Jedenaste: pisz zwięźle, czyli „Amerykańscy bogowie” Neila Gaimana


Na początku był Zamiar, a był to zamiar zacny. Zespolić konwencje fantasy i powieści drogi – i tak przysposobionym narzędziem przeprowadzić sekcję zwłok współczesnej amerykańskiej duszy, o którą dawni bogowie toczą bój z nowymi bogami mediów, pieniędzy, dragów i autostrad. Aliści Zamiar stał się ciałem – a ciało to było podejrzanie opasłe, rozwlekłe, prawie sześćset stron liczące od początku aż do autorskiego post scriptum. Wówczas to Gryzipiórowe śledztwo ujawniło kłopoty Gaimana z przestrzeganiem pisarskiego dekalogu, szczególnie pierwszego przykazania – „nie lej wody, do diabła”.

Doczytując w bólach „Amerykańskich bogów”, Gryzipiór pomyślał sobie, że Neil Gaiman to rzeczywiście wyborny fantasta, ale znacznie gorszy prozaik. Jego powieści zwykle zasadzają się na jakimś ciekawym koncepcie, który w miarę postępu w lekturze więdnie pod ciężarem nieprzekonującej fabuły. Bohater otwiera drzwi do równoległego Londynu, wyrusza na poszukiwanie spadającej gwiazdy, w niemowlęctwie zostaje przygarnięty przez upiory... i nic. Łatwo darować autorowi braki fabularne w krótszych opowieściach, takich jak „Nigdziebądź” czy „Księga cmentarna”, które kończą się, zanim pierwotny pomysł zdąży się czytelnikowi przejeść. Niestety „Amerykańscy bogowie” to powieść sporo dłuższa, która ma więcej czasu i sposobności, by czytelnika rozczarować. I skwapliwie z nich korzysta.

„Amerykańscy bogowie” też zaczynają się od kapitalnego konceptu. Oto dawni bogowie nordyccy, egipscy, słowiańscy i inni (ale, co ciekawe, nie chrześcijańscy) pomieszkują w zapyziałych chicagowskich mieszkankach, prowadzą zakłady pogrzebowe, napadają banki, krótko mówiąc: starają się normalnie żyć. Gaiman nie zdradza ich imion od razu, dzięki czemu można mieć sporo frajdy z rozpoznawania bogów i demonów w kolejnych postaciach, które życie zmusiło do zarabiania na chleb w taksówce, karawanie czy zgoła na ulicy. Gryzipiór, prawdę mówiąc, mógłby na takiej niezobowiązującej zabawie mitologią poprzestać, ale Gaiman poszedł dalej. Okazuje się, że starzy bogowie stracili wiele ze swej dawnej mocy, odkąd ich wyznawcy przeszli na wiarę w telewizję, pieniądze i narkotyki. Nie ma rady: trzeba iść na wojnę z tymi nowymi, aroganckimi bożkami. Na wojnie zaś dobrze jest mieć w odwodzie cień.

Cień to jeden z tych sympatycznych i doskonale bezbarwnych cyborgów, którzy tylko udają głównych bohaterów, a naprawdę posłusznie spełniają polecenia autora, w czym znacząco pomaga im brak charakteru. Nie przypadkiem poznajemy go jeszcze w czasie odsiadki – prawie do końca powieści Cień będzie ledwie zakładnikiem w rękach potężniejszych od siebie istot. Jego przeciętność i brak inicjatywy odzwierciedlają rolę, jaką przydzielono mu w nadchodzącej wojnie, i mają zapewne przybliżać go do czytelnika, ale – na bogów – bywają okropnie irytujące! Gryzipiór w każdym razie chętnie by spojrzał z jakiejś ciekawszej, mniej oczywistej perspektywy na tę dziwną, skrycie magiczną Amerykę. Cień, everyman idealny, jest przezroczysty i nie odciska piętna na powieściowej rzeczywistości. Jest, a jakby go nie było. Cień.

[*]
Takiego bohatera autor może rzucić wszędzie – i Gaiman chętnie korzysta z tego przywileju. Po obiecującym zawiązaniu akcja wytraca impet, a wojna bogów schodzi na dalszy plan. Teraz mamy powieść drogi. Cień i jego ekscentryczny, cudownie cyniczny pracodawca ruszają na nieśpieszną wyprawę po amerykańskiej prowincji – krainie paradoksów, w której miejsca pradawnej mocy sąsiadują z barami szybkiej obsługi, a każde miasteczko ma własną atrakcję turystyczną, jeszcze bardziej groteskową niż poprzednie. Podróży po kraju towarzyszy oczywiście podróż duchowa. Bohaterowie, a wraz z nimi czytelnik, stopniowo odkrywają Amerykę o ulotnej, patchworkowej tożsamości, zrodzonej z ogromu niewyobrażalnie różnych doświadczeń pierwszych kolonizatorów, niewolników, przestępców zesłanych do Nowego Świata i imigrantów zarobkowych.

Ważną cechą amerykańskiej historii – napisał pan Ibis w swym oprawnym w skórę dzienniku – jest jej fikcyjny charakter. Ma w sobie prostotę czarno-białego rysunku dla dzieci bądź ludzi, którzy się nudzą. W większości pozostaje niezbadana, niewyobrażona, nieprzemyślana. Jest obrazem, nie samą sobą [s. 102].

Podobnie amorficzna staje się sama opowieść, która rozpada się na epizody odległe od siebie nawet o tysiące lat. Niektóre są doskonałe – Gryzipiórowi szczególnie zapadła w pamięć historia o ifrycie i imigrancie z Omanu – ale większość wiąże się ze sobą bardzo luźno, a niekiedy wcale. I niemiłosiernie spowalnia akcję. Pamiętacie jeszcze o zapowiadanej wojnie bogów? Gdy gdzie indziej trwają przygotowania, Cień zimuje w maleńkim miasteczku w Wisconsin, a wówczas „Amerykańscy bogowie”, balansujący dotąd na granicy fantasy i powieści drogi, przeobrażają się w podszytą grozą i okrutnie rozwlekłą powieść obyczajową. Jeśli autor chciał zabawić się w tę postmodernistyczną żonglerkę gatunkami, żeby wierniej sportretować Amerykę, to niestety zabrakło mu solidnej klamry fabularnej. Bo historia miasteczka, w którym tajemniczo giną dzieci, nijak się ma do wojny bogów, która z kolei nijak się ma do historii Samanthy czy Szalonego Sweeneya. Czy to celowy zabieg? Zapewne, choć „Amerykańscy bogowie” nie niszczą tradycyjnej struktury narracyjnej na tyle wyraźnie, by można ich uznać za literacki eksperyment, korzystający – dajmy na to – z poetyki snu (choć sny i halucynacje pojawiają się tu często). Są jak beztroska wycieczka autostopem, która równie dobrze może się skończyć w staromodnym lokalu słowiańskich bogiń, składzie nieużywanych karuzel, jak i w piekle. Parę chwil ekscytującej niewiadomej, a potem nuda i kręcenie się w kółko.

Sądząc po deszczu nagród i entuzjastycznych recenzjach, wielu jest amatorów takiego pisarstwa, ale Gryzipiór do nich nie należy. Największe pretensje ma do zakończenia. Pięćset stron gadania o nadchodzącej burzy, budowania napięcia, sugerowania, że może ten chaos da jeszcze życie tańczącej gwieździe – i klapa. Pal licho, że spiralę przemocy udaje się zatrzymać jedną niezbyt błyskotliwą przemową – nie takie rzeczy się w fantasy widziało. Naprawdę boli Gryzipióra to, jak łatwo Gaiman zamiótł pod dywan spór między starymi a nowymi bogami, przekładający się przecież jakoś na konflikt między zachowaniem tradycji, wartości i tożsamości imigrantów a presją uniwersalizacji. Wszystko okazało się żartem, podpuchą, wielkim boskim przekrętem – może w zgodzie z charakterem antagonisty, ale dla Gryzipióra raczej rozczarowująco.

W świecie bogów [...] nie śmierć się liczy, lecz szansa zmartwychwstania [s. 437].

Żeby jednak nie było, że tylko krytykuje – Gryzipiórowi, zatwardziałemu ateiście, w tym liście miłosnym do Ameryki najbardziej spodobał się sposób przedstawiania bogów. To istoty paradoksalne: niewyobrażalnie potężne i zarazem całkowicie zależne od naszej wiary. Mało tego – Gaiman odwrócił dogmat. U niego to nie bóg tworzy człowieka na swe podobieństwo, ale człowiek powołuje boga do życia ze swoich marzeń, lęków, obsesji i tęsknoty za ojczystymi stronami. Sami wymyślamy swoich bogów – mówi Gaiman – i sami ich uśmiercamy. Wszystko da się uczynić przedmiotem kultu: pieniądze, telewizję, drogi szybkiego ruchu. Liczy się akt wiary, a ten wymaga ofiary – najlepiej z ludzkiej krwi. Dlatego bóg autostrad robi zawrotną karierę. Dlatego tak ważne jest poświęcenie Cienia, który – powtarzając gest ojca chrzestnego nordyckiego panteonu – wskrzesił mit, uratował bogów i potwierdził ich rację bytu. Nawet w tej okropnej, zblazowanej Ameryce.

  • Przekład: Paulina Braiter
  • Wydawca: MAG
  • Rok wydania: 2016 (2001)
  • Liczba stron: 608


Z ogłoszeń parafialnych: Gryzipiór żyje. Tylko ostatnio był bardzo zajęty – kończył studia podyplomowe – ale już za chwilę wróci do rytmu publikacji nowych wpisów co tydzień. W kolejce do recenzji: „Hyperion”, „Upadek Hyperiona” i nareszcie „Wydziedziczeni”.
  1. Całkowicie się zgadzam,mnie się też ta książka nie podobała.Za długa,nieciekawa,przewleczone wątki z żoną (Laurą?.Akurat watek z jeziorem i dziećmi mi się podobał,ale to za mało. Czytałam dwa razy, po polsku i po angielsku i nic,wiem,ze wszyscy pieją,ja nie.To o Londynie Nad i Pod podobało mi się bardziej.
    Dzięki za recenzję

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo proszę :) Też wolę "Nigdziebądź", które choć cierpi na podobne przypadłości co "Amerykańcy bogowie", to wygrywa dla mnie dzięki grozie i czarnemu humorowi. Wątek z Laurą zapowiadał się ciekawie i przyjemnie makabrycznie, ale ostatecznie też mam wrażenie, że ciągnął się za długo i zakończył się strasznie banalnie :/

      Usuń
  2. Cóż muszę przyznać, że mi się Amerykańscy Bogowie całkiem podobali. Faktem jest że oryginalny i genialny pomysł dość się rozmysł w swojej strukturze, ale zwroty akcji a także pewien senny klimat bardzo mi się podobały.
    PS: Czy tak jak przez poprzednie lata będą omawiane odcinki GoT?
    PS2: Czy posiadasz, drogi Gryzipiórze konto na lubimy czytać? I czy miałabyś coś przeciwko, gdybym dodał cię do znajomych? Chętnie porównałbym nasze gusta.
    Serdecznie pozdrawiam
    J.K.K.L

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie ten senny klimat uśpił, ale w mniejszej dawce, myślę, byłby całkiem w porządku. Szczególnie że pasuje do powieści, w której przez większość czasu kręcimy się po amerykańskiej prowincji gdzieś między jawą a snem.
      PS: Będą!
      PS2: Niestety nie mam tam konta, ale gdybym miała, to oczywiście nie miałabym nic przeciwko :)

      Usuń
  3. Hej, ciekawie było przeczytać przemyślenia kogoś, komu AG się nie podobali. Czy widziałaś może serial?

    Chciałam jeszcze nawiązać do Twojego starego wpisu o "Upiornej pannie młodej", napisałaś tam:
    "John Watson, którego powołali do życia Moffat i Gatiss – jako chyba jedyny w historii adaptacji opowiadań Doyle’a – ma pełną świadomość, że poniekąd stworzył Holmesa za pomocą własnej wyobraźni."

    Jest taki stary film, w którym Sherlock Holmes jest postacią wymyśloną przez Johna Watsona:
    http://www.filmweb.pl/film/Bez+śladu-1988-11736

    Pozdrawiam,
    Hersychia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serialu jeszcze nie widziałam - stwierdziłam, że muszę robić większe przerwy między materiałem wyjściowym a adaptacją, bo inaczej zaczynam się koncentrować na zgodności z oryginałem i jakoś mniej pozwalam na autonomię twórcom adaptacji. Taki figiel podświadomości. Ale niedługo planuję nadrobić i pewnie coś wtedy skrobnę :)

      O, nie znałam tego filmu, a zapowiada się zacnie. Ślicznie dziękuję za linka!

      Usuń
    2. To jestem ciekawa, jakie będą Twoje wrażenia, serial jest bardzo, bardzo w stylu Fullera. Ja go akurat nie lubię, więc np. przygodę z Hannibalem zakończyłam na pierwszym odcinku :P

      Myślę jeszcze o tamtym wpisie o specialu, ach, jaki on był optymistyczno-naiwny. Szkoda, że czwarty sezon (jaki czwarty sezon...?) okazał się być tak koncertowo spaprany.

      H.

      Usuń
    3. Ooo, to będzie coś dla mnie! Bo ja z kolei oglądałam Hannibala, ciesząc się dziko z tej obłędnej orgii bezsensu, w której pogrążał się coraz bardziej z każdym kolejnym sezonem.

      Ech, tamten wpis to produkt starych, dobrych czasów, gdyśmy jeszcze w fandomie wierzyli, że dostaniemy śmiałą reinterpretację opowieści o Sherlocku, a nie festiwal fabularnego nonsensu, klisz i zupełnie jawnego queerbaitingu. Na pocieszenie: nic nie wskazuje na to, by komuś chciało się robić piąty sezon.

      Usuń
    4. Chętnie bym zobaczyła jakąś krótką wersję Hannibala, bo słyszałam od znajomych, co tam się powyprawiało w tym trzecim sezonie i chciałabym to zobaczyć, ale nie chce mi się inwestować tyle czasu na zapoznanie się z tym od zera :P Ech, tego właśnie nie lubię w długich serialach.

      Weszłam w fandom Sherlocka z dość dużym opóźnieniem, ale faktycznie, pamiętam te długaśne analizy wyjaśniające każdą pierdółkę z pierwszych dwóch sezonów, pokazujące, jak pięknie się to łączy z innymi drobiazgami, jak nawiązuje do kanonu i do innych ekranizacji... Albo po prostu jaką ludzie mieli z tego frajdę (a jaką ja miałam z tego frajdę...). Do dzisiaj nie rozumiem, jak można było coś aż tak spaprać, ten sezon zaprzeczył chyba wszystkiemu, co pojawiło się wcześniej! Totalnie sobie wyobrażam, że tak jak scenarzyści "Mody na sukces" mają taką tabelkę typu "każdy z każdym", tak Moffat i Gatiss opracowali sobie długaśną listę rzeczy do zniszczenia.

      Dooobra, wyszło mi z tego długaśne narzekanie zawiedzionej fanki, a chyba wszyscy już mają dosyć wylewania żółci na ten serial :P

      H

      Usuń
    5. Hm, to żeby nie spoilerować za bardzo, powiem tylko, że końcówka Hannibala wynagradza cały ten płacz i zgrzytanie zębami, które słychać, gdy kto próbuje rozgryźć sens poprzednich odcinków. Generalnie to nie jest serial do odwzorowywania rzeczywistości, to jest serial do cieszenia się czystym absurdem i magnetyczną więzią Willa z Hannibalem. Co też gorąco wszystkim polecam :)

      Wiesz, jak nie będziemy od czasu do czasu wylewać żółci, to wszyscy zapomną, w czym problem, a przecież twórcy naprawdę zagrali nieetycznie, składając obietnice, których nie mieli zamiaru dotrzymać. Dla mnie fandom Sherlocka zawsze będzie pięknym przykładem na moc wspólnoty interpretacyjnej, która wspólnymi siłami stworzyła wersję opowieści ciekawszą, mądrzejszą i odważniejszą niż dwóch zbyt pewnych siebie panów w średnim wieku.

      Usuń
    6. Nie, nie, ja właśnie wiem, co się dzieje w trzecim sezonie, chociaż podchodzę do tego raczej w kategoriach "o haha, co oni tu naodwalali?" :P

      Zgadzam się, że fandom Sherlocka jest lepszy niż interpretacja Mofftissa, nawet biorąc pod uwagę, że jest tu jakiś odsetek freaków, jak zawsze w jakiejkolwiek społeczności. Ale. Ostatnio odświeżałam sobie z siostrą te dobre serie i zaskoczyło mnie, jak moje wyobrażenie bohaterów odbiega od kanonu, nie mam nawet na myśli relacji między Johnem a Sherlockiem, tylko te bardziej podstawowe rzeczy. Zdałam sobie sprawę, że fanon jest mi o wiele bliższy. I dobrze.

      Usuń
    7. O, to jest właśnie słuszne nastawienie do oglądania Hannibala :D

      No pewnie, że dobrze! Ja po doświadczeniu z Sherlockiem w ogóle nie wiem, czy ten tradycyjny podział na kanon i fanon ma jeszcze sens. Czy ciągle potrzebujemy ścisłego rozróżnienia między tym, co pochodzi od twórców, a tym, co wymyślili fani. Oglądam ten serial i dla mnie to fanon jest kanonem. Kanonu nawet nie umiem sobie wyobrazić. Klasycznym fanonem jest zaś czwarty sezon, w którym twórcy - zachowujący się jak fani własnego serialu - bawią się oryginałem zgodnie z własnym widzimisię, łamiąc jego pierwotne założenia. Chciałabym, żebyśmy między twórcami a fanami w końcu uznali, że każda interpretacja, która nie przeczy podstawowym faktom, ma tyle samo sensu i takie same prawa. Autor tworzy matrycę, ale to widz czy czytelnik interpretuje i nadaje utworowi ostateczny kształt. Można pomarzyć!

      Usuń
    8. Według mnie ma sens, właśnie z tego względu, że fanon nie jest jednorodny, czasami jest po prostu sprzeczny wewnętrznie. Chyba, że masz na myśli tworzenie... własnych headcanonów, tak to nazwijmy? W sensie, że nie ma sensu we własnej głowie rozdzielać tego, co było w książce od tego, co przeczytało się na ao3 czy innym tumblrze?

      Ja bym jeszcze chciała, żeby wizerunek fanów w dziełach kanonicznych był normalniejszy. Nie jesteśmy ludźmi bez zwyczajnego życia, owładniętymi fantazjami erotycznymi o bohaterach serialu/filmu/książki, który lubimy sobie czasem włączyć.

      Usuń
    9. Mam na myśli fanon jako ogół wypracowanych przez fanów interpretacji i headcanonów (z którego zwykle wybieramy sobie to, co nas najbardziej przekonuje, albo to, na co mamy akurat ochotę). Myślę, że jest bardzo trudno nakreślić taką ostrą linię między fanonem a kanonem (sami twórcy próbują to czasem robić, ale w rzeczywistości narzucają tylko własny fanon, bo przecież też są interpretatorami własnego dzieła). Ba, może nawet nakreślenie takiej linii nie jest w ogóle możliwe, dlatego te pojęcia wydają mi współcześnie nie całkiem aktualne.

      O, to, to. Przypomina mi się ta fanka z pierwszego odcinka trzeciego sezonu, co to fantazjowała o Sherlocku i Moriartym, budząc jednogłośne zgorszenie. Zawsze myślałam, że to takie mrugnięcie okiem, kpina ze stereotypu, ale zdaje się, że twórcy sportretowali w ten sposób swój fandom całkiem serio.

      Usuń
    10. Ach, rozumiem teraz. To skłaniam się bardziej w stronę nadrzędności wizji twórców niż wizji kolektywistycznej.


      Problem z s03e01 (w ogóle trzecim sezonem) jest według mnie bardziej złożony.

      Znalazłam i obejrzałam tę migawkę z fanklubu Sherlocka (ok. 29 minuty, jeśli miałabyś ochotę zerknąć). Kiepsko widać, ale ci ludzie wydają się być trochę zaniedbani, Anderson to już w ogóle totalnie zapuszczony. Zatem abnegacja, to raz.

      Po drugie - to naciągany argument, ale jeśli zaliczyć do fanów także tę dziennikarkę z s02e03 i samego Moriarty’ego, to wychodzi na to, że nikt jarający się Holmesem nie jest przedstawiony w pozytywnym świetle.

      Po trzecie cały “The Empty Hearse” naśmiewa się z fanowskich teorii, zadziwiającym trafem pokazując tylko te bardziej żenowe (wedle standardów Mofftissa, chociaż szczerze mówiąc, dla mnie wyjaśnianie tego sheriartym też jest trochę śmiechowe :P za to sherlolly - smutne), a nie te sensowne co najmniej tak bardzo jak historia przedstawiona Andersonowi przez Sherlocka. No i tak naprawdę nie wiadomo, co dokładnie się stało, bo imperatyw narracyjny kazał Johnowi zapytać nie “jak”, ale “dlaczego” (biedny John, imperatyw zmuszał go w tym sezonie do wielu dziwnych rzeczy). Z jednej strony mogłabym powiedzieć “okej, rozumiem, po internecie przez dwa lata fruwały niesamowicie złożone i dopracowane propozycje, więc zdecydowaliście się nie mówić nic, żeby nie zarzucali wam plagiatu/kiepskiego scenariusza/pójścia na łatwiznę/itd”, ale z drugiej… Konstrukcja “The Reinchenbach Fall” jest taka, że obmyślając, jak Sherlock przeżył, można by się na wielu miejscach wyłożyć (chociażby: dlaczego Moriarty nie miał żadnego Morana, który skrywałby się gdzieś niedaleko i sprawdził, czy Sherlock naprawdę skoczył? dlaczego Holmes na cmentarzu wyglądał świeżo jak szczypiorek? co z przechodniami? i tak dalej). Uważam więc, że powinni sobie to dokładnie rozrysować już na etapie pisania scenariusza do TRF. A jeśliby mieli jakiś plan-petardę, to czemuż by się nią nie podzielić.

      Wracając do tematu, kolejna kwestia to queerbaiting. W dwóch pierwszych sezonach aż tak mnie nie raził, postaci dopiero się poznają, więc dość naturalne wydawało się utworzenie przestrzeni do swobodnej interpretacji relacji między chłopakami. Natomiast w trzeciej serii queerbaiting jest w mojej ocenie strasznie wredny.

      Zgaduję, że istotne jest też to, jakie podejście ekipa ma do fanów na konwentach, w mediach, na ulicy, itd, ale tym się kompletnie nie interesuję, bo uważam, że często przybiera to formę włażenia z buciorami w czyjeś życie prywatne, a te mam gdzieś i sądzę, że powinno to być uniwersalne podejście :P

      Więęęc, podsumowując, dzielę Twoje podejrzenia, że dla twórców fandom to zbiór freaków.

      Podsumowanie 2: jak widać dla niektórych nieprzepracowana trauma to mordercza siostra-czarownica, dla innych zaś - zdziadzienie ulubionego serialu :P

      Usuń
    11. Ha, lepiej bym tego nie ujęła. Naprawdę - po czwartym sezonie umarła jakaś cząstka mojej wiary w telewizję.

      No właśnie, wszystkie Twoje obserwacje są w punkt, a ja zawsze myślałam, że twórcy po prostu podśmiewali się ze stereotypowego obrazu fanów - a tu się okazało, że oni ten stereotyp pokazali zupełnie serio. Z tego, co czytałam, twórcy nigdy nie byli entuzjastycznie nastawieni do tych fanów, którzy mieli inną interpretację serialu niż oni, i źle znosili np. pytania o relację Johna i Sherlocka (choć oczywiście te informacje pochodzą od samych fanów, więc nie wiadomo, na ile zabarwiają je ich osobiste odczucia). Chyba tylko Martin Freeman podszedł do sprawy z wdziękiem i na luzie - pamiętam jakiś odcinek Graham Norton Show, w którym znienacka pokazano mu fanarty, a on zdołał zachować zimną krew i nikogo nie napiętnować.

      Mnie się wydaje, że to nie imperatyw narracyjny kazał Johnowi pytać "dlaczego?" zamiast "jak?", ale imperatyw uczuciowy. Po prostu dla Johna, który zawsze był bardziej "ludzką" połówką tego duetu, pilniejsze od poznania szczegółów technicznych jest poznanie powodu, dla którego przyjaciel go oszukał. Ja nawet mogłabym zaakceptować brak wyjaśnienia, kierując się takim tokiem myślenia, gdyby nie to, że w perspektywie ten brak okazał się pierwszym sygnałem, że twórcy jednak dość lekko poczynają sobie z prawdopodobieństwem w swoim serialu :/

      Usuń
    12. Hm, dla mnie to nigdy nie był mocno prawdopodobny serial, ale faktycznie serie 1-2 były ogólnie na tyle sensowne, że można było przymknąć oko na nieścisłości i dać się porwać historii. Gdybym chciała obejrzeć dokument, odpaliłabym inną produkcję.

      Brak zainteresowania Johna rzeczywiście można tak tłumaczyć (i nawet to kupuję, no bo co zrobić), tylko wolałabym:
      - gdybyśmy dostali jakieś pewne wyjaśnienie tego, co się stało, najchętniej bardziej realistyczne niż to opowiedziane Andersonowi, ale ostatecznie nie była to tragiczna bajka. Niby można je interpretować jako kanoniczne, ale dlaczego ze wszystkich ludzi w Londynie akurat Anderson miałby poznać prawdę? Btw, jakie to było miłe, jak postaci drugoplanowe jeszcze istniały...
      - gdyby John nie podejmował w tym sezonie decyzji kompletnie od czapy. Piję do tego, że nieprzejrzenie pendrive'a czy chociażby pogadanie poważnie z żoną po tym, jak strzeliła ona twojemu przyjacielowi niemalże w serce (i to niepotrzebnie) jest wyjątkowo... lekkomyślne? I jeszcze to, że zostali na koniec takim trio best friends forever.

      Mam nadzieję, że Cię nie zamęczam tymi narzekaniami :P

      Usuń
    13. A skąd. Narzekanie na Sherlocka to moje hobby, dzięki Tobie nie wyjdę z wprawy ;)
      - Może dlatego, że Anderson był taki nieważny? Może jako zadośćuczynienie za to, jak źle kiedyś traktował go Sherlock? Może jako podziękowanie za niezłomną wiarę? Nie mam pojęcia. Na pewno to "oficjalne" wyjaśnienie - sprytne i heroiczne - mówi więcej o tym, jak Sherlock chciałby być widziany, niż o tym, jak przetrwał upadek z dachu.
      - Och, nie wspominaj o trio best friends, bo gdzieś umrze panda. Pamiętam, jak fandom wierzył, że te jego decyzje są absurdalne tylko z pozoru, a naprawdę John w sekrecie realizuje plan, mający ujawnić prawdziwe zamiary i tożsamość Mary. Cóż to były za piękne czasy.

      Usuń
    14. Okej, te argumenty są przekonujące, szkoda, że jakoś tego nie dookreślili zatem.

      Pamiętam, hehe. Powinni rozwiązać tę sprawę całkiem inaczej, skoro już zdecydowali się, że Mary wyskoczy z byciem ninja jak diabeł z pudełka, żeby zaraz potem ją ubić (to mi zawsze przypomina chwilę, kiedy Sherlock przegląda wszystkie informacje na temat Mary i z różnych danych pozostaje tylko "liar". Konkretnie to, że konstrukt" Mary Morstan" istnieje zaledwie od 5 lat. Czyli co, wcześniej ani on ani Mycroft nie zwrócili na to uwagi? Mam nadzieję, że nic nie pokręciłam, nie widziałam tego odcinka od września). Ogromnie mnie jeszcze zaskoczyło, że tylu ludzi uważało Watsonów za szczęśliwe, zgodne małżeństwo. Tymczasem trudno o bardziej wątłe podstawy związku...

      Usuń
    15. Swego czasu bardzo podobała mi się fanowska teoria o Mary będącej największym czarnym charakterem tej opowieści. To wyjaśniałoby nielogiczności, o których piszesz, i fajnie modernizowałoby kanon, w którym Mary od początku do końca jest figurantką. Ale z jakiegoś zagadkowego powodu twórcy zamiast Moriarty'ego w spódnicy dali nam Sherlocka w spódnicy i w dodatku na sterydach.
      A co do odbioru małżeństwa Watsonów - nie dziwi mnie to zupełnie, bo przecież tak twórcy to małżeństwo przedstawili. Podobno nie ma sztuki moralnej ani niemoralnej, ale... Kłamstwo i manipulacja jako podstawa małżeńskiego szczęścia, inność i samotność jako nieuchronna konsekwencja traumy z dzieciństwa, przemoc jako dopuszczalna forma odreagowania na przyjaciołach, nieheteronormatywność zawsze powiązana z czarnymi charakterami - toż to naprawdę paskudne przesłanie, za które twórcy powinni dostać jakąś antynagrodę za wkład w myśl o relacjach międzyludzkich i promocję stereotypów.

      Usuń
    16. O, też całkiem lubię teorię jakoby Mary była villainem. Tak jak mówisz, bardzo sensownie wypełniałoby to luki i wyjaśniało, czemu była taka dziwnawa. Mówi się, że do zninjowania w trzecim odcinku była całkiem zwyczajna i sympatyczna, też ją wtedy lubiłam, ale z perspektywy czasu widać pewne zgrzyty już w „The Empty Hearse”, przynajmniej dla mnie. Pamiętasz, jak po pierwszym spotkaniu z Sherlockiem powiedziała Johnowi z uśmiechem, że polubiła Holmesa? Ja bym była o wiele bardziej zdystansowana wobec człowieka, który zrobił mojemu facetowi coś tak strasznie paskudnego i złamał mu serce, nieomal życie. Przynajmniej dopóki bym go lepiej nie poznała. Co Ty myślisz o Mary w e01-02?

      Natomiast z wad evil!Mary, podejrzewam, że szybciutko wpadłaby w fandomie w schemat Tej Złej Heteryczki Która Rozdzieliła Prawdziwą Miłość, w jeszcze większym stopniu niż teraz. No i to strasznie sztampowe, że jeśli jakaś postać interesuje się dwiema osobami, to jedna z nich okazuje się być niegodziwa, niewarta choćby splunięcia.

      W ogóle uważam, że Mary pełni w serialu rolę Adler. Nie lubię tutejszej Irene, według mnie wcale nie była taka turbo inteligentna, opierała się raczej na urodzie, a jak się zaczęło sypać, to wyszło na to, że raczej nie ma planu B czy C. Zaś Mary naprawdę wszystkich oszukała, musiała być więc bardzo ostrożna, przebiegła i inteligentna, była wykwalifikowaną agentką. Poza tym też chce po prostu żyć z mężczyzną, którego kocha, pojawia się też wątek kompromitujących materiałów pozostających w posiadaniu kogoś innego.

      Ach, i co do figurantki – czytałam kiedyś zbiorcze wydanie wszystkich tekstów ACD o Holmesie. Jeśli nic mi nie umknęło, to John pierwszy raz mówi Sherlockowi „sorry, nie mogę z tobą teraz iść, muszę się czymś zająć” dopiero na jakiejś 820 stronie. Rozbawiło mnie to, jeśli otworzę kiedyś firmę, chcę mieć tylko takich pracowników :P

      W kwestii małżeństwa – niby tak, kanonicznie są na pierwszy rzut oka super parą (nie śmiem podejrzewać twórców o intencjonalnie bardziej skomplikowane przedstawienie tego związku), ale dla mnie przymykanie oczu na takie petardy to kosmos. You see but you do not observe level master. No już Sherlock był dla Johna o wiele lepszym przyjacielem niż Mary żoną, to mówi bardzo wiele.

      Antynagroda – o to to. Bezmyślność scenarzystów wkurza.

      Usuń
    17. Ech, nie wiem, czy coś myślę o Mary w e01-02, bo tak szybciutko pokazała nam swoją prawdziwą twarz, że nie sposób było pochylić się nad tą fałszywą. Myślę, że powiedziała to Johnowi z rozmysłem, bo wiedziała, że - jeśli chce z nim być - to musi dać mu znać, że akceptuje jego przyjaźń z Sherlockiem, zamiast z nią walczyć (jak robiły to poprzednie jego dziewczyny). Nie jestem pewna, czy naprawdę ją akceptowała - jedną z najsmutniejszych części czwartego sezonu było to, jak próbowała tę przyjaźń kontrolować, jak przekonała ich, że potrzebują jej pośrednictwa i błogosławieństwa.

      O, a ja przepadam za tutejszą Adler, była bardzo inteligentna, tyle że według ludzkich, nie Sherlockowych standardów. Rzeczywiście, podobieństwa są spore, ale nie jestem pewna, czy Mary gra tę samą rolę - nie jest przeciwniczką Holmesa, raczej jego przedziwnym aniołem stróżem, a w porywach jego lepszą, kobiecą wersją. Co mnie zawsze zadziwia, bo nie znajduję powodu, dla którego ta opowieść potrzebowałaby takiej postaci. Może to była taka chęć stworzenia źle pojmowanej silnej kobiecej postaci?

      Usuń
    18. Hm, a wiec tak interpretujesz to "polubilam go". To brzmi troche jak chlodna kalkulacja. Znaczy, wiem, ze czasami w prawdziwym zyciu sie tak robi i to nic (bardzo? w ogole?) zlego, ale jakos tak... Jakby zamiast powiedziec, co naprawde mysli, mowila to, co on chce uslyszec, a nie przepadam za takimi rzeczami. Ale chyba mam tak negatywne spojrzenie, bo wiem, co bylo dalej i za bardzo sie teraz czepiam.

      Odczytujesz to tak, ze pozniej starala sie wszystko kontrolowac? Czy moglabys rozpisac sie o tym szerzej? Bo uklad w "The Six Thatchers" rzeczywiscie byl niezdrowy. Oni w jakims sensie zyli w trojkacie, co generowalo tylko ciagle napiecia i animozje. Tylko ja przyczyn tej sytuacji upatruje sie we wszystkich po rowno, kazdy powinien byl cos zrobic albo powiedziec wczesniej, zeby postawic granice, ale nikt tego nie zrobil. Stopniowo znalezli sie w jakiejs plataninie. Jestem strasznie ciekawa, jak Ty to interpretujesz, wydaje mi sie, ze bardziej to przemyslalas i przesledzilas rozwoj ich relacji.

      Zgadzam sie, ze przekoksowana Mary nie byla tu w ogole potrzebna, za to chetnie poszerzylabym watek innej postaci kobiecej. Jest ich dosc malo, a wiekszosc jest przedstawiana przede wszystkim przez pryzmat relacji z Sherlockiem. Chociaz z drugiej strony, serial powinien sie skupiac na sprawach, nie na zyciu bohaterow drugoplanowych...

      Usuń
    19. Cóż, może przemawia przeze mnie niechęć do Mary, a może po prostu nie ufam jej po tej hecy w trzecim odcinku i potem w czwartym sezonie, ale dla mnie to zdecydowanie wykalkulowane słowa i zdecydowanie naganne. Ale pasują do tej zimnej, wyrachowanej osoby, którą poznaliśmy w późniejszych epizodach.

      Dużo wymagasz od kogoś, kto wyparł czwarty sezon z pamięci :P Pomyślmy... Uparte towarzyszenie im w pracy i ciągłe podkreślanie swojej niezbędności, to raz. Pośmiertne wideo, w którym poucza Sherlocka, jak ma się zająć Johnem, i każe mu narazić się na śmiertelne niebezpieczeństwo, to dwa. Ta koszmarna przemowa pod koniec, w której Mary niejako zagarnia całą opowieść jako narratorka, przekonując ich obu, że to ona wie, kim naprawdę są, to trzy. Ba, Mary nie przestaje kontrolować ich relacji nawet po śmierci, kiedy jako duch z zaświatów wyjaśnia Johnowi postępowanie Sherlocka i mówi mu, co ma robić i mówić... Przy czym jej rady wcale nie pomagają im naprawić swojej przyjaźni, więc można podejrzewać, że jej trwanie wcale nie leży Mary na sercu. Ale oczywiście masz rację, że wszyscy byli tu winni, choć Sherlock i John w czwartym sezonie tak bardzo nie byli sobą, że trudno powiedzieć, by to ich charaktery doprowadziły do tej patowej sytuacji. Raczej taką sobie wymyślili scenarzyści.

      Ja bym chciała więcej Molly - uniezależnionej od Sherlocka. To taka normalna, ludzka, a przy tym silna postać, że okropnie mnie bolało, kiedy raz za razem twórcy sprowadzali ją do roli nieszczęśliwie zakochanego dziewczęcia.

      Usuń
    20. Heh, co prawda to dla mnie ciut za dużo zła w Mary, ale kurczę, do tego tak pięknie pasowałaby jej śmierć! Była tak strasznie teatralna i wyreżyserowana, miałam wtedy absolutną pewność, że coś się tu nie zgadza i sprawa ma jakieś drugie dno. Przecież sedno s03e03 zasadza się wokół tego, że Sherlock nie docenił w jakiś sposób przeciwnika, więc dlaczego teraz obraża uzbrojoną, zimnokrwistą morderczynię? Chce umrzeć? A może dąży do śmierci Mary, domyślając się, że Norbury strzeliłaby do niej? Z jakiego powodu? No, a potem okazało się, że jesteśmy naiwni, a sensu w tym sezonie nie ma wcale :P

      Nie pamiętam, co dokładnie im radziła, bo też dość skutecznie udaję, że czwartego sezonu nie było. Ale ogólne wrażenie też miałam takie, że te porady były szkodliwe. Jakkolwiek wierzę, że w akurat w przypadku tych konkretnych osób coś tam mogło zadziałać, to nie podobały mi się dwie rzeczy. Po pierwsze: Johnowi wali się życie, a serial znowu skupia się na tym, jak to przeżywa Sherlock, nasz biedny, zaćpany, pluszowy miś, którym trzeba się zaopiekować. Po drugie: powinni się nauczyć rozwiązywać problemy w sposób bardziej dojrzały. Bo co, za każdym razem, kiedy się pokłócą (a że są stosunkowo młodzi, to zetną się jeszcze mnóstwo razy) będą odstawiać coraz bardziej niebezpieczne i skomplikowane cyrki?

      Ojej, Molly, tak! Jej postać dryfuje po opadającej krzywej zażenowania, a to wyznanie na koniec, tak kompletnie z odwłoka... Chciałabym też więcej Donovan, całkiem ją lubię, mimo że robiła czasem paskudne rzeczy. Ale dobrze było mieć jakąś przeciwwagę dla Sherlocka.

      Usuń
    21. Tak, ta teatralna śmierć Mary była ogromnie podejrzana, szczególnie w kontekście s03e03, w którym tak długo rozwodzono się nad realizmem śmierci od postrzału. Pamiętam tę sprytną teorię, według której ta scena miała być swego rodzaju oficjalną wersją śmierci Mary, która naprawdę zginęła w znacznie mniej heroicznych okolicznościach. Ech, te fandomowe (fantomowe?) rojenia.

      To, o czym piszesz, to chyba syndrom większego problemu z tym, jak ukazano w tym sezonie relacje między postaciami, a zwłaszcza Johnem i Sherlockiem, którzy przeważnie balansują między wymuszoną obojętnością a agresją. John odtrąca Sherlocka po śmierci Mary, Sherlock celowo doprowadza się na skraj śmierci, John bije Sherlocka i nawet nie przeprasza, Sherlock instaluje balon w miejscu przeznaczonym dla Johna... A gdzie troska, ja się pytam, gdzie sympatia, jaką mieli dla siebie w poprzednich sezonach? Twórcy pokazali nam ludzi, którzy nie dojrzewają i nie starają się siebie wzajemnie zrozumieć. To doprawdy cud, że na koniec ci bohaterowie są jeszcze w stanie na siebie patrzeć.

      Za to, co zrobiono na końcu z Molly, należy odbierać licencję na pisanie scenariuszy. Ja jakoś nigdy nie polubiłam Donovan, która wydała mi się wredna, a przede wszystkim dyskryminująca ze względu na inność. W sumie nie miałabym nawet nic przeciwko powrotowi Irene Adler, gdyby tylko twórcy zdołali napisać dla niej ciekawy wątek, w którym Sherlock nie grałby głównej roli, w co jednak nie wierzę.

      Usuń
    22. O, a tej teorii o śmierci Mary nie znam. Opowiesz więcej?

      Myślę o tym, co napisałaś o relacjach, rzeczywiście, stuprocentowa racja. Dorzuciłabym do zestawu ogłupiałego nagle Mycrofta. No po prostu nie wierzę, jak można było to wszystko tak strasznie zepsuć. A może odpowiednie pytanie to: jakim cudem dwa pierwsze sezony były tak dobre? Ktoś im zaglądał przez ramię i pilnował, żeby było dobrze?

      Przyjemnie byłoby jeszcze popatrzeć, jak Sherlock i John rozwiązują jakąś zwykłą sprawę. Ktoś zabija babcię, ktoś biega po Londynie i w panice szuka tej konkretnej gęsi, czyjś mąż został niesłusznie oskarżony o kradzież... Ech.

      Usuń
    23. Teoria umarła równie szybko, co czwarty sezon, więc chyba nie uda mi się powiedzieć wiele więcej, poza tym, że ładnie łączyła się z teorią o złej Mary. Gdyby Mary była, dajmy na to, wspólniczką Moriarty'ego, Sherlock, John lub Mycroft musieliby ją wyeliminować, a ze względu na konieczność dochowania tajemnicy przedstawiliby władzom i/lub mediom oficjalną wersję jej śmierci. W myśl tej teorii cały pierwszy odcinek tego sezonu byłby fałszywką.

      Może zaglądał? Przy pierwszym, drugim i trzecim sezonie pracował z nimi Steve Thompson, może to dzięki niemu reszta ekipy zachowywała jeszcze umiar w spełnianiu własnych fantazji. Choć może to prawda, że sezon czwarty ucierpiał w wyniku czegoś, co można by nazwać dążeniem twórców do odzyskania swojego dzieła m.in. z rąk fanów. Stąd może te fatalnie relacje między bohaterami i ich nieadekwatne emocje.

      Przed premierą ostatniego sezonu twórcy nie wykluczali takich jednorazowych powrotów do świata Sherlocka (może w formie dorocznego odcinka świątecznego?), ale teraz jakoś o tym cicho. Może na szczęście. W zastępstwie polecam klasycznego "Sherlocka Holmesa" produkcji Granady :)

      Usuń
    24. Dzięki, myślałam,że to było coś bardziej skomplikowanego.

      Zawsze pozostają też opowiadania ACD, tworzą jedno z najfajniejszych love story ever.

      Usuń
  4. Siostro, pójdź w me ramiona! Czasami, jak mówię, że nie podobali mi się "Amerykańscy Bogowie" (zaprawdę, z czytanych gaimanowych tekstów mniej podobały mi się tylko niektóre opowiadania), to mam wrażenie, że spadnie na mnie jakiś gniew niebios czy coś...

    A to zdanie "Neil Gaiman to rzeczywiście wyborny fantasta, ale znacznie gorszy prozaik." to dla mnie całkowite podsumowanie twórczości autora.

    I tak nieco offtopicznie myślę, ze gdyby "Amerykańscy bogowie" powstawali teraz, to akcja nie miałaby okazji się zawiązać, bo wszechobecny, wszystkowidzący i wszystkowiedzący bóg internetu wykryłby i uniemożliwił cały spisek w powijakach.;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, ileż ja się nasłuchałam, że to najlepsza powieść Gaimana, istne arcydzieło postmodernistycznej fantastyki. Ale gdy popatrzeć w necie, to się okazuje, że jest nas, niezadowolonych, całkiem sporo, więc idźmy i śmiało wygrażajmy bogom przereklamowanych powieści.

      To w ogóle ciekawe, że u Gaimana nie ma boga internetu, a przecież ten to dopiero przoduje w sile kultu i liczbie składanych mu ofiar. W ogóle mam wrażenie, że jak na powieść aspirującą do mówienia rzeczy ważnych o stanie amerykańskiej duszy, strasznie mało w Amerykańskich bogach refleksji nad współczesnością, tym, skąd ci nowi bogowie czerpią taką moc. Po prostu są i już. Jakby to było oczywiste.

      Usuń
  5. Miałam podobne odczucia. Tak siążka jest, moim zdaniem, mocno przereklamowana. Wątek miasteczka zupełnie niepotrzebnie wciśnięty w środek, chyba tylko po to, żeby odwlec konfrontację.

    Dla porównania polecałabym wcześniejszą "Ostanią odzywkę" Tima Powersa, w której niektóre pomysły są podobne, postaci próbują "przejąć" tam w siebie moc postaci z mitów - np. Król jest tam figurą... a że to Ameryka, to aspirujący do "podpięcia się" pod ten archetyp mają pomysły w rodzaju przebrania się za... Elvisa. Ogólnie ciekawa rzecz, też mieszanie starego z nowym.

    Ogólnie, czytałam "Nigdziebądź" i trochę opowiadań i uczciwie pisząc, nie rozumiem zachwytów nad Gaimanem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wątek miasteczka to taka trochę powieść w powieści. Na upartego można dowodzić, że miał pokazać, jak głęboko ukryta, a zarazem nieodzowna jest magia w tej Gaimanowskiej Ameryce (vide Hinzelmann i jego opieka nad miasteczkiem). Mnie też się nie podobał i byłam naprawdę zdziwiona, kiedy Cień KOLEJNY raz tam wrócił pod koniec powieści. Ileż można.

      Dzięki za Ostatnią odzywkę! Zapisuję ją na liście do przeczytania, a na autora czaję się od jakiegoś czasu :)

      Z Gaimanem to jest chyba trochę tak, że on wyrobił sobie znakomitą reputację na Sandmanie, współpracy z Pratchettem, a potem też na Nigdziebądź. Generalnie jest ciekawym pisarzem do rozmaitych analiz - pisze dla dzieci, młodzieży i dorosłych, żongluje konwencjami, odwołuje się do innych pisarzy i - gdy jest w dobrej formie - bywa naprawdę dowcipny. Tylko że, jak dla mnie, rzadko jest w formie, zwłaszcza ostatnio. Ocean na końcu drogi i Mitologia nordycka były sympatyczne, ale na pewno nie na miarę jednego z najwybitniejszych pisarzy fantasy, którym podobno jest.

      Usuń
  6. Nie będę się spierał, ale i tak mi się podobało. Mi się ten gawędziarski ton podobał i w zasadzie od pierwszych stron mnie chwyciło bardzo mocno. Może zresztą to siłą początku opowieści była tym, co pozwoliło mnie utrzymać do samego końca w stanie zachwytu. Choć przyznam, że zakończenie rzeczywiście było nieco rozczarowujące.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Siła początku - zdecydowanie! Pierwsze 150 stron czyta się jednym tchem, dla mnie problemy zaczęły się jakoś wtedy, kiedy Cień po raz pierwszy zboczył do Lakeside, a fabuła poszła w zupełnie nieoczekiwanym i przynajmniej dla mnie nie tak interesującym kierunku.

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.