Smocza Skała, czyli „Gra o tron”, sezon 7, odcinek 1


Cóżeś nam uczyniła, „Gro o tron”, że w środku lata wyczekujemy, aż ktoś smętnym głosem oznajmi, że „nadchodzi zima”? Na szczęście wczoraj w nocy HBO zlitowało się nad swoimi zimnolubnymi widzami i oto popłynął w świat pierwszy odcinek siódmego, przedostatniego sezonu. „Smocza Skała” to bardzo spokojne otwarcie, takie w sam raz, by odwiedzić wszystkie ważniejsze lokacje i zręcznie ułożyć fundamenty pod przyszłe konflikty, które mają podobno zaowocować najbardziej widowiskowym sezonem w historii „Gry o tron”. Ha! – myśli Gryzipiór, co w niejedno zapewnienie twórców już uwierzył. Tymczasem zgodnie z tradycją będzie Wam co tydzień donosił o tym, co się dzieje w kolejnych odcinkach.


Tekst zawiera spoilery dotyczące fabuły odcinka.

Gryzipiór napisał, że „Smocza Skała” to bardzo spokojne otwarcie, a naprawdę sam jeszcze nie wygrzebał się z fotela, w który wbiła go pierwsza scena. Oto wracamy do znienawidzonej sali biesiadnej Bliźniaków, gdzie lord Frey ukatrupił niegdyś Starków, a teraz wznosi toast za odwagę swoich krewniaków. Ki diabeł? – myśli przytomnie dziesięć milionów widzów (podobno padł rekord oglądalności). – To Frey nie zginął w poprzednim sezonie? Czy to retrospekcja? Otóż nie. To coś znacznie groźniejszego. To Arya Stark, obecnie najbardziej czarujące żywe wcielenie zemsty w telewizji. Młodsza Starkówna podszywa się pod mordercę swojej matki (a David Bradley świetnie się bawi, grając trzynastolatkę) i namawia Freyów, by wznieśli toast... trucizną. Widać odcinek „Gry o tron”, w którym nie zginie przynajmniej pięćdziesiąt postaci, to odcinek stracony.

Arya oszczędza jednak kobiety, co dowodzi, że nie chodzi jej bynajmniej o bezmyślną zemstę, ale o precyzyjny odwet. Tylko czy zawsze jest między nimi tak ostra różnica? Ta, która jeszcze niedawno szkoliła się na zabójcę bez twarzy, stąpa teraz po cienkiej granicy dzielącej wymierzanie sprawiedliwości od zbrodni. Ciekawe, co zrobi z żołnierzami Lannisterów, którzy niespodziewanie ugościli ją na trakcie w Dorzeczu? Pewnie nic, skoro jednym z żołdaków jest Ed Sheeran, który ma w tym odcinku krótkie, ale sympatyczne i cieszące uszy cameo. Niemniej moralny dylemat znany wszystkim samozwańczym mścicielom w kulturze pozostaje aktualny.


Początek siódmego sezonu to dokładnie taka „Gra o tron”, która zawsze wywołuje poruszenie: brutalna i zaskakująca. Potem jest spokojniej, co nie znaczy, że nudno. Co to, to nie! Weźmy kolejne profetyczne widziadło Brana, który właśnie przekroczył Mur. Kapitalnie nakręcona scena: oto ze śnieżnej zamieci nieśpiesznie, lecz w aurze posępnej nieuchronności wyłaniają się nieumarłe hordy. Siedmiu, zmiłujcie się – pomyślał Gryzipiór na widok przemienionych w zombie olbrzymów, które kroczą w ciszy po zamarzniętym morzu. – Ależ cudnie będzie patrzeć, jak masakrują Nocną Straż. Jon jest jednak innego zdania. Świeżo upieczonego króla zastajemy na kolejnej naradzie wojennej, gdzie rewolucjonizuje Północ, obsadzając zamki Dzikimi i wzywając pod broń kobiety. To doskonała scena, kto wie, czy nie najlepsza w całym odcinku? Nie ma w niej ani jednego zbędnego słowa czy gestu. Wszystko – od kłótni chorążych, przez znaczące spojrzenia Brienne, aż do półuśmieszków Littlefingera – ma nam pokazać, jak gorąco może się za chwilę zrobić na przysypanej śniegiem Północy.

Od razu też daje o sobie znać zapowiadany przez twórców i aktorów konflikt Jona i Sansy. Rodzeństwo publicznie spiera się o to, jak potraktować dziedziców lordów, którzy zdradzili Starków w poprzedniej wojnie. Jon chce im wybaczyć, Sansa woli ich ukarać – i oboje mają rację, co Gryzipiórowi bardzo się podoba. Niemniej martwi się, że ten zapowiadany konflikt roznieci w fanach niechęć do Sansy, którą los jakoś zawsze ustawia w kontrze do ulubieńców widowni (najpierw Aryi, teraz Jona). Może to prawda, że nie powinna publicznie podważać autorytetu swojego brata i króla; niemniej jednak trudno oczekiwać po córce Catelyn Stark, która w dodatku odebrała szkołę życia w Królewskiej Przystani, że nie zawalczy o niezależność i nie będzie się angażować w politykę. Przede wszystkim jednak Sansa lepiej niż Jon zna swoich wrogów i nie chce, by jej starszy brat popełniał te same błędy co inni mężczyźni z rodu Starków – i by tak jak oni padł ofiarą własnego honoru. Dobrze, że scenarzyści podsycają ten konflikt, nie zapominając o łączącej tę parę trosce i miłości. To jest, moi drodzy, materiał na soczystą tragedię.

Przyćmić ją może tylko tragedia w Królewskiej Przystani. Cersei, która w finale poprzedniego sezonu – dosłownie – spaliła za sobą wszystkie mosty, szuka nowych sojuszników, ale Jaime nie chce kooperować. Brat i siostra przechadzają się po przepięknej, wymalowanej na podłodze mapie Westeros, ale bodaj ani razu nie stają po tej samej stronie, co nie wróży dobrze ich relacji. Jest poruszająca rozmowa, w której może ważniejsze od tego, co się mówi, jest to, o czym się milczy. Mianowicie milczy się o Tommenie, o którego samobójczej śmierci Cersei nie chce nawet myśleć – najwyraźniej nie była na nią tak przygotowana, jak się wydawało w zeszłym sezonie. Podobnie jak wcześniej na Północy, widzimy kochających się ludzi, w których tli się zarzewie konfliktu nie do ugaszenia; ładnie kontrastuje ze sobą niepewność Jaimego i wystudiowany spokój Cersei, zdeterminowanej utrzymać władzę za wszelką cenę.

Nawet za cenę małżeństwa z Żelaznymi Wyspami. Pilou Asbæk wreszcie dostał tu swoje pięć minut i zaprezentował nam sprytnego, naprawdę niepokojącego Eurona Greyjoya (choć Gryzipiór ciągle ma wrażenie, że jest za mało groźny), który nawet Jaimemu dogadać potrafi. Ciekawe, jaki dar przywiezie Cersei, by zdobyć jej rękę? Głowa Tyriona, która ucieszyłaby ją najbardziej, raczej nie wchodzi w grę, więc może pewien magiczny róg, wielce niebezpieczny dla matek ze smokami? Przy okazji: Gryzipiór skłonny jest wybaczyć scenarzystom, że zbudowali Euronowi flotę z powietrza, bo jego okręty prezentują się wspaniale. Zresztą całe otwarcie siódmego sezonu, od przemarszu upiorów po tytułową Smoczą Skałę, wygląda bosko – rezultat zwiększonego budżetu na produkcję.


Krótko o dwóch scenach, które i w odcinku można było skrócić. Najpierw Bractwo Bez Chorągwi szuka noclegu w śnieżnej zamieci, a z nim Ogar – Ogar! Jak na złość, towarzystwo trafia do domostwa należącego niegdyś do rodziny, którą Sandor Clegane okradł w trzecim sezonie, gdy włóczył się jeszcze po Dorzeczu z Aryą. Pozbawieni środków do życia ojciec i córka najwyraźniej wybrali samobójstwo zamiast śmierci głodowej, a Ogarowi jest głupio. I potrzebuje sporo czasu, by przetrawić wyrzuty sumienia. Na Gryzipiórowe oko ta scena jest nieco za długa i nazbyt statyczna, w dodatku przedziwnie się kończy – nieomal objawieniem. Patrząc w płomienie, Sandor widzi atak Innych na Wschodnią Strażnicę. No, tego bohatera to nikt chyba nie podejrzewał o zdolności prorocze. Może zresztą o to chodzi – skoro już nawet Ogar przepowiada nadejście upiorów, jest naprawdę źle. A może po prostu scenarzyści chcieli nam przypomnieć o jego związku z ogniem? Pokazać, że to, co przez tyle lat budziło w Sandorze lęk, może go jeszcze – powiedzmy – duchowo wzbogacić? Tak czy inaczej, bardzo się Gryzipiórowi podobało, że Ogar pogrzebał zwłoki rodziny, którą niegdyś okradł – i że zrobił to we własnym stylu, szorstko, nieco nieudolnie i nic nikomu nie mówiąc, ale ze słusznej wewnętrznej potrzeby. Tak trzymać.


Tymczasem na Południu pewien bohater, który zgładził Innego, czyści wychodki, opróżnia nocniki i nalewa strawę ważniejszym od siebie, a wszystkie te czynności zlewają mu się w jedno w przezabawnej, znakomicie zmontowanej sekwencji. Sam – bo o nim mowa – szuka informacji na temat smoczego szkła, ale nie znajduje zrozumienia u maesterów, musi więc włamać się po prawdę do Działu Ksiąg Zakazanych. Intryga jest stereotypowa, ale fajna – no bo kto nie chciałby się włamać do Działu Ksiąg Zakazanych? Do tego kładzie podwaliny pod spotkanie Jona i Daenerys (!), okazuje się bowiem, że potężne zapasy smoczego szkła znajdują się nie gdzie indziej, jak pod Smoczą Skałą, rodową siedzibą Targaryenów.

Na której właśnie wylądowała Daenerys. Tak jest – po dwudziestu latach od premiery książkowej „Gry o tron” Matka Smoków wreszcie, wreszcie dotarła do Westeros. Twórcy postanowili uczcić ten moment w nieśpiesznej, ale bardzo pięknej i symbolicznej scenie. Widzimy, jak Dany klęka na piachu i bierze w ręce ziemię swoich przodków; towarzyszymy jej w niekończącej się wędrówce do dawnej siedziby jej rodu; patrzymy, jak zrywa przegniłą chorągiew Baratheonów, którym zawdzięcza swoje wygnanie, i jak staje przed (zapewne) pierwszym tronem Aegona Zdobywcy. Dostojnej ciszy nie mącą żadne słowa, żaden dialog nie odwraca uwagi od surowego piękna Smoczej Skały. Mocny moment. Co dalej? Do tej pory z mocy scenarzystów Dany zawsze i wszędzie była szlachetną wybawicielką, ale Gryzipiór byłby zawiedziony, gdyby okazała się nią również w Westeros. Smocza królowa zza morza, o temperamencie zdobywcy, z hordą Dothraków i armią Nieskalanych za plecami? Brzmi jak przepis na piękną katastrofę. Na razie jednak Dany, zupełnie jak wcześniej Cersei, przygląda się wielkiej mapie Siedmiu Królestw. „Zaczniemy?” – pyta, stojąc u szczytu stołu, przy którym jej przodkowie planowali podbój Westeros.

Na Siedmiu, tak! Cokolwiek się stanie, Gryzipiór jest gotów.

  • Reżyseria: Jeremy Podeswa
  • Scenariusz: David Benioff i D.B. Weiss
  • Produkcja: HBO
  • Premiera: 16 lipca 2017
  1. Najbardziej z całego odcinka ucieszyły mnie te podwaliny pod spotkanie Jona i Daenerys <3 To będzie moc!
    Bardzo przyjemne cameo Sheerana, bałam się tego, a okazało się, że ładnie się wpasował ;)
    No i konflikt Jona z Sansą zapowiada się ciekawie, szczególnie że ciągle kręci się tam knujuący Littlefinger.
    A ja i tak najbardziej czekam na spotkanie Jona z Aryą i mam nadzieję, że kiedyś się doczekam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też! Nawet twórcy Gry o tron nie są tak okrutni, żeby odmówić nam spotkania Jona z Aryą... prawda?

      Usuń
  2. Odcinek bardzo dobry, świetne otwarcie nowego sezonu.
    Niestety, pierwszy raz w historii martwię się o przyszlość fabularną tego serialu. Odnoszę wrażenie, że wszystkie wątki zmierzają do bardzo "nie got'owego" rozwiązania. Danka staje się coraz realniejszym pretendentem do tronu, a jej sojusz z Jonem coraz bardziej nieunikniony.
    Z bólem przyznaje że mimo świetnego 6 sezonu,nie przywrócił mi on wiary w scenarzystów, zwłaszcza że ich uwielbienie do Danki,jest wprost proporcojnalne do mojej antypatii. Szczerze życzę jej źle.
    A ty co o tym myślisz drogi Gryzipiórze? Też odnosisz wrażenie, że finał gry o tron może mieć w sobie bardzo mało gry o tron?
    Pozdrawiam
    J.K.K.L

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aż boję się przewidywać, bo twórcy serialu są strasznie nierówni - czasem piszą tak, jakby byli duchowymi dziećmi GRRM-a, a czasem tak, że aż płakać się chce, takie to niedobre (piąty sezonie, o tobie myślę). Nie sądzę, żeby Jon i Dany finalnie zasiedli na tronie, bo nie potrafię sobie wyobrazić tak przewidywalnego scenariusza u GRRM-a, a zakładam, że twórcy zechcą zakończyć serial zgodnie z jego planami.
      Bardziej się martwię, że odmalują konflikt Dany z Cersei na biało i czarno. Moim zdaniem nie bardzo potrafią - bądź nie chcą - rozgrywać wewnętrznego konfliktu książkowej Dany, która pragnie być kochana, a umie wyłącznie podbijać. Ewidentnie za bardzo przywiązali się do niej jako do tej heroiny od smoków i płomiennych przemów. Pewnie też nie będą chcieli zagłębiać się w polityczno-społeczne aspekty podboju i różnice kulturowe między Essos a Westeros, które stawiałyby Dany w niekorzystnym świetle.

      Myślę, że siódmy sezon będzie dla twórców serialu takim ostatecznym sprawdzianem, jak dobrze czują prozę GRRM-a. Gra z oczekiwaniami czytelnika to jego specjalność, podobnie jak dawanie i odbieranie nadziei na szczęśliwe zakończenie. Dlatego wszelkie oczywiste rozwiązania - takie jak sojusz Jona i Dany - prędzej czy później powinny okazać się nie tym, czego się spodziewamy. W tym cała nadzieja. Jeśli scenarzystom uda się rozegrać ten sezon w stylu GRRM-a, chyba napiszę do nich list z przeprosinami.

      Chociaż... Zastanawiam się, czy gdyby GoT zakończył się w zupełnie nie-GoT-owskim stylu, to byłoby bardzo źle. Tyleśmy się już naoglądali krwi i okrucieństwa, tyle pożegnaliśmy honorowych postaci, że może scenariusz, w którym bohaterscy Dany i Jon zasiadają razem na tronie byłby dla wielu swego rodzaju katharis. Sama wolałabym bardziej przewrotne zakończenie, ale - kto wie - może taki nieprzesłodzony triumf bohaterów, którzy po prostu postępują przyzwoicie, też okazałby się satysfakcjonujący?

      Usuń
    2. Tylko problem w tym, że Dany nie postępuje przyzwoicie.
      Jest okrutną hipokrytką, przekonaną o własnej wyższości, która nie odznacza się ani specjalnie dobrą moralnością, ani też wybitnym umysłem. Wszystko co ma zawdzięcza wyłącznie smokom. Dlatego też zakończenie, w którym ona i Jon zasiadają na tronie z pewnością do dobrych by nie należało

      Usuń
    3. O, to zależy. Myślę, że Dany jest równie niejednoznaczną postacią, jak cała reszta bohaterów Gry o tron, tyle że twórcy mają zwyczaj przedstawiać ją w bardzo korzystnym świetle (te płomienne przemowy, ta heroiczna walka z niewolnictwem, ta podniosła muzyka). Jej sprzeciw wobec niewolenia ludzi wygląda mi na autentyczny, potrafi się też odwdzięczyć przyjaciołom, a okrucieństwo rezerwuje dla wrogów. Ma też niezłą intuicję i zdolności przywódcze. Gdyby na tronie obok zasiadał bardziej zrównoważony Jon, a w małej radzie towarzyszyli jej Tyrion i Varys, nie byłaby chyba złą królową?

      Usuń
  3. Ta sama Dany, która stosuje odpowiedzialność zbiorową, poprzez krzyżowanie i rzucanie na żer smokom? Ta sama Dany, która uważa, że całe Westeros należy jej się tylko z racji tego, że jej dziadek był królem? Ta sama Dany, która nie potrafi upilnować własnych smoków a te przez to pożerają dzieci? Ta sama, która jest przeciwko niewolnictwu i przelewaniu krwi... ale areny otwiera? Czy też może ta sama, która grozi śmiercią Varysowi za to, że ten działał przeciw niej (jak on śmiał!) gdy był na służbie u innego króla i wykonywał jego polecenia?

    OdpowiedzUsuń
  4. Ona jest po prostu zbyt pewna siebie, zadufana we własnym rodzie i zbyt przekonana o swojej nieomylności, a przy tym wszystkim skrajnie głupia - żaden z niej materiał na władcę. Nawet jednym miastem nie potrafiła porządnie rządzić. Może i jest w niej jakaś cząstka szlachetności, ale to jeszcze nie znaczy, że powinna być królem!

    OdpowiedzUsuń
  5. Wybacz, zapomniałem kliknąć "odpowiedz" :/
    Oba powyższe komentarze, są moje ;)
    Pozdrawiam
    J.K.K.L

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm. Myślę, że trzeba wziąć poprawkę na to, że rządzenia uczyła się w Essos, gdzie filozofia władzy jest trochę inna. Stąd odpowiedzialność zbiorowa i areny. Nie rozgrzesza jej to i może stanowić duży problem w Westeros, niemniej w Essos było w miarę skuteczne (czytaj: pozwoliło utrzymać się przy władzy i nie pogorszyć okropnie losu poddanych). U GRRM-a dobry król niekoniecznie musi być czysty jak łza, ale powinien być właśnie skuteczny. Gdyby pychę Dany i jej tendencję do manifestowania siły mylonej z okrucieństwem zrównoważył król taki jak Jon albo namiestnik taki jak Tyrion, to myślę, że nie byłaby taka zła. Znaczy, historia Westeros zna znacznie gorszych :) Ale pogróżki wobec Varysa nadal są słabe.

      Usuń
  6. Szczerze to myślałam, że ten odcinek wgniecie mnie w fotel lub co najmniej zaskoczy, a było dość... nudno. Nie chcę też jednak marudzić, bo czuję, że w kolejnych odcinkach będzie lepiej. Jestem ciekawa co takiego wymyśli Daenerys. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, że niewiele się działo, ale pewnie twórcy potrzebują nieco czasu, żeby położyć fundamenty pod przyszłą akcję. Ja się pomysłów Dany trochę boję, ale niecierpliwie czekam, w jakim kierunku zaprowadzą ją twórcy w tym sezonie :)

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.