Zrodzona z burzy, czyli „Gra o tron”, sezon 7, odcinek 2


No dobrze, czas się przyznać: premierowy odcinek siódmego sezonu „Gry o tron” nie tylko Gryzipióra zachwycił, ale też napełnił go niepokojem. Z czego będziemy się podśmiewać w tym roku? – myślał, strapiony. Gdzie się podziały te wszystkie absurdy i scenariuszowe wpadki? Gdzie są niegdysiejsze śniegi? Na szczęście twórcy szybko rozwiali obawy Gryzipióra i nakręcili odcinek... no, w najlepszym wypadku średni. I tym razem tempo jest nieśpieszne, ale już nie przyglądamy się uważnie psychice bohaterów, a konflikty między nimi wypadają blado lub wtórnie. Szale zwycięstwa w nadchodzącej wojnie Dany z Cersei niespodziewanie stają w równowadze, kilku bohaterom spada IQ, a Winterfell ma nowego pana – a nawet panią. A, i na końcu jest bitwa. Bitwa morska.


Tekst zawiera spoilery dotyczące fabuły odcinka.

„Zrodzona z burzy” rozpoczyna się – niespodzianka – od burzy, która szaleje na Smoczej Skale. Na szczęście scenograf zaspał i na półotwartym tarasie wiekowej twierdzy jest sucho i przytulnie. W sam raz na snucie planów podboju Westeros. Wilgotny klimat nie służy jednak naszej małej królowej, która niespodziewanie popada w... paranoję? Jak inaczej nazwać jej otwarty atak na Varysa? Oczywiście, Pająk ma sporo za uszami, zdradził dwóch kolejnych władców, którym służył, a nad miłość do królowej przedkłada miłość do prostaczków, więc Matka Smoków ma wszelkie powody wątpić w jego lojalność. Jej sposób na zapewnienie sobie wierności krnąbrnych eunuchów? Gniewna tyrada i groźby przy świadkach! Pogróżkom towarzyszy lekki uśmiech i zupełny brak emocji na twarzy Emilii. Cokolwiek niepokojące. Ha, zdziwi się Gryzipiór, jeśli jednak ujrzymy w serialu obłąkaną Daenerys, królową popiołów. Wolałby tylko, żeby twórcy odsłaniali tę ciemną stronę swojej muzy nieco wolniej. Szaleństwo nie katar – nie wystarczy spędzić jedną deszczową noc w wyziębionym zamczysku, żeby je złapać. 

Chyba że nazywacie się Ellaria Sand albo Olenna Tyrell. Wtedy nie ma dla Was nadziei. Jasne, należało pokazać napięcia w patchworkowym obozie smoczej królowej, nieuniknione, gdy sprzymierzeńców nie łączy nic poza żądzą zemsty. To normalne, że każdy tu gra na siebie. Szkoda, że gra głupio. Ellaria i Królowa Cierni mogły wnieść sporo napięcia do tego zgodnego dawniej kwintetu, a wniosły głównie jad, nienawiść i głupie rady. Największy spadek IQ zaliczyła pogrążona w żałobie Olenna, która najwyraźniej przejęła filozofię polityczną Cersei. Rządź strachem! Ignoruj rady sprytnych małych namiestników! Nic dziwnego, że nasza Targaryenka zaczyna wariować. Gryzipiór też by zwariował, gdyby miał takich doradców wojennych. Niestety, nie zapowiada się na poprawę, bo na Smoczą Skałę dotarła Melisandre, żeby poinformować, że jest taki jeden Jon Snow i może warto do niego napisać. Może nawet warto się z nim spotkać? Niemniej, jeśli czerwona kapłanka każe Dany palić dzieci, to Gryzipiór chyba wypisze się z tej imprezy.

fot. HBO / Fanpop [*]
W porównaniu z tą wesołą gromadką królowa Cersei, Pierwsza Tego Imienia, wydaje się oazą rozsądku. Cwanie wykorzystuje ksenofobię mocno już uszczuplonego dworu, żeby siać strach przed Matką Smoków i jej armią zza morza. Naprawdę jednak mówi do jednego człowieka: lorda Tarly’ego. (Jak miło, że ekipa z Królewskiej Przystani wzbogaciła się o kolejną postać, której możemy nienawidzić). Podobną strategię – plus przekupstwo – stosuje potem Jaime, by przeciągnąć tatuśka Sama na stronę Lannisterów. Na razie wygląda na to, że rodzeństwo działa zgodnie, co pewnie oznacza, że w końcu się pozabija. Pewnego dnia Gryzipiór napisze długi rant o tym, jak bardzo serialowy, uzależniony od siostry Jaime nie dorasta do pięt pięknej, złożonej postaci z książki, ale to jeszcze nie jest ten dzień.

Tymczasem schodzimy do piwnic Czerwonej Twierdzy, gdzie spoczywają smocze czaszki z dawnych dni – najlepsze tarcze strzeleckie na świecie. Trudno powiedzieć, w jaki sposób maleńkiej Cersei udało się wystrzelić z tej gigantycznej kuszy, ale... Hura, przebiła dwustuletnią kość! Dobrze wiedzieć, że Lannisterowie mają broń przeciw smokom. Nie, serio. Najbardziej w tym odcinku podobało się Gryzipiórowi właśnie to, że zobaczyliśmy, jak powszechny w Westeros lęk przez obcymi wpływa na polityczne plany Daenerys i jak może być wykorzystany przez Lannisterów. Dzięki niemu, a także nieszczęsnej gigantycznej kuszy i konfliktowi w obozie smoczej królowej, szanse na zwycięstwo Cersei nie są już takie marne, jak były, a to oznacza więcej niepewności dla nas, widzów. 

Sprawdźmy więc, co słuchać u tych, którzy mogą przeważyć szalę w tym konflikcie. Wysłane priorytetowym krukiem wezwanie na Smoczą Skałę dociera do Winterfell, a Jon zastanawia się, czy na nie odpowiedzieć, grzecznie pytając o zdanie Sansę. Już, już wydaje się, że czegoś się nauczył po sprzeczce w ostatnim odcinku, ale jednak nie – w następnej scenie popełnia dokładnie ten sam błąd, zaskakując siostrę i swoich chorążych decyzją o wyprawie do Daenerys. Trochę to wtórne, ale kogo to obchodzi, kiedy Sansa zostaje panią Wintefell? Wprawdzie tylko pod nieobecność Jona, ale od czegoś trzeba zacząć. Ciekawe, że lordowie Północy i z rycerze z Doliny są równie podejrzliwi wobec Targaryenów, co dworzanie Cersei, a do tego zaczynają otwarcie popierać Sansę. Czyżby czekał nas pucz, kiedy prawda o pochodzeniu Jona wyjdzie na jaw? Byłoby to interesujące, zwłaszcza w kontekście następnej, pozornie zbędnej sceny, w której (wciąż jeszcze) król Północy rozmawia z Littlefingerem w kryptach pod Winterfell. Poprawka: to Littlefinger mówi do Jona, a Jon słucha, coraz bardziej wściekły. Niby nie dowiadujemy się tu niczego nowego, ale Gryzipiór zadumał się nad gwałtowną reakcją Jona na wieść, że lord Baelish kocha Sansę, tak jak kochał niegdyś jej matkę. Jasne, sam ma czasem ochotę udusić Littlefingera, szczególnie kiedy ten posyła widowni kolejny ze swoich wszechwiedzących uśmieszków, z których nic nie wynika. Niemniej. Jest to chyba reakcja wykraczająca poza zwykłą braterską miłość. Może Jon faktycznie zasiądzie na Żelaznym Tronie, ale u boku innej królowej, niż wszyscy się spodziewamy.

To powiedziawszy, gdzie jest Duch?

fot. Helen Sloan / HBO
Nie chciałby się Gryzipiór rozpisywać o łóżkowych perypetiach Missandei i Szarego Robaka, bo to taki typowy wytwór HBO, które sądzi, że wszyscy mamy naście lat i nie umiemy sobie wyobrazić stosunku z eunuchem. Żadne autentyczne emocje na twarzy dowódcy Nieskalanych nie sprawią, że Gryzipiór polubi tę parę (choć lubi każdego bohatera z osobna), bo po prostu nie poświęcono jej dość czasu, żeby takie sceny były dla widza czymś więcej niż festiwalem golizny.

Mamy jednak w „Zrodzonej z burzy” również festiwal obrzydlistwa, które powoli staje się znakiem rozpoznawczym scen w Cytadeli. Jorah Mormont, którego mocno już poszarzała ręka tak przestraszyła Sama w poprzednim odcinku, teraz pręży nagą klatę – również wyniszczoną szarą łuszczycą. Arcymaester nie daje mu więcej niż sześć miesięcy, a nasz dzielny rycerz gotów jest wcześniej przebić się mieczem, ale nie po to Sam został zabójcą Innego, żeby teraz pozwolić umrzeć jedynemu synowi Jeora Mormonta, byłego dowódcy Nocnej Straży. Podobały się Gryzipiórowi w tej sekwencji drobne komiczne wstawki, jak sprzeczka o tytuł kroniki wojen po śmierci króla Roberta czy Sam tak obładowany książkami, że może nimi podeprzeć brodę. Nie dał jednak wiary wyczynowi Sama, który szkoli się na maestera jakoś od miesiąca, a już w tajemnicy zabiera się do paskudnych eksperymentów medycznych. Jeśli Mormont przeżyje, zaprawdę, będzie to cud. Niemniej jednak Gryzipiór bardzo jest ciekaw, dokąd prowadzi ten wątek, bo ani Jorah, ani Sam nie są w tej chwili w centrum wydarzeń i byłoby dobrze, gdyby dostali większą rolę w fabule.

fot. Helen Sloan / HBO
Wiecie, kto jeszcze nie jest w centrum wydarzeń, a mimo to ma najlepsze sceny w odcinku? Arya. Wbrew nadziejom niektórych niewątpliwie przygłuchych widzów Arya nie zabiła Eda Sheerana, za to odwiedziła karczmę, w której pracuje jej dawny towarzysz – Gorąca Bułka. Naturalnie, Gorąca Bułka został zesłany przez scenarzystów, żeby poinformować Aryę o odbiciu Winterfell z rąk Boltonów. Niemniej jakoś cieplej się robi na sercu, kiedy na ekranie spotykają się dawno niewidziani przyjaciele. Szczególnie że jest to być może zapowiedź innego spotkania, które wyciśnie nam z oczu ostatnie łzy. Arya porzuca bowiem myśl o zemście i rusza na północ, do Jona i Sansy. To bardzo kameralna, ale efektowna scena; to zawahanie na trakcie, ta muzyka w tle.

Potem jest jeszcze lepiej. Zmrok, chwila grozy, panikujący koń, wynurzająca się znikąd wataha wilków i ona – Jej Wysokość Nymeria (raju, już prawie Gryzipiór zapomniał, jak w tym serialu wyglądają wilkory). Scena jest symboliczna: powrót wilkorzycy równa się odzyskaniu przez Aryę prawdziwej tożsamości, tożsamości Starka. Do pełnego pojednania jednak nie dochodzi; Nymeria wraca do lasu. Ostatnie słowa Aryi – „to nie ty” – wywołały w sieci nieco konsternacji. Zdaniem Gryzipióra chodzi o to, że Arya daje wilkorzycy wolny wybór, a przede wszystkim akceptuje to, że obie się zmieniły. Nasza nastoletnia zabójczyni wraca do domu, wiedząc, że nie jest już tym, kim była, zanim go opuściła, i to jest piękne. Czy Nymeria powróci, by uratować Aryę w jakichś dramatycznych okolicznościach? Gryzipiór nie miałby nic przeciwko, gdyby tak się nie stało – ta scena ma w sobie tyle emocji i niemal onirycznego nieprawdopodobieństwa, że może istnieć sama dla siebie.

fot. HBO / Business Insider [*]
Czego niestety nie można powiedzieć o scenie następnej. Przenosimy się pod pokład okrętu flagowego połączonych flot Greyjoyów i Martellów, gdzie Żmijowe Bękarcice rozmawiają o tym, o czym zwykle rozmawiają dziewczęta, kiedy zostają same, czyli o ludobójstwie. Gdzie indziej Yara i Ellaria przystępują do akcji, a wówczas okazuje się, że zamiast kolejnej niemądrej sceny łóżkowej mamy – morską bitwę! No, bitwy to się Gryzipiór na koniec tego dość spokojnego odcinka nie spodziewał. Greyjoyowie podobnie, dlatego najwyraźniej ich okręt flagowy płynął na obrzeżu floty, zupełnie bez obstawy. Biedaczyska, nie wiedzieli, że stryjek Euron potrafi wyczarować statki z powietrza. Sama bitwa jest... poprawna? Jest trochę walki (ale kręconej głównie z bliska, od pasa w górę), błyskawicznych cięć, sporo wiarygodnego chaosu, krzyku i krwi, generalnie jednak Gryzipiórowi serce szybciej nie zabiło, poza tym, że ryknął śmiechem, kiedy Euron opadł na trapie z opętańczym wrzaskiem. Okej, załapaliśmy, że gość jest szajbnięty. Ale posłał do piachu dwie Żmijowe Bękarcice (Obarę i... Nymerię? internet twierdzi, że to była Nymeria), za co dziesięć milionów widzów będzie mu dozgonnie wdzięcznych. Euron Greyjoy, nasz bohater.

Sama bitwa może nie porywa, ale kończy się autentycznie poruszającą sceną: pomylony stryjaszek bierze Yarę do niewoli, a Theon, choćby chciał, nie potrafi jej uratować, bo na widok przemocy załącza mu się stres pourazowy. Skacze do wody. Internety odsądzą go pewnie od czci i wiary, ale dla Gryzipióra to bardzo wiarygodna reakcja, która dowodzi, że młody Greyjoy wciąż nie uporał się ze wspomnieniami o torturach Ramsaya, mimo że pomału nauczył się z nimi żyć. Kto się założy, że Theona wyłowi z morza Jon zmierzający na Smoczą Skałę? Gryzipiór tymczasem będzie sobie umilał czas rozmyślaniami o okropieństwach, które Cersei zgotuje Ellarii Sand, gdy już otrzyma od Eurona swój prezent ślubny.

  • Reżyseria: Mark Mylod
  • Scenariusz: Bryan Cogman
  • Produkcja: HBO
  • Premiera: 23 lipca 2017
  1. Świetny wpis ;)
    Zgadzam się w stu procentach, to był chyba najgorszy odcinek od czasu, legendarnego już niemal 5 sezonu. Dziesięć minut zmarnowane na niepotrzebną scenę seksu i obrywanie ze skóry Joraha. Danka głupsza niż zwykle ( a to jest osiągnięcie!), Jon dziwacznie agresywny (czy on ma jakikolwiek powód żeby nie lubić LF? Czy, może chodzi o to, że LF sprzedał Sansę Boltonowi...? Jeśli tak to serial za mało to nakreślił), Jaime jak zawsze posłuszny... Zostało 11 odcinków do końca, a oni tak partaczą robotę :/
    Pozdrawiam
    J.K.K.L

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! O niczym się tak dobrze nie pisze, jak o złym odcinku Gry o tron :) Na razie mamy remis, jeden doskonały i jeden fatalny odcinek, więc wciąż jest nadzieja. Jakaś.
      Brrr, obrywanie ze skóry było straszne. Seks był straszny. Cieszę się, że twórcy dostrzegli ciemną stronę Danki, ale jakoś źle się do tego zabrali.
      Czy trzeba mieć powód, żeby nie lubić Littlefingera? ;) Facet otacza się taką aurą wszechwiedzy i tajemnicy, a tak niewiele robi, że staje się to aż głupie. Myślę, że Jonowi chodzi właśnie o sprzedaż Sansy Boltonom i że zrobił się nadopiekuńczy w stosunku do skrzywdzonej siostry. Raczej nie wie o roli, jaką Baelish odegrał w zamordowaniu Neda Starka. Albo chce Sansę dla siebie, ha!

      Usuń
  2. "Kto się założy, że Theona wyłowi z morza Jon zmierzający na Smoczą Skałę? "
    Ktoś na tumblrze stwierdził, że znajdzie go Gendry w swojej łódeczce. 8D
    Poza tym panuje dosyć ogólna zgoda, że Sam to takie alter ego samego Martina, i jako już stary maester sam napisze "Pieśń Lodu i Ognia", bo poetyckość. x3
    Jeszcze poza tym Arya jedzie do Winterfell, Jon wybywa z Winterfell. Bo to GoT i nie możemy mieć miłych rzeczy. *foch* Coś czuję, że to się może jakąś tragedią skończyć, skoro na dworze została Sansa. Może i się siostry czule przywitają, ale przeczuwam, że potem będą się tylko żreć strasznie.
    Jeśli ośmielą się tknąć choćby jednego smoka, to spalę HBO siedzibę. I też sama przewróciłam oczyma kiedy Cersei strzaskała wysuszoną czaszkę. Autor Kulturą w płot zauważył, że Drogon jest już większy od Baleriona, no ale dwa pozostałe pewnie są mniejsze od niego, a mimo iż takim harpunem może i czaszki żywemu smokowi się nie przebije, to wystarczy trafić w oko. Szanse na to są maleńkie, więc tak pewnie się stanie.
    Chcę dobrze napisanej sceny ponownego spotkania Jona i Tyriona, nieważne czy będzie zabawna, ckliwa, smutna, byleby dobra. A potem do mnie dotarło, że na Smoczek Skale jest też Melisandre, a Jon ma ze sobą Davosa i asdfghjkl będzie smaczna drama! 8D I żeby tam były smoki wtedy, i żeby jakoś zwróciły uwagę na Jona, może żeby tylko znacząco spojrzały, bo oczywiście, że się od razu zorientują. <3 I może żeby okazały jakąś dezaprobatę wobec Melisandre? To by było zabawne.
    Zabawne jest jeszcze to, jak nagle wszyscy dostali motorków w dupach i poruszają się po Westeros z ekspresową prędkością, bo im czas na włóczenie się obcięto.
    K.

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.