Nie wywołuj misia z lasu, czyli „Słowo las znaczy świat” Ursuli Le Guin


Gdy tylko Gryzipiór zaczął czytać „Słowo »las« znaczy »świat«”, od razu przyszło mu na myśl, że jest to powieść napisana w gniewie. Tyle tu obrazów przemocy, dowodów na ludzką niegodziwość i druzgoczącej krytyki kolonializmu, że można się poczuć jak podczas odczytu na jakiejś manifestacji antywojennej. Najpewniej zresztą o to chodziło Ursuli Le Guin, kiedy pisała tę historię na początku lat 70. XX wieku, w cieniu wojny wietnamskiej. Dlatego w skali słuszności przesłania Gryzipiór daje piątej części „Hainu” dziesięć na dziesięć, ale w skali czytelniczej satysfakcji... no, trochę mniej. Niestety gniew ma to do siebie, że każe tracić z oczu niuanse i ulegać łatwym podziałom na białe i czarne, co zazwyczaj nie wychodzi na dobre ani nam, ani literaturze.

Jesteśmy w czasach dzikiej kolonizacji kosmosu, najmroczniejszego okresu w dziejach ludzkości, z którego w bólach rodzi się światło – Liga Wszystkich Światów. Ziemianie, którzy najwyraźniej wciąż nie nauczyli się żyć bez drewna, wycinają pradawne puszcze na planecie zwanej – jakże subtelnie – Nową Tahiti, migiem zmieniając ją w jałowy śmietnik. Jednak potępienie gospodarki rabunkowej to dopiero pierwszy akapit tego antywojennego manifestu. Teraz niech przemówią obrazy. Oto otępiali od halucynogenów wojacy, którzy przybyli ujarzmiać światy. Oto zagroda niewolników. Oto transport rozpłodowych kobiet dla znudzonych chłoptasiów. Oto nasz czarny charakter, kapitan Davidson, rasista i mizogin, który został bogiem i będzie teraz palił i gwałcił w imię ojczyzny. Oto otchłań szaleństwa.

[*]
W bardzo posępnych barwach odmalowuje Ursula portret tej ziemskiej kolonii zamieszkanej przez drwali i żołnierzy, a zrobi się jeszcze mroczniej, gdy zajrzymy do tubylców o twarzach sympatycznych zielonych misiów. Tutejsi Ewokowie tworzą kulturę zupełnie odmienną od ziemskiej. Nie znają przemocy i rywalizacji innej niż turniej pieśniarzy. Nie urabiają świata na swoją modłę, tylko się do niego przystosowują. No i słuchają Starych Kobiet. A nie zadziera się z ludem, którym rządzą Stare Kobiety. Nie zadziera się z ludem, w którego języku „las” i „świat” znaczą to samo.

Jak na opowieść o lesie przystało, „Słowo...” wraca więc do korzeni, do tej archetypicznej historii o złym kolonizatorze i dobrym (a przynajmniej lepszym) kolonizowanym, który pada jego ofiarą. Można – i trzeba – cenić jej humanistyczne przesłanie. Tylko, powiedzcie, dlaczego dochodzimy do tego przesłania za cenę skrótów, uproszczeń i czarno-białych podziałów, a do tego szukając źródeł wszelkiego zła w rozbuchanej, agresywnej męskości kolonizatora? Podejrzany wydał się Gryzipiórowi szczególnie ten sentymentalny obraz niewinnych, żyjących w zgodzie z naturą Athshean, budzący niemiłe skojarzenia z fantazjami o szlachetnych dzikusach, które w końcu legły u podstaw mitu o przewadze białego człowieka. Na szczęście Athsheanie mają dwie cechy, które sprawiają, że powieść Ursuli i tak o lata świetlne wyprzedza podobne, naiwne historie w rodzaju „Avatara”.

Pierwszą jest ich autentyczna obcość, przejawiająca się w zagadkowej umiejętności kontrolowania snu, która pozwala Athsheanom podróżować między czasem snu a czasem świata. Ale nie sądźcie, że dowiecie się, co to znaczy – to powieść o wojnie, nie o poznawaniu obcej kultury. Drugą jest zdolność do morderstwa, której nasze urocze misie uczą się od ludzi, dając dowód rzeczywiście nieprzeciętnych zdolności adaptacji do nowych warunków (czytaj: najazdu przebrzydłych kosmitów z Ziemi). Widzicie, wspomniany „Avatar” i podobne historie, które tak lubimy sobie opowiadać, to baśnie, w których zazwyczaj możliwy jest powrót do czasów niewinności, czasów sprzed kolonizacji. Baśnie niby to potępiające kolonizatora, ale też chyłkiem niosące mu rozgrzeszenie. Ursula natomiast nie chce karmić nas złudzeniami. Cóż z tego – pyta – że najeźdźca zrozumie swój błąd, skoro zasadnicze zło już się dokonało? Świat sympatycznych zielonych misiów nigdy nie będzie taki sam, bo człowiek wniósł do niego cywilizację – bo wniósł do niego morderstwo.

Wystarczy wziąć skoczka na jeden z wyrąbanych obszarów i złapać tam kupę stworzaków, z tymi ich cholernymi łukami i strzałami, zrzucić na nich puszki z napalmem i patrzeć, jak biegają w kółko i płoną. Tak będzie dobrze [...]. Bo chodzi o to, że mężczyzna jest stuprocentowym mężczyzną tylko wtedy, kiedy właśnie miał kobietę albo kiedy właśnie zabił człowieka. To nie było oryginalne, wyczytał to w jakichś starych książkach, ale to prawda. Dlatego lubił sobie wyobrażać takie sceny. Nawet jeśli stworzaki tak naprawdę nie były ludźmi [s. 617].

Dla Gryzipióra najtrudniejszy w tej powieści był zupełny brak porozumienia z którąkolwiek z postaci. Kapitana Davidsona skreślił od razu, bo to karykaturalny szaleniec z piekła rodem, który dopiero w dłuższej historii miałby szansę zaistnieć jako pełnoprawny bohater. Jego zwariowany tok myślenia Ursula rekonstruuje bardzo przekonująco (choć momentami łopatologicznie – próbka powyżej), tylko cóż z niego wynika – poza tym, że wycieczki w kosmos to tylko po konsultacji z psychiatrą? Selver, wódz tubylców, to też bohater, którego z założenia nie sposób zrozumieć ani nawet polubić, mimo że racja moralna jest po jego stronie. Możemy ewentualnie mierzyć go miarą ziemskiej psychologii i uzasadniać jego działania chęcią odwetu za morderstwo żony i ziomków, ale nie liczmy, że usłyszymy w powieści jego osobisty głos. Selver jest tu najpierw przedstawicielem swojej kultury, której nie dane poznać nam, Ziemianom (nie zasłużyliśmy), a dopiero potem bohaterem z krwi i kości. Dlatego do końca pozostaje dla czytelnika zagadką; obcy bóg obcego ludu o twarzy pluszowego misia. Jego osobiste cierpienie natychmiast zostaje przekute w mit o bogu, który zabija i sam nie rodzi się powtórnie. 

Potknął się, a ci, co nie byli bogami, pomogli mi iść [s. 648].

W zasadzie lubić da się tylko Ljubow, ale uwaga – to nie jest bohater jednoznaczny ani chyba nawet pozytywny. Choć może na takiego wyglądać po zestawieniu z diabolicznym Davidsonem. Tak naprawdę Ljubow to pierwszy w „Hainie” antropolog, który ponosi tak spektakularną klęskę – żywy dowód na bezsilność humanizmu w czasach wojny. Po pierwsze, jest sługą i jednocześnie więźniem systemu, który jeszcze nie bardzo chce słuchać o współistnieniu kultur, więc jego raporty trafiają w próżnię. Po drugie, mimo dobrych chęci i kilku okazji nie udaje mu się zapobiec eskalacji przemocy. I teraz pytanie: czy to Ljubow okazał się człowiekiem małego ducha, biernym i tchórzliwym, czy może zawinił wdrukowany mu na uniwersytecie światopogląd? Ten niby oświecony, humanistyczny liberalizm, który sprawia, że w tak w skrajnej sytuacji jak wojna człowiek potrafi tylko schować głowę w piasek?

I choć gdzie indziej „Słowo »las« znaczy »świat«” mocno się zestarzało, ten problem pozostaje aktualny. Chwytać za broń w słusznej sprawie czy jak Ljubow za wszelką cenę odmawiać użycia przemocy? Tak odczytana piąta część cyklu haińskiego stanowi pytanie o rolę humanizmu podczas wojny, o rzeczywistą wartość męczeństwa i to, czy konieczność dawania świadectwa uzasadnia brak reakcji na przemoc. Także, oczywiście, o winę, bo nie łudźmy się, że wybierając drogę szlachetnej bierności, unikniemy oskarżeń o ciche przyzwolenie dla wojny. Cóż, na pocieszenie zawsze można sobie powiedzieć: nie będzie nas, będzie las. I sądząc z dziejów Nowej Tahiti, nie byłby to wcale najgorszy scenariusz.

  • Cykl: Hain (5)
  • Przekład: Agnieszka Sylwanowicz
  • Wydawca: Prószyński i S-ka
  • Rok wydania: 2015 (1976)
  • Liczba stron: 96

W ramach wyzwania czytelniczego „Hain” o wrażeniach z lektury „Słowo »las« znaczy »świat«” przeczytacie też u Rusty, Pyzy, Ziuty oraz u Shee.
  1. Hmm, ja przyznam szczerze, że mieszkańców tej planety wyobrażałam sobie bardziej wyglądających jak szympansy, a nie jak ewoki, ale może coś pokręciłam. Tę książkę czytałam całe wieki temu. BN

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie Davidson (któremu jednak może nie należy do końca wierzyć) mówi, że Athsheanie wyewoluowali z małp, mieli metr wzrostu i zielone futro, więc może faktycznie powinniśmy ich sobie wyobrażać bardziej jak szympansy. Ale nic nie poradzę, że przed oczyma duszy mojej stanęły przerośnięte pluszowe misie :<

      Usuń
  2. Historia pokazuje, że gdy raz puści się w ruch zmianę, to bardzo trudno ją zatrzymać, a jeszcze trudniej cofnąć, a może i jest to niemożliwe. Im bardziej skomplikowany "obiekt", który podlega zmianie, tym gorzej. W pewnym sensie przypomina się tu startrekowa Pierwsza Dyrektywa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, a my tak lubimy sobie opowiadać fantastyczne historie o ocaleniu świata przed złem z zewnątrz i powrocie do słusznego, pierwotnego porządku rzeczy, chętnie wierząc, że taki powrót byłby możliwy. Pod tym względem "Hain" bardzo ładnie się wyróżnia na tle sporej części popularnej fantastyki, bo w tym cyklu zmiana to zawsze coś wielkiego, przerażającego i niepewnego, choć... na dłuższą metę chyba też koniecznego.

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.