Bestia narodzi się w Betlejem, czyli „Hyperion” i „Upadek Hyperiona” Dana Simmonsa


Jeśli istnieją utwory urojone, to mogą istnieć też utwory obłąkane. Jak ta historia o Hyperionie – ciężka i posępna niby sklepienie katedry przypowieść o tęsknocie za Bogiem. Epickie bitwy w kosmosie sąsiadują w niej z rozważaniami o poezji, dusze ludzi i androidów szybują w datasferze, sztuczne inteligencje mówią wierszem, a czas postępuje, tyle że do tyłu. Ale wiecie co? Czyta się to fenomenalnie. Dan Simmons jak rzadko kto potrafi z równą swobodą pisać o pościgu za mordercą, co o etycznych konsekwencjach dylematu Abrahama. No takiego dziwa jak te dwie powieści to Gryzipiór jeszcze nie widział.

Podobno w wierszu nie ma dość miejsca na prawdę. A jednak w dylogii „Hyperiona” to właśnie poezja okazuje się najwłaściwszym – a może jedynym? – sposobem na poznanie świata. Tylko dzięki niej można oswoić ból i dać życie tańczącej gwieździe. Nie rozpędzajmy się jednak; żeby pisać o sprawach wielkich, trzeba zacząć od czegoś małego. Początek „Hyperiona”: sześcioro ludzi wyrusza na ostatnią pielgrzymkę do tajemniczej i śmiertelnie groźnej istoty zwanej Dzierzbą, która zamieszkuje planetę Hyperion – jedyną niewiadomą w wielkim równaniu przyszłości. Są to: Ksiądz, Uczony, Poeta, Żołnierz, Detektyw i Konsul – archetypy współczesnego mitu. Ci obcy sobie ludzie, nad którymi jednakowo zawisło widmo śmierci, zbierają się wieczorami, by opowiadać swoje prawdziwe historie, inaczej skazane na zapomnienie. Wówczas „Hyperion” ujawnia swoją prawdziwą naturę – misternie skonstruowanej powieści szkatułkowej o co najmniej sześciu denkach, które po zdjęciu odsłaniają coraz to mroczniejsze tajemnice wykreowanego przez Simmonsa świata. Świata, do którego wrót właśnie zapukała zagłada.

[*]
I – na Dzierzbę – jakie to są historie! Powiedzieć, że są znakomicie napisane, to nic nie powiedzieć. Nie wystarczyły Simmonsowi kapitalne pomysły i mistrzowsko budowany suspens. Musiał jeszcze dać popis znajomości konwencji kilku gatunków science fiction, horroru, poezji romantycznej, powieści detektywistycznej i dziewiętnastowiecznej powieści autobiograficznej. Opowieść Księdza to nic innego jak horror etnograficzny, który napisałaby Ursula K. Le Guin, gdyby miała skłonność do podszytych herezją makabresek o grozie zmartwychwstania. Żołnierz wybrał atak bezpośredni – w konwencji militarnej SF prowadzi nas przez otchłanie czasu na stare i nowe pola bitew, gdzie szaleją Eros z Thanatosem. Poeta, snując swoją spowiedź dziecięcia wieku, na przemian klnie i rymuje, i mówi o ostatnich dniach umierającej Ziemi. Uczony Żyd znowu bierze się za bary z Bogiem, który nie odpuści współczesnemu Abrahamowi nawet w kosmosie. Pani Detektyw zaś tropi mordercę androida w dataferze, między wierszami rozgadanych sztucznych inteligencji, w cyberpunkowym kryminale najwyższej próby. Wszystkie te opowieści stanowią cudny hołd dla tych, co słowem badali kosmos – od wspomnianej Le Guin, przez Jacka Vance’a, po Williama Gibsona. Jeśli jednak zastanawiacie się, jakim cudem taką ilość pomysłów zdołał Simmons pomieścić na kartach pięćsetstronicowej książki, to odpowiedź jest jedna. I jest nią Dzierzba.

Dzierzba – milczący, czerwonooki półbóg ze stali, który nabija ofiary na kolce drzewa bólu. Nie dowiecie się, kim jest, bo Dzierzba to symbol – śmierci, cierpienia, a może w ogóle tego, co nieznane. Ksiądz, Żołnierz, Poeta, Uczony, Detektyw i Konsul pielgrzymują do niego uzbrojeni w nielichą wiedzę i doświadczenie, ale co z tego, skoro wobec Nieznanego prędko kapitulują wszelkie sposoby nawiązania kontaktu. Wiara zmienia się w fanatyzm, walka nie ma szans na zwycięstwo, nauka niczego nie wyjaśnia i nawet poezji braknie słów. Jak wobec tego stawić czoło temu, czego nie da się poznać, grozie, której nie da się nazwać? Odpowiedź Simmonsa jest zaskakująco prosta, co nie znaczy, że łatwa. Humanizm, proszę Was. Jak w tym wspaniałym finale „Hyperiona”, w którym – tu spoiler – pielgrzymi schodzą w dolinę Dzierzby, śpiewając i trzymając się za ręce. Tak opowieść, która wedle wszelkiego prawdopodobieństwa powinna zakończyć się igrzyskami śmierci, kończy się gestem przepełnionej fatalizmem ludzkiej solidarności.

[*]
Reszta nie jest jednak milczeniem. Simmons napisał kontynuację. Och, jaką Simmons napisał kontynuację. „Upadek Hyperiona” różni się od poprzedniczki, bo to militarna epopeja, w której mniej jest egzystencjalnej grozy, za to więcej rozmachu i zniewalających zwrotów akcji. To przeniesienie akcentów nie oznacza jednak końca eksperymentów z formą. Wręcz przeciwnie – w tym tomie autor postawił na zadziwiającą, nielinearną narrację, uzasadnioną wkroczeniem pielgrzymów w strefę fal czasu. Tego rodzaju igraszki z chronologią mogą – jak wiadomo – doprowadzić świat do zagłady, a czytelnika do białej gorączki, ale Simmons nie na darmo majstruje przy ściegu opowieści. Plecie oto finezyjną intrygę z udziałem półbogów, półludzi i półmaszyn, obejmującą parę tysiącleci i kilkanaście planet. Brzmi to może onieśmielająco, ale takie nie jest – a to dzięki jego żelaznej dyscyplinie w prowadzeniu wielu wątków naraz i zdolności do przystępnego pisania o sprawach dotykających sedna ludzkiej egzystencji. I jeszcze tej skłonności do cliffhangerów, których nie powstydziłby się autor groszowych sensacji.

Powieść nazywa się „Upadek Hyperiona”, ale naprawdę opowiada o upadku ludzkości. Bardzo barwnie opisuje nam autor Sieć – unię kilkuset planet, które zasiedlili ludzie po zagładzie starej Ziemi. Barwnie i chytrze. Na początek lunapark przyszłości. Drzewostatki, żywe wyspy pływające po morskich pastwiskach, których doglądają delfiny, nieskończona sieć informacji na wyciągnięcie komlogu, transportale i rezydencje między światami, z pokojami na stu różnych planetach... Simmons przedstawia tę Krainę Czarów tak, byśmy oniemieli z zachwytu, a potem zdziera z niej maskę, spod której wyziera szkaradne oblicze dystopii. Okazuje się, że prawdziwa Sieć to Cesarstwo Rzymskie 2.0. – świat tysiąca kultów religijnych, społecznej nierówności, przepychu zastępującego sztukę, pogoni za doznaniami, rabunkowej turystyki, uzależnienia od datasfery, a nade wszystko – stagnacji z wolna prowadzącej do upadku. Nic dziwnego, że u jego wrót wkrótce stają barbarzyńscy Wygnańcy. Nie dekadencja jest jednak chorobą tego wieku, ale brak empatii. Czuć, jak bardzo autorowi leży na sercu problem kolonizacji nie tylko kosmosu i stosunku człowieka do rozumnych, choć niekoniecznie humanoidalnych istot, które może po drodze spotkać. Simmons nie poucza, nie umoralnia – po prostu opisuje to, co stracone przez bezmyślne zagarnianie kolejnych światów, i uwierzcie Gryzipiórowi, że to wystarczy. Do głowy by mu jednak nie przyszło, że autor „Hyperiona” będzie chciał ratować świat poezją.

Zrozumiałem, że być poetą, prawdziwym poetą, to być awatarem całej ludzkości; że przywdziać płaszcz poety, to dźwigać krzyż Syna Człowieczego i cierpieć bóle porodowe Duchowej Matki Ludzkości.
Być prawdziwym poetą – to stać się Bogiem.
Próbowałem to wytłumaczyć przyjaciołom z Wrót Niebios.
– Kurwa, psipsi – mówiłem. – Dupa matkojebca, kurwa gówno szczoch. Pizda. Pierdolę. Kupa.
Kręcili głowami, uśmiechali się i rozchodzili. Wielcy poeci rzadko bywają rozumiani za życia [„Hyperion”, s. 204-205].

Kim jest poeta? Poeta to jest, proszę Was, ktoś, kto „nawet krzycząc, kontempluje naturę bólu – i zdaje sobie sprawę, że ma przed sobą wiersz” [„Upadek Hyperiona”, s. 309]. Jest też poeta żywym probierzem naszego wspólnego nieszczęścia, kimś, kto najgłębiej odczuwa egzystencjalny ból towarzyszący człowiekowi od urodzenia. Tworząc, porządkuje i oswaja to cierpienie, tak by biegło w rytmie jambów i trochejów. To ważne, bo ten wrodzony ból – symbolizowany przez straszne drzewo Dzierzby – to bodaj jedyne doświadczenie wspólne wszystkim ludziom – i tylko ono może lec u podstaw prawdziwej empatii. Górnolotne? Jak diabli, ale, wiecie, Gryzipiór myśli podobnie i może dlatego tak mocno przemówiła do niego Simmonsowa filozofia cierpienia. Przydaje też ona „Hyperionowi” tej szczególnej podniosłej posępności, którą tak ukochali ziemscy poeci romantyczni. Simmons zaś ukochał ich. Zwłaszcza jednego – Johna Keatsa, którego zrekonstruowana i umieszczona w androidzie persona jest – uwaga, uwaga – główną bohaterką „Upadku Hyperiona”. Czyste szaleństwo, prawda? Ale Keats daje się lubić, taki z niego sympatyczny, trochę zagubiony młodzieniec, nieświadomy, że lada chwila stanie się wzorem poety cierpiącego.

Odbierał ich ból jako monumentalny dźwięk rozbrzmiewający tuż poza progiem słyszalności, jako potężne, nieustające wycie syreny boleści, jakby tysiące niewprawnych palców uderzały w tysiące klawiszy gigantycznych organów udręki. Uczucie było tak przemożne, tak natarczywe, że wodził wzrokiem po niebie, wypatrując emanujących z drzewa – jak z płonącego stosu – fal bólu.
Widział tylko ostre światło i księżycowy bezruch [„Upadek Hyperiona”, s. 255].

Nadanie tak wielkiej wagi empatii ma doniosłe konsekwencje dla jeszcze jednej istoty. Z odmętów tego obłędu, jakim są oba „Hyperiony”, słychać co jakiś czas gniewne wołanie o Boga, ale nie byle jakiego, tylko takiego, który godzien będzie ludzi i ich bezmiernego bólu. Gryzipiór nie chce zdradzać za dużo, więc wspomni tylko, że bardzo mu przypadła do gustu koncepcja Boga ewoluującego, który musi nadążać za postępem etyki i filozofii. Nasi ziemscy bogowie mogliby się od niego czegoś nauczyć. Może zamiast ofiar z ludzi i złota trzeba im podrzucić „Hyperiona”? Nie powinni się gniewać, bo to literacki majstersztyk, który jest czymś znacznie więcej niż sumą (zwinnych, ironicznych) słów. Jest mroczną przypowieścią o człowieku, Bogu i maszynie, w której akcja, suspens, humor, nauka, filozofia i poezja mieszają się dokładnie w takich proporcjach, jakie gryzipióry od dzisiaj lubią najbardziej – zupełnie szalonych.

  • Przekład: Wojciech Szypuła
  • Wydawca: MAG
  • Rok wydania: 2015 („Hyperion” – 1989, „Upadek Hyperiona” – 1990)
  • Liczba stron: „Hyperion” – 517, „Upadek Hyperiona” – 612

  1. I teraz zdejmę z półki i zacznę czytać i będą musieli mnie podłączyć do kroplówki za trzy dni, a potem skończę czytać i będzie we mnie pustka.

    Co ty narobiłaś, Alicjo, co ty narobiłaś?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To moja słodka zemsta za "Lewą rękę ciemności" ;) Ale mogę Ci obiecać, że pustki nie będzie, wręcz przeciwnie, będzie za dużo słów i zdań, i pomysłów - nic, tylko siadać i pisać coś własnego. (Wiem, nie ułatwiam).

      Usuń
    2. Ale ja wiem, ja to wszystko wiem! Dawno temu poszłam na imprezę sylwestrową i przypadkiem zdjęłam "Hyperiona" z półki u znajomych. Nie było ze mnie zbyt wiele pożytku tej nocy, drugie stycznia pognałam do księgarni i kupiłam własne egzemplarze; z doświadczenia więc wiem, że nie mogę znowu zacząć czytać.

      Usuń
    3. Ha :) Widać taka natura tych książek, że biorą człowieka z zaskoczenia. Ja nieopatrznie zabrałam pierwszego "Hyperiona" na wyjazd nad morze i po paru dniach myślałam już tylko o tym, jak to wrócę do domu i będę czytać "Upadek"... A tu tyle urlopu zostało!
      A czytałaś może inne powieści Simmonsa? Czaję się na nie, ale jeszcze nie wiem, którą ofiarę wybrać, wszystkie takie apetyczne.

      Usuń
    4. Nie, choć sporo mam. Ale to moja przywara: boję się czytać inne książki autora. Myślę, że to wina Carda, im dalej w las, tym było gorzej, więc teraz się boję na zapas.

      Usuń
    5. To ja przeczytam i napiszę co i jak :) Chociaż sama się trochę boję tych niepokojąco negatywnych recenzji "Endymiona". Po "Hyperionie" nawet nie mogę sobie wyobrazić, że autor taki jak Simmons mógłby napisać złą książkę.

      Usuń
    6. Jako ktoś zakochany w Hyperionie powiem, że Endymion jest rozczarowujący, ale na pewno nie zły. Jest po prostu dużo bardziej przeciętny, podczas gdy Hyperion naprawdę momentami powala. Wiele wątków poszło w niezwykle ciekawą stronę w Endymionie, dlatego jednak warto, wydaje mi się. Natomiast inne książki Simmonsa po prostu mnie nudzą, większości nie przebrnęłam do końca, na ogół, w moim odczuciu, strasznie ulega pokusie zalewania czytelnika owocami swojego rzetelnego riserczu, a intrygi mu się ślimaczą i rozłażą ;).
      A poza tym, w temacie, dziękuję za świetny tekst :)

      Usuń
    7. To ja dziękuję za podniesienie na duchu :) W takim razie nadchodzę, Endymionie.

      Usuń
  2. Ech, "Hyperion" i "Upadek Hyperiona" był dla mnie swego czasu literackim objawieniem. Do głowy by mi nie przyszło, że można TAK pisać, a tygodniami po lekturze, gdy zamknęłam oczy, widziałam barwne nieba innych światów, Konsula grającego na fortepianie z burzą w tle, Poetę na Drzewie, czy Yggdrasil mknący przez przestrzeń. I tak -scena finałowa "Hyperiona", będąca dla mnie futurystyczną realizacją motywu dance macabre. zapada w pamięć.

    Przyznam, że dylogia hyperiońska nie wydała mi się ciężka i posępna - rozmach i blask wizji jednak nieco odsuwają niewesołe przesłanie.

    Druga dylogia mnie jednak rozczarowała. Pewnie, gdybym nie czytała pierwszej, by mi się podobało, ale po tym dotknięciu ideału, to już nie było aż tak dobre. Do tego Simmons zmienia niektóre kwestie, przestawia elementy, burzy już stworzone intepretacje (np. odnośnie Ziemi)

    Chociaż - piszesz tu, że uważasz, iż największym brakiem jest brak empatii. I w "Endymionie" wątek empatii się pojawia i znajduje swoją realizację. Poza tym Aenea (po polsku Enea, ale bardziej pasuje mi angielski, palindromiczny zapis dla dziecka zwanego "sierotą czasu" i w świetle tych wszystkich podróży pod prąd i z prądem lat) jest bardzo sympatycznym Mesjaszem.

    Co do innych utworów - ludzie chwalą "Terror", ale go nie czytałam. Czytałam zbiorcze wydanie "Wydrążonego człowieka/Muzę ognia" i wydałym isię one liche. Podobnie nie porwała mnie minipowieść z ufantastycznionej I wojny światowej, która ukazała się w któryś "Krokach w nieznane". Mam trochę takie poczucie, że Simmons zanadto "pasożytuje" na innych twórcach - za dużo opiera się na cudzej twórczości. W "Hyperionie" to tworzyło fascynującą mozaikę, ale gdzie indziej jakoś wyzierał z tego brak własnej literackiej drogi, jakiejś autentyczności.
    Pozdrawiam! Beata N.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A i jeszcze jedno - przepraszam za te kilka literówek i oczywiście miało być "Muzy ognia" i "którychś". Ale ja też nie o tym - zapomiałam dorzucić jeszcze jedneogo - w kwestii: - "ursula Le Guin - horror (no, może nie standardowo pojmowany) i nieśmiertelność - na sieci jest opowiadanie "Wyspa nieśmiertelnych" (w oryginale, ale krótkie, a Le Guin nie pisze trudnym językiem, więc jego lektura nie jest wymagająca)

      http://www.lightspeedmagazine.com/fiction/the-island-of-the-immortals/
      Polecam! BN.

      Usuń
    2. I podziemną świątynię Bikurów. I Grobowce Czasu roztaczające upiorny, szmaragdowy blask. I podziemne labirynty pełne zmumifikowanych ludzi, wciąż czekających na ocalenie. Właśnie, gapa ze mnie, nie napisałam, jakie piękne, przejmujące wizje potrafi stworzyć Simmons, a przecież to w dużej mierze stanowi o sile tej powieści. Dla mnie była ciężka i ponura w najzupełniej pozytywnym sensie, bo ja bardzo lubię takie utwory, a mało kto potrafi dobrze tak pisać. Simmons potrafi. Ale na pewno masz rację, że nie będzie taka zawsze i dla każdego. A i przesłanie wydaje mi się dość pozytywne, choć mam trochę problemów z tym, jak łatwo na końcu Simmons zaproponował oczyszczenie ludzkości z zepsucia poprzez wojnę. Tego ognia chyba nie powinno się zwalczać ogniem.

      No właśnie, tego się trochę boję, że Simmons okaże się jednym z tych autorów, którzy nie wiedzą, kiedy opuścić swoje uniwersum, i kombinują, i zmieniają, i dopowiadają, aż szlag trafia całą tajemnicę - a w "Hyperionie" tajemnica to jedna z kluczowych kategorii. Mówisz, że rozwija wątek empatii? To chyba jednak się skuszę, bo bardzo pasuje mi ta Simmonsowa myśl. I o "Terrorze" też czytałam sporo dobrych rzeczy (acz niektórzy twierdzą, że się dłuży). Poza tym Arktyka. Arktyka!

      Fajne, nietypowe, zagadkowe opowiadanie, którego wcześniej nie znałam. A jednak Ursula miała trochę skłonności do horrorów o przekleństwie nieśmiertelności, kto by pomyślał. Dzięki!

      PS Ech tam, mnie literówki niestraszne, nawet nie zauważam :)

      Usuń
  3. Według mnie "Hyperion" to jedna z najlepszych powieści science-fiction, jakie dane było mi czytać. Zachwycam się nadal rozmachem, bogactwem i emocjami. Tak mnie zachwycił, że boję się sięgać po kontynuację. W ramach zastępstwa przeczytałem "Olimp" i też okazał się świetny, choć nieco gorszy.

    I dla mnie Shrike to zawsze będzie Shrike. Polska wersja strasznie mi się gryzie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, mnie też zdjął lęk przed kontynuacją, ale z tego, co piszą Sherlockistka i Beata, wynika, że nie jest tak bardzo źle, więc zaryzykuję. Kiedyś. Niebawem.

      Mówisz? Shrike ma dobre, ostre brzmienie, ale chyba nie było wyjścia: wszystkie inne angielskie nazwy własne są w "Hyperionie" przetłumaczone. Dla mnie Dzierzba brzmi fajnie, tak ludowo i jednocześnie groźnie. Wyobrażam sobie, że to przezwisko mogli mu nadać pracownicy hyperiońskich plantacji, opowiadający sobie półgłosem o demonie, co to przychodzi nocą i nabija ofiary na metalowe kolce.

      Usuń
    2. Co do "imienia bestii" -uważam oryginalne miano za najlpesze, ale też nie mam lepszego pomysłu, by je przełożyć. Shrike nie tylko oznacza ptaka, który nabija swoje ofiary na kolce, ale też - brzmieniowo - kojarzy mi się ze słowami takimi, jak sharp, shark, shriek - to w pewien sposób jakoś pasuje do natury tej istoty. Są jeszcze inne słowa - jak shrine (no, to by się jeszcze wiązało), czy shrink, ale jakoś te ostro-drapieżne u mnie dominują.

      A po polsku - raz, że Dzierzba już nie ma w sobie takiej "mroczności", dwa - jest rodzaju żeńskiego, no i kojarzy mi sie już nieodmiennie z Renfri.

      A Chyżwar z poprzedniego tłumaczenia - no niby brzmi to ciężko, ale co mogłam poradzić, że mnie się kojarzyło przede wszystkim ze słowem "samowar"

      A jeszcze co do myśli z wcześniejszych komentarzy: "choć mam trochę problemów z tym, jak łatwo na końcu Simmons zaproponował oczyszczenie ludzkości z zepsucia poprzez wojnę. Tego ognia chyba nie powinno się zwalczać ogniem."

      Nie odczytywałam tego w taki sposób. Owszem, Meina postąpiła, jak postąpiła, chcąc wyeliminować Technocentrum, ale wojna wydała mi się bardziej swego rodzaju wyrazem prawidłowości dziejowej.

      Cywilizacja się rozwija, powstaje daleko sięgające imperium, które siłą i dyplomacją rozszerza swe wpływy. Nadchodzi Złoty Wiek. Potem jednak przyzwyczajeni do dobrobytu ludzie słabną i gnuśnieją. Coraz silniejsze tają się głosy grup niezadowolonych z przyłączenia, dla których oznaczało ono utratę niezależności, własnychvwartości. Różnorodność kulturowa, która początkowo stanowiła zaletę, przestaje nią być - bo przedstawiciele imperium tracą poczucie wspólnoty, nie mają jednolitej tożsamości, wspólnego celu. Pojawiają się tendencje odśrodkowe i intrygi u szczytu władzy. Kolos zaczyna się chwiać, co wykorzystują Barbarzyńcy na obrzeżach. Oni mają to, co imperium utraciło - siłę, determinację i jasny cel. Imperium upada. Nadchodzą nowe Wieki Ciemne. Potem, z popiołów dźwica się kolejna cywilizacja. Cykl się powtarza.

      Pozdrawiam, Beta N.

      Usuń
    3. Można jeszcze dopisać do tej listy shrill i shrift - oba znaczące dla takiej przerażającej, półboskiej istoty. Zgadzam się, że Shrike brzmi najbardziej drapieżnie, choć myślę, że w polskim tekście trochę by raził, no i dla sporej części czytelników nie niósłby żadnych znaczeń poza czysto brzmieniowymi skojarzeniami z czymś ostrym.
      Wiesz, że jakoś nie pomyślałam o Renfri? Sama się teraz dziwię. Mnie Dzierzba nie przeszkadza, brzmi naturalnie, jak imię nadane demonowi przez lud, no i budzi te skojarzenia z okrucieństwem. Akurat nie mam przy sobie tekstu, ale jestem prawie pewna, że książkowy Dzierzba miał rodzaj męski.
      Chyżwar fajny. Ciężki, mechaniczny i dziwaczny. Tylko może to skojarzenie z czymś chyżym trochę niefortunne. O samowarze nie wspominając.

      Widzę, że wyznajesz historyczny fatalizm :) Myślę, że jak najbardziej można interpretować tę wojnę jako wyraz prawidłowości dziejowej. Tylko nie wiem, czy należy dawać na nią przyzwolenie. Simmons, mam wrażenie, przedstawił ją jak coś nieomal pożądanego, co oczyszcza i wyzwala - i tylko prześlizgnął się po konsekwencjach, które dla wielu zależnych od transportali światów musiały być tragiczne. Mam nieodparte wrażenie, że nieźle się bawił, zsyłając zagładę na Sieć, której grzechy są może liczne, ale przecież nie tak liczne, by machnąć ręką na śmierć i cierpienie miliardów jej mieszkańców. Jakoś mi to nie styka z humanizmem, do którego wcześniej tak zachęcał.

      Usuń
    4. Hmmm, nie odebrałam tego w ten sposób, choć może... zagłada Babilonu. Ale nie wiem, aż tak dobrze nie pamiętam. Jeśli jednak sięgniesz po tomy kolejne, zobaczysz, że oczyszczeniem to raczej nie było. Ale oczywiście nie zamierzam wyjaśniać, żeby nie psuć przyjemności z lektury.

      Acha - z tym fatalizmem pewnie tak. Przyzwolenia oczywiście nie, ale pytanie, co można by zrobić, skąd wziąć siłę, poczucie celu i skłonnośćdo poświęceń zamiast utknięcia w wygodzie własnej.

      Odnośnie Chyżwara/Dzierzby, bawię się teraz słowami, obracam je w głowie - Śmiertnik, Cierńmistrz, wciąż nie to...

      BN

      Usuń
    5. Całe szczęście, bo trudno mi sobie wyobrazić, żeby po tym wszystkim Simmons zaserwował nam radosną opowieść o odrodzeniu ludzkości. Nie mam pojęcia, czy tę wojnę dałoby się zastąpić np. równie skuteczną pokojową rewolucją (pewnie nie), ale jakoś źle się czuję z myślą, że na pewien poziom zepsucia społeczeństwa jedynym lekarstwem jest wojna. Gladstone była szalenie inteligentna, miała wielkie polityczne wpływy i cieszyła się uznaniem - może mogła wymyślić inny sposób na wyjawienie ludziom prawdy i nakłonienie ich do zmiany, tak aby nie zabijać trzech planet i milionów ludzi? No nic, sprawdzę, jak się mają sprawy w "Endymionie", a nuż zmienię zdanie :)

      Usuń
  4. Po przeczytaniu tej recenzji nabralem ochoty na lekture Endymiona.

    Hyperiona czytalem dosc dawno temu i chociaz ksiazka strasznie mi sie podobala (chociaz po opowiesci Ksiedza mialem koszmary przez dlugi czas), "Upadek" czytalo mi sie juz duzo gorzej. No nic, moze warto dac czesci 3 i 4 szanse.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Brrr, opowieść Księdza była przerażająca, ale z drugiej strony - absolutnie fantastycznie napisana. Z tego, co mówią mądrzy, wynika, że warto sięgnąć po kolejne części, choć są podobno słabsze. Ja mimo to się skuszę :)

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.