Smok i wilk, czyli „Gra o tron”, sezon 7, odcinek 7


I tak oto siódmy sezon „Gry o tron” dogalopował do mety, naraz bijąc rekordy oglądalności (ponad 12 milionów widzów) i inspirując dziesiątki nowych sposobów na przewracanie oczami. Trudno oprzeć się wrażeniu, że część problemów serialu wynika z jego popularności – czy też strachu przed jej utratą. Chyba jeszcze nigdy twórcy nie grali tak bezpiecznie. Znają nas aż za dobrze: wiedzą, że chcemy romansu Jona i Daenerys, że pragniemy śmierci Littlefingera z rąk Sansy, że narzekamy na nadmiar seksu i przemocy na ekranie i że nasze obolałe serca nie zniosą zgonu kolejnego lubianego bohatera. Gdybyż tylko użyli tej wiedzy, by ogrywać nasze oczekiwania! A oni kręcą takie przeciętne i możliwe do przewidzenia finały, jak „Smok i wilk”. Tylko ile naprawdę można wygrać, grając przewidywalnie?


Tekst zawiera spoilery dotyczące fabuły odcinka.

Kiedy u twoich wrót staje armia eunuchów, wiedz, że nie obejdzie się bez żartów o kutasach. Dwaj wesołkowie, Bronn i Jaime, przygotowują baryłki smoły i spoglądają smętnie na armię Nieskalanych, która przybyła pod ich mury. Żółwik dla Ramina Djawadiego, bo ta scena nie udałaby się bez muzyki – niepokojącej wersji motywu Dany, którą Gryzipiór niniejszym serdecznie wita na swojej playliście. Wtem – zza wzgórz wyłania się horda Dothraków i naszym chłoptasiom kończą się żarty. Nie lepsze nastroje panują w drugim obozie. Smocza królowa ma przewagę na lądzie, ale na morzu jej skromna delegacja nie może się równać z flotą Greyjoyów kotwiczącą w Królewskiej Przystani. Montaż wiernie oddaje tę niepewność po obu stronach. Cała nadzieja w zapuszkowanym nieumarłym skurczybyku, którego dogląda Ogar. Na marginesie – czy wiemy, co skłoniło Sandora do porzucenia Bractwa i podróży na południe, czy Gryzipiór znowu coś przegapił?

Mijają minuty, a nasi dzielni bohaterowie idą na negocjacje do Smoczej Jamy. I idą. I idą. Mocarny byku na patyku – pomyślał Gryzipiór – zaraz będzie powtórka z poprzedniego odcinka. Ktokolwiek wydał zgodę na kręcenie scen, w których bohaterowie idą i rozmawiają, zasługuje na to, by przez resztę życia oglądać siódmy sezon „Gry o tron”. To zrozumiałe, że twórcy chcieli uszczęśliwić fanów tercetu Bronn–Podrick–Tyrion, ale czemu w takiej chwili? Niech będzie, że ich pogaduszki są ciekawsze niż te z poprzedniego tygodnia, ale też nie brzmią jak rozmowy ludzi, którzy lada chwila mogą zginąć. W rezultacie sporo napięcia wyparowuje, zanim jeszcze przedstawiciele obu obozów dotrą do Smoczej Jamy. Którą to Gryzipiór zawsze sobie wyobrażał jak prawdziwą jaskinię, nie starożytną ruinę, która ledwo zdołałaby pomieścić Drogona, a co dopiero legendarnego Baleriona.

fot. HBO / Fanpop [*]
No dobra, powiedzmy wprost: negocjacje między obozem Cersei a obozem Daenerys to nie jest najbardziej emocjonujący moment w historii serialu, choć twórcy trochę tak go traktują – i przeciągają w nieskończoność, sądząc zapewne, że w ten sposób podsycą napięcie. Problemem wydaje się nadmiar bohaterów. Gryzipiór chciałby wierzyć, że wynikający ze skrupulatności, ale obawia się, że chodzi raczej o fanserwis i wiarę w to, że epickość sceny jest wprost proporcjonalna do listy zaangażowanych w nią postaci. Na negocjacje przybyli bowiem wszyscy główni gracze poza ekipą z Winterfell i twórcy starali się prawie każdemu dać coś do roboty i jeszcze pokazywać ich reakcje na rozwój wydarzeń. Mamy nawet długo wyczekiwany pojedynek Clegane’ów... tak jakby. Zdaje się, że Ogar złamał ze sto zapisów etykiety, zaczepiając Górę w ten sposób, i może dlatego wypadło to jakoś... nienaturalnie? Niepotrzebnie? Stawka też nie jest tak wysoka, jak wmawiają nam twórcy, bo właściwie co grozi naszym bohaterom, jeśli nie dogadają warunków rozejmu? Przetrzebione armie Lannisterów nie odwrócą losu bitwy z Nocnym Królem, a w razie agresji ze strony Cersei Danka i spółka ryzykują tylko utratę Smoczej Skały. Nikt też chyba nie wierzy, że Jon czy Daenerys zginą przed finałowym sezonem. Trudno jakoś oglądać te negocjacje z przejęciem.

fot. HBO / Fanpop [*]
Może dlatego, że są takie przewidywalne? Dany robi wejście smoka, obrażając potencjalną sojuszniczkę, wujaszek Euron dowcipkuje o karłach i grozi zamordowaniem Yary (przynajmniej on o niej nie zapomniał), przemawia Tyrion, przemawia Jon, Dany i Cersei przerzucają się słówkami, aż obóz smoczej królowej wyciąga asa z rękawa. Fajnie, trzeba przyznać, przebiegło to Ogarowe otwieranie skrzyni – w pewnym momencie Gryzipiór pomyślał, że ten przeklęty zombie naprawdę obrócił się w proch i cała wyprawa za Mur była jeszcze bardziej niepotrzebna, niż się zdawało. Wtem umarlak wyskoczył z pudełka i rzucił się od razu na Cersei (tresowany czy co?). To wywarło zamierzony efekt – Euron umknął na Żelazne Wyspy, a Cersei zgodziła się na rozejm, pod warunkiem wszakże, że król Północy zachowa neutralność. Żądanie jest dziwne, ale daje się wytłumaczyć w świetle późniejszych wydarzeń, Cersei bowiem wcale nie oczekuje zgody i chce jedynie przerwy na kawę – i rozmowy w kuluarach.

Trudniejsza do wyjaśnienia jest Jonowa niezdolność do kłamstwa. Szkoda, że twórcy przegapili taką okazję, by skazić nieco oblicze naszego nieulękłego herosa. W tym sezonie Jon jest przede wszystkim gotowy na wszystko, byle tylko pokonać Innych, i fajnie byłoby zobaczyć, jak ta skądinąd szlachetna motywacja skutkuje czynem, który można uznać za niegodny. Po drugie, każdy dobrze napisany bohater powinien zmagać się nie tylko z zagrożeniem z zewnątrz, ale też z samym sobą. Na początku sezonu Sansa wymieniła wady Jona – nieliczenie się ze zdaniem rodziny i tendencję do powielania błędów Neda Starka. Obie zostały na koniec przywołane, tyle że bez konsekwencji. Wyłączając ryzykowne decyzje łóżkowe, w tym roku Jon nie zmienił się ani na jotę. Zamiast człowieka z krwi i kości zbyt często oglądaliśmy pomnik wystawiony Nedowi.

fot. HBO / Fanpop [*]
Po odejściu Cersei do boju rusza Tyrion. Mroczne korytarze Czerwonej Twierdzy, smętna muzyka, pożegnanie z Jaimem – twórcy chytrze grają naszymi emocjami, żeby przekonać nas, że Krasnal zginie. Scena, która następuje, jest jedną z dwóch najlepszych w tym odcinku, i to mimo braku CGI, a za sprawą fantastycznej roboty aktorów. Tyrion i Cersei przerzucają się złośliwościami, wypominają sobie dawne krzywdy i w jednej tylko minucie, w której Krasnal prowokuje siostrę do egzekucji, jest więcej napięcia, emocji i prawdy, niż w całym poprzednim odcinku. Zwróćcie uwagę, jak kończy się ta scena – Tyrion dedukuje, że Cersei jest w ciąży. Nie dowiadujemy się, jakimi argumentami przekonał ją do zaniechania krasnalobójstwa i zawarcia rozejmu. Podejrzane? Jak diabli, ale teoretyzowanie zostawimy sobie na deser.

W Smoczej Jamie tymczasem kwitnie miłość. Jon i Dany jednak potrafią prowadzić rozmowy, od których widzom nie skacze poziom cukru. Zwłaszcza kiedy spacerują po cmentarzysku smoków. Powinni robić to częściej. Kamera nie pozostawia wątpliwości co do natury łączącego ich uczucia i lada chwila spodziewamy się pocałunku, gdy powraca Tyrion. Psuj jeden. Znowu pojawia się wzmianka o rzekomej niepłodności małej królowej, a Internet wyrokuje: Jon i Dany doczekają się dziedzica. Trudno powiedzieć, jakim cudem upiór mógłby spłodzić dziecko, ale trzymamy kciuki za wyobraźnię scenarzystów. Jest szansa, że nie zawiodą.

fot. HBO / Fanpop [*]
Rychło po odjeździe delegacji Dany „Gra o tron” próbuje sił w konkursie na najbardziej przewidywalny twist roku. Jaime gotuje się do drogi na północ, ale powstrzymuje go Cersei, która naturalnie nie ma zamiaru dotrzymać umowy. Rozejm to bujda, Euron popłynął po Złotą Kompanię, a wojska Lannisterów zostaną na południu, póki wszyscy wrogowie Cersei, żywi czy martwi, nie wybiją się nawzajem. Brzmi rozsądnie. Szkoda tylko, że nie mamy więcej informacji – na przykład o tym, gdzie na północy miały lądować lannisterskie armie. Bo jeśli plan zakładał koncentrację wojsk w jednym miejscu, to Danka szybko wykryje zdradę, a jeszcze szybciej wróci spopielić Królewską Przystań. Tak czy inaczej, przelała się czara goryczy i niezadowolony Jaime opuszcza Królewską Przystań. Powtórzmy. Jaime. Opuszcza. Cersei. Problemem tej sceny jest to, że rozegrała się za późno. Mimo wyśmienitej gry aktorów ten rzekomo Wielki Moment wywołał w Gryzipiórze bardzo małe wzruszenie, a bardzo duże poczucie, że scenarzyści dbają jednak przede wszystkim o odpowiednie rozstawienie pionków na planszy. Dlatego Jaime rusza na północ, kiedy jest to dla nich wygodne, a nie kiedy powinien był to zrobić z korzyścią dla rozwoju postaci (tak ze dwa sezony temu). Bardzo ładne i nastrojowe są natomiast następne kadry – zimny, opustoszały świat, z wolna przysypywany śniegiem do wtóru melancholijnej muzyki. Moi mili, nadeszła zima, a ktokolwiek zapomniał zbudować dach nad nowiuśką podłogą Cersei, właśnie stracił głowę.

fot. HBO / Fanpop [*]
Niespodziewanie dwie bardzo dobre sceny ma w tym odcinku Theon. Pierwsza to kameralna rozmowa w sali tronowej na Smoczej Skale, która przypomina, jak świetnym aktorem jest Alfie Allen. Scenarzyści rozgrywają tu nieoczywistą na pierwszy rzut oka paralelę między losami Jona, bękarta, i Theona, zakładnika łamane na wychowanka Starków. „Nie musisz wybierać. Jesteś Greyjoyem i Starkiem” – mówi Jon i wybacza nieszczęsnemu Theonowi, co w jego mocy. Awww, no i pękło Gryzipiórowe serduszko. Jak miło, że twórcy nie zapomnieli, że można kręcić takie ciche, nieoczywiste momenty między bohaterami. Podniesiony na duchu Theon postanawia następnie odbić Yarę z rąk stryja, ale Żelaźni Ludzie wolą raczej spitolić na wschód i wywiązuje się bójka. Theon wygrywa, przekonawszy się, że brak jaj ma zalety i że ze swojej słabości może jeszcze uczynić siłę. Niby niewiele, ale i tak w tych dwóch scenach Theon przeszedł większą przemianę niż niektórzy przez cały sezon.

A skoro już przy tym jesteśmy... Musimy zajrzeć do Winterfell, prawda? Niech to, musimy. Na plus można policzyć to, że Bran wreszcie zrobił sobie format dysku i na coś się przydał. Na minus – całą tę nieporadnie napisaną, sztucznie rozdmuchaną i mało dramatyczną dramę. W skrócie: Petyr podpuszcza Sansę, by uwierzyła, że Arya chce ją zamordować. Sansa rozkazuje przyprowadzić siostrę na sąd, odczytuje zarzuty, po czym kieruje je do Littlefingera. Ooo, jest twist! Lord Baelish pierwszy raz w życiu zapomina języka w gębie i błaga o litość, Arya podrzyna mu gardło, a George R.R. Martin zaczyna żałować, że kiedykolwiek sprzedał prawa do ekranizacji. Co jest nie tak z tym wątkiem i dlaczego wszystko? Gryzipiór opowie w punktach.

fot. HBO
1. Za mało wyjaśnień. Czy siostry Starkówny od początku udawały wrogość, a jeśli tak, to dlaczego robiły to także wtedy, kiedy Littlefingera nie było w pobliżu? Czy raczej Sansa zorientowała się w knowaniach Petyra dopiero w ostatniej chwili? Po poniedziałkowej emisji Isaac Hempstead Wright zdradził, że z odcinka wycięto scenę, w której pani Winterfell wchodzi do pokoju Brana, by – jak się domyślamy – poprosić go o pomoc. Wygląda więc na to, że do końca nie była pewna, co się dzieje, ale twórcy nie pozwolili jej dokonać własnego wyboru. Zamiast tego posłali ją do wyroczni. Noż motyla noga, czy ktoś mógłby prawnie zakazać rozwiązywania konfliktu lojalności u bohaterów za pomocą rad wyroczni? Tak czy inaczej, scena wylądowała w śmietniku montażysty, więc trudno traktować ją jak część kanonu. Oglądając sam odcinek, nie wiemy i nie dowiemy się, co naprawdę zaszło w Winterfell, ponieważ...

2. ...cała ta intryga zasadza się na najtańszym z najtańszych chwytów scenopisarskich, czyli zatajeniu informacji przed widzem. Żeby był większy szok. Rozpaczliwie brakuje tu scen wyjaśniających zachowanie Aryi, która z niepojętą łatwością i właściwie bez powodu zmienia się z lojalnej siostrzyczki w psychopatkę i z powrotem. Jak Sansa zdołała ją przekonać, że jednak nie spiskowała z Lannisterami i nie jest winna śmierci ojca? Czy znowu interweniował wszystkowiedzący Bran? W którym momencie rycerze z Doliny wyrzekli się swojego protektora i bez zastrzeżeń uwierzyli chłopakowi po magicznej lobotomii? Wszystko to wygląda na sprokurowane w jednym celu: żebyśmy przez dwa odcinki uwierzyli, że Arya i Sansa mogłyby się pozabijać, co jest...

3.  ...strasznie tanim dramatem, nawiasem mówiąc. Gryzipiór zagrałby o wyższą stawkę. Na początku sezonu dowiadujemy się, że Sansa chce mieć większy wpływ na to, co się dzieje w Winterfell. Niechby cały ten wątek kręcił się wokół jej autentycznego, wewnętrznego konfliktu między lojalnością wobec rodziny a pragnieniem przejęcia władzy na Północy, wynikającym nie tylko z ambicji, ale i z nieufności do ludzi, normalnej u tak ciężko doświadczonej osoby. Niechby Sansa musiała wybrać, czy gra wyłącznie na siebie, jak jej mentor, czy jednak pokonuje niepewność i wraca do watahy. Jakże pięknie wówczas wybrzmiałyby jej słowa o samotnym wilku, który musi umrzeć! W tak zarysowanym konflikcie śmierć Petyra mogłaby coś znaczyć. Bo przecież to on jest wilkiem z opowieści Sansy – człowiekiem wiernym wyłącznie sobie i wyłącznie swoim przetrwaniem zainteresowanym. I pragnącym przemienić Sansę na swoje podobieństwo. Frustrujące jest to, jak blisko twórcy wydawali się tego rozwiązania. Tymczasem...

fot. HBO / Fanpop [*]
4. ...śmierć Littlefingera nie zmienia nic. Zdaje się, że nie zrobiła wrażenia nawet na rycerzach z Doliny, jakoś dziwnie obojętnych na problemy swojego protektora. Lord Baelish dawno stracił wpływ na wydarzenia i nawet jego intrygi służyły tylko temu, by sztucznie rozdmuchać konflikt w Winterfell. Dla fabuły Littlefinger dawno był martwy. Gdy go zabraknie, nie zostaną zerwane sojusze, a świat nie stanie na krawędzi zagłady. Co najwyżej rycerze z Doliny wrócą na południe, a Sansa straci jedyne wojsko, które miała na swoje rozkazy. Sądząc jednak po chłodnej reakcji Yohna Royce’a, twórcy poskąpią nam nawet tej łyżki dziegciu w beczce miodu.

5. Ostatnim problemem jest sam Littlefinger. Może to Was zaskoczy, ale Gryzipiór naprawdę lubi tego bohatera w książce. Si, straszny z niego skurczybyk, ale o co najmniej dwóch twarzach i tragicznej, acz trudnej do zrekonstruowania przeszłości, w której jest i poniżenie przez stojących wyżej w hierarchii społecznej, i niespełniona miłość, i małżeństwo z przymusu. Książkowy Baelish jest produktem westeroskich stosunków społecznych, które blokują potencjał bystrego, ale nisko urodzonego dziecka, zmuszonego do bezwzględnej gry. W jego dziwnej, niepokojącej relacji z Sansą nie brak ciepła i przede wszystkim niuansów. W serialu? Nie wiem, kim jest serialowy Littlefinger. Po morderstwie Joffreya uwierzyliśmy, że to geniusz zbrodni, ale od tamtego czasu głównie tajemniczo się uśmiechał. Baelish, któremu Arya poderżnęła gardło, był cieniem dawnego siebie, zdolnym już tylko błagać o litość. Żaden tam kolos, którego według przepowiedni z książki miała powalić Sansa.

fot. HBO / Fanpop [*]
Niestety, insze jeszcze dziwne wypadki mają miejsce na Północy. Sam i Bran, dwaj bohaterowie wyznaczeni przez twórców do zbierania informacji i podawania ich widzom w najdogodniejszym momencie, spotykają się przy kominku, by obgadać Jona. Jest synem Rhaegara i Lyanny – zauważa Bran – nie nazywa się Snow, tylko Sand. Ależ nie – protestuje Sam, dowodząc, że jednak ma podzielną uwagę – Wielki Septon anulował ślub Rhaegara z Elią! Możesz to zobaczyć? No dobrze, Gryzipiór ma pojęcia, jak to jest być żywą wypożyczalnią VOD, ale czy ten rzekomo wszystkowiedzący Bran nie powinien już wiedzieć, że Jon jest prawowitym dziedzicem tronu? Brzmi to trochę tak, jakby panowie wcale rozmawiali ze sobą, tylko mówili do widza. Tak czy inaczej, kamera w głowie Brana zaczyna trybić. Teraz, drogie dzieci, trójoki wujek puści Wam filmik. Na filmiku będzie przysięga małżeńska Lyanny i Rhaegara występującego w peruce Viserysa. Będą też Jon i Dany w łóżku, w pozycji wyjątkowo jak na „Grę o tron” mało kompromitującej. Zestawienie tych obrazów ewidentnie ma powodować dramę, tylko jaką? Psoci z własną ciotką? No i cóż? Targaryenowie od wieków dbają o czystość krwi, a koncept małżeństwa z kuzynką nie może być całkiem obcy Jonowi wychowanemu przecież w rodzie panującym.

fot. HBO / Fanpop [*]
Najciekawszy w tej scenie wydał się Gryzipiórowi Tyrion, który czai się nieopodal kajuty Danki niby wytrawny podglądacz. Uwaga, czas na teorię. Krasnal wygląda w tej scenie ponuro i jakoś groźnie – rozumiemy, że kolejny raz stracił wpływ na smoczą królową, tym razem na korzyść Jona. Dosłownie usuwa się w cień. Gryzipiór zastanawia się jednak, czy ta scena nie jest aby zapowiedzią zdrady. Pamiętacie, że nie wiemy, jak przebiegły Tyrionowe negocjacje z siostrą? Być może dowiedziawszy się, że Cersei spodziewa się dziecka, Krasnal zdecydował się jednak zagrać na własną rodzinę. Może zamiast okrutnej i impulsywnej Targaryenki postanowił posadzić na tronie niemowlę z wyhaftowanym na piżamce lwem, a obok – siebie jako namiestnika i protektora Siedmiu Królestw? Gryzipiór z miejsca polubił tę teorię, bo gdyby twórcy poszli tym tropem, przywróciliby Tyrionowi osobiste ambicje i wpływ na wydarzenia, które nasz Krasnal utracił, odkąd pożeglował do Essos.

No dobrze, czas zdetonować bombę. Poznaliśmy oto prawdziwy powód, dla którego Jon wyprawił się na daleką północ. Scenariusz wymagał, żeby Mur runął. I runął, aż się kurzyło. Biedny Viserion z Nocnym Królem na grzbiecie stopił lód i powstała wyrwa, przez którą do Westeros przedostała się armia nieumarłych. Gryzipiór skłamałby, gdyby powiedział, że nie oglądał tej sceny z zapartym tchem. Ta muzyka! Te efekty! Ten zimny płomień Viseriona palący lód! A gdyby tak zlecić napisanie scenariusza całego sezonu ekipie od CGI? Oh, wait.

fot. HBO / Fanpop [*]
To paradoks. „Gra o tron” zawdzięcza sukces Martinowi: jego wiarygodnym, niedoskonałym bohaterom, jego grze z oczekiwaniami czytelników, jego odwadze w uśmiercaniu postaci wtedy, kiedy zaboli to nas najbardziej. Ale coraz bardziej odcina się od tego dziedzictwa. Kiedy w piątym sezonie scenarzystom zabrakło książkowego pierwowzoru, próbowali uzupełniać luki, imitując GRRM-a – czy raczej to, co z niego zrozumieli, a Gryzipiór często ma wrażenie, że zrozumieli bardzo mało. Były więc gwałty, palenie dzieci, festiwal śmierci, przemocy i golizny. A potem długie, długie godziny czytania miażdżących recenzji, po których scenarzyści najwyraźniej zmienili taktykę. Teraz nie będą nas szokować. Teraz będą kręcić tak, byśmy się już o nic nie gniewali i czuli, że mieliśmy rację. Dany spiknie się z Jonem, co z tego, że w czasie tak krótkim, że właściwie wykluczającym nawiązanie głębszej więzi. Sam zaaplikuje Jorahowi cudowną maść, leczącą wszystko oprócz złamanego serca, które jest przecież internetowym memem. Nocny Król dostanie własnego smoka. Jaime wypłynie z rzeki, dźwigając na sobie ważącą dwadzieścia kilogramów plot armor. Wszyscy nasi ulubieni bohaterowie zbiorą się w jednym miejscu, by przerzucać się dowcipasami o kutasach. Drodzy twórcy! Żaden widz czy czytelnik nie chce być zadowalany, nie tak naprawdę. Chcemy cierpieć. Chcemy się śmiać. Chcemy płakać, krzyczeć i rzucać pilotem o ścianę, kiedy śmierć znowu upomni się o naszą ulubioną postać. Chcemy, byście złamali w nas ducha, a potem poskładali nas z powrotem. Chcemy dobrego serialu, którego najlepsze momenty niekoniecznie charakteryzuje obecność CGI.

Tylko nie zabijajcie smoków. Smoki są spoko.

  • Reżyseria: Jeremy Podeswa
  • Scenariusz: David Benioff i D.B. Weiss
  • Produkcja: HBO
  • Premiera: 27 sierpnia 2017
  1. Żałosne i miałka końcówka najwspanialszego serialu.
    Nie wiem jak twórcy zamierzają zakończyć wątki w 8 sezonie, ale po tym co widziałem teraz mało już mnie to obchodzi. Serial stał się obrzydliwie przesłodzony, fabularnie spłycono go już tak bardzo, że bardziej chyba nie można. Widać też, że twórcy gdy nie umieją napisać jakiejś postaci po prostu ją zabijają: Stannis i Petyr to dwa sztandarowe przykłady. Nie chce mi się już wylewać tutaj jadu na to dzieło, bo zrobiłem to w innym miejscu (jakby ktoś był ciekaw mojej szczegółowej opinii: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842727).

    Co do teorii, że Tyrion zdradzi Dankę... To było prawdopodobne w 5/6 odcinku ale teraz to by się już kupy totalnie nie trzymało. Poza tym, scenarzyści nie mają dość odwagi na coś takiego - przecież wiadomo już, kto jest według nich dobry a kto zły. Co więcej Tyrion to ulubieniec przeciętnego oglądacza serialu, więc z pewnością pozostanie po właściwej stronie, żeby widz nie miał zbyt wielkich dylematów moralnych. Tak jest niestety dla twórców łatwiej i przyjemniej.

    Jak zawsze nie zawiodłaś Gryzipiórze i wszystkie twoje wpisy dotyczące GoT'a czytało mi się wspaniale. Dziękuję za te recenzję, bo naprawdę umilają mi dzień.

    Pozdrawiam serdecznie
    J.K.K.L

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytałem twój tekst na fantastyce. Podajesz tam trafne spostrzeżenia. Chyba najbardziej będziemy żałować tego, że HBO zaufało Weisowi i Beniofowi i zamiast ich wywalić i zatrudnić na ich stanowisko świeżą krew po 4 sezonie, zdecydowali się przystać na ich warunki i dramatycznie skrócić długość serialu. Najlepiej byłoby gdyby nadal utrzymali dobre stosunki z Martinem i kręcili te 10 sezonów zgodnie z jego wizją. A tak teraz pozostaje nam się cieszyć jedynie z CGI i heroicznych przygód nieśmiertelnych bohaterów. Żeby nie było, nadal uwielbiam serial, ale już za coś innego niż to za co pokochałem go w pierwszych sezonach.

      Usuń
    2. Cieszę się, że mój tekst ci się podobał.
      Cóż, z jednej stron rozumiem DD'eków - nie chciałbym chyba spędzić dziesięciu lat życia na tym samym... Z drugiej strony między dziesięć a osiem nie jest wcale taka duża różnica. Poza tym skoro są zmęczeni materiałem ( a chyba są) i niezbyt dają radę, mogliby przekazać to komuś innemu.
      Warto jednak nadmienić, że to nie wyłącznie ich wina. Oni w końcu pisali się na tworzenie serialu na podstawie książki a nie na kończenie dzieła Martina.

      Usuń
    3. @J.K.K.L
      Jak twórcy zamierzają skończyć wątki w 8 sezonie? Myślę, że szybko :) Przed nami już tylko sześć odcinków, z czego jeden będzie pewnie poświęcony bitwie z umarlakami, a ostatni - pożegnaniu z postaciami i feelsom. Nie za dużo czasu mamy na zmyślne intrygi.

      Myślę, że teraz Tyrion nie zdradzi Danki - nie przed bitwą z Innymi w każdym razie - ale może to zrobić, gdy Nocny Król opuści imprezę i znowu padnie pytanie, kto będzie rządził Westeros. Wydaje mi się, że Tyrion, który jest nieodrodnym synem Tywina i zawsze kochał swój ród, byłby zdolny do takiej zdrady. Pytanie, czy scenarzyści są zdolni coś takiego napisać? Możesz mieć rację, że nie. Chociaż po ostatnich dwóch sezonach Tyrion spadł chyba z piedestału, podejrzewam, że teraz ulubioną postacią widzów jest Jon, może Dany. Może dowcipy Tormunda.

      O, bardzo mi miło i to ja dziękuję za te nasze rozmowy i komentarze :) Też czytałam Twój tekst na Fantastyce - i myślę, że masz dużo racji, m.in. z tym, że zabito za dużo bohaterów. Zwłaszcza w Królewskiej Przystani zrobiło się pusto, a problemy w relacji Cersei i Jaimego ciągną się już tak długo, że za nic w świecie nie da się z nich wyciągnąć więcej napięcia. Chociaż tak po prawdzie, to scenarzystom zostało trochę potencjalnie ciekawych bohaterów do rozwinięcia (Ogar, Yara, Theon), tylko po prostu nic z nimi nie chcą zrobić.

      Usuń
    4. @Pyrokar
      Może należało nie tyle wywalić Weissa i Benioffa, ile zaprosić do zespołu jeszcze jednego scenarzystę, który mógłby przynajmniej krytycznie oceniać pomysły tego duetu. W sumie mają Bryana Cogmana, ale sądząc po drugim odcinku siódmego sezonu, do którego pisał scenariusz, ostatnio nie idzie mu wybitnie, no i pracował przy Grze o tron od początku, a tu przydałby się może ktoś, kto jeszcze się nie wypalił.

      Usuń
    5. Problemem jest fakt, że pewnie większość widzów w końcu chciała piosenki, której już znała, czyli zmiany serialu, który łamał konwencję w tradycyjne starcie dobra i zła, w którym dobrzy muszą przeżyć. Dlatego można zadać pytanie, czy DD nie umieją napisać pewnych postaci, ale czy kalkulują, że dla widza one są mniej istotne, więc można je potraktować po macoszemu. Starają się stworzyć konwencjonalną fabułę, bo taka przyniesie najlepsze profity. PS. Nie sądzę, aby pozostawienie serialu w rękach GRRM coś dużo pomogło. Ostatni tom sagi jest wyraźnie słabszy, Martin się miota, opowieść się rozchodzi (tak jak w sumie byłoby to rzeczywistości, gdzie wszystkie wątki nie muszą się zbiegać).

      Usuń
    6. To przedziwne. Czy najlepszych profitów w ostatnich latach nie przyniosła im właśnie niekonwencjonalna fabuła? Owszem, przypuszczenia i oczekiwania fanów zmierzają w stronę typowej opowieści fantasy o walce dobra ze złem, ale to nie znaczy, że właśnie to widzowie NAPRAWDĘ chcą zobaczyć. Wręcz przeciwnie - GRRM udowodnił, jak wielki sukces można odnieść, gdy się to zrozumie. Ogrywanie oczekiwań czytelników = niepewność i napięcie = emocje. Więc skąd ta decyzja scenarzystów? Poszli na łatwiznę?

      Myślę, że naprawdę nie umieją pisać niektórych postaci, ale też się nie starają. No, bo ilu jest na świecie fanów Stannisa? Albo Littlefingera? Sprawę utrudnia to, że i w książce są to postaci dla czytelnika nieprzystępne, niesympatyczne wręcz, które interesują nas, bo widzimy je oczami osób, którym na nich zależy (Davos, Sansa). W serialu Sansa nigdy chyba nie nawiązała głębszej więzi z Baelishem, przez co trudno się przejąć, gdy w końcu skazuje go na śmierć.

      PS Gdyby serial został w rękach GRRM-a, wciąż czekalibyśmy na piąty sezon :<

      Usuń
    7. Trochę paradoksalne, a nie przedziwne :) w końcu serial od dawna prowadzony jest konwencjonalnie, a liczba widzów rośnie, więc się to sprawdza. A najzabawniejszy jest fakt, że ludzie ciągle sądzą, że serial zrywa z konwencją, co skończyło się jakkiś czas temu. Odejściem od serialowej normy byłoby uśmiercenie Jona Snow bez późniejszego wskrzeszenia go z martwych. Zniknięcie z serialu kogoś, kto zaczął wydawać się jego bohaterem, to byłoby coś większego niż uśmiercenie Neda Starka. A do tego jakże byłoby to zgodne z historią, która jest pełna charyzmatycznych mężów opatrzonościowych, którym nie wyszło, a ich gwiazda szybko zgasła. Ludzie chcieli jednak powrotu Jona Snow. Powiązanie go z Targaryenami jest typowym schematem w fantazy. Zerwaniem z konwencją byłaby sytuacja, gdyby był tylko tym, kim na początku, czyli synem z nieprawego łoża wielkiego feudała, ale bez praw do tronu. Jego targaryeńskie pochodzenie wszystkim się jednak spodobało. Ile ciekawsze byłoby, gdyby Boltonowie zginęłi dopiero podczas inwazji Białych wędrowców. Typy spod ciemnej gwiazdy, którzy stali się bohaterami. Serial wybrał jednak bardziej konwencjonalną śmierć - która ma być sprawiedliwością za ich poprzednie zbrodnie, odpłatą za dawne grzechy. Tą listę można byłoby ciągnąć, od pewnego czasu serial wybiera bezpieczniejsze rozwiązania

      Usuń
    8. Wydaje mi się, że wskrzeszenie Jona i jego powiązanie z Targaryenami mniej miało wspólnego z oczekiwaniami widzów, a więcej z potrzebą dochowania wierności książkom, w których to też będą pewnie kluczowe wątki. Zabicie Jona w piątym sezonie byłoby może bardziej życiowe, ale chyba mniej satysfakcjonujące dla widza. Porównajmy dwie śmierci: Neda i Jona. Śmierć Neda, słusznie uważana za jeden z najlepszych momentów sagi, stanowi znakomity finał całego jego wątku w Grze o tron, wątku człowieka, który sam siebie pokonał przez swój honor i miłość do rodziny. Pokazuje nam, co w tym świecie grozi za podobne słabości, i niszczy nasze bajkowe oczekiwania co do tego, że dobro zawsze zwycięży, a przynajmniej zostanie nagrodzone. Wywraca też do góry nogami scenę polityczną w Westeros, zmusza resztę bohaterów do działania, otwiera drogę samodzielnym wątkom dzieci Starków. Ostateczna śmierć Jona w piątym sezonie nie miałaby podobnej wagi, bo nie wywarłaby tak wielkiego wpływu na świat i nie nadałaby znaczenia całemu jego życiu. Była tylko konieczna dla fabuły, żeby zwolnić go z przysięgi Nocnej Straży. To rzekłszy, twórcy naprawdę za lekko podeszli do tej hecy z wskrzeszaniem i zapomnieli, że coś takiego powinno mieć naprawdę duże konsekwencje, w tym psychologiczne.
      Pomysł z Boltonami - bardzo fajny! Nie jestem pewna, czy cokolwiek mogłoby uczynić bohatera z Ramsaya, ale jego zimnokrwisty tatuś w roli niechcianego obrońcy Winterfell byłby całkiem ciekawy.

      Usuń
  2. Wydaje mi się, że dopóki scenarzyści mieli książkowy pierwowzór, to serial trzymał się kupy. Jak tylko go zabrakło - Benioff i Weiss nie potrafili udźwignąć ciężaru tej historii, dlatego właśnie akcja zaczęła lecieć na łeb, na szyję, a bohaterowie zachowywać się jak nie oni sami. Baelish jest tego najlepszym przykładem - jego knowania i chaos, który powodował, są naprawdę trudne do logicznego rozpisania, co widać zwłaszcza w ostatnich sezonach, w których nie tylko ograniczyli rolę tego bohatera, ale też za każdym razem, gdy pojawiał się na ekranie, jego słowa były boleśnie łopatologiczne - cała ta manipulacja Sansą była grubymi nićmi szyta. Najłatwiej było się więc go pozbyć, wzmacniając przy tym pozycję Sansy, choć osobiście uważam, że ta jej przemiana też jest irytująca i źle rozpisana.
    Muszę jednak przyznać, że wrzucony do internetu gif, na którym lepiej widać reakcję Baelisha na oskarżenie, jest tak cudowna, że zaczęłam się zastanawiać, czy Aidan Gillen nie dostał początkowo innej wersji scenariusza, w której to Arya zostaje oskarżona, bo trudno mi uwierzyć, że potrafiłby zagrać tak idealne zaskoczenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to, to. Mam wrażenie, jakby twórcy za bardzo wczytali się w te nasze redditowo-tumblrowe spekulacje, a za słabo w same powieści Martina, choć to im, nie nam, zawdzięczają wszystko. Stąd ten pisany na kolanie wątek "upadku" Littlefingera za sprawą Sansy. Wszyscy podejrzewali, że tak się stanie, więc twórcy stwierdzili pewnie: ech, dajmy im w końcu, czego chcą. Trochę lubię filmową Sansę - wydaje się ostatnią naprawdę ludzką bohaterką tego serialu - ale podobnie jak Ty nie przepadam za jej przemianą, a konkretnie za tym, jak dużą rolę przypisano w niej krzywdzie i gwałtowi i jak chłodną, zdystansowaną osobą stała się teraz Sansa.

      Ha, kto wie. Choć Aidan Gillen nie jest chyba złym aktorem, po prostu prawie nigdy w tym serialu nie miał co grać. To się chłopak wykazał, kiedy uśmiercili jego postać.

      Usuń
    2. Co do upadku Littlefingera to w pewnym stopniu broniłbym serialu. Nie dziwi mnie kompletny brak reakcji rycerzy z Doliny na postawienie przed sądem i stracenie ich protektora. Dla nich Petyr Baelish jako protektor to jednak ujma na honorze. Dokąd jest silny słuchają go, ale upadek mógł tylko sprawić im przyjemność. To tak jak z straconymi przez Henryka VIII ministrami Henryka VII. Nikt ich nie żałował. Tak samo nikt nie litował się nad Enguerrandem de Marigny... Littlefinger jako postać najlepsze warunki do działania miała w cieniu, zakulisowo. W chwili gdy faktycznie stanął na czele Doliny to faktyczne jego możliwości paradoksalnie musiały osłabnąć. Baelish jako protektor traci na swoich możliwości zakulisowanego wpływania na sytuację. Petyr, który się miota i w końcu przegrywa ze starym feudalnym światem to dobre ukoronowanie jego losów, choć rzeczywiście stał się bezproduktywny. To prawda zaskoczenie widza nieoczekiwanym zwrotem akcji jest dosyć tanie, ale mimo wszystko skuteczne. Zresztą przez samego Martina też praktykowane. Osobiście wolałbym, aby zostało jeszcze podkręcone, i przypominało upadek Sejana

      Usuń
    3. Hm, chyba masz rację co do rycerzy z Doliny, ale nadal dziwi mnie ten brak jakiejkolwiek reakcji, niechby nawet była to satysfakcja z upadku nielubianego zwierzchnika. Może gdybyśmy poświęcili w tym sezonie choć chwilę na pokazanie napiętej relacji między Littlefingerem a jego rycerzami, wypadłoby to naturalniej.

      W książce, gdy Petyr został protektorem Doliny, radził sobie całkiem nieźle z działaniem zakulisowo i mimo ogromnej niechęci lordów poustawiał wszystko tak, żeby za rok czy dwa Sansa mogła zostać władczynią Doliny i odzyskać Winterfell. (Nie sądzę, żeby na tym mu zależało w dłuższej perspektywie, ale liczy się, że mu się udało). Twórcy serialu mieli prawo obrać inną drogę, tylko że za bardzo jej nie pokazali. Na dobrą sprawę nie wiadomo, co spowodowało upadek Littlefingera, poza zadanym przez scenarzystów spadkiem IQ i może niedoszacowaniem możliwości Sansy. Nie widzieliśmy, czy i jak objęcie władzy nad Doliną ograniczyło jego możliwości. Zgadzam się, że ta postać powinna upaść w większym stylu, najlepiej u szczytu swojej potęgi, a nie wtedy, gdy straciła cały wpływ na fabułę.

      Usuń
    4. Hhhmm. satysfakcja - pewnie tak. Tymbardziej, że serial pokazuje w trochę innym świetle rządy Littlefingera nad Doliną. Prawda jest jednak taka, że niezależnie co by on zrobił, to różnice społeczne powinny w pewnym momencie doprowadzić do upadku znienawidzonego parweniusza. Ale rzeczywiście jego wątek został źle poprawadzony

      Usuń
  3. Gryzipiórze, chciałam Ci bardzo podziękować za wędrówkę przez ten sezon :-). Nadal "Gry..." nie oglądam, ale czuję się bardzo zorientowana (przyznaję, że wciągnęłam się też w recenzje odcinków w "New Yorkerze" ;-)).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cała przyjemność po mojej stronie! Podczytuję czasem recenzje w New Yorkerze, łączą sympatię do serialu, krytyczne podejście i szyderę tak, że można pozazdrościć :)

      Usuń
  4. Bardzo ładnie podsumowałaś wszystkie moje wątpliwości co do tego sezonu. Zwłaszcza podpisuję się pod tym fragmentem o zadowalaniu czytelnika. Gdy w piątym bodajże sezonie ginął taki Oberyn, temperatura rosła znacznie bardziej niż przy tysiącu smoków palących mur. Ale chyba teraz główną intencją twórców jest zgrabne zakończenie wszystkich wątków i wzięcie się za spinoffy ;)

    P.S. Teoria z Tyrionem bardzo mi się podoba, na to nie wpadłam. Ale to ma sens, nawet gdyby było tylko blefem ze strony samego Tyriona.

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.