Tam, gdzie przychodzą umierać skorpiony, czyli „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” Roberta M. Wegnera (tomy 1–2)


Jeśli zastanawialiście się, gdzie podziewał się Gryzipiór przez ostatnie tygodnie, to odpowiedź brzmi: w Meekhanie się podziewał. A wybrał się tam, żeby sprawdzić, czy głośne „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” Roberta M. Wegnera rzeczywiście są tak dobre, jak piszą, czy może ich sukces bierze się z czegoś zupełnie innego. Wędrował więc po górach, gdzie pod lodem śpi magia z dawnych dni. Był na stepach, gdzie trawa pnie się wysoko na kościach wygnańców. Odwiedził port, w którym złodzieje mają więcej honoru niż szlachetnie urodzeni. I prawie dotarł do serca pustyni, gdzie przychodzą umierać skorpiony. Wrócił urzeczony, ale i rozczarowany. Dwa pierwsze tomy „Opowieści...” to bowiem kapitalnie napisana i ogromnie wciągająca lektura, która ostatecznie jednak więcej obiecuje, niż daje.


Tekst zawiera bardzo niewielkie spoilery.

Chwalić pisarza za to, że ma talent do słów, to trochę jakby ekscytować się tym, że słońce świeci, ale czasami warto. Wegner ma przebogate słownictwo, pisze potoczyście i na tyle zajmująco, że z rzadka tylko czuć w rękach i głowie ciężar siedemsetstronicowej powieści. Potrafi być zabawny, zwłaszcza w dialogach, które ucieszą niejedno ucho, choć raczej nie to wyczulone na idiolekty różnicujące sfery społeczne czy obszary geograficzne. W „Opowieściach z meekhańskiego pogranicza” arystokratka, góral i portowy złodziejaszek mówią mniej więcej tą samą poprawną, przezroczystą polszczyzną, co jest o tyle zaskakujące, że gdzie indziej autor daje dowód sporej wrażliwości na podobne kulturowe niuanse. Ale o tym za chwilę; na razie jest czas pochwał. Więc chwalimy: cięte dialogi, plastyczne opisy, umiejętność czerpania z konwencji innych niż fantasy (horroru na przykład), no i solidny research albo przynajmniej ściemę na tyle przekonującą, że te wszystkie obrazy pospiesznej budowy barykad, natchnionych szarż konnicy i innych nieszczęść brzmią bardzo wiarygodnie. Nagrodzone Zajdlem opowiadanie „Wszyscy jesteśmy Meekhańczykami” o obronie Małego Grzbietu Gryzipiór przeczytał już dwa razy i za każdym razem świszczały mu nad głową bełty i czuł na plecach chrapliwy oddech se-kohlandzkich wierzchowców. Mistrzostwo.

[*]
Problemy zaczynają się o poziom wyżej. Dwa pierwsze tomy Wegnerowej sagi to zbiory opowiadań, zgrupowanych zmyślnie według klucza geograficznego, które układają się w większą historię. Choć uczciwiej byłoby powiedzieć, że ją zapowiadają. Komu narzuciło się porównanie do Sapkowskiego, ten ma rację, ale nie całą, bo „Ostatnie życzenie” i „Miecz przeznaczenia” były dość niezależne od cyklu wiedźmińskiego – dawały się czytać samodzielnie albo nie czytać wcale. „Opowieści...” stopniowo odchodzą od tego wzoru i zwłaszcza w drugim tomie Wegner już bardzo świadomie rozrzuca smakowite okruszki większej opowieści... które jednak nie prowadzą nas do chatki z piernika. Albo może prowadzą, tylko że jest to droga długa i wymagająca od czytelnika jakiejś szatańskiej cierpliwości. Naprawdę cudnie się czyta o tych wszystkich wojenkach złodziejskich gildii i śledztwach w górskich wioseczkach, dopóki się nie pomyśli, że gdzieś między wierszami wybuchła wojna bogów, a imperialni tajniacy wespół z czarodziejami za chwilę wypirzą wszystko w Mrok. To frustrujące – takie odczucie, że autor zabiera nas wszędzie, tylko nie tam, gdzie dzieją się naprawdę ważne rzeczy. Szczególnie okrutne jest pod tym względem zakończenie świetnego skądinąd opowiadania „Oto nasza zasługa”, w którym porzucamy bohaterów tuż przed najciekawszą częścią przygody. W rezultacie po 1250 stronach lektury Gryzipiór wciąż ma wrażenie, że nie wyszedł poza preludium do właściwej historii. 

To jednak nie koniec skojarzeń z prozą Sapkowskiego. Wegner lubi majstrować przy konstrukcji swoich opowiadań, a niektóre jego zabiegi przywodzą na myśl cykl wiedźmiński. To dobra szkoła, więc nie byłoby o co kruszyć kopii, gdyby nie to, że wynik bywa... no, różny. Na przykład „Szkarłat na płaszczu” i „Gdybym miała brata” to udramatyzowane debaty o historii i etyce, które przywodzą na myśl podobne erudycyjne potyczki słowne u Sapkowskiego, tyle że akcja ginie w nich pod ciężarem nadmiernej ilości informacji. Z kolei we wspomnianej opowieści o obronie Małego Grzbietu Wegner udziela głosu bohaterowi w dwóch wcieleniach: młodego adiutanta i weterana oceniającego legendarne starcie z perspektywy lat. U Sapkowskiego podobny zabieg służył zderzeniu chaosu pola bitwy z uporządkowanym – i obśmianym – dyskursem naukowym oraz ukazaniu mitotwórczych ciągot naszej pamięci. U Wegnera nie uświadczysz podobnej, narzucającej się refleksji nad wspominaniem i spisywaniem historii. Rama narracyjna uwzględniająca komentarze starego Varhenna stanowi po prostu narzędzie do budowania napięcia i wpisania opowieści w szerszy kontekst. W czym nie ma nic złego, ale mogło być tak dużo dobrego!

– Nie, panie – kontynuował już swoim normalnym głosem – słońce nie zgasło w samym środku dnia. Nie, panie, nie było tam pokracznych demonów, które rozrywały żołnierzy na strzępy, demonów, od których nasze miecze i włócznie odbijały się jak od skały. Nie, panie, czarodzieje nie wrzeszczeli, gdy coś gotowało im krew w żyłach, a Stary Drawen nie kazał nam wszystkim uciekać, tylko że wtedy nie było już gdzie uciekać, bo nawet gwiazdy na niebie były inne [„Zabij moje wspomnienia”, s. 518-519].

Jeśli wierzyć internetom, powodem całej tej czytelniczej miłości do Meekhanu jest przede wszystkim świat przedstawiony – całkiem udana mieszanka znanego i nieznanego. Z przewagą tego pierwszego, bo układ stref klimatycznych i kultura zamieszkujących w nich ludów nie odbiegają zbytnio od europocentrycznego standardu fantasy. Oto mroźna Północ strzeżona przez honorowych i lubiących manifestować swoją odrębność górali; surowe Południe, gdzie od pustynnego piasku gorętsze są tylko ludzkie temperamenty; bezbrzeżne stepy nawiedzane przez barbarzyńskie hordy ze Wschodu; półdzikie portowe miasto na Zachodzie, żyjące na równi z handlu i piractwa. Ech, przeczytałby Gryzipiór choć raz powieść fantasy, w której bohaterowie zajeżdżają na północ i znajdują parną dżunglę. Na szczęście tam, gdzie rozchodzi się o szczegóły, Wegner to rzeczywiście kapitalny światotwórca, bardzo wyczulony na to, jak historyczne, geograficzne i klimatyczne uwarunkowania kształtują zmagające się z nimi ludy. I jak można z tego uczynić opowieść. Stosunki społeczne, architektura, ubiór, sposób walki, zwyczaje pogrzebowe, miejscowe legendy i te wszystkie pozorne duperele, które sprawiają, że nagle głupiejemy i wierzymy w światy urojone, Wegner starannie przemyślał i powplatał w opowieść tak, żeby coś znaczyły. Że mu się udało, i to jak niewielu przedtem – to Gryzipiór zrozumiał, kiedy odkrył, że z wypiekami na twarzy chłonie opisy strategii i uzbrojenia różnych rodzajów wojsk, które nie dość, że mają kluczowe znaczenie dla akcji, to jeszcze w miarę jej rozwoju urastają do rangi metafory.

[*]
Tak skonstruowany świat stanowi oczywiście wyzwanie i dla autora, i dla czytelników. Także – w pewnym sensie – moralne, bo trzeba sobie zadać pytanie, jak tak odmienne ludy mogą współistnieć w granicach jednego imperium, nie tracąc własnej tożsamości. Po 1250 stronach wiemy o Meekhanie wciąż frustrująco niewiele, ale to, co zarysował Wegner, układa się w niewesołą opowieść o świecie ciężko doświadczonym przez wojny, konflikty etniczne i katastrofy (nie)naturalne, w którym na domiar złego panują spore nierówności społeczne i religijny fanatyzm. Czasem więc odpowiedzią na konflikt kultur są wojna i przesiedlenia, ale częściej – szacunek, solidarność i wspólna walka o lepszy los. I ta postawa udziela się czytelnikowi. Dwa razy autor „Opowieści...” stawia nas w podobnej sytuacji, w której najpierw dowiadujemy się o istnieniu początkowo niezrozumiałego sporu, a dopiero potem poznajemy jego skomplikowane kulturowe podłoże. A im więcej wiemy, tym więcej widzimy. Zaczynamy rozumieć Yatecha, któremu duszę rozdziera zrazu niepojęty konflikt między miłością a honorem. Trzymamy kciuki za szalony bunt koczowników Verdanno, bo z czasem zyskuje on wagę dziejowej sprawiedliwości. Stopniowo wyłania się przesłanie: o zrozumieniu dla kulturowej odmienności, o mądrym pielęgnowaniu pamięci o przodkach, a przede wszystkim o potrzebie przepracowania krwawej, bolesnej i poplątanej historii, w której nie wszyscy stali(śmy) po tej samej stronie barykady.

Problem – a może to nie problem? – polega na tym, że to jakże aktualne pytanie o współistnienie mimo różnic nie nurtuje bohaterów tego dramatu w takim samym stopniu, co czytelnika. Bo oni już znają odpowiedzi i są to odpowiedzi właściwe, co najwyżej wymagające drobnej korekty. Wegner pisze postacie sympatyczne, ale dość jednowymiarowe, z gruntu porządne, a przez to nudnawe. Najgorsze, co tacy mogą zrobić z powodu odmiennych poglądów, to sparzyć się w ogniu dyskusji. Kenneth? Wiemy o nim niewiele ponad to, że jest dowódcą Górskiej Straży, który musi uczynić ze swoich ludzi karny, solidarny oddział – i wychodzi mu to śpiewająco. Kailean? Trudno powiedzieć o jej charakterze cokolwiek więcej niż to, że ciągnie się za nią bolesna przeszłość, z którą jednak radzi sobie niezgorzej. Oboje reprezentują bohatera zbiorowego – wojskowe oddziały, które Wegner przedstawia bardzo... entuzjastycznie, to znaczy jako drugie rodziny i moralne kierunkowskazy w czasach niepokoju.

Powieściowe konflikty z rzadka dotykają tych bohaterów osobiście – poświęcone im opowiadania to bardziej budujące historie o solidarności wykuwającej się w ogniu wspólnej walki („Wszyscy jesteśmy Meekhańczykami”), żołnierzach, którzy stają po stronie uciśnionych i postępują honorowo bez względu na cenę („Szkarłat na płaszczu”), żołnierzach, którzy walczą z ludzką chciwością i bezdusznością („Krew naszych ojców”) i żołnierzach tak wspaniałych, że ich szlachetność udziela się nawet koniom („Najlepsze, jakie można kupić”). Odwaga, honor, moralna racja, braterstwo i siostrzeństwo (!) oraz gotowość do poświęcenia życia w imię słusznej sprawy wyznaczają obszar wartości, na którym Wegner buduje tę swoją romantyczną wizję. Wizję, która przynajmniej Gryzipiórowi sprawiała w miarę lektury coraz więcej problemów, zwłaszcza wtedy, gdy przyszło do zachwytów nad siłą i wytrwałością wojskowych koni, okupionymi przecież strasznym cierpieniem. Owszem, wojna jest w „Opowieściach...” okrutna i bezsensowna, ale już żołnierze podlegają złudnie atrakcyjnej i jakoś niesprawiedliwej idealizacji. Ciekawiej wypadają indywidualiści – Yatech i Altsin. Ten pierwszy wprawdzie bardzo szybko traci sympatię czytelnika i nie bardzo ma jak ją odzyskać, ale przynajmniej jest niejednoznaczny. Nasz portowy złodziejaszek z kolei najbliższy jest bohaterowi z krwi i kości – popełnia błędy i na serio zmaga się z wyrokami losu. I tylko szkoda, że jego historia grzęźnie w mało zrozumiałych retrospekcjach z dużą liczbą bogów, awatarów i trudnych do wymówienia imion, które są zresztą Wegnerową specjalnością.

Skoczek leżał nieruchomo, zmorzony snem po wielkim wysiłku i niezdolny do obrony, więc skorpion zrobił to, co uznał za właściwe. Ukłuł każde ze stworzeń swoim żądłem, a stwierdziwszy, że są soczyste i smaczne, pożarł je. „Dlaczego zabiłeś moje dzieci?”, płacząc, zapytał skoczek, gdy już odzyskał świadomość. „Dlaczego uznałeś mnie za stworzenie z twojego rodzaju? Czyż nie wiedziałeś, że jestem tym, czym jestem”, odparł skorpion i zapłakał, tak jak płaczą skorpiony, samym ruchem szczypiec [„Pocałunek skorpiona”, s. 449].

No i takie właśnie są te „Opowieści z meekańskiego pogranicza”. Trudne do jednoznacznej oceny. Z jednej strony diabelnie dobry pisarski warsztat i przebogaty, pełen sprzecznych racji, choć nieco wtórny świat. Z drugiej – płascy bohaterowie, którzy ciągle grają w prologu właściwej opowieści, i ta jakoś niepokojąca idealizacja wojskowego życia (nie mylić z idealizacją wojny). Mimo to Gryzipiór skłamałby, gdyby napisał, że po następny tom nie sięgnie. Bo sięgnie. W końcu kto z nas oparłby się odwiedzinom w miejscach, do których przychodzą umierać skorpiony.

  • Wydawca: Powergraph
  • Rok wydania: 2015
  • Liczba stron: tom 1 – 569, tom 2 – 682
  1. O tak, opowiadania to taki bardzo długi wstęp. Cokolwiek zaczyna się trzymać kupy dopiero w kolejnych tomach (a jak pięknie się rozwija siostra Yatecha).

    Fakt, postacie Wegnera nie są szczególnie złożone, ale płaskimi bym ich nie nazwała. Z tym, że, szczerze mówiąc, większość rozwija się dopiero w kolejnych tomach, kiedy mają okazję rozegrać swoje konflikty...

    A wiesz, ja kompletnie nie odebrałam opowiadań "grupowych" jako idealizację formacji wojskowych. Może dlatego, ze ja tych oddziałów w ogóle nie traktowałam jako części armii. Straż górska zawsze będzie dla mnie odpowiednikiem straży miejskiej w Ankh-Morpork - formacji stworzonej, by utrzymywać porządek i bezpieczeństwo mieszkańców, a nie strzec granic czy odpierać najazdy. Przy Czardaanie (tak to się pisało?...) Laskolnyka już bardziej byłabym Ci skłonna przyznać rację, ale też nie widzę tam jakiejś szczególnej gloryfikacji.

    A poza tym wojna bogów to się odbyła tysiące lat temu, teraz to tylko intrygi.:P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to mi dodałaś nadziei, z dziką radością odszczekam wszystko, co napisałam o bohaterach, jak już przebrnę przez kolejne tomy :)

      Mnie się wydaje, że Górska Straż albo jest częścią meekhańskiego wojska, albo została przeformowana na jego wzór, po uwzględnieniu lokalnej specyfiki i tradycji. Jakkolwiek by było, sposób jej przedstawienia wydaje mi się bardzo romantyczny. Nie mówię, że totalnie wyssany z palca -- bardzo wierzę, że taki obraz życia w (para)militarnej formacji może być częściowo prawdziwy. O tym się przyjemnie czyta, bo honor, braterstwo, szczerość i gotowość do poświęceń to są wspaniałe sprawy, w które chcemy wierzyć, tylko że... No, brakuje temu ciemniejszej strony i jak się ma w pamięci inne podobne opowieści, to jakoś ciężko w tę Wegnerową wizję bezkrytycznie uwierzyć. Toż nawet Cook potrafił zaserwować swoim bohaterom dezercję, nudę wiecznego czekania na ruch wroga czy brutalną i bezsensowną śmierć towarzysza z oddziału.

      E, myślę, że te intrygi w końcu rozwiną się w wojnę. Może w dziesiątym tomie?

      Usuń
  2. >>> Ech, przeczytałby Gryzipiór choć raz powieść fantasy, w której bohaterowie zajeżdżają na północ i znajdują parną dżunglę.

    Dragonlance. Ale ostrzegam: to takie 6/10.

    >>> Owszem, wojna jest w „Opowieściach...” okrutna i bezsensowna, ale już żołnierze podlegają złudnie atrakcyjnej i jakoś niesprawiedliwej idealizacji.

    Tak, zdecydowanie powinni dać wymordować tamtych ludzi.

    >>>Ciekawiej wypadają indywidualiści – Yatech i Altsin.

    Z tym nie mogę się zgodzić. Yatech to po prostu idiota. Poziom jego głupoty nawiasem mówiąc w pełni ukazują dopiero późniejsze książki.

    Alstin to natomiast najsłabsza postać cyklu. Taki zupełnie genericowy złodziej z książek fantasy. Siedemnasta woda po Szarym Kocurze / Locke Lammora / Jamesie Jamisonie / Kelsierze i milionie innych złodzieiz książek fantasy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie twierdzę, że powinni dać wymordować tamtych ludzi. Ale od czasu do czasu mogłoby im coś nie wyjść, ich osobowość mogłaby mieć ciemniejsze tony, ich stosunek do służby mógłby być mniej jednoznaczny.

      Dla mnie Yatech nie jest idiotą. Jest człowiekiem wywodzącym się z bardzo zamkniętej, restrykcyjnej kultury, którego przekonania spowodowały tragedię w szerokim świecie. Nie wiem jeszcze, jak ukazują go późniejsze książki, ale na razie wydaje mi się interesujący.

      Altsina lubię za humor i to, że inaczej niż w wypadku reszty bohaterów mamy okazję się przyjrzeć, jak walczy o przetrwanie w bardzo niesprawiedliwym świecie, jak popełnia błędy i uczy się na nich. Nie jest szczególnie oryginalny, ale przynajmniej jest ludzki, a i jego wrażliwość na nierówności społeczne jest mi bliska.

      Usuń
    2. Jest jest. Wystarczyło tylko powiedzieć "pierdole, nie robię" i iść przed siebie, rozpłynąć się w tłumie, a miałby święty spokój. Nie zmarnowałby tylu żyć.

      Tym bardziej, że z następnych tomów jasno wynika jaką wartość miało to, co zrobił.

      Usuń
    3. Żeby tak powiedzieć i zrobić, to musiałby odrzucić zasady kultury, w której się wychował i w której trwał przez niemal całe życie. To nie takie proste. Tam doszło do ogromnego konfliktu tragicznego między miłością, obowiązkiem a pragnieniem życia i nawet jeśli Yatech wybrał źle, to nie powiedziałabym, że był idiotą. Chyba niewielu z nas wybrałoby lepiej, cokolwiek to "lepiej" znaczy w tym wypadku.

      Usuń
    4. Yatech, zamiast myśleć samodzielnie wybrał zrobić to, co nakładli mu do głowy. Co więcej, jak można wywnioskować z późniejszych tomów, wybrał podwójnie niedobrze.

      Usuń
    5. No, to zupełnie jak jakieś dziewięćdziesiąt procent mieszkańców naszego świata ;)

      Usuń
  3. "Ech, przeczytałby Gryzipiór choć raz powieść fantasy, w której bohaterowie zajeżdżają na północ i znajdują parną dżunglę."
    W powieściach i opowiadaniach o Chalionie podobni Wikingom "barbarzyńcy" i ich białe niedźwiedzie przyjeżdżają z południa, więc może i na północy mają dżunglę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tego nie czytałam, ale przypominam sobie, że w "Lewej ręce ciemności" ludzie żyli w jakimś wąskim pasie między dwoma lodowcami i mieli zimową krainę na północy i na południu. Z kolei "Siewca wojny" / "Rozjemca" Sandersona rozgrywa się w mieście otoczonym dżunglą. Czyli są wyjątki, i to sporo, ale i tak europocentryzm w budowaniu światów fantasy - mam wrażenie - trzyma się jakoś wyjątkowo uparcie.

      Usuń
    2. No niestety fantasy dość wyraźnie się spłyciło w ciągu ostatnich lat.

      Kiedyś było dużo rozleglejsze gatunkowo. Wystarczy wspomnieć "Czarnoksiężnika z Archipelagu" Le Guin, Conana, który wędrował po całym świecie: od dalekiej północy, po krańce Afryki, od zatopionych krain Zachodu po Chiny, oraz jego naśladowców, którzy byli równie dalekosiężni. Tudzież arabeski Tanith Lee, Indie Czarnej Kompanii czy zupełnie oderwane od czegokolwiek światy Jacka Vance...

      Usuń
    3. Czy ja wiem? A przedziwne światy Eriksona? A oryginalne pomysły światotwórcze Sandersona? A steampunk i urban fantasy? Fantasy się nie spłyciła, może tylko ogólna nadprodukcja marnych książek na świecie powoduje takie wrażenie.

      Usuń
    4. Debiut Eriksonna miał miejsce 20 lat temu. Pozostawiając otwartym pytanie czy steampunk należy do gatunku fantasy (IMHO nie, steampunk to steampunk) to gatunek ten pochodzi od Maszyny Różniczkowej Sterlinga i Gibsona, którą wydano w 1990 roku. Urban Fantasy to kolejne dziecko fantastyki nowej fali, koncepcyjnie pochodzące z przełomu lat 70-tych i 80-tych.

      Oprócz Sanderssona nihil novi.

      Usuń
    5. Co moim zdaniem w XXI w wniosło powiew świeżości do fantasy:
      1) "Cienie pojętnych" - światotwórstwo, oparcie na historii XX wieku, rozgrywanie inektóryhc wątków celowo wbrew "kanonowi", pierwszy tom trochę drweniany, im dalej tym lepiej
      2) "Matthew Swift" czyli "ultimate urban fantasy" ze świetną koncepcją magii, po lekturze tych książek każda następna urban fantasy wydaje mi się miałka.
      3) Lawrence - cóż, lubię to, jak jest świadomyk onwencji i bawi się nią. Skutek jest raz lepszy i gorszy, ale pojawiają się takie perełki, jak pomysł, by bohater po jednej stronie miał AI planujące ostateczną zagładę ludzkości a po drugiej inwazję nekromantów. Albo, by strefy radioaktywnego skażenia nazywać Ziemią Obiecaną.
      4) Na razie po polsku wyszedł tylko pierwszy tom, ale dobrze się zapowiada "Miasto schodów" - za światotwórstwo.
      5) twórczość Valente.

      Tyle mi się teraz kojarzy. Nie mogę ręczyć, że każdemu sie spodoba - ja w każdym razie wspominam miło lekturę.

      Beata N.

      Usuń
    6. 1) Cienie Pojętnych są bardzo granicznie fantasy. To raczej steampunk.

      Jestem bardzo płytko w tym cyklu (tzn. parę dni temu skończyłem pierwszy tom), ale akurat światotwórstwo było tam najsłabsze.

      Dużo, dużo bardzo zgranych rozwiązań z gier fabularnych.

      To, co było fajne to mało amerykańska fabuła i dynamika relacji międzyludzkich.

      2) Nowych koncepcji magii to ja już widziałem, a widziałem... A Urban fantasy generalnie są niestety dość miałkie. Większość z tych książek to ani nie są dobre kryminały, ani porywające powieści fantasy, choć zdarzają się dobre czytadła.

      3 i 4) Papierowy Księżyc... Oj. Obiecałem komuś, że będę udawał, że to wydawnictwo nie istnieje.

      Natomiast motyw z SI i nekromantami brzmi jak coś, co Zelazny wykorzystał w "Panu Swiatła" w 1967, powtórzył w "Widmowym Jacku" w 1971 i potem w "Odmieńcu" 1980.

      5) Valente... To dobra pisarka. Ale Tanith Lee pisała w tym samym stylu i na te same tematy, tylko dwa razy lepiej.

      Usuń
    7. 1) Nie nazwałabym powieści Tchaikovsky'ego steampunkiem, albo przynajmniej nie czystym - w tym świecie ostatecznie działa magia. Cóż - im dalej w kolejne tomy, tym węcej się odsłania i czytelnik trafia w rożne miejsca od miast rewolucji przemysłowej po stare puszcze, feudalne królestwa, podmorskie miasta, quasi-egipskie miasto, gdzie drzemią starzy bogowie.

      2) No to ta nie jest miałka. Choc z uwagi na obfitość opisów nie poecałabym jej każdemu.

      PK - no nie mają dobrych tłumaczeń i redakcji często, ale czy to oznacza, że ma sie odłożyć pewnych autorów? Zresztą Lawrence'a wydał też Mag ostatnio (choć i tam się znalazły kiksy w tłumaczeniu a okładkam ogłaby być lepsza). Ponieważ Amber strasznie mi sie spodobał pożyczyłam sobie "Pana światła" ale nie byłam w stanie go czytać. "Widmowego..." czytałam - fajne pomysły były, fakt.

      5) Jeśli chodzi o Tanith, to jakoś od najlepszej strony jej nie poznałam p niektóre jje teksty to IMO straszny kicz, chyba jedyne opowiadanie, jakie mi przypadło do gustu to "Łzy pośród deszczu". Szczerze mówiąc nie kojarzy mi się to, co jej znam, z Valente nijak. BN.


      Usuń
    8. Pan Swiatła ma dwa tłumaczenia. Jedno jest autorstwa Cholewy i jest normalne. Drugie, wcześniejsze jest legendarnie złe.

      1) Praktycznie każdy steampunk ma bardzo dużo elementów fantastycnzych graniczących z magią. Tak naprawdę jest to gatunek-pomyłka. Ani to Steram (tylko "alt-science-fiction"), ani Punk (bo co to za punk z wyższych sfer? punk to ideologia robotnicza).

      Ale tak, ma poważne elementy fantasy. Przy czym znowu nie jest to jakaś wielka nowość.

      Co do PK: ale unikanie kłopotów już jest warte, żeby te książki odpuścić. Serio, to nie jest rozmowa na otwarty kanał.

      5) A co (prócz "Łez") jej czytałeś?

      Usuń
    9. To podejrzewam, że czytałam to pierwsze, bo to było stareńkie wydanie w dziwnym formacie i bez ilustracji na okładce, tylko sam tytuł na czarnym tle.

      No teraz to zostałam zaintrygowana wzmianką o PK, wyobrażam sobie, jakby co najmniej niezadowolonym czytelnikom grożono pobiciem ;P Ale dobra, co kto uważa. Mnie akurat cieszą powieści Gromyko i Rudej, do tego parę nazwisk wprowadzili, którymi inne wydawnictwa nie były zainteresowane.

      Tanith - pojedyncze opowiadania, jak tak patrzę na Encyklopedię Fantastyki: "Bohater u bram", "Medra", "Złota czarownica", "Madonna Maszyny", "Zinder", "Evillo Ignorant", "Dwa lwy, wiedźma i Zwycięska Opończa ", "WSzystkie ptaki piekła", a - pamiętam też bardzo krytyczne recenzje "Piratiki". BN

      Usuń
  4. Miło czytać nowy post, zwłaszcza o tym, co się zna :)
    Co do rozwoju fabuły - w opowiadaniach to mi się podobało, ale już "Niebo ze stali" rozczarowało właśnie tym, że boskie intrygi posuwają się do przodu ledwie o milimetr.

    Swoją drogą ciekawe, czy ktoś wychowany w kulturze bardziej fanatyczno-religijnej nie postrzegałby Yatecha bardziej jako postać tragiczną. Ale też za nim nie przepadam. Pozdrawiam, Beata N.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie się wydaje, że nie trzeba mieć bardzo podobnych doświadczeń, żeby zobaczyć w Yatechu bohatera tragicznego. Nam przecież też trudno przełamać paradygmaty, z którymi się wychowywaliśmy, a żyjemy w dalece bardziej liberalnej kulturze. To chyba w miarę uniwersalne doświadczenie. Kiedy nasze osobiste pragnienia wchodzą w konflikt z naszymi zasadami.
      Inna sprawa, że Yatecha faktycznie trudno polubić, bo nie dość, że robi podłą rzecz, to jeszcze sugeruje się, że jego motywy były egoistyczne -- pragnął żyć, a żeby żyć, musiał zabić kobietę, którą rzekomo kochał. Ciekawa jestem, czy w kolejnych tomach uda mu się zbudować sobie nową tożsamość na czymś pozytywnym. To taki bohater, z którym autor może jeszcze sporo zrobić, o ile zechce.

      Usuń
  5. Bardzo dobry wpis. Też na razie jestem po pierwszych dwóch tomach Meekhanu i mam podobne wnioski. W dużym skrócie to bardzo dobrze napisane dość standardowe fantasy, które umiejętnie łączy zgrane elementy z dobrym warsztatem i odrobiną polityczne cynizmu a la Martin czy Erikson. Ja osobiście lubię te rozstawianie pionków, ale dwa tomy wystarczą. Na razie mnie to nie irytuje, ale pora zacząć właściwą rozgrywkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to. Z tym że mnie proza Wegnera kojarzy się przede wszystkim z Sapkowskim, głównie jeśli chodzi o konstrukcję opowiadań, czasami styl i może wątek obdarzonej ogromną mocą dziewczyny po traumatycznych przejściach. No i do zalet dodałabym przekonujący, szczegółowy świat wtórny, który daje pole do refleksji. Nie wiem, jak głęboko na to pole Wegner ostatecznie wkroczy, ale potencjał jest.

      Usuń
    2. Mi dużo bardziej, niż z Sapkowskim Wegner kojarzy się z Feliksem Kressem.

      Wiele motywów jest bardzo zbliżonych: górska straż, wolni jeźdźcy, stosunek do obcych ras inteligentnych, magia...

      Tylko Wegner nie bawi się w pseudofilozofię i zwyczajnie nazywa magię magią. Jednak ogromna ilość tematów i motywów poruszanych przez obydwu pisarzy jest wspólna.

      Usuń
    3. A tak, też obiło mi się o uszy takie porównanie. W sumie czemu nie? Nic złego w inspirowaniu się innymi autorami, skoro w końcu i tak wychodzi z tego coś ciekawego i wartościowego.

      Usuń
    4. Mam jeszcze jeden trop. Niektóre elementy pierwszego tomu, zwłaszcza części o straży górskiej są zbieżne z nieoficjalną, polską kampanią "Władcy zimy" do Warhammera Fantasy RPG 1ed (która nawiasem mówiąc była inspirowana "Północną Granicą" Kressa).

      Podział magii na czarodziejską i kapłańską oraz obecność kultystów demonów to bardzo erpegowe koncepcje. Te demony, ścigający je łowcy i część nazewnictwa nawiasem mówiąc też są podobne.

      Usuń
    5. Może tak być. Choć mnie się wydaje, że to po prostu koncepcje stare jak świat, które autorzy fantasy przetwarzają wciąż od nowa. Z lepszym lub gorszym skutkiem, oczywiście. U Wegnera przeważnie lepszym :)

      Usuń
  6. Też bardzo lubię Wegnera i ucieszył mnie Zajdel dla niego.Pisze pięknym językiem "i jednym gestem pokazał im drogę na zachód". Kurcze, umie wzruszyć.A przy tym sympatyczny facet.

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  7. Zdecydowanie moje klimaty. Chyba zacznę czytać tego autora

    OdpowiedzUsuń
  8. W zasadzie w polskim fantasy (zwłaszcza tym, nazwijmy to "klasycznym") od czasu Sapkowskiego, Brzezińskiej i Kresa, nikt tak dobry jak Wegner nie zadebiutował (jeśli ktoś się nie zgadza, chętnie przeczytam jego typy, bo mogłam kogoś przeoczyć przez nieznajomość). Beata N.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nikt, nikt? Nie żebym się zaczytywała we współczesnej polskiej fantastyce, ale wiem, że zacne recenzje zbierają Anna Kańtoch, Aleksandra Janusz i jeszcze parę pisarek, o których coraz głośniej... Choć to pewnie zależy, jak zdefiniujemy "klasyczną" fantasy, tak po prawdzie, to Sapkowskiego bym do niej z czystym sumieniem nie zaliczyła :)

      Usuń
    2. Dlatego "klasyczny" było w cudzysłowie - nie chodzi mi tu o "potolkienowskie heroic fantasy" a - upraszczając - "secondary world" (brakuje mi polskiej terminologii, niestety, także na "foreshadowing", "story arc") i realia quasi-historyczne.

      Z tego względu Kańtoch raczej odpada "klasyfikacyjnie". Janusz pisze całkiem sympatycznie, ale do ASa czy Brzezińskiej jej daleko. Podobnie cykl o ka-ira Hałas. Pozdrawiam! BN


      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.