Łupy wojenne, czyli „Gra o tron”, sezon 7, odcinek 4


W tym tygodniu Gryzipiór ma dla Was zagadkę. Jak ocenić odcinek „Gry o tron” złożony z dwóch części – pierwszej, która ma sens, ale nie jest zbyt ciekawa, i drugiej, która wgniata w fotel, ale nie ma sensu? W poszukiwaniu odpowiedzi na to niecierpiące zwłoki pytanie odwiedzimy mroczne jaskinie Pierwszych Ludzi i zapuścimy się na płonące równiny niedaleko Królewskiej Przystani, gdzie pewien jednoręki rycerz postanowił ubić smoka. Zaczniemy jednak od Północy, na której ewidentnie kroi się jakaś większa afera. I to nie tylko za sprawą armii umarlaków, która jako jedyna w tym sezonie nie posiadła zdolności teleportacji i wciąż jeszcze maszeruje po zamarzniętym morzu gdzieś na wysokości Muru.


Tekst zawiera spoilery dotyczące fabuły odcinka.

Najpierw Littlefinger próbuje zaskarbić sobie sympatię Brana, co samo w sobie jest diablo niepokojące. Gest przyjaźni wydaje się skrywać groźbę, Petyr bowiem ofiarowuje prawowitemu lordowi Winterfell sztylet z valyriańskiej stali, ten sam, który o mało nie pozbawił go życia. Po co, zapytacie? No właśnie. Tak wytrawny gracz o tron powinien wiedzieć, że Starka nie można przekupić, więc pewnie chce wzbudzić jego zaufanie, symbolicznie składając broń. Oj, nie powinien był tego robić, bo od czasu wyprawy na Północ Bran nie tylko gada jak automat, ale też widzi wszystko, przeszłość i przyszłość. „Chaos to drabina” – rzuca nagle w twarz Petyrowi jego własne credo, wypowiedziane dawno temu, w innym miejscu i do innej osoby. Littlefinger rozsądnie ewakuuje się z pokoju, póki jeszcze może, a jego miejsce zajmuje nasza dzielna Meera, która zapragnęła wrócić do rodziny.

Powiedzieć, że jej pożegnanie z Branem jest chłodne, to nic nie powiedzieć. Na Gryzipiórze duże wrażenie zrobiła w tej scenie Ellie Kendrick, której ostatnie, wypowiedziane drżącym głosem słowa złamały serce niejednemu widzowi, choć na pewno nie Branowi. „Umarłeś w tamtej jaskini!” – rzuca na odchodnym i ma niestety rację. W sieci już pojawiły się głosy, że twórców poniosło, gdy między szóstym a siódmym sezonem zmienili Brana w pozbawionego uczuć robota, i chyba jest w tym trochę racji. Szczególnie że jego przemiana nie nastąpiła stopniowo na naszych oczach, ale gdzieś między wierszami podczas długiej drogi powrotnej do Winterfell. Może przez to Bran bardziej nas teraz rozczarowuje, niż niepokoi czy przeraża, choć zdaje się, że to na tej drugiej reakcji zależało scenarzystom. Chyba tylko jego wyniosłą apatią można tłumaczyć to, że nie zdradził jeszcze wszem wobec udziału lorda Baelisha w spisku przeciwko Nedowi Starkowi. A może widział przyszłość i tylko czeka na odpowiedni moment?

fot. HBO / Fanpop [*]
Jeśli tak, to możliwe, że odpowiedni moment właśnie nadszedł. Oto u bram Winterfell staje Arya Stark we własnej osobie. Raz już twórcy wycisnęli nam łzy z oczu podczas spotkania rodzeństwa Starków, widać uznali, że teraz mogą się zabawić. Podobało się Gryzipiórowi, jak zręcznie obłaskawili humorem powagę i nieuniknioną podniosłość tej sceny. Oto dwaj gwardziści, tępi jak noga stołowa, kłócą się o to, kto ma powiadomić lady Sansę, a Arya rozkoszuje się powrotem do domu, aż ma ich dość i ucieka. Dokąd? Do krypt, gdzie skłócone niegdyś siostry wreszcie pojednają się pod kamiennym spojrzeniem ojca. Gryzipiór, szczerze mówiąc, nie był tą sceną zachwycony: wydała mu się jakaś... zbyt beznamiętna? Dopiero przy powtórce zdał sobie sprawę, że jego rozczarowanie zostało zaprogramowane. Rwana rozmowa i wzajemne skrępowanie Aryi i Sansy to dowody na to, jak bardzo zmieniły się obie Starkówny, odkąd rozłączono je w pierwszym sezonie, i jak wiele pracy będzie wymagało odnowienie ich więzi. Znaczący jest moment, w którym Sansa poucza Aryę, że nie powinna była uciekać przed gwardzistami, jakby jej siostra wciąż była dziewczynką ganiającą koty, choć jest już... No właśnie – kim jest Arya? Chwilę później zastajemy ją na dziedzińcu, gdzie ćwiczy walkę z Brienne w scenie czysto fanserwisowej, ale i tak ładnie zaaranżowanej przez choreografów. „Kto cię tego nauczył?”. „Nikt” – odpowiada elokwentnie Arya, a Gryzipiór zaczyna się martwić, czy w wataże Starków na pewno znajdzie się miejsce dla czarnej owcy. Jak wyleczy złamane serce dziesięć milionów widzów, jeśli Arya wróci do domu tylko po to, by ktoś ją z niego przepędził?

No dobrze, Gryzipiór nie będzie udawał, że wie, dokąd zmierza wątek w Winterfell, poza tym, że dni Littlefingera wydają się policzone. Może to i dobrze, bo serialowy lord Baelish – w przeciwieństwie do swojego książkowego odpowiednika – nigdy nie wydał się Gryzipiórowi szczególnie interesujący, zwłaszcza odkąd z rzekomego geniusza zbrodni przeobraził się w nieudolnego aktora drugiego planu, którego najlepszą bronią jest tajemniczy uśmieszek. Czy wykończy go łypiąca na niego spode łba Arya? Czy właśnie po to Bran przekazał jej sztylet z valyriańskiej stali? Być może. Taka śmierć miałaby w sobie coś z poetyckiej sprawiedliwości, bo przecież to kłamstwo Littlefingera dotyczące tego sztyletu zapoczątkowało wojnę i sprowadziło na Starków te wszystkie nieszczęścia.

fot. HBO / Fanpop [*]
Skoro zaś mowa o Starkach i innych nieszczęściach. Jon właśnie sobie przypomniał, że nie ma lepszego miejsca na podryw niż mroczna jaskinia sprzed nastania ery człowieka, i zaprosił Daenerys do swojej nowej kopalni smoczego szkła. Brawo, Jon. Przykro to mówić, ale to, co się dzieje między tą parą w tym odcinku, nie jest już takie subtelne jak w zeszłym tygodniu i zaczyna przypominać ekspresowe romansidło na zmianę z komedią romantyczną. Za wcześnie, żeby powiedzieć, czy to tylko gra z oczekiwaniami widza, czy też ta stara fabularna klisza z kochankami, których połączyło przeznaczenie. Gryzipiór, odwieczny pesymista, stawia na to drugie, zwłaszcza że wycieczka do jaskini nawiązuje do podobnej sceny z udziałem Ygritte i rozegrana zostaje zgodne z wszelkimi prawami gatunku: przyćmione czerwone światło, zbliżenia na twarze, wyraźnie wyczuwalne erotyczne napięcie... Parę scen później Davos koniecznie chce wiedzieć, co Jon sądzi o Daenerys, a Jon udaje, że nie wie, o kim mowa. Ugh. Żeby tak choć jedna opowieść fantasy mogła się zakończyć małżeństwem z rozsądku! Tak czy inaczej, Jon i Dany nawiązują bardziej osobistą więź, a namalowane na ścianach jaskini wizerunki Dzieci Lasu i Pierwszych Ludzi ramię w ramię walczących z Innymi przekonują naszą Targaryenkę, że czas ruszyć na odsiecz Północy. Oczywiście, o ile Jon ugnie kolan.

I o ile będzie z czym ruszać na Północ. Na zewnątrz, z minami zbitych psiaków, czekają na naszych grotołazów Varys i Tyrion z dobrą i złą wiadomością. Dobra wiadomość: zdobyliśmy Casterly Rock. Zła wiadomość: przegrywamy wojnę. Wściekła Dany wbija Tyrionowi szpilę, sugerując, że w głębi serca nadal pozostaje wierny swojej rodzinie, co będzie ważne – za chwilę. Potem wraca do pomysłu spopielenia Czerwonej Twierdzy, jednak chce wiedzieć, co o sprawie sądzi Jon, a Jon jest przeciw (mądry Jon). Zanim poznamy decyzję smoczej królowej, będziemy jeszcze świadkami rozmowy, w której Missandei tłumaczy Jonowi, że ludzie podążają za Daenerys z miłości i własnego wyboru, a nie z przymusu czy obowiązku wobec władcy. Ta pozornie zbędna laurka pełni ważną funkcję: stanowi kontrast dla tego, co się za chwilę zdarzy. A zdarzy się...

fot. Helen Sloan / HBO
...druga połowa odcinka – ta, która jest znakomita, ale nie ma sensu. Pierwsza, choć chwilowo prowadzi donikąd, kładzie przynajmniej fundamenty pod jakąś większą hecę na Północy, pokazuje trudne relacje Starków ze Starkami i śledzi ewolucję w stosunkach Jona i Dany, nawet jeśli dialogi są momentami banalne i powtarzają tylko to, co widzowie dawno już wiedzą. Druga... Druga bardzo dobrze ilustruje, jaki ma Gryzipiór problem z „Grą o tron”. To serial, który jakoś po wyczerpaniu się książkowego pierwowzoru stał się bardziej widowiskiem niż wielowątkową kroniką walki o władzę, w której ogrywa się nasze oczekiwania wobec typowej narracji fantasy. Ma poruszać serce, nawet kosztem rozumu i zdrowia psychicznego tropicieli nieścisłości. Niemniej... Twórcy naprawdę wiele od nas oczekują. Może za wiele. Że zawiesimy niewiarę i zaakceptujemy, że Dothrakowie, którzy pewnie ledwie potrafią postawić żagiel, błyskawicznie dobili do brzegów Reach. Że gdzieś w tej ogromnej, spalonej słońcem krainie znaleźli pojedynczy konwój, a sami pozostali niezauważeni. Że Jaime Lannister i lord Tarly, obecnie dwaj najwięksi dowódcy wojskowi w Westeros, tak głupio rozciągnęli szyki. Że pozbawili królową i Czerwoną Twierdzę skorpiona Qyburna, jedynej broni przeciwko smokom. Na litość Siedmiu, jesteście w stanie wojny, panowie! Wyślijcie chociaż zwiadowców, a jeśli wysłaliście, to zmartwcie się ich zniknięciem!

Ale po kolei. Jesteśmy gdzieś na południu, niedaleko zdobytego tydzień temu Wysogrodu, z którego Lannisterowie wyprowadzają tytułowe łupy wojenne: zapasy żywności i złoto, dzięki któremu Cersei chce spłacić dług wobec Żelaznego Banku, sfinansować kampanię wojenną i sprowadzić zza morza Złotą Kompanię (co jest o tyle ciekawe, że w książce ci najemnicy byli lojalni wobec Targaryenów – jeśli stawią się na wezwanie do Westeros, to po czyjej stronie?). Gryzipiórowi, prawdę mówiąc, trudno uwierzyć, że całe potrzebne do tego złoto znalazło się w jednym tylko Wysogrodzie. Tyrellowie byli bogaci, owszem, ale chyba nie aż tak, żeby w pojedynkę spłacić kilkunasto- lub nawet kilkudziesięcioletnie długi Korony. W każdym razie w tej scenie powraca marudzący o wypłatę Bronn, a wraz z nim trochę fajnego, nawet niewymuszonego humoru. Przy okazji dowiadujemy się, że z lorda Tarly’ego nadal jest gbur i okrutnik pierwsza klasa, a młody Dickon zdobywa serca widzów, dowodząc, że nie wdał się w ojca. Co znaczy, że pewnie niedługo umrze.

fot. HBO / Fanpop [*]
Pod koniec odcinka konwój złota i zboża jest już w okolicy Królewskiej Przystani. Za chwilę ziemia drży od uderzeń końskich kopyt, a za chwilę plus chwilę zza wzgórza wyskakuje horda dothrackich wyjców. Wtedy z chmur wynurza się Drogon, który najwyraźniej nabrał apetytu na przypiekanych Lannisterów... a na jego grzbiecie siedzi Dany, bez zbroi co prawda (bo zbroje są dla mięczaków, a nie dla matek smoków), ale z miną świadczącą o tym, że ktoś tu właśnie obudził gniew smoka. Gryzipiór nie będzie udawał, że nie oglądał tego wszystkiego z otwartą gębą. Naprawdę go uradowało, że HBO sypnęło groszem na ekranizację współczesnego odpowiednika Pola Ognia, słynnej bitwy z czasu podboju Aegona Zdobywcy, przodka Dany. I że udało się przekonująco pokazać w telewizji walkę z udziałem smoka, nie popadając w śmieszność i nie zdradzając, gdzie przeprowadzono cięcia budżetowe. Niektóre fragmenty tej bitwy są naprawdę kapitalne, choćby desperacka przeprawa Bronna przez chaos i ogień czy kaskaderskie wyczyny Dothraków w pełnym galopie.

Ciekawe, że na chwilę przyjmujemy perspektywę Tyriona, który obserwuje walkę z pobliskiego wzgórza, a w tle dźwięczą ponuro „Deszcze Castamere” (świetny wybór). Zdaje się, że dla niego Pole Ognia 2.0 jest przede wszystkim tragedią setek spopielonych żywcem żołnierzy Lannisterów i być może – tu Gryzipiór spekuluje na podstawie zapowiedzi kolejnego odcinka – dowodem na okrucieństwo Daenerys, które spowoduje rozłam w jej zespole. A może Krasnal ma taką minę, bo Danka właśnie puściła z dymem całe zapasy jedzenia z Wysogrodu?

Mimo wysokiego stężenia smażonych Lannisterów na metr kwadratowy, ta bitwa to nie jest jeno brutalny spektakl. Po drodze dowiadujemy się paru ważnych rzeczy, na przykład tego, jak niedoświadczona w walce czy też zbyt pewna siebie jest nasza smocza królowa, której nie udaje się w porę umknąć z zasięgu skorpiona, skutkiem czego Drogon obrywa w skrzydło i musi awaryjnie lądować. To, co następuje potem, to jest, słuchajcie, czysta poezja, w dodatku wielce widowiskowa. Pokonany Jaime rusza do rozpaczliwej szarży przez pole ognia, by jednym ciosem w serce Dany zakończyć wojnę. Na szczęście w pogotowiu jest już Bronn i obaj panowie, zamiast w smoczym żołądku, lądują w pobliskim jeziorku, z którego... tak na logikę Jaime nie powinien już wypłynąć. Ale wypłynie, Gryzipiór daje głowę, że wypłynie. Śmierć przez utonięcie byłaby dla niego za mało epicka, poza tym – kto by wtedy sprzątnął Cersei? Gryzipiór stanowczo domaga się więcej rodzinnej dramy, zanim poślemy do piachu wszystkich Lannisterów. Tymczasem kończy tę relację z odcinka, który najpierw trochę go znudził, potem trochę zachwycił, a na koniec mocno sfrustrował. Czemu, powiedzcie, nie możemy mieć ładnych rzeczy bez tych wszystkich nielogiczności i luk w fabule?

  • Reżyseria: Matt Shakman
  • Scenariusz: David Benioff i D.B. Weiss
  • Produkcja: HBO
  • Premiera: 6 sierpnia 2017
  1. Naprawdę rzeczowa recenzja. Czekam na więcej tak wartościowych opisów.

    OdpowiedzUsuń
  2. No cóż, na ostatnie pytanie odpowiedź wydaje się banalnie prosta - bo scenarzyści Gry nie mają talentu pana Martina (gdyby mieli, robiliby własne kariery pisarskie, a nie odwalali chałtury dla telewizji). W dodatku zapewne ograniczają ich naciski HBO, która głupio uparła się uwalić serial jak najszybciej.
    Nie chcę kopać leżącego, ale zważywszy na fakt, że złoto i tak koniec końców dotarło do Królewskiej Przystani (wspomina o tym Randyll Tarly) ta bitwa w ogóle nie ma ŻADNEGO sensu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wzbudziła emocje. I o to, myślę, głównie chodziło. Recenzje były przeważnie przychylne, padł rekord oglądalności (ponad 10,5 mln widzów), więc cel osiągnięty, recepta się sprawdziła. Nie sądzę, by przy takim sukcesie decydenci z HBO i sami twórcy chcieli zmieniać coś w swoim podejściu do serialu, czego sama żałuję, bo wolałabym znakomity serial od znakomitego widowiska. Ale mamy, co mamy :)

      Usuń
    2. Pytanie tylko czy byłyby dzisiaj te rekordy oglądalności, gdyby serial od początku był taki jak ostatnie sezony? ;) Bo to, że ciekawość widzów nakręca się w miarę zbliżania się do rozwiązania intrygi nie jest niczym niezwykłym.

      Usuń
  3. Ileż zmarnowanych możliwości w tym odcinku!
    Czemu jak Danka robi coś głupiego, co wszyscy jej odradzają to zawsze na tym dobrze wychodzi? Plot armor lvl 1000000.

    Zakończenie tego odcinka woła o pomstę, to chyba najbardziej zmarnowany potencjał jaki widziałem w GoT'cie. O ileż ciekawiej byłoby gdyby Drogon zginął a Dany została pojmana lub również zginęła? Jakże ciekawie można byłoby wówczas poprowadzić akcję na smoczej skale, wśród jej zwolenników, rozbitych i nie wiedzących co robić! Byłby to chyba największy zwrot akcji w historii serialu! A tak... A tak jest dokładnie tak jak wszyscy się spodziewali. Łącznie z obrzydliwie słodkim Joanerys.
    Pozdrawiam
    J.K.K.L

    OdpowiedzUsuń
  4. Mnie też się coraz mniej serial podoba, co nie znaczy że się nie podoba. Po prostu kiedyś to była dzika ekscytacja, teraz jest po prostu ekscytacja :D Może nie wyłapuję wszystkich błędów, ale często mam wrażenie, że coś całościowo nie gra. Aktualnie najbardziej podoba mi się chyba Arya i jej wątek.
    Ostatnia bitwa była naprawdę piękna i emocjonująca, ale faktycznie trochę rzeczy się tam nie zgadzało, a Dany z odcinka na odcinek traci w moich oczach.
    Ciekawa jestem czy w kolejnej książce Martin opisze te same wydarzenia ?

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.