Wschodnia Strażnica, czyli „Gra o tron”, sezon 7, odcinek 5


No tak, ledwie Gryzipiór opuścił posterunek, coby popluskać się w polskim morzu, a już „Gra o tron” zaczęła się psuć. Naprawdę, naprawdę psuć. Wprawdzie do ostatecznego werdyktu zostały jeszcze dwa odcinki, ale zdaje się, że to jednak nie był dobry pomysł – rozpisać finał tego serialu na dwa krótsze sezony. W rezultacie we „Wschodniej Strażnicy” akcja pędzi na łeb, na szyję, ważnym scenom nie pozwala się wybrzmieć, a w poczynaniach bohaterów widać bardziej rękę scenarzysty niż fabularną konieczność. Jon zaprzyjaźnia się ze smokiem, dwaj bracia spędzają ze sobą stanowczo za mało czasu, a Sansa, która rządzi Północą, aż miło, napotyka opór we własnej rodzinie. Ach, i powraca pewien dawno niewidziany bękart. Bo tak.


Tekst zawiera spoilery dotyczące fabuły odcinka.

„Wschodnia Strażnica” rozpoczyna się tam, gdzie skończył się poprzedni odcinek, to znaczy na pobojowisku obecnie malowniczo przysypanym popiołem. Bronn, oczywiście, wyławia Jaime’ego z głębin Czarnego Nurtu, jakby Królobójca stanął do bitwy w tekturze, a nie w dwudziestu kilogramach żelastwa. Sądząc po jego minie, wolałby w tej rzece zostać, niż powiedzieć Cersei o klęsce. Królowa jednak wszystko już wie i nie chce słyszeć o negocjowaniu rozejmu. Lannisterowie – argumentuje – przelali za dużo targaryeńskiej krwi, by mogli liczyć na łaskę, a w ogóle to lepiej umrzeć w walce niż bez walki. Brzmi rozsądnie. Jaime przekazuje siostrze, czego się dowiedział od Olenny, ale Cersei nie robi to różnicy – znienawidziła Tyriona na długo, zanim Krasnal został wmieszany w morderstwo Joffreya. Tymczasem paręset kilometrów na południe Dany daje śliczny pokaz hipokryzji: przekonuje niedobitki królewskiej armii, że różni się od Cersei, by za chwilę zastosować jej ulubioną technikę rządzenia – strach. Daje jeńcom wybór: przyłączcie się do mnie albo zgińcie. Jej koronny argument? Malowniczo przycupnięty na skale, najwyraźniej cudem ozdrowiały Drogon. Widok rozeźlonego smoka błyskawicznie leczy z ksenofobii lannisterskich żołnierzy, ale nie lorda Tarly’ego, który raz bucem zostawszy, bucem skończył w płomieniach. Acz to naprawdę miło z jego strony, że próbował ocalić Dickona, który uparł się podzielić los ojca. Taki to banalny zabieg – uczłowieczenie złola tuż przed śmiercią – ale na Gryzipióra podziałał.

fot. Helen Sloan / HBO
Jednak nie o smutny koniec rodu Tarlych w tej scenie chodzi, ale o Daenerys i jej małe fiksum-dyrdum. Czy tylko Gryzipiór ma wrażenie, że scenarzyści piszą tę bohaterkę coraz chaotyczniej, jakby mała królowa cierpiała na rozdwojenie jaźni, a nie przechodziła planowaną ewolucję, jak powinien to robić prawdziwie dobrze napisany bohater? W jednej chwili jest zagubioną dziewczynką o dobrym sercu, a w następnej – bezwzględną zdobywczynią, która pali ludzi żywcem, godną następczynią Obłąkanego Króla. Nic dziwnego, że Tyrion zaczyna mieć wątpliwości co do wyboru ścieżki zawodowej, z których zwierza się Varysowi, zaraz po tym, jak nie udaje mu się wyjednać łaski dla Tarlych. Pająkowi problemy z szalonymi królami nie są bynajmniej obce, podobnie jak poczucie winy i skłonność do zapijania go winem. Czy ten wątek – zapytacie pewnie – dokądś prowadzi? Gryzipiór nie wie – inne wydarzenia z tego odcinka przekonały go, że twórcy „Gry o tron” lubią podsycać konflikty wyssane z palca – ale nie miałby nic przeciwko temu, gdyby Tyrion pewnego dnia odłączył się od Danki. Krasnal błyszczał w pierwszych sezonach jako bohater własnej opowieści, teraz głównie gra drugie skrzypce przy smoczej królowej. Może czas na zmiany?

Zaraz potem Dany nieświadomie przeprowadza najlepszy w Westeros test na pokrewieństwo, to znaczy podlatuje Drogonem trochę za blisko Jona, który jednak ma rękę do zwierząt, i to całkiem dosłownie. To fajna, efektowna, pełna napięcia scena, choć oczywiście znowu musimy przyjąć, że albo w każdym odcinku upływa co najmniej miesiąc, albo maestrowie wynaleźli teleportację, o czym jednak twórcy zapomnieli widzów poinformować. Danka już, już ma się dowiedzieć, co miał na myśli Davos, mówiąc o nożu wbitym w serce Jona, ale wtem na Smoczą Skałę powraca ser Jorah, chmurnie spoglądający na kolejnego gładkolicego konkurenta do ręki małej królowej. Jego powitanie z Dany jest bardzo ładne (a pożegnanie będzie jeszcze ładniejsze) i wieńczy tę część odcinka, która nie jest jeszcze kompletnie od czapy.

fot. Helen Sloan / HBO
Co jest nie tak z resztą „Wschodniej Strażnicy”? Najpierw Bran posyła na daleką północ stado kruków, które są jego oczami i uszami i bezbłędnie docierają akurat w to miejsce, w którym rozgrywa się coś istotnego dla fabuły: maszerują armie nieumarłych. Na ten widok nasz Trójoki Robot każe rozesłać wieści po wszystkich Siedmiu Królestwach, diabli wiedzą, dlaczego teraz, a nie trzy odcinki wcześniej. Najmniej korków jest na trasie do Cytadeli, bo tam kruki docierają najszybciej, a najmędrszy z najmędrszych maester dochodzi do wniosku, że wieści o przebudzeniu Innych to część spisku uknutego przez Daenerys i spółkę. Logiczne. Tymczasem Sam nadal biedzi się nad przepisywaniem starożytnych tomiszczy. Pomaga mu Goździk, która z woli przeznaczenia i scenarzystów czyta akurat pamiętnik sprzed trzydziestu lat. Jego autor informuje o unieważnieniu pierwszego małżeństwa księcia Rhaegara z Elią z Dorne i jego drugim ślubie. To kolejny zwrot fabularny ni w pięć, ni w dziesięć – Rhaegar pochodził z rodu praktykującego wielożeństwo i raczej nie śmiałby śmiertelnie obrazić Dorne, oddalając księżniczkę Martellów. Ale napięcie zostaje podkręcone, więc w porządku. W myśl prawa to Jon jest teraz prawowitym dziedzicem Żelaznego Tronu, nie Daenerys.

Gryzipiór zgaduje, że podanie mimochodem tak ważnej informacji miało być zabawne, ale i tak poczuł się zirytowany – no, bo czy to nie jest objaw scenopisarskiego lenistwa, kiedy bohaterowie ot tak przypadkiem dowiadują się czegoś, co odmieni ich życie? Sam najwyraźniej podzielił uczucia Gryzipióra, bo – znudziwszy się czytaniem o wielkich czynach innych ludzi – czym prędzej ewakuował się z Cytadeli, obrabiając przy okazji maestrów z co cenniejszych zwojów. Jeśli to już koniec jego perypetii w Starym Mieście, to chyba nie były one warte cennego czasu antenowego. Oczywiście, dowiedzieliśmy się o smoczym szkle, Sam wygrał konkurs na najbardziej naciągany wątek roku, lecząc Joraha, a twórcy mogli poeksperymentować z montażem, ale Gryzipiór satysfakcji w tym nie odnalazł, a tylko poczucie, że scenarzyści wysłali Tarly’ego do Cytadeli, żeby zebrał informacje konieczne do pchnięcia akcji naprzód.

fot. Helen Sloan / HBO
Jedną ze wspomnianych wcześniej scen, którym nie pozwolono wybrzmieć, jest ta, w której Jon dowiaduje się z listu, że jego brat i siostra żyją. Nie trzeba było wiele – ot, wystarczyłby jakiś moment sam na sam z bohaterem, jakieś znaczące zbliżenie twarzy wyrażającej radość i niedowierzanie. Ale nie. Twórcy załatwili sprawę dwoma zdaniami, bo przecież trzeba pędzić z naradą wojenną, na której... dzieją się rzeczy dziwne. Gryzipiórowi wygląda to na niestety niezbyt zgrabną próbę przeniesienia ciężaru fabuły z wojny dwóch królowych na walkę z Innymi. Otrzymawszy wieści o armii Nocnego Króla maszerującej na Wschodnią Strażnicę, sam Tyrion dochodzi do wniosku, że trzeba... tak jakby zawrzeć rozejm z Cersei? I zakłada, że królowa nie uwierzy w najazd zombie, póki go nie zobaczy, więc Jon ofiarowuje się wyruszyć na samobójczą misję za Mur, by pojmać nieumarlaka i udowodnić Cersei, że zagrożenie jest prawdziwe...

Noż bodaj ich wszystkich pierun trzasł. Po pierwsze, skąd u Tyriona ta nagła wiara w rozsądek siostry? Po drugie, ilu żołnierzy pozostało Lannisterom po jatce z zeszłego tygodnia i czy naprawdę trzeba kłopotać się rozejmem z wrogiem, który nie ma już nawet sił, by stawić nam opór? Czy warto dawać mu czas na sprowadzenie zza morza armii najemników? Po trzecie, Jon, mój drogi, wszyscy wiemy, że znudziło ci się tęskne wystawanie na klifie, ale – na litość Siedmiu – czy naprawdę zamierzasz ryzykować życie i niezależność Północy, aby zyskać przychylność Cersei Lannister? Nic z planu ekipy Daenerys nie trzyma się kupy i Gryzipiór podejrzewa, że twórcy chcieli po prostu znowu wysłać Jona za Mur, bo tak jest bardziej epicko. Tyle że zupełnie bez pomyślunku.

Varys się zgadza (fot. Helen Sloan / HBO).
Co więcej, realizacja tego arcydzieła wojennej strategii wymaga potajemnej wycieczki do Królewskiej Przystani i wizyty u Jaime’ego, którego Tyrion spróbuje przekonać do spotkania Dany i Cersei. Organizacją transportu zajmie się Davos – i będzie to bodaj najlepszy fragment tego odcinka. Cebulowy Rycerz jako bohater trochę nam przygasł, odkąd znalazł się w cieniu Jona, ale w scenie negocjacji z patrolem Lannisterów pokazał, że wciąż chytry z niego skurczybyk, i to taki, który posiadł rzadką w Westeros umiejętność rozwiązywania konfliktów bez użycia przemocy. Szkoda, że twórców zawiódł instynkt i dwa razy więcej czasu poświęcili jego szemranej viagrze z krabów niż samemu spotkaniu Jaime’ego i Tyriona. To powinien być wielki moment – taki na miarę pojednania Sansy z Jonem w poprzednim sezonie – ale twórcy zanadto się pośpieszyli, nie zapewnili żadnemu z bohaterów wystarczająco silnej motywacji do tego spotkania i tylko jak zawsze świetny Peter Dinklage jakoś tę scenę ocalił. Jaime udaje się następnie do komnat Cersei, która wie już o spotkaniu (ostatnio wie wszystko), co więcej, uważa, że rozmowy ze smoczą królową leżą w ich interesie. „Musimy walczyć jak ojciec” – mówi z pokerową twarzą. Biorąc pod uwagę, że największym wojennym sukcesem lorda Tywina było wymordowanie Starków na zabawie weselnej, Jon i Dany powinni czuć się zaniepokojeni. Później Cersei zrzuca na Jaime’ego prawdziwą bombę: jest w ciąży. Jest czy nie jest? Gryzipiór ma nadzieję, że to podstęp, mający zjednać jej brata, podobnie jak wypowiedziane chwilę później groźby. W innym wypadku, gdyby Jaime rzeczywiście miał w przyszłości zabić siostrę, byłoby to tylko tanie podsycanie dramatu.

Tymczasem Davos wybrał się na miasto w odwiedziny do starego znajomego, Gendry’ego. Co tam „wybrał się” – zaproponował mu przenosiny do Winterfell. I z tym jest problem, bo z jednej strony to fajnie, że wracają dawni bohaterowie, a z drugiej – w samej opowieści nie ma chyba uzasadnienia dla takiego powrotu (ale, ej, jest pretekst do żartu o wiosłowaniu!). Trudno też rozgryźć tok myślenia Davosa, który najwyraźniej nasłuchał się gróźb Daenerys i chce uratować chłopaka przed smoczym ogniem, wysyłając go... do Winterfell, któremu dla odmiany zagrażają Inni. Ten mistrzowski plan pokrzyżuje jednak sam Gendry, który zgłosi się na ochotnika na wyprawę za Mur. „Nie jesteś żołnierzem!”. „Ale jestem wojownikiem!”. Słodkie.

fot. HBO / Fanpop [*]
Dziwniejsze jeszcze sprawunki dzieją się w Winterfell, gdzie Sansa wysłuchuje skarg lordów zawiedzionych nieobecnością Jona. „Nie wybraliśmy cię, byś nami rządziła, pani, ale być może powinniśmy”. Alleluja, w końcu ktoś powiedział to głośno. Rozmowie przysłuchuje się Arya, która... ma z siostrą jakiś problem, ale Gryzipiór za diabła nie rozumie jaki. Na plus w tej scenie należy policzyć sukienkę Sansy i jej zdroworozsądkowe uwagi o rządzeniu. Na minus – wzięty z sufitu konflikt z Aryą, która zarzuca siostrze, że a) planuje zamach stanu, b) zajęła komnaty rodziców, c) jako dziecko lubiła ładne rzeczy i uważała się za lepszą od innych, d) nie ścięła głów lordom, którzy obrazili Jona. Na Siedmiu, jak mogła podjąć tak rozsądną decyzję?! Nie, serio, ta nagła podejrzliwość jest tak bardzo od czapy, że nie da się jej nawet wytłumaczyć dawnymi zatargami – po tym, co w życiu przeszła, Arya powinna zdystansować się do swojej dziecięcej niechęci do Sansy, a nie jej ulegać.

Może te same uczucia, które kazały jej wymordować Freyów, nie pozwalają jej teraz wrócić do normalnego życia? Na to wskazywałaby kolejna sekwencja, nakręcona trochę w konwencji horroru, w której Arya śledzi podejrzanie się zachowującego Littlefingera. Przeszukuje też jego komnatę i w materacu znajduje wiadomość, którą młodziutka Sansa napisała z polecenia Cersei do Robba i matki jeszcze w pierwszym sezonie. Czy ten list może zaszkodzić jej w obecnej sytuacji? Trudno powiedzieć; być może w nieodpowiednich rękach mógłby zamienić się w dowód zdrady. Ważniejsze wydaje się pytanie, w co gra Littlefinger. Bo ostatnie ujęcie sugeruje, że celowo doprowadził Aryę do listu. Może chce podsycić konflikt między siostrami? Tak czy inaczej, Gryzipiór cieszy się, że lord Baelish wreszcie zaczął działać, zamiast tajemniczo się uśmiechać, choć wiele wskazuje na to, że będzie to już tylko jego łabędzi śpiew.

Po mniej niż kwadransie od opuszczenia Smoczej Skały oddział szturmowy w osobach Jona, Joraha i Gendry’ego dopływa do tytułowej Wschodniej Strażnicy, którą widzimy w odcinku przez całe pięć minut, i to głównie od środka. Tormund usiłuje uświadomić Jonowi, jakim głupim pomysłem jest wyprawa za Mur, przy milczącym poparciu prawie jedenastu milionów widzów. Na szczęście król Północy nie pójdzie sam na spotkanie z upiorami, bo towarzyszyć mu będą Ogar, Beric i Thoros, obecnie więźniowie Nocnej Straży (dlaczego więźniowie? Siedmiu raczy wiedzieć). Gendry, oczywiście, ma nieco zatargów z Bractwem, które sprzedało go niegdyś Melisandre, i tak właśnie twórcy realizują tę okropnie banalną kliszę fabularną, w której ekipa niecierpiących się bohaterów musi współpracować dla większego dobra. Odcinek kończy się, kiedy nasi herosi, na piechotę, prawie bez tobołów, wspierani przez oddzialik anonimowych nieszczęśników z Nocnej Straży, wyruszają za Mur, gdzie hula śnieżna zamieć. Jak dla Gryzipióra, mogliby się już na zawsze w tej zamieci zgubić, bo jeśli dwa kolejne odcinki „Gry o tron” będą wyglądały podobnie, to on bardzo dziękuje i będzie odtąd tylko podziwiał sukienki Sansy.

  • Reżyseria: Matt Shakman
  • Scenariusz: David Benioff i D.B. Weiss
  • Produkcja: HBO
  • Premiera: 13 sierpnia 2017
  1. Niestety nie da się ukryć, że ten sezon to kompletna porażka. Zwłaszcza jeżeli wziąć pod uwagę opóźnioną premierę i buńczuczne zapowiedzi producentów oraz aktorów. No cóż, takiego GoTa mamy i innego mieć nie będziemy. Pozostaje nadzieja, że odbijemy sobie wszystko przy wersji książkowej.
    I tylko małe sprostowanie. To bynajmniej nie koniec rodu Tarlych. Nawet gdyby Sam uparł się pozostać w Nocnej Straży, to ma przecież jeszcze młodszą siostrę, która może wziąć matrylinearny ślub i narobić małych Tarlych do oporu. Śmierć zdradzieckiej kanalii i syna - przygłupa mogłaby nawet wyjść rodowi na zdrowie. Młoda Talla sprawia daleko korzystniejsze wrażenie. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko czy w Westeros są matrylinearne śluby? Jakoś nie kojarzę precedensu w książce, choć w serialu mogą panować inne zasady. I kto wie, może fakt, że u szczytu władzy mamy teraz prawie same kobiety, jakoś wpłynie na mentalność ludu Westeros i osłabi patriarchalny system na tyle, że taka Talla będzie mogła rządzić samodzielnie? Przyjemna myśl, acz nie sądzę, by twórcy odnieśli się do problemu. Pewnie zapomną o Tarlych, tak jak zapomnieli już o Tyrellach i Martellach.

      Usuń
  2. O ile wiem, w większości krain Westeros panuje agnatyczno-kognatyczny system dziedziczenia, w którym córki dziedziczą, gdy brak męskich potomków. W książce było to dość dobrze opisane przy okazji afery z Myrcellą w Dorne. A taki system wręcz z założenia dopuszcza matrylinearne śluby.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo możliwe, pytanie tylko, jak długo taka osamotniona dziedziczka, w dodatku pozbawiona armii, zdoła oprzeć się patriarchalnym naciskom i zakusom sąsiadów, którzy bardziej niż podtrzymywaniem rodu Tarlych będą zainteresowani zdobyciem ich rodowej siedziby i dóbr dla siebie? Talla wydawała się sympatyczną dziewczyną, ale obawiam się, że do zapewnienia rodzinie przetrwania w takich warunkach potrzebny byłby raczej ktoś o osobowości Cersei.

      Usuń
  3. Cersei? Koleżanka raczy żartować. :) Nikt bardziej nie przyczynił się do upadku rodu Lannisterów jak właśnie Cersei. Zwłaszcza książkowa, ale ta serialowa nie jest dużo lepsza.
    A wracając do tematu, to w takich przypadkach zwykle senior dbał o dobro wdowy i dzieci po swoim wasalu. Pilnował, żeby nie okradziono ich z należnych dóbr. Wiem, seniorem Tarlych byli Tyrellowie, więc to już raczej nieaktualne w ich przypadku. Nowym seniorem będzie zapewne Cersei, albo kto tam zasiądzie na Wysogrodzie. Cóż, pozostaje im modlić się do Siedmiu, żeby to Jon został królem. :) Mam nadzieję, że ze względu na Sama, który jest jednym z głównych bohaterów Gry, ród Tarly nie trafi na tę łódkę, na której kiedyś płynął Gendry, a teraz płynie Duch...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, no nie wiem. Serialowa Cersei zdaje się ostatnio prowadzić całkiem rozsądną politykę. Bezwzględną, ale zapewniającą przetrwanie, a o to przecież chodzi.
      Myślę, że w drodze na północ Sam i Goździk mogliby zahaczyć jeszcze raz o siedzibę Tarlych, o ile oczywiście ktoś raczy ich poinformować o śmierci Randylla i Dickona. Byłaby okazja do zamknięcia tego wątku. Choć w sumie nie wiem, czy - mając tak niewiele czasu do finału całego serialu - twórcy będą chcieli się kłopotać jakimiś tam Tarlymi...

      Usuń
  4. No tak, tylko kto doprowadził do tego, że Lannisterowie muszą teraz walczyć o przetrwanie? ;) Przecież nie Tywin czy Kevan i nawet nie Tyrion. Sorry, jeżeli uważasz inaczej, ale dla mnie Cersei to głupie, niszczycielskie bydlę, które potrafi tylko rozwalać wysiłki innych. Fakt, że w tym sezonie trochę ją doraźnie upgrejdowali na potrzeby wojny z Daenerys (zbyt duża początkowa przewaga tej drugiej) niczego nie zmienia.
    Myślę, że coś jednak z Tarlymi będą musieli zrobić, choćby tylko ze względu na Sama. Może ograniczy się to jedynie do minutowej sceny lub wymiany paru zdań, ale jakoś muszą to rozwiązać, skoro Sam jeszcze nie wypada z serialu.

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.