W krainie krzyczących dywanów, czyli „Skrzydła nocy” Roberta Silverberga


Wiecie, ile książek napisał Robert Silverberg? Jeśli nie, to nie desperujcie, gdyż najwyraźniej nawet jego fani nie zdołali wszystkiego policzyć. Ponoć tylko w 1957 roku ten nobliwy pan opublikował 101 (słownie: sto jeden) utworów. Tworzył wszystko – od książeczek o chińskiej nauce po pulpowe powieści erotyczne (te pod pseudonimem). Nie pytajcie, jakim cudem ten bardzo zajęty człowiek znalazł czas, by zostać gigantem amerykańskiej SF i zgarnąć najważniejsze nagrody w branży. Gryzipiór zawsze czuł się tym trochę sfrustrowany, zwłaszcza że miał z autorem na pieńku. Chmurnym a durnym dziecięciem będąc, sięgnął po jego najsłynniejszą powieść, „Zamek lorda Valentine’a”, i z miejsca znienawidził całą fantastycznonaukową produkcję zza oceanu. Na szczęście jakieś piętnaście lat później nadal chmurny, choć już mniej durny Gryzipiór odkrył Silverberga na nowo jako autora solidnej egzystencjalnej fantastyki. Wszystko dzięki najnowszemu artefaktowi wydawnictwa MAG – „Skrzydłom nocy”.

Zacznijmy od tego, że „Skrzydła nocy” to relikt czasów świetności czasopism SF – powieść w trzech nie za długich i w miarę samodzielnych odcinkach. Na szczęście taki weteran krótkiej formy jak Silverberg gracko stawił czoło ograniczeniom medium i nie dał się pokonać wymuszonej epizodyczności fabuły. Podział na trzy części ma u niego sens symboliczny, interesuje go bowiem po kolei ziemskie dziś, wczoraj i jutro. Najpierw jesteśmy świadkami kolejnego już upadku Rzymu, potem poznajemy przyczyny, które do niego doprowadziły, a na koniec odkrywamy sposób na moralne odrodzenie ludzkości. Prowadzi nas starzec, członek gildii Strażników, codziennie zaglądający w nocne niebo w poszukiwaniu najeźdźców z obcych światów. Coś z jego zmęczenia życiem wypełnionym czekaniem na Godota przenika do narracji, która jest chłodna i oszczędna w słowach, ale na swój sposób liryczna, zupełnie jakby przemawiał ktoś, kto patrzy na wszystko z wielkiego dystansu. Jest to bardzo ambiwalentny bohater, z którego refleksji i niewytłumaczalnych niekiedy wyborów nie da się łatwo skleić spójnej osobowości. Bezsilny, wyobcowany, trochę denerwujący. Stary.

Podobnej głębi nie mają niestety inni bohaterowie. U Silverberga ślepy książę upadłego miasta, latająca dziewczyna czy ambitna żona więdnąca u boku męża słabeusza to ładne, ale ledwie naszkicowane obrazki, do tego oglądane jak przez teleskop z innej galaktyki. Więcej w nich poezji niż krwi i kości. Nasz samotny Strażnik nawiązuje z nimi dziwne relacje oparte na nie całkiem uzasadnionej lojalności. Frustrujące jest to, jak szybko niektórzy z nich znikają z jego życia – zupełnie jakby byli prawdziwymi ludźmi, a nie wytworami literatury, która przyzwyczaiła nas do tego, że każdy nowy aktor na scenie ma do odegrania jakąś rolę. „Skrzydła nocy” są pod tym względem chyba celowo rozczarowujące. Tu intrygujące postacie pojawiają się znienacka jak kolorowe motyle, by trzy strony później porzucić czytelnika na zawsze, nie dokonawszy niczego ważnego.

[*]
Pewnie już to odgadliście, ale nie jest to wesoła powieść. I to nie tylko dlatego, że jeszcze długo po lekturze można odnaleźć pod powiekami obrazy kosmicznego ogrodu zoologicznego, w którym trzyma się przedstawicieli obcych ras, serwerowni złożonej z ludzkich mózgów czy krzyczących dywanów. Silverberg pisał „Skrzydła nocy” w bardzo trudnej sytuacji. Był rok 1968 i wokół walił się świat, a on stracił w pożarze dom i tułał się po przypadkowych mieszkaniach, z depresją za pan brat. Nie trzeba czułego ucha, by usłyszeć w utworze echa tej traumy. Dość powiedzieć, że opowieść zaczyna się od tego, że nasz Strażnik ląduje na ulicy, bezdomny, przepędzony przez swoich ziomków. Potem błąka się od drzwi do drzwi, od gildii do gildii, od miasta do miasta w poszukiwaniu nowego domu i celu, aż dochodzi do wniosku, że żeby zacząć od nowa, musi najpierw oczyścić duszę – i odmłodnieć.

Nie pomyślcie tylko, że Silverberg propaguje jakiś wstrętny ageizm. Starość to metafora, a nasz Strażnik to wytwór Ziemi pogrążonej w marazmie po nienazwanej katastrofie i uwiązanej tradycją, która doprowadziła do zaniku ludzkiej solidarności. Taka wymęczona planeta nie ma siły ani ochoty przeciwstawić się inwazji z kosmosu i daje się podbić w ciągu jednego dnia (!). Wówczas to rozlatują się stare struktury społeczne, trwające już tylko na mocy zwyczaju. Najbardziej zawodzi restrykcyjny system klasowy, który miał porządkować społeczeństwo i dawać mu poczucie bezpieczeństwa po okresie niepokojów. Obnażenie jego słabości nie prowadzi jednak do apokalipsy, jak w „Wojnie światów” H.G. Wellsa. Nie prowadzi też do zbrojnego powstania przeciwko okupantowi, co można odczytać albo jako przerażające świadectwo niemocy Ziemian, którzy tak się przyzwyczaili do opresji społecznej, że z miejsca akceptują niewolę, albo jako deklarację pacyfizmu i wiary w to, że nawet jeśli nie uda się pokonać najeźdźcy, to można przynajmniej osiągnąć nad nim przewagę moralną. Interesujące – ta ludzka bierność w obliczu utraty wolności sprawia, że obca inwazja wydaje się jednocześnie zupełnie nierealna... i przeraźliwie prawdziwa. Tak czy inaczej, świat toczy się dalej niby ten luksusowy pojazd obrzydliwie bogatego Handlarza, który podwozi Strażnika do Jorslemy. Teraz najważniejsze to pamiętać – nauczyć się odczytywać historię z kawałka węgla i zrozumieć, dlaczego doszło do upadku. Inaczej rzymski kolos nigdy nie dźwignie się z gruzów.

Zapadała noc. Perris, tak smutno odpychający w chmurny, deszczowy dzień, wypiękniał nagle niczym starszawa wdowa wracająca z Jorslemy odmłodzona, kwitnąca. Światła miasta swym jasnym, lecz miękkim blaskiem odmieniały stare szare budynki siłą prawdziwie magiczną, zacierały ich kontury, ukrywały brud wieków, a brzydotę czyniły poezją [...]. Wiszące pod chmurami głośniki zalewały nas falą dźwięcznej muzyki. Słyszałem dobiegający z bliska śmiech młodej dziewczyny, czułem zapach musującego wina. Jeśli tak wygląda Perris podbity, pomyślałem, to jak wyglądał Perris czasów wolności? [s. 96-97]

Kusiłoby, żeby poszukać w „Skrzydłach nocy” opowieści o mieście, a właściwie o trzech: Roumie, Perrisie i Jorslemie, czyli Rzymie, Paryżu i Jerozolimie przyszłości. Silverberg traktuje je jednak symbolicznie, to znaczy widzi w nich głównie stadia ludzkiej cywilizacji lub może stacje na drodze krzyżowej duszy. Nie opisuje ich sążniście, ale dość, byśmy załapali. Jest więc skazany na upadek Rzym z jego okrutnymi książętami i dekadenckimi pałacami, cud architektury nieznający idei równości wszystkich ludzi. Jest zapatrzony w siebie Paryż – miasto niewiernych żon i zbrodni z miłości, które ożywa nocą. No i jest Jerozolima, ojczyzna cudów, w której dusza znajduje odkupienie (chyba że należy do pięknej kobiety, wtedy oczywiście musi ponieść karę). To właśnie w Jorslemie nasz Strażnik poznaje niezawodny sposób na zbawienie ludzkości.

Uwaga, tu będzie spoiler, ale zawierający przepis na uzdrowienie świata, więc warto czytać dalej. Otóż, moi drodzy, wystarczy, że wszyscy chwycimy się za ręce i pofruniemy na skrzydłach nocy, by osiągnąć komunię dusz dzięki pośrednictwu przystojnego mesjasza podłączonego do magicznego kamyka. Święty hipisie w autokomisie, jak by Gryzipiór chciał, żeby go ktoś zabrał w lata 60., kiedy trochę jeszcze wierzono, że można zbawić świat, otwierając się na drugiego człowieka, zamiast zrzucać mu na głowę bomby. Tak czy inaczej, przesłanie jest słuszne, choć może naiwne, a to, jak trudno poczciwemu skądinąd Strażnikowi przezwyciężyć uprzedzenia wobec Odmieńców, daje do myślenia nawet dziś. Całej tej hecy dodają pikanterii skojarzenia religijne – wątek niegodziwego Rzymu i awans głównego bohatera na przywódcę religijnego w Jerozolimie jako żywo nawiązują do narodzin chrześcijaństwa i działalności Świętego Piotra.

Nie każdego „Skrzydła nocy” poniosą do nieba. Gryzipiórowi czytało się tę powieść dość opornie, a to dlatego, że swój świat pełen apatii i niemocy buduje Silverberg za pomocą środków, które czynią lekturę dość męczącą. Fabuła osnuta wokół przypadkowych spotkań z przypadkowymi ludźmi, którzy chwilę później zapadają się pod ziemię – to raz. Bierny bohater rzucany przez autora z miejsca na miejsce, któremu udaje się prawie wszystko dzięki niemożliwym zbiegom okoliczności (czyżby był wybrańcem?) – to dwa. Osobny problem stanowią kobiety – zła i dobra. Zła jest piękna i władcza, a jej największy grzech polega chyba na tym, że nie chce się oddać głównemu bohaterowi, który usiłuje zabić w sobie pożądanie pogardą dla jej nieczystej duszy. W dodatku kobieta ta potrafi wyrządzić mężczyźnie krzywdę, więc na koniec powieści trzeba ją będzie przykładnie ukarać. Dobra to bardziej dziecko – niewinna dziewczynka latająca nago po nocnym niebie, która poddaje się męskiej przemocy, a na koniec wyznaje głównemu bohaterowi jedyną i prawdziwą miłość. Kurczę, Gryzipiór nie może być jedynym, który czuł się nieswojo, czytając o zachwytach starca nad płaskimi piersiami i szczeliną między chudymi udami tej kobiety-dziecka.

Generalnie jednak, pomijając kwestie damsko-męskie i magiczną komunię dusz jako lekarstwo na całe zło, „Skrzydła nocy” wydały się Gryzipiórowi zaskakująco aktualne. Cóż, może opowieści o konsekwencjach ludzkiej arogancji nigdy się nie zestarzeją. Przynajmniej dopóki nie zaczniemy wyciągać z nich wniosków.

  • Przekład: Krzysztof Sokołowski
  • Wydawca: MAG
  • Rok wydania: 2017 (1968-1969)
  • Liczba stron: 223
  1. "Skrzydła nocy" mam jeszcze przed sobą, ale ciekaw jestem, czemu „Zamek lorda Valentine’a" wywołał taką reakcję? Czytałem bibliotecznie w liceum i szoku nie pamiętam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm, chyba - jak to zwykle bywa - z powodu zawiedzionych oczekiwań. Jeśli Twój ówczesny guru umieszcza tę pozycję w kanonie gatunku i pisze o niej w samych superlatywach, to spodziewasz się co najmniej arcydzieła. A tu pojawia się takie sobie lekkie, przygodowe czytadło z Panem Idealnym zamiast bohatera, przewidywalną fabułą, spłyconymi pożyczkami z mitologii etc., banalnym już dziś wątkiem zmiennokształtnej rasy... Podobno kolejne tomy są nieco lepsze, ale nie starczyło mi cierpliwości, żeby sprawdzić. Zdaje się zresztą, że silverbergowcy oceniają tę opowieść jako jedno z gorszych dokonań autora i faktycznie - po "Skrzydłach nocy" (które, nawiasem mówiąc, polecam!) widać, że stać go na więcej.

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.