Podróż do kresu zimy, czyli „Lewa ręka ciemności” Ursuli Le Guin


Zdarzają się Gryzipiórowi – niezbyt często – lektury, po których przez pół miesiąca chodzi jak struty, niezdolny napisać o nich słowa, które oddałoby choć ułamek tego, co dzięki nim przeżył. I na tę krótką listę chwały niniejszym Gryzipiór wpisuje „Lewą rękę ciemności” – czwartą powieść z cyklu Ursuli Le Guin, z którą zmagał się, jak zwykle spóźniony, w wyzwaniu czytelniczym „Hain”. Piękną, piękną powieść o relacjach między płcią a władzą, o ciemnej stronie patriotyzmu i o nabywaniu mądrości dzięki obcowaniu z Innym. I o tym, że – chcąc odmienić świat – nie trzeba przekonywać wszystkich ludzi. Czasem wystarczy przekonać jednego, za to takiego, który pójdzie z nami aż do kresu zimy.



Tekst nie zechciał się napisać bez spoilerów.

Niewiele brakowało, a to wcale nie byłaby powieść o społeczeństwie hermafrodytów. Ursula chciała tylko napisać o planecie, na której nigdy nie było wojny. Jakież fenomenalne przeczucie podpowiedziało jej, że musi najpierw sięgnąć do najgłębszych korzeni naszej kultury i zakwestionować podział na to, co męskie i kobiece, z którym wiążą się inne dualistyczne, rodzące przemoc koncepty: lepszego i gorszego, silnego i słabego, władcy i sługi, zadającego gwałt i jego ofiary... Wymyśleni przez nią Getheńczycy nie znają tego rodzaju różnic, a zatem i przemocy na masową skalę. Są całościowi – są androginiczni. Co więcej, rządzi nimi fizjologia rui – cecha niby zwierzęca, a mająca zaskakujące skutki społeczno-kulturowe, z brakiem wstydu, pozytywnym stosunkiem do seksu i eliminacją mitu o Edypie włącznie. Zastanawiające: ten świat, w którym nie ma wojen, a męskie i żeńskie współistnieje na równych prawach, w zasadzie powinien być utopią. Ale nie jest. Jest światem wiecznej zimy. Nie ma w nim frustracji seksualnej ani potrzeby uwznioślenia popędu poprzez sztukę czy naukę, więc postęp dokonuje się powoli, bez wielkich rewolucji i ceny, jaką trzeba za nie płacić.

Do czasu, aż na Gethen, planetę zwaną również Zimą, przybywa obcy.

Recenzując dawno temu debiutancką powieść z cyklu haińskiego, Gryzipiór narzekał nieco na głównego bohatera – Rocannona, etnografa doskonałego, bardziej nośnika wzorców niż bohatera z krwi i kości. Genly Ai to ktoś zupełnie inny. Wyniosły, niecierpliwy, ale pełen idealizmu młodziutki wysłannik Ekumeny staje bezradny wobec kultury różniącej się od ziemskiej jedną, za to kluczową cechą, która odmieniła wszystko inne. I ma dokonać niemożliwego: przekonać do przystąpienia do międzygalaktycznej wspólnoty świat, który niczego od tej wspólnoty nie potrzebuje, ani oświecenia, ani nowych idei, ani nawet maszyn latających. Jest pełny i samowystarczalny jak jego androginiczni mieszkańcy. Z nimi zresztą Genly ma największy problem, nie ufa bowiem kobiecemu pierwiastkowi w Getheńczykach, który utożsamia z intryganctwem, zwodniczością i biernością. Krytycy – a właściwie krytyczki – zarzucają często Ursuli, że uprzywilejowuje jedną perspektywę, czyniąc bohaterami swoich powieści przeważnie mężczyzn (zapytana, dlaczego to robi, odpowiada chytrze: because I like to write about aliens). W „Lewej ręce ciemności” widzimy jednak kompromitację tej męskocentrycznej perspektywy. Genly, nasz archetypiczny intelektualista płci męskiej, nie potrafi ani porzucić dualistycznej filozofii, która dawała jego płci władzę na Ziemi, ani nawet powściągnąć swojej męskiej dumy, co uniemożliwia mu wypełnienie misji. Śmieje się, gdy słyszy, że król jest w ciąży.

Nie potrafi też zrozumieć androginicznej natury władzy na planecie Gethen, co na dłuższą metę okazuje się zabójcze. Hermafrodytyzm jej mieszkańców ma bowiem konsekwencje nie tylko seksualne, ale też – a może przede wszystkim – społeczne i polityczne. Karhid, w którym nawet królewska parada nie chodzi w nogę, to kraj – jak byśmy powiedzieli my, Ziemianie – „kobiecy”. Rozproszone zbiorowisko pseudofeudalnych wspólnot, przestrzeń bezwładu i posępnej anarchii, gdzie władzę sprawuje się w cieniu i bez użycia siły, dzięki samej tylko sile zwyczaju (jak w rodzinie). Genly oczywiście czuje się w Karhidzie źle i przy pierwszej okazji ucieka do sąsiada, Orgoreynu. O, w tym kraju ziemski mężczyzna może się poczuć jak domu – silna, scentralizowana władza, bezlitośnie egzekwowane prawo i porządek, postęp, cywilizacja, biurokracja... no i diabły w mundurach, które nocą porywają ludzi do kołchozów. Nic dziwnego, że pod wpływem tak agresywnego sąsiada również Karhid zaczyna się jednoczyć tym niezawodnym sposobem, który polega na sianiu nienawiści do sąsiada. Stopniowo my, czytelnicy, dostrzegamy prawdę: coś złego wydarzyło się na tej planecie, na której powoli, lecz nieubłaganie cofa się pierwiastek żeński, otwierając drogę do narodzin nowoczesnego patriotyzmu. Karmieni ksenofobiczną propagandą hermafrodyci odkrywają dualizm bardziej pierwotny i zdradliwszy niż męskość/kobiecość. Odkrywają, że ludzkość dzieli się na „nas” i na „tamtych”, sąsiadów zza gór, których można znienawidzić, a kiedyś być może... rozpocząć z nimi wojnę.

Czy przybycie Genly’ego na Gethen zawróci ich z tej drogi, czy może przyspieszy kres Zimy? Le Guin nie rozstrzyga tej kwestii, ba, nie stawia nawet otwarcie pytania, przez co jeszcze bardziej domaga się ono odpowiedzi. Tak czy inaczej, szlachetna misja pana Ai grzęźnie w meandrach getheńskiej polityki. Wysłannik niewiele z niej rozumie, zresztą czytelnik też, bo Ursula supła fabułę, jak może, by oddać zawiłość sprawowania władzy na Zimie, gdzie niczego się nie robi otwarcie, a wszystko podporządkowane jest walce o szifgrethor (prestiż). I o to chodzi – mamy się, podobnie jak Genly, pogubić w tym niepojętym gąszczu i sfrustrować poczuciem, że akcja stoi w miejscu. Olśnienie przyjdzie nagle i będzie jak haust cudownie czystego powietrza znad lodowca. Wędrując następnie przez tysiąc kilometrów wiecznej zmarzliny, nasi bohaterowie będą musieli – dosłownie i w przenośni – wspiąć się ponad polityczną szachownicę i porozumieć na zupełnie innym, zgoła mistycznym poziomie. Nici z unii światów – mówi Ursula – dopóki nie poprzedzi jej unia dwóch ludzi, „ciebie” i „mnie”. Coś mniejszego i zarazem większego od pierwotnego zamysłu.

Gdzie indziej przeczytacie, co o „Lewej ręce ciemności” mają do powiedzenia badacze literatury (a mają bardzo wiele). Różni mądrzejsi od Gryzipióra ludzie piszą, że jest to powieść o tym, jak forma i treść stają się jednym, jak współbrzmią głosy kilku narratorów, jak splatają się ze sobą przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, jak historia zatacza koło i zmienia się w mit.

Dlaczego, powiedzcie, nikt nie pisze, że jest to również powieść o miłości.

I to takiej miłości, której nie spodziewa się nikt – ani czytelnik, ani nawet sami bohaterowie. Relacja Genly’ego i Estravena to od początku jedno wielkie nieporozumienie, duma i uprzedzenie na kosmiczną skalę. Dopiero wyrwani ze społecznego kontekstu, zdani tylko na siebie podczas podróży do kresu zimy, stają się sobie równi i prawdziwie bliscy. Nie jako wysłannicy obcych cywilizacji, ale jako zesłańcy w lodowym piekle. Pięknie się czyta pamiętniki jednego i drugiego z tej wyprawy. Niby takie to suche zapiski, pełne dat, opisów pogody, liczenia kilometrów i racji żywnościowych, a jednak kipiące od emocji, ciekawości i... seksualnego napięcia. Wielu zarzucało potem Ursuli, że zabrakło jej odwagi, żeby pokazać również fizyczną stronę tej miłości, ale zdaniem Gryzipióra – niesłusznie. Pójść tą drogą oznaczałoby przystać na ziemską koncepcję seksu jako jedynego momentu, w którym dwie osoby mogą osiągnąć jedność. W kosmosie jest inaczej. Tu bywa, że seks dzieli, wyobcowuje. „Kontakt seksualny oznaczałby dla nas znów kontakt istot z obcych światów” – pisze Genly. Jedność osiąga się inaczej – dzięki myślomowie.

[*]
Albo i nie. Dawno, trzeba przyznać, nie przeczytał Gryzipiór tak zniuansowanej, a zarazem przygnębiającej historii miłosnej. Więź zadzierzgnięta między Genlym a Estravenem na krańcu świata jest prawdziwa, ale też bolesna i chwilowa, według słów jednego z nich: „nie tyle oświecająca [...], ile ukazująca bezmiar ciemności”. Wszędzie czają się pułapki – w rozmowach o domu, które rozdrapują stare rany, w planach na przyszłość, której może nie być, nawet w myślomowie, która miała połączyć na zawsze, a tylko odsłoniła przepaść nie do pokonania, nawiedzaną przez ducha zmarłego brata. Miłość pomogła przerzucić mosty, ale nie zasypała otchłani dzielącej dwie kultury i dwóch wygnańców, tylko przez chwilę zmierzających w tę samą stronę. 

Chodzi jednak – miejmy nadzieję – o coś więcej niż o pognębienie czytelnika spragnionego dobrego zakończenia. „Lewa ręka ciemności” to też znakomita powieść rozwojowa, w której całe to niezwykłe doświadczenie umożliwia bohaterom poszerzenie świadomości. Schodząc z powrotem w zielone krainy, Genly już zdaje sobie sprawę ze względności ról płciowych – wie, że skrupulatność Estravena to cecha uczonego lub dobrej gospodyni w zależności od tego, jaką płeć mu przypiszemy. Przede wszystkim jednak odnajduje żeński pierwiastek w sobie, odrzucając męską dumę i rozwijając tradycyjnie kobiece cechy, takie jak łagodność, intuicja czy współodczuwanie. Osiąga pełnię – na swój sposób staje się androginiczny. Ale to nie koniec. Jak każda literacka podróż, również przeprawa przez lodowiec Gobrin ma wymiar mistyczny, stanowi powrót do początków świata, który rodzi się na naszych oczach z milczenia lodowców i gniewu wulkanów. Tam, przy „białej pogodzie”, gdy nic nie rzuca cienia, Genly staje wobec pierwotnej Tajemnicy. „Żeby iść, potrzebujemy cienia” to bodaj najważniejsze zdanie w powieści, zdanie-klucz otwierające taoistyczną puszkę Pandory. Żeby pojawiło się światło, musi istnieć ciemność, żeby można było okazać odwagę, trzeba poczuć strach... Dualizm – owszem, ale nie jako sztywny, rodzący przemoc podział na „ciebie” i „mnie”, lecz jako twórczy taniec przeciwieństw, z którego rodzi się życie.

I śmierć, naturalnie.

Wielce okrutnie obchodzi się z nami Ursula w ostatnich rozdziałach, kiedy przeczuwamy już, że na tę niezwykłą więź między bohaterami nie ma miejsca w świecie brutalnej polityki i społecznych reguł. Kolejny raz w „Hainie” wielka zmiana w historii narodów, która później przerodzi się w mit, domaga się pierwotnej ofiary z krwi. W pierwszej scenie powieści król Argaven wmurował za pomocą czerwonej gliny zwornik mostu spinającego brzegi rzeki; w scenie ostatniej analogicznie postępuje Genly, łącząc Gethen i Ekumenę dzięki ofierze przyjaciela. Pozostaje już tylko ułożyć opowieść.

I zostaje ona ułożona bardzo zmyślnie. My się spodziewamy, że raport Genly’ego będzie czymś w rodzaju obiektywnej, linearnej syntezy, a pan Ai daje nam na pozór bezwładną zbieraninę własnych wspomnień, zapisków przyjaciela, getheńskich mitów i analiz naukowców. Co dowodzi, jak bardzo się zmienił w trakcie tej historii. Ten Genly, piszący z perspektywy miesięcy, odebrał lekcję kulturowego relatywizmu i już wie, że „prawda jest kwestią wyobraźni”, innymi słowy, że fakty nic nie znaczą, dopóki nie odzieje się ich w opowieść. Gdzie indziej takie zdanie stanowiłoby znak ostrzegawczy: oto masz, czytelniku, historię rwaną, wieloznaczną, pełną sprzecznych i zapewne niewiarygodnych relacji. Weź teraz szukaj prawdy w stogu siana. Ale nie w „Lewej ręce ciemności”. Tu opowieść zostaje rozpisana na wiele głosów, lecz śpiewają one w jednym chórze. To właśnie ich wielość i zróżnicowanie sprawiają, że dźwięk rozchodzi się czysty i głęboki.

Ciekawe, że tę historię o zrównaniu męskiego i żeńskiego najbardziej krytykują kobiety. I mają sporo racji, bo „Lewa ręka ciemności” to – jak pisze sama Ursula – eksperyment myślowy zrodzony z przeczucia co do kulturowego warunkowania płci, przeprowadzony pod koniec lat 60. ubiegłego wieku jeszcze bez wsparcia pokaźnego dziś dorobku feministek i badaczy z kręgu gender studies. Zatem nie ma się co dziwić, że niektóre jego założenia budzą wątpliwości. Na przykład tacy Getheńczycy, jakich opisała Le Guin, tak naprawdę nie są hermafrodytami. Są mężczyznami, którzy w sprzyjających warunkach mogą stać się kobietami. A wszystkiemu winne męskie formy imion oraz... zaimek – ten uparty, wszędobylski „on”, używany do opisu istot, dla których kategoria płci, a więc i rodzaj gramatyczny, w ogóle nie są istotne. Gdzieś tu kryje się podświadome przeświadczenie, że normę stanowi to, co męskie, żeńskie zaś zawsze jest odstępstwem, które trzeba uzasadnić. W rezultacie patrzymy na mieszkańców Zimy jak na takich trochę dziwnych mężczyzn, a nie jak na istoty prawdziwie androginiczne. Gryzipiór sam z niejakim zdziwieniem zauważył, że cały czas myślał o Estravenie jak o mężczyźnie, prawie jak biedny Genly. Może dlatego, że w toku akcji widzimy pana Hartha w rolach tradycyjnie męskich: kanclerza, banity, myśliwego... Z drugiej strony nie staramy się dostrzec kobiety w Genlym, mimo że ten śpiewająco gra rolę damy w opałach. Ot, wymowny paradoks.

Idźmy dalej w tej podejrzliwości, a co. Jak potoczyłaby się misja Ekumeny, gdyby zamiast Genly’ego wysłano jego koleżankę po fachu, Lang Heo Hew? Czym różniłoby się spojrzenie kobiety na społeczeństwo hermafrodytów? Czy „Lewą rękę ciemności” mógłby napisać mężczyzna?... No, można tak długo. Chyba rację miał Estraven, kiedy pisał, że „przede wszystkim trzeba wiedzieć, jakich pytań nie zadawać”. Mamy to, co mamy. A mamy znakomitą, poruszającą, otwartą na różne interpretacje powieść, która udowadnia, co może stworzyć wspaniały umysł, gdy dać mu do zabawy narzędzia science fiction. Więc nusuth i biegnijcie czytać, bo warto.

  • Cykl: Hain (4)
  • Przekład: Lech Jęczmyk
  • Wydawca: Prószyński i S-ka
  • Rok wydania: 2015 (1969)
  • Liczba stron: 208
  1. No właśnie, ja im dłużej się zastanawiam, tym bardziej mnie uderza, że to jest taka przewrotna powieść o miłości (jeśli w ogóle) i że tego pierwiastka seksualnego między Estravenem i Genlym brakuje tam nie bez przyczyny: bo im bliżej są ze sobą tym bliżej, paradoksalnie, Estraven jest ze swoim zmarłym bratem, powraca jego obecność, odzyskuje się to, co stracone, a nie z Genlym.

    Ale zastanawia mnie cały czas ta końcówka, uderzenie Genly'ego, kiedy widzi koleżankę po fachu właśnie, kiedy "kobieta" jako taka wydaje się go drażnić, rozczarowywać może, głos ma za wysoki i tym podobne. I cały czas przychodzą mi do głowy rozmaite interpretacje tego faktu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie! A z drugiej strony sam fakt, że w myślomowie, w której nie można przecież kłamać, Estraven słyszy głos Genly'ego jako głos brata, świadczy o sile jego uczuć w stosunku do Genly'ego właśnie. Nie jestem pewna, czy on odzyskuje to, co stracone - może raczej jeszcze mocniej odczuwa ogrom tej straty, która drąży między nim a Genlym przepaść nie do pokonania? Choć myślę, że gdyby zakończenie powieści było inne, epilog mógłby iść właśnie w tym kierunku - odzyskania tego, co stracone, w relacji z innym człowiekiem. Niech to, obaj na to zasługują.

      Dystans Genly'ego do reszty wysłanników Ekumeny wiązałabym z jego przemianą po koniec powieści w bardziej androginiczną istotę. Miał odmienić Zimę, ale to Zima odmieniła jego. Nasiąknął jej kulturą, zmienił sposób myślenia, docenił Estravena jako kogoś pełnego, yin i yang, ów cień na śniegu, i sam stał się kimś pełniejszym. No i teraz ziemska kobieta wydaje mu się pewnie w jakiś sposób wybrakowana, niepełna. Zresztą ona też odbiera go jako obcego - mówi przecież "Genly, nie poznałam cię!".

      Usuń
  2. Dawno, dawno temu czytałam "Lewą rękę ciemności", dzieckiem będąc jeszcze, i zapamiętałam tylko cytaty - oczywiście ten, z którego pochodzi tytuł (przy okazji - w nim jednak uwidacznia się przekonanie o osiąganiu jedności podczas seksu ;P) oraz "Niewiedza rodzi myśl. Brak dowodu rodzi działanie", cudną uwagę o tym, że w tym świecie, w którym nie ma ptaków, nawet anioły spadają jak wielkie płatki śniegu oraz opowiedź o tym, jak Mesze został prorokiem nowej religii (możliwe, że coś przekręcam, pamięć bywa zawodna).

    Wtedy książka nie do końca mi się spodobała, generalnie marudziłam, że niewiele się działo i te wszystkie wtręty robijające narrację. Zainteresowała mnie odpiero przeprawa przez lodowiec. Pewnie, jako dorosły odczytałabym to inaczej, choć jakoś nie mogę się zebrać do ponownej lektury mimo, że kupiłam sobie wznowienie. Gdzieś to wrażenie, że "było nudnawe" tkwi w mojej głowie.

    Też myślałam o Estravenie jak o mężczyźnie, to w sumie ciekawe, że faktycznie domyślnie jest męskie - w pewnej innej książce bohater zorientował się, że jego rozmówca kłamie, twierdząc, że nic nie wie o tajemniczych zgonach, gdy na wieść o tym, że znaleziono trupa, ów pytając o szczegóły użył zaimka "ona" w odniesieniu do martwego człowieka. Dobra, powściągam dygresje.

    Pamiętam jednak - jak przez mgłę - końcówkę podróży, która mnie bardzo irytowała - tyle razem przeszli, by na koniec jeden z nich umarł tak głupio. I ta wątpliwość odnośnie tego, czy nie było w tym jednak cienia samobójstwa. To była zagadka. Jeśli tak, to czy jednak nie oznacza to, że Estraven nie widział/a dla siebie przyszłości? Że coś się zmieniło w nich obojgu, coś sie zmieni w świecie, ale jak z tą zmianą dalej żyć?

    Beata N.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, ta powieść pełna jest takich smakowitych cytatów do wynotowania :) Myślę, że pierwsza jej część jest taka rozbita, zagmatwana i nudnawa celowo, żebyśmy potem wszyscy zakrzyknęli: Wow!, kiedy już wszystkie elementy układanki wskoczą na miejsce. Mnie przynajmniej tak się zdarzyło :)

      Rzeczywiście śmierć Estravena jest zagadkowa. Ja skłaniam się raczej ku wersji, że to było nie tyle samobójstwo, ile samopoświęcenie; Estraven chciał przeciąć wszystkie więzy łączące go z Genlym, żeby jego misja miała większe szanse powodzenia.
      Oczywiście gdyby traktować całą tę historię jako mit (a do tego nas zachęca końcówka, w której zapiski z wyprawy zostają włączone do rodowego archiwum), to śmierć Estravena byłaby związana z koniecznością złożenia ofiary, która nadałaby unii Gethen i Ekumeny mocy i trwałości. To o tyle przekonujące, że całe życie Estravena jest poniekąd powtórzeniem getheńskich mitów (tego o krainie w środku zamieci i tego o Estravenie Zdrajcy). Wiemy też, że Getheńczycy wychowują się w kulturze przekazów ustnych, w której mity i legendy są ciągle żywe i aktualne, więc ktoś taki jak Estraven wiedziałby, jak musi się skończyć opowieść, by miała wydźwięk zdolny zmienić świat (śmiercią i poświęceniem).
      Ale w tym, co piszesz, też jest sporo prawdy. Myślę, że ta podróż przez lodowiec kosztowała Estravena znacznie więcej, niż widzieli Genly i czytelnicy. W pewnym sensie jego życie zatoczyło koło - od wyprawy w góry z bratem po wyprawę z Genlym na lodowiec. Może rzeczywiście nie widział już dla siebie przyszłości i wybrał ten moment, żeby umrzeć?

      Usuń
    2. Ciekawe, co napisałaś o tej decyzji, by swoją śmiercią niejako nadać wagi. Tak też mogło być. Choć myśl o zagubieniu Estravena też pozostaje - bo niejako stracił/a swoje poprzednie życie, a co do relacji z Genlym -jakkolwiek by ją postrzegać - poniekąd stała się możliwa, ponieważ zostali oboje odcięci od swoich ludzi, swoich kultur, postawieni w sytuacji walki o przetrwanie w surowych warunkach. Gdyby obydwoje przeżyli najprawdopodobniejsze wydaje mi się, że po powrocie do cywilizacji ta więź by się rozluźniła. (BN)

      Usuń
    3. Też mi się tak wydaje. I strach przed powolną śmiercią tej relacji mógł również przyczynić się do decyzji Estravena. W końcu raz już utracił kogoś równie bliskiego.
      Z drugiej strony można wyobrazić sobie scenariusz bardziej pozytywny, w którym powrót między ludzi i konieczność zmagania się z ich osądem jeszcze tę więź wzmacniają, a siła i samoświadomość, wyniesione z przeprawy przez lodowiec, pozwalają Genly'emu i Estravenowi obronić się przed powrotem do tych sytuacji i ról społecznych, które ich wcześniej od siebie izolowały. Tylko że to wtedy musiałaby być powieść z innego uniwersum. W "Hainie" motyw ofiary zmieniającej bieg historii jest jak dotąd bardzo wyraźny: pojedynczy ludzie mogą odmienić losy świata, ale muszą to okupić osobistą stratą i poświęceniem, jak Rocannon, jak ludy Agata i Rolery, jak Genly i Estraven.

      Usuń
    4. "W "Hainie" motyw ofiary zmieniającej bieg historii jest jak dotąd bardzo wyraźny: pojedynczy ludzie mogą odmienić losy świata"
      Racja. Jakoś nie dostrzegłam tego (to znaczy w Świecie Rocannona" tak, ale już nie w innych. BN

      Usuń
  3. Czytałem dawno, dawno, ale koniecznie muszę odświeżyć. Mimo odległości temporalnej, pamiętam to napięcie i wydawało mi się, że relacja dwóch bohaterów była jednym z centralnych punktów powieści.

    Twój prześwietny tekst uświadomił mi znów, jak miłe dla czytelnika jest śledzenie powracających motywów. W powieści "Woman on the Edge of Time" Marge Piercy jedną z podstaw nowego społeczeństwa jest inna forma zrównania płci - dzieci tam rodzą się wyłącznie w sposób sztuczny, więc obie płcie mają równe doświadczenia (macie/tacie)rzyńskie. A w "Oryks i Derkaczu" Margaret Atwood pojawia się z kolei motyw braku wstydu seksualnego, jako jeden z gwarantów pokojowej egzystencji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaryzykuję i napiszę, że ich relacja jest wręcz sercem tej powieści, bez niej to w ogóle nic by nie wyszło. To była taka cudowna niespodzianka, bo jakoś nie kojarzyłam Ursuli Le Guin ze złożonymi, poruszającymi portretami psychologii bohaterów i relacji między nimi, a tu proszę. Teraz, po lekturze "Lewej ręki..." i w trakcie "Wydziedziczonych", widzę, jak bardzo się myliłam i cieszę się z tego przeogromnie!

      Oba pomysły brzmią pysznie, zapisuję do sprawdzenia :) Masz rację z powracającymi motywami - i dodam, że wyśmienicie się je śledzi właśnie podczas takiego maratonu twórczości jednego autora, jaki sobie zadałyśmy w wyzwaniu z cyklem o Ekumenie.

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.