Z księżyca spadłeś, na księżyc powrócisz, czyli „Wydziedziczeni” Ursuli Le Guin


Żadne miejsce na świecie nie napawa Gryzipióra takim lękiem, jak literackie utopie. Te wielkie osiągnięcia myśli politycznej, oparte na założeniach, które można obalić, po prostu wyglądając przez okno – że człowiek jest racjonalny i z natury dobry i że nie ma sprzeczności między szczęściem społeczeństwa a szczęściem jednostki. Może dlatego tak mieszane uczucia towarzyszyły mu podczas lektury „Wydziedziczonych”, ostatniej, obsypanej nagrodami powieści z wyzwania czytelniczego „Hain”. Szósta część tego cyklu opowiada o potomkach anarchokomunistów, którym wstrętni posiadacze z Urras kazali spadać na księżyc, i to dosłownie. A potem zaczęły się problemy.


Tekst zawiera niewielkie spoilery.

Wydziedziczeni z ojczystej ziemi, nasi dzielni rewolucjoniści schronili się bodaj w jedynym miejscu, gdzie ich ideologia miała szanse przetrwać – na pobliskiej Anarres, jałowej planecie, na której nie ma roślin ni zwierząt, ni niczego, co warto by mieć na własność. Jednak od tamtych wydarzeń upłynęło ponad sto lat i parszywa ludzka natura w końcu doszła do głosu; wykształciły się nieformalne struktury władzy i opresyjny system edukacji. Zakazano kontaktu z Urras, co dotkliwie odbiło się na nauce, której nie zasila już strumień obcej myśli. Miejsce sztuki zajęło rzemiosło, a ci, co wciąż chcieliby sięgać gwiazd, trafiają do ośrodków resocjalizacji albo tworzą po kryjomu, nadając swoim dziełom praktyczne, społeczne akceptowane nazwy (jak Takver i jej wypełniacze niezamieszkanej przestrzeni). Krótko mówiąc, utopia zamieniła się w dystopię. Czy można jeszcze ocalić skompromitowane marzenie o lepszym świecie? Czy warto? Na te pytania próbuje odpowiedzieć genialny astrofizyk z Anarres – Szevek. „Wydziedziczeni” są jego polityczno-intelektualną biografią, spisaną pod wezwaniem dwóch bogów – nauki i seksu, przy czym Ursuli udało się sprawić, że to nauka ekscytuje bardziej. Seks anarchokomunistów jest tak łatwo dostępny i odarty z żądzy posiadania (a co za tym idzie – z namiętności), że aż nudny. Lekiem na kolejne rozczarowujące przygody okazuje się stabilny, monogamiczny związek, co jest... no, powiedzmy, że kwestią gustu. Trzymajmy się więc nauki.

Możesz wrócić do domu, twierdzi ogólna teoria czasu, gdy tylko zrozumiesz, że dom to miejsce, w którym jeszcze nigdy nie byłeś [s. 708].

Szeveka poznajemy jako młodego geniusza wrzuconego w tryby kolektywistycznej edukacji, która przykleiła mu łatkę egoisty. Potem to nieszczęśliwe, porzucone przez matkę (jakżeby inaczej) dziecię wyrasta na młodego, diablo ambitnego naukowca. Naukowiec ten sądzi, że musi odciąć się od ludzi, by stworzyć przełomową teorię – podczas gdy jest dokładnie na odwrót. Jego zmagania z samym sobą stanowią gorzką opowieść o niezdolności do nawiązania kontaktu ze światem, której przyczyny, co gorsza, nie da się jednoznacznie wskazać. Może to Szevek zbyt się różni od innych, a może to świat jest pełen murów. Nie wiemy. Jakież to cudownie ironiczne, że z tej alienacji narodzi się w końcu astrograf, przyrząd do rozmów w całym kosmosie! Tymczasem nasz bohater miota się między samotnością a potrzebą kontaktu z ludźmi, uwięziony w czterech ścianach własnego umysłu i coraz bardziej wyjałowiony. Z rzadka odwiedzają go młodzi radykałowie, którzy donoszą o występkach „władzy”; z nimi Szevek wdaje się w długie dysputy o filozofii, społeczeństwie i rewolucji... Nie ma to jak sięgnąć po klasykę science fiction, a odkryć zapomnianą powieść Dostojewskiego, nie? Ale może Gryzipiór powinien się tego spodziewać – Fiodor Michajłowicz to ponoć jeden z ulubionych autorów Ursuli, a „Wydziedziczeni” (org. „The Dispossessed”) mają nawiązywać do „Biesów” (w jednym z przekładów na angielski – „The Possessed”).

[*]
Gryzipiór długo się zastanawiał, dlaczego tę powieść, której opisany wyżej początek chwycił go za serce, czytało mu się z takim trudem. Może dlatego, że „Wydziedziczeni” to bardziej udramatyzowany esej niż wciągająca opowieść. Wszystko, nawet dialogi, służy Ursuli do realizacji myślowego eksperymentu: stworzenia realistycznej i sprawnie działającej anarchokomunistycznej utopii. Ze szczegółami poznajemy życie na Anarres i mentalność jej mieszkańców: jak mieszkają, jak się ubierają, jak pracują, jak wychowują dzieci, jakie prowadzą życie naukowe, towarzyskie i erotyczne... Są rozważania nad zależnością między językiem a sposobem myślenia i nad eksperymentem więziennym profesora Zimbardo. Materiał do przemyśleń znajdą też feministki, ekolodzy i wszyscy, którzy zastanawiają się, czy warto robić doktorat. Ursula zadaje doskonałe pytania – na przykład o to, jak kochają komuniści, a jak kapitaliści – ale udziela odpowiedzi jak na gust Gryzipióra nieco za prostych, podpartych tą wiarą we wrodzone człowiekowi dobro, która charakteryzuje chyba wszystkich utopistów. Co łączy wieloletnie partnerstwa, jeśli nie stosunki własności? Ależ oczywiście, że miłość i wierność. Co pozwala Anarresyjczykom przetrwać klęskę głodu? Ależ naturalnie, że solidarność.

Akcji tu jak na lekarstwo, dobrze się zapowiadająca intryga szpiegowska wiedzie donikąd, a postacie drugoplanowe są ledwie reprezentantami kontrideologii: a to nihilizmu, a to militaryzmu, a to tumiwisizmu... Trochę za często Gryzipiór miał wrażenie, że Ursula wkłada bohaterom w usta własne poglądy, które brzmią doktrynersko. Najbardziej poniosło ją pod koniec powieści, gdzie pewna bohaterka, która tylko wybrała karierę zamiast macierzyństwa, nagle zostaje zazdrosną fanatyczką złego systemu (arrrgh), a potem ni z gruszki, ni z pietruszki wchodzimy do głowy czterdziestoletniego geja i zdeklarowanego samotnika, który patrzy na rodzinę Szeveka i myśli, że też chciałby mieć „coś takiego” (arrrgh2).

Bo sumienie społeczne całkowicie zdominowało sumienie jednostki, zamiast pozostawać z nim w zgodzie. My już nie współpracujemy, ale pokornie słuchamy. Boimy się, że zostaniemy odrzuceni, nazwani osobnikami leniwymi, niefunkcjonalnymi, egoizującymi. Odczuwamy więcej obawy przed opinią sąsiada, niż mamy szacunku dla własnego wolnego wyboru [...]. Bo my stworzyliśmy zbrodnię, dokładnie tak jak posiadacze. Wyrzucamy człowieka poza obszar naszej aprobaty, a potem go za to potępiamy. Stworzyliśmy prawa, prawa zwyczajowego postępowania, wznieśliśmy wokół siebie mury i nie potrafimy ich nawet dostrzec [s. 903].

Lektury nie ułatwia fabuła rozpisana na czterdzieści lat i porwana na epizody. „Wydziedziczeni” to kolejna po „Lewej ręce ciemności” powieść Ursuli, która ma bardzo przemyślaną, a przy tym złożoną strukturę. Przeplatają się w niej dwie narracje: ta na Anarres opowiada o przeszłości Szeveka, a ta na Urras – o jego przyszłości, w której przybywa on na wrogą planetę, by prowadzić badania naukowe. To nawiązanie do problemu z dziedziny fizyki czasu – połączenia teorii następstw (czas biegnie liniowo) i teorii jednoczesności (wszystko dzieje się naraz), którego próbuje dokonać nasz bohater. To także metafora historii obu skłóconych planet, w której anarchizm jest przyszłością kapitalizmu, a kapitalizm przeszłością anarchizmu – i nie należy o tym zapominać, albowiem rewolucja kołem się toczy.

Właśnie, rewolucja. Wiemy już, że komuniści są z księżyca, a kapitaliści... Kapitaliści są z państwa Ajo na planecie Urras, odpowiednika Stanów Zjednoczonych. Oprócz Ajo jest jeszcze Thu, ekwiwalent Związku Radzieckiego, które służy do tego, żeby Stany miały z kim rywalizować – oczywiście na terenie nieznanego nikomu państewka Trzeciego Świata. Do kompletu brakuje tylko odpowiednika muru berlińskiego, który... ach, znajduje się w porcie kosmicznym na Anarres. Taka to subtelna metafora. Nie tylko ona wszak się zestarzała. Dziś chyba najsłabiej w całej powieści wypadają dość oczywiste fragmenty demaskujące zepsucie kapitalistycznej Urras: splendor posiadaczy i biedę plebsu, hipokryzję elit, spieniężenie sztuki, podporządkowanie nauki polityce i przemysłowi czy systemowe upośledzenie kobiet, które pomysłowo wykorzystuje Vea (bodaj jedyna postać z drugiego planu, która wzbudziła w Gryzipiórze zainteresowanie). Krótko mówiąc, wszystko to, co znamy zbyt dobrze z miejsc znacznie nam bliższych niż Urras.

Dlaczego Szevek odwiedza tę Sodomę i Gomorę przyszłości? Przede wszystkim po to, żeby lepiej zrozumieć rewolucję, której jest dzieckiem. On, który naprawdę nie przynależy do żadnego z tych światów, odkrywa, że skłócone planety Urras i Anarres są w istocie nierozłączne – jak światło i ciemność, stary i nowy porządek, teoria następstw i teoria jednoczesności. Żeby samotnik mógł dokonać przełomu w nauce, musiał otworzyć się na ludzi. Podobnie Anarres, żeby mogła się rozwijać, musi nawiązać więź z innymi światami. Dla nas, czytelników, jest to może oczywiste, ale nie było takie dla utopistów. Ich idealne państwa były przeważnie niezmienne, samowystarczalne, wyrwane ze strumienia czasu i kontekstu historycznego. Ursula proponuje inną drogę. Utopia – pisze – nie może odciąć się od swoich korzeni. Nie wydziedziczajmy rewolucjonistów! Anarres musi się zmieniać, określać się na nowo dzięki kontaktowi ze światem na zewnątrz i mieć się na baczności, by nie porzucić swoich ideałów i nie pożreć własnych dzieci. Tylko tak rewolucja może przetrwać. Ewoluując. Czy Anarresyjczycy znajdą w sobie dość odwagi, by realizować tak wymagający postulat polityczny i etyczny? Nie wiemy, bo „Wydziedziczeni” mają otwarte zakończenie, a fabułę taką, że można uwierzyć i w sukces, i w porażkę Szeveka. I w utopię, i w dystopię. Ktoś powie, że brak tu puenty, ale to chyba lepiej. Puentę zawsze pisze życie.

* * *

Gryzipiór nie mógłby mieszkać na Anarres, bo leń z niego okropny i ociąga się czasem nawet z pracą, która sprawia mu przyjemność – a wyzwanie czytelnicze „Hain” sprawiło mu ogromną przyjemność. Do tej pory znał tylko „Świat Rocannona” i trzy pierwsze powieści z cyklu „Ziemiomorze”, miał więc Ursulę K. Le Guin za nieco zapomnianą klasyczkę, której przykurzone prace pełne są oczywistej dziś symboliki zaczerpniętej z psychoanalizy i taoizmu. Dzięki „Sześciu światom Hain” ujrzał znacznie więcej: najpierw młodą, ambitną pisarkę zafascynowaną mitem i problemem współistnienia kultur, potem pomysłową architektkę fikcyjnych światów, a wreszcie znakomitą autorkę i feministkę, stawiającą pytania o filozoficzne fundamenty naszej cywilizacji i ich społeczne skutki. „Lewa ręka ciemności” zostanie z nim na długo, „Wydziedziczonych” jeszcze kiedyś przeczyta równolegle z „Biesami”, a do „Miasta złudzeń” wróci, jak podrośnie. Powtórka ze „Świata Rocannona” i „Planeta wygnania” odnowiły jego zainteresowanie postkolonializmem, a „Słowo »las« znaczy »świat«” sprawiło mu mnóstwo radochy, jak każda wpadka, która przydarza się komuś innemu. I było super. Dzięki Rusty za pomysł. I dzięki Wam, że mieliście ochotę pogadać o tych książkach z Gryzipiórem. Trzeba to będzie powtórzyć.

  • Cykl: Hain (6)
  • Przekład: Łukasz Nicpan
  • Wydawca: Prószyński i S-ka
  • Rok wydania: 2015 (1974)
  • Liczba stron: 273

O wrażeniach z lektury „Wydziedziczonych” przeczytacie też u Rusty oraz u Pyzy.
  1. Ja tylko nieśmiało dodam, że bardzo podobał mi się ten cykl recenzji i mógłbym się wybrać do Ciebie korepetycje z wyczerpującego traktowania tematów. Tak trzymać!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję! Ale myślę, że daleko mi do wyczerpania tematu, przeważnie te powieści mają w sobie tyle, że można o nich pisać i pisać, i pisać :)

      Usuń
  2. To jedna z najmniej lubianych przeze mnie książek Le Guin, a przeczytałam wszystko, co wydano na polski z wyjątkiem tych opowiadań dołożonych do najnowszego omnibusowego wydania.
    A czytałam tę powieść na trasie Kraków-Poznań a wiec w czasie długiej, nudnej jazdy pociągiem. I wymęczyła mnie setnie.

    Jeśli chodzi o mnie, to wizja życia na Anarres napawała mnie przerażeniem - niczego nie wolno mieć praktycznie, krzywo patrzą na trwalsze związki, nie można publicznie okazywać sobie uczuć, w każdej chwili mogą cię zmusić do opuszczenia bliskich i znajomych i pojechania na drugi koniec planety, gdzie zemrzesz próbując walczyć z klęską żywiołową. I te ich "maszynowe" imiona, brzydkie takie, niebrzmiące, jak kody kreskowe.

    Inna sprawa, że oryginalny tyuł brzmi "The Dispossessed: An Ambiguous Utopia" A w opowiadanu "Dzień przed rewolucją" starzejąca się matka myśli rewolucyjnej, zauważa, że młode pokolenie zradykalizowało się w porównaniu z tym, co sama głosiła.

    A propos tej powieści pamiętam stwierdzenie Lecha Jęczmyka, że powieść "w zawoalowany sposób opowiada o przekazaniu broni jądrowej Sowietom" - zapamiętałam to, bo nadal nie widzę powodu, dla jakiego można by to tak zinterpretować. Ostatecznie to komunista przekazuje Lidze Światów i nie broń, a urządzenie do komunikacji.

    Pozdrawiam!

    Beata N.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, dla mnie Anarres też była co najmniej niepokojąca. I czuję jakąś fundamentalną niezgodę na ten sposób życia, chociaż wciąż nie umiem przyszpilić, co dokładnie mi się w nim nie podoba. Ursula nie patrzy na Anarres przez różowe okulary, wręcz przeciwnie, przez całą powieść piętnuje rozmaite wynaturzenia nieformalnych struktur władzy i edukacji. Tyle tylko że te błędy zdają się brać z ludzkiej natury drani takich jak Sabul, nie z wrodzonej wady systemu. Wprost też mówi o tym, że sprawiedliwy system społeczny - podobnie jak cywilizacja - są produktami rozumu i muszą być wprowadzone niejako wbrew ludzkiej naturze, w imię sprawiedliwości i troski o ludzi. Nie całkiem mnie to przekonuje, bo czy można uszczęśliwić ludzi, odcinając ich od ich natury? To chyba nie przypadek, że największym orędownikiem rewolucji jest Szevek, naukowiec, człowiek bardzo racjonalny, analizujący każdy swój uczynek pod kątem bardzo restrykcyjnej etyki, którą sobie narzucił. To zresztą też było w tej powieści strasznie męczące - te rozważania o moralności na każdym kroku.
      Dla mnie styl życia na Anarres nabiera wartości dopiero w porównaniu z Urras, którą zresztą Ursula pokazuje tak, że czytelnik nie ma wyboru, po prostu musi zapałać świętym oburzeniem grzechami kapitalizmu. Wyobrażam sobie, że w tak niesprawiedliwym, nieczułym świecie grupa ludzi mogłaby wyrzec się wszelkiej własności i założyć anarchistyczną utopię, w której żyłoby im się lepiej, nawet za cenę codziennej walki ze swoją naturą. A może naprawdę najsprawiedliwiej jest wtedy, kiedy nikt nie ma nic na własność. Kto wie?

      Boję się, że nie dość znam historię, żeby wywieść interpretację w duchu Lecha Jęczmyka, ale może nie chodziło o astrograf, tylko o tę ogólną teorię czasu Szeveka, o którą Ajo i Thu prowadzą szpiegowską wojnę? Odpowiednikiem Sowietów jest chyba Thu, nie Anarres, które stanowi trzecią drogę. Może to, że Szevek w końcu oddaje swoją teorię nie przemysłowi, nie rządowi, ale ogólnoświatowej lidze zajmującej się utrzymaniem pokoju, ma symbolicznie wskazywać właściwą drogę. Może też znaczące jest to, że z tej teorii nie powstaje broń, ale urządzenie do komunikacji. Naprawdę nie wiem, spekuluję :)

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.