Brud nasz powszedni, czyli „Ma być czysto” Anny Cieplak


Ma być czysto. W domu, w łóżku, w papierach rozwodowych, w kartotece policyjnej i między zębami – wszędzie, gdzie może człowiekowi zajrzeć wielkie państwo polskie, żeby przystawić pieczątkę i zrujnować życie. Brudasów zdyscyplinują kurator, policjant, sędzia, MOPS, pedagog szkolny, w ostateczności ośrodek wychowawczy. Ci, którzy próbują wymknąć się tym niestrudzonym strażnikom czystości, są bohaterami powieści Anny Cieplak – animatorki kultury, aktywistki miejskiej i laureatki m.in. Nagrody Conrada za najlepszy debiut literacki 2016 roku. Powieści o trzech młodych kobietach z Ząbkowic (dzielnicy Dąbrowy Górniczej), którym przyszło dorastać w brudzie naszym powszednim.

Jeśli zastanawiacie się, co zrobić, żeby zaraz otrzymać Nagrodę Conrada, Nagrodę Literacką im. Witolda Gombrowicza oraz nominacje do Paszportów Polityki i Nagrody Literackiej Gdynia 2017, piszcie o Polsce. Bezlitośnie, z pazurem i tak, żeby bolało. „Ma być czysto” to właśnie taka bezkompromisowa diagnoza polskiej rzeczywistości w drugiej dekadzie XXI wieku. Katalog bolączek obejmuje: bezsilność instytucji państwowych, nadgorliwość sądów rodzinnych, prawodawstwo niedopasowane do realiów, eurosieroctwo, kredyty, alimenty, umowy śmieciowe, rozpad rodziny, przemoc wobec kobiet, podziały klasowe, biedę, no i utuczony całym tym brudem nacjonalizm. Całkiem sporo jak na jedną, niespełna trzystustronicową powieść, prawda? Z jednej strony dzięki poruszeniu naraz takiej liczby problemów widzimy bohaterów uwikłanych w gęstą sieć ekonomiczno-społecznych zależności. Z drugiej – nie mamy czasu dokładniej jej zbadać. Zbyt dużo jest szczegółów w tym pejzażu ząbkowickim, tak że czasem nie wiadomo, na czym oko zawiesić. Gdyby jednak chcieć znaleźć dominanty, to można by wyróżnić dwie.

Pierwsza – podziały klasowe. Brud nie dla wszystkich jest jednakowo groźny. Piętnastoletnia Julka ma świetne oceny i jeszcze lepsze ciuchy i należy do tego, co w Polsce uchodzi za klasę średnią. Jej przyjaciółka Oliwka ma kuratora i drzwi całe w naklejkach z poprzedniej dekady, a mieszka w wysokim bloku na dawnym osiedlu robotniczym, „gdzie nigdy nie dojdzie do gentryfikacji”. I kiedy nastanie sądny dzień, to do ratowania duszy jej, Oliwki, weźmie się państwo polskie, właściciel sporej liczby ośrodków wychowawczych. W ten sposób powieść Anny Cieplak obnaża dwulicowość instytucji, które inaczej traktują bogatych i biednych, utrwalając podziały klasowe w społeczeństwie. Napiętnowani jako zagrożeni patologią „hatifnaci” szybciej trafiają pod lupę Wielkiego Brata – i zwykle miotają się pod nią przez resztę życia. Przemocy instytucjonalnej towarzyszy, oczywiście, ta druga, mniej widoczna, wdrukowana nam za młodu. Wiadomo, brud wżera się w mózg i „Ma być czysto” kapitalnie pokazuje, jak nawet proste czynności z codziennego życia – wyjście do kina, malowanie ścian, ba, korzystanie z ubikacji – mogą być uwarunkowane klasowo:

Magda w ramach swojego dzieciństwa i dorastania nie musiała jeszcze aż tak się martwić o „złe towarzystwo”, bo bloki średnie występowały wtedy naprzemiennie z blokami niskimi i wysokimi. Rodziców to nie martwiło, widzieli z balkonu, jak się dzieci mieszają na podwórku. Może tylko raz wyszły z nich nawyki klatek średnich, kiedy zamienili się mieszkaniami z sąsiadami z dołu, ewidentnie hatifnatami, i musieli wymienić ich poprzednią mieszkaniową estetykę na własną [...]. Od tego czasu dziwniej na siebie patrzyli, jakoś mniej uprzejmie, chociaż „Dzień dobry” zostało takie samo [s. 103-104].

Drugim ważnym tematem „Ma być czysto” jest nasz urojony panoptikon – poczucie, że jesteśmy nieustannie obserwowani nie tylko przez instytucje, ale i przez innych ludzi, gotowych w każdej chwili wystawić nam cenzurkę. Julka, na przykład, nie zje przy swoim chłopaku, bo „czuje się gruba i zestawienie jej ciała z jedzeniem sugerowałoby, że jest taka, bo się obżera”. Ta społeczna kontrola sprawowana poprzez spojrzenie zamienia w piekło – czy może raczej czyściec – życie obu głównych bohaterek, upływające na podnoszeniu własnej atrakcyjności w oczach kolegów, koleżanek i swoich: liczeniu lajków, rozpuszczaniu plotek, porównywaniu ciuchów i rywalizacji o chłopaków – wyznaczniki statusu społecznego. Nie żeby był to problem nowy, ale jego skala jest w „Ma być czysto” iście przytłaczająca. Anna Cieplak opisuje wojnę totalną, której amunicji stale dostarczają media społecznościowe i która uniemożliwia gimnazjalistom nawiązanie prawdziwej więzi, takiej, z której żadna ze stron nie czerpałaby profitów w postaci już to kolekcji ciuchów do pożyczania, już to zazdrości kolegów i koleżanek.

[*]
Taka właśnie – oparta na wzajemnych korzyściach – jest relacja Julki i Oliwki, uparcie i raczej ironicznie nazywana w powieści „przyjaźnią”. Na szczęście czy też nieszczęście jest coś, co może prawdziwie połączyć te pogubione, zakompleksione dziewczyny z dwóch różnych Polsk. Tym czymś okaże się doświadczenie męskiej agresji. „Ma być czysto” również tę przemoc rozkłada na czynniki pierwsze i diagnozuje ją jako wyraz męskich kompleksów, najpełniej rozwiniętych u Karola, powieściowego narodowca, co to „ściemniał się przed wojskiem” i „mieszał fakty [historyczne – G.] z dowolnymi filmami sensacyjnymi klasy B”. Podobnie jak inne nasze brudy, nienawiść do kobiet sankcjonuje instytucja – miasto sponsorujące koncert podstarzałego rapera, rojącego sobie na jednym oddechu o Wielkiej Polsce i „głupich szmatach”, przed którym szesnasto- czy siedemnastoletni chłopcy zdejmują koszulki „jak dziewczyny tańczące topless na barze”.

O tym brudzie polskim Anna Cieplak opowiada mocnym, ironicznym głosem, bez zadęcia i morałów, ale chyba i bez szczególnej sympatii do bohaterek, przez co po pewnym czasie można się ich towarzystwem zmęczyć. Istotną rolę w rekonstrukcji ząbkowickiego stanu umysłu odgrywa język, stylizowany na młodzieżowy slang i mowę potoczną, język, w którym hasztag może stanowić pełnoprawne zdanie i niekiedy jedyny sensowny komentarz do sytuacji. Autorka ma czułe ucho, więc brzmi to wiarygodnie, choć chwilami hermetycznie. Co zabawne, Gryzipiórowi największe problemy sprawiło odszyfrowanie dialogów Magdy, Maćka i ich przyjaciół – powieściowych trzydziestolatków – do których bliżej mu wiekowo, choć najwyraźniej dalej językowo.

Airmax próbowała dopytać na czacie, co się stało, że Julka rozstała się z Nowym. Dostała tylko: „Zerwaliśmy i nic nie jest takie jak było:(”. W odpowiedzi otrzymała kilka memów, które Paulo Coelho napisał dla nastolatek z Dąbrowy Górniczej po uciekaniu przed pierwszym w życiu stosunkiem przez las.
Później Julka trzy dni pod rząd lajkowała strony o cięciu się, samobójstwach, ale jej udziału w wydarzeniu „Zabiję się siódmego lipca” nikt nie polubił [s. 239-240].

Na serio jednak zakłopotała go forma powieści. „Ma być czysto” to taka trochę galeria obrazków – brudów – codzienności, ujętych w krótkie rozdziały, które rozmyślnie nie chcą ułożyć się w całość. Można argumentować, że temu sposobowi opowiadania bliżej do prawdziwego życia, też przecież stanowiącego bardziej zbiór przypadkowych wydarzeń niż porywającą epopeję o wyraźnie zarysowanej fabule i ze zwrotami akcji na każdej stronie. Rzecz w tym, że brak tu puenty, czegoś, co wychodziłoby poza diagnozę życia na polskiej prowincji, które większość z nas i tak zna – jeśli nie z autopsji, to z telewizji, internetu czy opowieści znajomych. Ma być czysto, ale jest raczej brudno – i właściwie co z tego wynika? Powieść Anny Cieplak czyta się gładko, potakując przy każdym akapicie, ale Ameryki – ani nawet Ząbkowic – raczej się tu nie odkryje.

Niemniej... Jest w „Ma być czysto” jeszcze trzeci głos, dotąd właściwie niesłyszalny, przynajmniej w powieściach o młodzieży. To głos Magdy, zdecydowanie niebaśniowej macochy Julki. „Jeszcze pryszcze, już powoli zmarszczki” – pisze o niej Anna Cieplak. Magda spełnia dwie funkcje. Po pierwsze, wspominając własne nastolęctwo, pokazuje nam, jak bardzo różniło się dojrzewanie w epoce Gadu-Gadu od dojrzewania w epoce Snapchata (podpowiedź: nie bardzo). Po drugie – i chyba ciekawsze – pozwala przemówić współczesnej, bardzo świadomej trzydziestolatce, która stara się wychować pasierbicę w duchu równości płci, uwrażliwić ją na kwestie społeczne i zaszczepić jej dystans do rozbuchanej konsumpcji. Tyle że wszystko sprzysięga się przeciwko niej – szkoła, prowincja, sympatyzujący z narodowcami urząd miasta, no i toksyczna matka Julki. Magda opracowuje więc własną strategię przetrwania – ratuje się ironią i zgryźliwie komentuje rzeczywistość, której nie może zmienić. Dzięki niej pojawiają się też w powieści inne, zgoła niemłodzieżowe tematy: rozwód (opisany z perspektywy „tej trzeciej”!), rozpad studenckich przyjaźni, zatrata siebie w życiu rodzinnym i zawodowym. Widziana oczami Magdy rodzina to już nie wehikuł do opresji nastolatek, ale patchworkowy (po)twór nieustannie negocjowany między więcej niż dwojgiem ludzi. Czytając poświęcone jej rozdziały, Gryzipiór nie mógł oprzeć się wrażeniu, że „Ma być czysto” byłoby może ciekawsze, gdyby w całości spisać je z perspektywy właśnie tej bohaterki. Chyba sporo już wiemy o życiu Julek i Oliwek – a o życiu Magd?

Podsumowawszy. Anna Cieplak napisała mocną powieść, która uczciwie mówi o problemach dorastania na prowincji, obnaża grzechy instytucji powołanych do opieki nad rodziną i celnie, choć czasem powierzchownie diagnozuje polskie bolączki A.D. 2016. Czytać, nie czytać? Gryzipiór powiedziałby, że czytać, nawet jeśli żaden z poruszonych w niej problemów nie będzie dla Was szczególnie odkrywczy. W najgorszym wypadku po lekturze „Ma być czysto” łaskawiej spojrzycie na zalegający po kątach kurz.

  • Wydawca: Wydawnictwo Krytyki Politycznej
  • Rok wydania: 2016
  • Liczba stron: 264
  1. Zastrzegam się, że jeszcze nie czytałam, ale to, co piszesz -- o pewnym walorze, nazwijmy to, dokumentacyjnym powieści Cieplak -- mogłabym powiedzieć o bardzo chwalonej "Cichej nocy". Towarzyszyło mi nieustannie to samo wrażenie: owszem, "tak jest", rzeczywistość jest doskonale uchwycona i oddana, ale gdzie jest właśnie ta puenta, co dalej? Co ma dla mnie jako odbiorcy wynikać z fabuły? Niemniej "Ma być czysto" pewnie i tak przeczytam, żeby wyrobić sobie własne zdanie, a poza tym, no cóż, książki tak chwalonej szkoda nie znać :-).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przeczytaj, chłonie się toto się błyskawicznie, w jeden wieczór. Chętnie potem porównam opinie :) Myślę - choć się z tym podejściem nie zgadzam - że dla wielu osób ten walor dokumentacyjny może być wystarczający. W paru opiniach, na które trafiłam w sieci, polecano wręcz tę powieść jako - jak rozumiem, uświadamiającą - lekturę dla rodziców, nauczycieli czy pracowników społecznych. Dla mnie to trochę mało, takie dokumentowanie rzeczywistości zastygłej w formalinie, ale jeśli dzięki temu komuś otworzą się oczy - proszę bardzo :)

      Usuń
  2. Mam na liście "do przeczytania", ale pozwolę sobie poczynić komentarz na marginesie. Ten panoptikon, o którym wspominasz, to jedna z rzeczy, które najbardziej mnie irytują w ludziach. To podejście "a co ludzie powiedzą". Nie liczy się własna moralność, własne poczucie tego, co słuszne - liczy się opinia sąsiada. Nie potrafię tego pojąć. Ale to ja jestem aspołecznym odludkiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, to jest potwornie irytujące, ale zarazem: czy to nie jest problem systemowy? My przecież od dziecka jesteśmy poddawani presji, która ma z nas zrobić miłych obywateli i konsumentów pod groźbą ostracyzmu i wykluczenia. Ten urojony panoptikon właśnie temu służy. To taki uwewnętrzniony kontroler, którego pytamy, czy jesteśmy wystarczająco atrakcyjni i normalni, czy może za chwilę zostaniemy odrzuceni. Tutaj już nie trzeba faktycznej kontroli ze strony państwa, wystarczy, że ludzie sami siebie pilnują i chcą uczestniczyć w systemie, bo dzięki temu zyskują poczucie przynależności czy sukcesu. Żeby choć trochę oprzeć się tej machnie, pojedynczy człowiek musi właśnie, tak jak piszesz, zostać aspołecznym odludkiem, co jednak wymaga sporo bohaterstwa.

      Gorzej jeszcze wygląda sytuacja w wypadku takich nastolatków jak z "Ma być czysto", które nie zdążyły jeszcze wykształcić silnego ja i własnej moralności, a już się im mówi, kim mają być, żeby innym było z nimi wygodnie. No więc przyjmują na siebie te oczekiwania jako atrapę swojej prawdziwej tożsamości, której w takich warunkach nie mają szansy odkryć i zahartować. Mały spoiler: na końcu zaczynają tę tożsamość odkrywać, ale strasznie ponure jest to, że musi się to stać poprzez doświadczenie krzywdy (ze strony państwa, ze strony innych ludzi).

      Usuń
  3. Z cyklu "co ludzie poiwedzą":

    Mój przyjaciel uciekł z domu i próbował popełnić samobójstwo. To jednak mu się nie udało. Od ojca usłyszał - jak mógł tak ośmieszyć ich rodzinę przed sąsiadami.
    A to tzw. porządna rodzina - matka nauczycielka, ojciec inżynier, zamożni ludzie. A tak swoje dziecko zgnoili.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uch, odebrałabym licencję na wychowanie i kazałabym płacić za terapię. Mam nadzieję, że Twój przyjaciel w końcu otrzymał pomoc i że otoczyli go ludzie, dla których był człowiekiem, nie dekoracją.

      Usuń
  4. Och, nie był dekoracją tylko kimś kto został zrodzony, by spełniać oczekiwania rodziców o życiowym sukcesie. Czy pomoc, hmm trudno rzec, nie fachową w każdym razie. Się zrobiło tyle, co się mogło, ale niestety nie da się własnej recepty na radość z życia sprzedać komuś innemu. Do dziś co jakiś czas powtarza, że skoro mu się wtedy nie udało, to musi żyć za karę. A obiektywnie rzecz ujmując sytuację życiową ma dobrą. Podejrzewam, że nie tylko wygórowane ambicje rodziców go złamały, ale też depresję ma. Ale leczyć się nie chce, bo "przestałby być sobą".

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.