na świecie. Tę, z którą wedle gatunkowych prawideł romansu powinnyśmy się utożsamiać, ale jakoś nie za bardzo chcemy. Może dlatego, że przyszłyśmy po bajkę o wielkiej miłości, a próbuje się nas wkręcić w fantazję o byciu lepszą od innych kobiet.

I właśnie dlatego historia pięknej Rapsodii jest dla mnie tak, no cóż, brzydka. Przypuszczam, że dla większości z nas sensem istnienia takich powieści jest nie ich wartość artystyczna, tylko pozytywny eskapizm. Czytamy, żeby poczuć się miło, żeby dotknąć tego magicznego świata, w którym wieśniaczka może zostać królową, gotowe do wojny ludy składają broń pod wpływem ładnej piosenki, a troje bohaterów samodzielnie ratuje świat od zagłady, nie oglądając się na obojętne i skorumpowane elity. Tymczasem w pakiecie z paroma godzinkami złudzeń „Rapsodia” daje nam to, czego na co dzień mamy aż w nadmiarze: toksyczne stereotypy na temat płci, fiksację na kobiecej urodzie i nierealistyczne wzorce, którym jako ludzie z krwi i kości nie jesteśmy w stanie sprostać. Szkoda, bo dzięki humorowi, odwadze we wprowadzaniu zmian do konwencji i prawdziwie czarodziejskiemu światu, jakich mało we współczesnej fantasy, powieść Elizabeth Haydon mogła być jak rzeczywista muzyczna rapsodia. A jest jak taki banalny, staroświecki, nieporadny walc weselny, na który patrzy się z rozbawieniem i rozczuleniem... do czasu, aż ktoś skręci kostkę.

  • Cykl: Symfonia wieków
  • Przekład: Anna Reszka
  • Wydawca: MAG
  • Lata wydania: 1999-2002
  • Liczba stron: „Rapsodia” – 536, „Proroctwo” – 489, „Przeznaczenie” – 574


25 komentarzy:

  1. ""Wypada zacząć od tego, że trylogia „Rapsodia” to portret fantasy z czasów młodości, w których można było jeszcze na serio pisać o trojgu wybrańców walczących z demonem czarnego ognia, który pragnie zniszczyć świat.""

    Jakby się coś od tamtych czasów zmieniło.

    Chały były, są i będą. Tylko niektóre szczegóły się zmieniły. Kiedyś na topie były drużyny ratujące świat, dziś nastoletnie, socjopatyczne zabójczynie.

    A czy już dziś się o tym nie da pisać? Trudno powiedzieć, ale w USA w 2016 wydano dziewiąty tom Rhapsodii.



    ""W tej serii, mającej przywracać pamięć o autorach zasłużonych dla fantasy, a lekceważonych przez innych wydawców, ukazały się powieści kapitalne, dobre, znośne oraz debiutancka trylogia „Rapsodia” amerykańskiej pisarki Elizabeth Haydon. ""

    To był dziwny cykl i nawiasem mówiąc szybko zakończony. Objął zaledwie troje autorów i tylko kilka pozycji (Wojna o dąb, Zapomniane bestie z Eldu, Mistrz zagadek z Hed i Rhapsodię właśnie, o ile mnie pamięć nie myli). Ich dobór był kontrowersyjny. O ile wcześniejsze pozycje były niezłe, tak nikt nigdy nie wiedział, co Sapkowski widział w Rhapsodii. Bo, że facet był na jej tle zafiksowany, to wiadomo. W końcu polecał ją nie tylko w Magu, ale w swoim Rękopisie Znalezionym W Smoczej Jaskini też uznał ją za element kanonu fantasy.

    Problem w tym, że nie dawało się tego uzasadnić. Książka nie była ani wiekowa (wydano ją w Polsce nie dalej jak rok po USA), ani zasłużona, ani nagrodzona, ani dobra, ani odkrywcza...

    Wręcz przeciwnie. Należy do nurtu, który ja osobiście nazywam post-Nortonkowskim, a który był właśnie takim połączeniem fantasy i halequinów, często okraszonych jakąś totalnie niespójną ideologią feministyczną (zawierającą nierzadko nawoływania do kastrowania mężczyzn z jednej strony oraz próby utrwalania stereotypów płciowych z drugiej). Tego typu książek napisano dość dużo między 1985, a 2005. Do tego grona wpisać można nie tylko panią Haydon, ale też Mercedess Lackey, Anne McCarfey, środkową i późną Andre Norton, C. J. Cherry, Janny Wurst i pewnie z milion innych.

    Co takiego odkrywczego Sapkowski widział akurat w Rhapsodii tego nikt nie wie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. E, myślę, że coś się jednak zmieniło. Choćby dzięki "Grze o tron" i wydawanym na fali jej popularności powieściom wzrosła widoczność brutalnej, "realistycznej" fantastyki. Mieliśmy fazę na fantastyczne YA, które też przeważnie radością nie tryskało. W ofercie wydawnictw całkiem łatwo znaleźć ekscesy w rodzaju new weird, w ogóle wychodzące poza konwencje fantasy czy SF. Nie wspominając już o całym kontekście pozaliterackim - może to moje subiektywne odczucie, ale świat generalnie robi nam się coraz mroczniejszy i mniej przyjazny i coraz mniej mamy zaufania do polityki czy gospodarki. To wszystko siłą rzeczy zmienia horyzont oczekiwań czytelników fantasy, dla których naiwna opowieść o wybrańcach walczących z demonem będzie już raczej trudna do przełknięcia. Chyba. Mam nadzieję?

      W 2016 roku wydano też pięćsetną książkę o Drizzcie :P To chyba bardziej dowód na to, że wydawcy (i nie tylko) kurczowo trzymają się sprawdzonych, przynoszących przewidywalny zysk franczyz, a nie na to, że tego rodzaju fabuły są jeszcze jakkolwiek adekwatne do dzisiejszej rzeczywistości.

      O tak, cykl był dziwny i - przy całej mojej sympatii do MAG-a - widzę w nim raczej próbę skapitalizowania ówczesnej popularności Sapkowskiego niż deklarowane przywracanie pamięci o ważnych autorach fantasy. Wydawano w nim jeszcze Gaimana i chyba tylko jego można uznać za rzeczywiście wpływowego twórcę gatunku. Bull i McKillip były spoko (zwłaszcza baśniowe "Zapomniane bestie...") i mają swoje miejsce w historii fantasy, ale zgadzam się, że obecność w tej przynajmniej z założenia nobilitującej serii "Rapsodii" to niemożliwa do wyjaśnienia pomyłka. Nie wiem, może w tamtych czasach "feminizm" w duchu Haydon wydawał się wart uwagi, bo mądrej feministycznej fantasy było w Polsce jak na lekarstwo? Albo nie za wiele wiedzieliśmy o feminizmie? Chociaż przecież Sapkowski sam podśmiewał się z takiego pseudofeminizmu u czarodziejek z sagi wiedźmińskiej, więc byłoby dziwne, gdyby nie dostrzegł go u Haydon. No cóż, przynajmniej my możemy się uczyć na ich błędach ;)

      Usuń
  2. """E, myślę, że coś się jednak zmieniło. Choćby dzięki "Grze o tron" i wydawanym na fali jej popularności powieściom wzrosła widoczność brutalnej, "realistycznej" fantastyki. Mieliśmy fazę na fantastyczne YA, które też przeważnie radością nie tryskało. W ofercie wydawnictw całkiem łatwo znaleźć ekscesy w rodzaju new weird, w ogóle wychodzące poza konwencje fantasy czy SF. """"

    Tak, tylko wcześniej w latach 70-tych i 80-tych była epoka Conana i jego klonów oraz brutalnej, męskiej, "realistycznej" fantastyki dla prawdziwych twardzieli. Tak więc te fale przemocy odpływają i przypływają.

    Te wszystkie Rhapsodie to trochę powieści Post-Sword and Sorcerry. Gdzie o ile wcześniej mieczami wymachiwały groteskowo męskie samce ku czci męskim wartościom, tak teraz wymachiwać zaczęły samice, ku czci wartości, w jakie wierzyły autorki.

    Trochę natomiast, zwłaszcza w wypadku Rhapsodii jest to pokłosie sukcesów Andvanced Dungeons and Dragons i tego, co się wokół tej gry działo. Ta od samego początku bardzo mocno przenikała się ze światem literatury. Przyniosła też modę na wszelakie drużyny ratujące światy. Z drugiej strony gra wywołała psychozę, która przeszła do historii jako Satanic Panic, która to psychoza zmusiła wydawców do przyczajenia się. Dlatego też w książkach nagle było mniej przemocy, picia i ćpania niż wcześniej.

    Obecnie nikt już o Satanic Panic nie pamięta, za to przemoc okazała się nieźle sprzedawać.

    Jeśli natomiast chodzi o New Weird, to, no cóż... W latach 70-tych i 80-tych na fali Nowej Fali Fantastyki też szukano nowych kierunków i gatunki bardzo mocno się przenikały. Powstawały wtedy takie dzieła jak "Pan światła" czy "Widmowy Jack", które poruszają zarówno tematykę typową dla Fantasy, jak i Science Fiction. Potem w latach 80-tych i 90-tych gatunki bardzo mocno się zestaliły.

    Jednocześnie Nowa Fala głosiła konieczność skupienia się na "twardej" fantastyce: nauce w science fiction, dawnych wierzeniach i legendach w fantasy (co mogło zachęcić twórców gatunków do rozdzielenia się).

    New Weird jest powrotem do Weird Fiction, czyli tego, co działo się przed Nową Falą. Skupia się na miękkim podejściu do tematu (co jest dla mnie krokiem wstecz). Jednocześnie ponownie rozmył granice między gatunkami (co może być odwołaniem do czasów, kiedy po prostu ich jeszcze nie było).

    Tak więc jest to raczej kwestia literackich mód, niż faktycznego postępu.

    """"Bull i McKillip były spoko (zwłaszcza baśniowe "Zapomniane bestie...") i mają swoje miejsce w historii fantasy, ale zgadzam się, że obecność w tej przynajmniej z założenia nobilitującej serii "Rapsodii" to niemożliwa do wyjaśnienia pomyłka. Nie wiem, może w tamtych czasach "feminizm" w duchu Haydon wydawał się wart uwagi, bo mądrej feministycznej fantasy było w Polsce jak na lekarstwo? """"

    Nie, ta książka zawsze uchodziła jeśli nie za chałę, to za tytuł w najlepszym razie średni. Miałem wtedy taką internetowo-realową grupę ludzi w wieku między 17 a 27 rokiem życia, z którymi jeździliśmy na wakacje. Jedna z koleżanek wzięła to na jeden z naszych zjazdów. Chyba wszyscy z tej książki kpili.

    Myślę raczej, że motywacja była inna: próba kapitalizacji legendy Sapkowskiego. W tamtych czasach Mag mocno z nim współpracował. Wydawali między innymi grę fabularną na podstawie jego twórczości ("Wiedźmin: Gra Wyobraźni"). Zresztą, zarówno założyciel Maga, jak i Sapkowski byli członkami kręgu towarzyskiego Nowej Fantastyki.

    Tak więc pewnie goście z Maga chcieli maksymalnie wyzyskać znjomość, poprosili Sapka, żeby coś polecił, a ten wskazał na książkę, na której się zafiksował.

    OdpowiedzUsuń
  3. Eh, chciałabym przeczytać fantasy, gdzie bohaterce ciąży jej uroda (albo chociaż autor/ka napisze coś o niedogodnościach tak porażającej fizjonomii, o tych natrętnych zalotnikach czy niemożności wtopienia się w tłum)... Choć teraz trafi się czasem bohaterka, która urodę traktuje instrumentalnie (czasem nawet jako narzędzie jakiejś ogólnej zemsty na mężczyznach).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ajć, to chyba jeszcze gorzej. Rapsodii niby ciąży jej uroda, niby denerwuje ją przesadne zainteresowanie, ale z drugiej strony jej piękno rozwiązuje za nią tyle problemów, że nie sposób wziąć tych narzekań na serio. Mnie by wystarczyła fantasy, której bohaterka jest najzupełniej przeciętnej urody i nikt nie ma z tym problemu, ani ona, ani otaczający ją ludzie. Takie dziwo :)

      Usuń
    2. No Rothffus tak jedną swoja bohaterkę napisał. Ale to jest w ogóle postać dość dziwna i nie napisana jeszcze do końca (jak i cały cykl zresztą), więc jest jeszcze szansa na sensowne zmontowanie bohaterki.

      Z tymi zupełnie przeciętnymi bohaterkami to chyba ostatnio jest łatwiej, bo poza YA i romansami fantastyką podszytymi już raczej się urody (albo tego braku urody, który widzi tylko bohaterka, bo reszta postaci wręcz przeciwnie) nie podkreśla. Ani Aaronovitch, ani Butcher, ani Wegner już tego nie robią (zresztą w cyklu o kasztelach Butchera mamy jedną z głównych bohaterek opisywaną jako dziewczę dość męskiej, masywnej postury).

      Usuń
    3. Uff, mam nadzieję, że nie masz na myśli Denny. Ależ to była niedobra postać. O proroczym imieniu niemalże.

      To prawda, aczkolwiek na ile znam twórczość Aaronovitcha i Butchera (czyli średnio), oni piszą głównie o męskich protagonistach, kobiety są tam w tle, w roli przyjaciółek i koleżanek z pracy, ewentualnie przeciwniczek, więc nie grozi im idealizacja w charakterze jakiegoś - w założeniu autora/autorki - doskonalszego alter ego czytelniczki. Ale spośród innych popularnych w ostatnich latach nazwisk już taki Sanderson lubi się zachwycić urodą swoich głównych bohaterek. Może dlatego, że częściej wikła je w romanse, albo dlatego, że częściej łączy fantasy z opowieścią o dojrzewaniu, w której kwestia urody i jej oceny w oczach innych ludzi pojawić się musi (musi?). Mnie chyba najbardziej odpowiada podejście GRRM-a (niespodzianka, wiem :D), który pisze o wyglądzie swoich bohaterek w kontekście stosunków władzy i pokazuje, jak uroda bądź jej brak wpływa na miejsce kobiety w patriarchalno-feudalnym społeczeństwie Westeros. Mój klimat.

      Usuń
    4. W "Wichrowych Kasztelach" praktycznie wszystkie, pierwszoplanowe postacie to kobiety. Wyjątek stanowi kot.

      Usuń
    5. Aha. Dlaczego ja jeszcze tego nie czytałam?

      Usuń
    6. Bo oprócz tego jest totalnie przefajnowane, a co rozdział trafia się obiekt bardziej coooooool, mega, epicki i nie z tej ziemi, więc książka zebrała bardzo umiarkowane recenzje?

      Usuń
    7. Więc tak - pierwszy tom "Kaszteli..." czytałam ale mnie nie porwało. Znowu pradawne odradzające się zło, które do tego mówi dużymi literami (i chyba nawet też ma czerwone ślepia, ale to już może zmyślam).

      Książka gdzie bohaterce ciąży uroda - a miałam okazję przeczytać - polski tytuł dość nieudany, bo "Zapadła dziura Bone Gap" - może zniechęcić, a w środku dostajemy całkiem dobry realizm magiczny głównie skierowany dla nastolatków, ale i osoba 20 lat starsza moze czytać bez zgrzytów, a raczej wspominając z nostalgią swoje młode lata. Jest tam bohaterka bardzo piękna i taka, którą ludzie uważają za brzydką.

      Co ciekawe, opinia otoczenia o nich bywa czasami podobna - o pięknej, że pewnie łatwa, bo piękna, o brzydkiej - że pewnie łatwa, skoro nikt jej nie chce na dziewczynę, to i ona nie będzie wybredna.

      Moda na drużyny jednak, moim zdaniem, przemija, alebo jeśli to teraz silny jest nurt grania z konwencją (Abercrombie, Lawerence, Tchaikovsky)

      W serii "Sapkowski polaca" wyszła jeszcze tylkogia Jacqueline Carey o Fedrze, kurtyzanie-masochistce. Nie jest to może ambitna literatura, ale ja przyznam wspominam ją ciepło i pamiętam całkiem dobrze.

      Usuń
    8. @Piotr, no tak, istnieje taka możliwość ;) Chociaż kojarzę jakieś recenzje pozytywne, choć bez wielkich zachwytów. Tylko na okładce pierwszego tomu to ja mam jakiegoś urodziwego pana w towarzystwie chyba swojego okrętu. Rozumiem, że potem pan wypada za burtę i ster w powieści przejmują kobiety?

      @Anonimowy, o, mnie po Rapsodii pradawne czerwonoślepie zło już niestraszne, ale dla odmiany bym sobie poczytała coś z fajnymi bohaterkami.

      Brrr, stereotypy przebrzydłe. Strasznie smutna ta wiara, że uroda kobiety miałaby determinować jej samoocenę, powodzenie wśród potencjalnych partnerów, stosunek do tychże i bez mała całe jej życie. Jakbyśmy wszystkie nie miały za grosz charakteru czy intelektu. Ale plus dla autorki za wyłapanie tego stereotypowego myślenia.

      Nurt grania z konwencją to raz. Dodałabym jeszcze modę na antybohaterów i rozmaite nierozumiane indywidua. Widać nie bardzo już wierzymy, że uda się zbawić świat, działając wspólnie.

      Rzeczywiście! Było takie cudo, ale zniknęło w pomroce dziejów chyba jeszcze prędzej niż Rapsodia. A brzmi jak interesujący materiał do analizy, muszę poszukać, dzięki :D

      Usuń
    9. "Trylogia Kusziela" wyszła z tego, co pamiętam całe lata po "Sapowski poleca" bo w 2004. Znajome się podniecały. IMHO jedyne, co tam było poza schematem, to uczynienie z bohaterki kurtyzany.

      Usuń
    10. Na okładkach jest "Andrzej Sapkowski przedstawia"
      Ja bym sobie chętnie przeczytała Twoją analizę "Strzały Kusziela", bo pewnie nie zwróciłam uwagi na to, na co Ty byś zwróciła. Dodam, że pierwszy tom zawiera samodzielną, zamkniętą historię, więc można przeczytać tylko jego. W każdym razie Fedra jest jedną z wyrazistszych postaci kobiecych, jakie pamiętam z kart powieści fantasy, a przeczytałam ich już sporo.

      Co do Kaszteli - pierwsze skrzypce gra mężczyzna, czy jeszcze jakieś kobiety tam były...nie pamiętam nikogo bardziej wyrazistego poza drugoplanową postacią szalonej uczennicy czarodzieja (w tym świecie magia przestawia ludziom w głowach, więc im zdolniejszy jesteś i im dłużej praktykujesz, tym gorzej dla ciebie).

      A jeszcze o Bone Gap - cóż, jednym z ważniejszych tematów książki jest wątek urody.
      Jest tam zabawna dla czytelnika, smutna dla bohatera scena - napiszę oględnie, żeby nie zaspojlerować na wszelki wypadek - nieładna dziewczyna wiąże się z chłopakiem. Wszystko jest ok, dopóki nie dowiaduje się, że on się z nią związał zupełnie, ale to absolutnie nie zwracając uwagi na jej wygląd. Wtedy dziewczyna się śmiertelnie obraża. Ponieważ poznajemy akcję z punktu widzenia kompletnie zdezorientowanego jej wybuchem chłopaka, nie poznajemy wytłumaczenia. Ale można się domyślić - obraziła się, bo ona chciała mieć mężczyznę, w którego oczach byłaby piękna.

      Stereotypy, stereotypami, ale udawanie, że tak nie jest nie zmieni sytuacji. Kobiety są klasyfikowane po urodzie. Matka moja kiedyś wspomniała, że wiele razy słyszała, że jest głupia, ale nigdy to nie zostało w jej pamięci na dłużej. A jak raz, za młodu chłopak powiedział jej "no może specjalnie ładna to ty nie jesteś, ale i tak cię lubię" - to ją to do żywego zraniło i po ponad 40 latach to pamięta i ją to rusza.
      Jest też taka piosenka Tori Amos o wspomnieniach z młodości, które dręczą i nie można się od nich uwolnić:

      "He said, you're really an ugly girl
      But I like the way you play
      And I died
      But I thanked him
      Can you believe that?
      Sick, sick"

      Pamietam też koleżankę z pracy - atrakcyjną, zadbaną, pewną siebie (teraz pracuje jako menadżer w firmie i jest jak sądzę właściwą osobą na właściwym miejscu) - widziałam jak szefo się do niej odnosił - z rodzajem afektowanego szacunku i takiej też przymilności. Do mnie zwierzchnicy zwracają się trzeba zrobić to, trzeba zrobić tamto, żadnych żarcików.

      Sama czasem sobie marzę, że gdybym była piękna, to ktoś by mnie naprawdę mocno pokochał i żylibyśmy tak razem w miłosnym uniesieniu.

      Usuń
  4. Tak,ja to kiedyś czytałam,średnie było.Najbardziej mnie dobiła ta bohaterka i jej dziewictwo...A że "Sapkowski poleca"? To chyba chwyt marketingowy,nic więcej.
    Fajna recenzja.

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :) Chyba marketingowy. Choć z tego, co czytam w innych recenzjach, istnieją amatorzy pisarstwa Haydon, więc może i Sapkowski do nich szczerze należał? Kwestia dziewictwa przewija się przez tą powieść w przedziwny sposób, mnie najbardziej denerwuje uznanie go za coś, co czyni kobietę "doskonałą". Ugh.

      Usuń
    2. Cały czas mnie zdumiewa, jak technicznie można pozostać dziewicą, pracując w najstarszym zawodzie świata.
      Znaczy jak się klient pojawił, panna wystawiała mu cennik tylko na seks oralny i analny, a klient się godził i nigdy nie spróbował więcej, mimo że była - jak rozumiem - biedną dziewuszką z ulicy.

      Abstrachując już od tych przemiłych panów, którzy respektowaliby chęć zachowania nietkniętej błony - to kilka lat z przeproszeniem robienia loda jednak mentalnie dziewictwa pozbawia.
      Chyba że jej bycie dziwką oznaczało przygrywanie mężczyznom do obiadu?

      Usuń
    3. Jak to jak? No przecież, że dzięki magii :P Znaczy nie tyle pozostać dziewicą, ile dziewictwo odzyskać. Tam w pewnej chwili bohaterowie przechodzą symboliczne oczyszczenie w prastarym ogniu, który robi im różne magiczne psikusy, między innymi zdejmuje z nich fizyczne niedoskonałości. Czemu ów płomyk uznał brak błony za niedoskonałość i postanowił ją przywrócić, tego nie wie nikt. Trochę to kuriozalne w powieści z 1999 roku.

      Ale z tym przygrywaniem mężczyznom do obiadu - kto wie? Z tego, co opisuje Haydon, wynikałoby, że przybytek, w którym pracowała bohaterka, należał raczej do tych luksusowych i respektował przynajmniej niektóre granice swoich pracownic (np. Rapsodia odmawiała obsługi żonatych mężczyzn). Wiemy też, że w końcu znalazła mądrego patrona, który zaczął ją uczyć, i to bardzo poważnej, rzadkiej dziedziny. I gdyby nie pewien stalker, chyba żyłoby się jej nieźle. To akurat liczę autorce na plus, podejrzewam, że sporo innych pisarek i pisarzy nie odmówiłoby sobie przedstawienia tej historii jako mrocznej i brutalnej tragedii.

      Usuń
    4. ""Czemu ów płomyk uznał brak błony za niedoskonałość i postanowił ją przywrócić, tego nie wie nikt. Trochę to kuriozalne w powieści z 1999 roku.""

      Ależ to jest standardowy trop harlekinów. Bohaterka musi, po prostu musi obowiązkowo stracić swe wypielęgnowane dziewictwo w kulminacyjnym punkcie fabuły z tym jedynym. Jeśli go nie ma, to w światach fantasy jest ratunek: Healing Spell!

      Usuń
    5. Eee... I can't follow this logic. Znaczy roumiem przeżyć pierwszy raz z pompą i z wielkiej miłości. Fajnie (choć doświadczenie życiowe uczy, że miłość nie gwarantuje epickich doznań podczas)
      No ale samo przywrócenie stanu sprzed przecież nie wymaże wspomnień i to specyficzne uczucie związane z przekraczaniem bariery intymności się przecież nie ma prawa odtworzyć. Ale widać w głowie autorki powstała wizja tego wspaniałego razu z księciem i jednoczęsnie wizja doświadczonej przez los bohaterki. Teraz trzeba byłoby jakoś je pogodzić.

      Usuń
    6. Bo nie jest to logika, za którą zdrowo jest podążać.

      Romans, zwłaszcza ten ala harlekiny pod wieloma względami ma postulaty dokładnie przeciwstawne, jak fantastyka. O ile fantastyka stawia sobie za cel opisywać to, co nie istnieje, tak, jakby było realne, tak romans odrealnia i idealizuje to, co jest rzeczywiste, zapewniając świat, taki, jaki zdaniem odbiorców powinien być.

      Usuń
  5. Oj, pamiętam tę serię, słabo, bo słabo, ale jednak :P. Szczerze mówiąc też nie do końca rozumiem wliczenia tego w ten kanon. Istna zagadka. Chociaż może sięgnę sobie po tę ksiązkę, jak znajdę gdzieś w cenie jednego piwa - może będzie to w pewien sposób zabawne :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trudno zapomnieć, niestety :P Dla mnie powtórna lektura po latach była niestety bardziej irytująca niż zabawna. Znaczy, te schematy i naiwność autorki śmieszą przeogromnie, dopóki sobie człowiek nie uświadomi, że gdzieś u ich podstaw leżą przekonania, które do dzisiaj tak bardzo dają nam w kość w jak najbardziej realnym świecie :/

      Usuń
  6. Ugh, brzmi to wysoce niezachęcająco, a momentami i odrażająco. Ale widać i tak wizja kobiecości ma swoich fanów, jak wskazuje wydawanie kolejnych części. Tylko ciekawe, ile tam jest fanek...

    A co do przeciętnej urody, to mi niemal od razu do głowy przyszła Malazańska Księga Poległych. Tam kobiece postaci pięknem się wyróżniające stanowią rzadkość i nawet wtedy bywają tymi złymi.

    OdpowiedzUsuń