Summa wszystkich strachów, czyli „Hel 3” Jarosława Grzędowicza


Jest coś takiego w literackich portretach przyszłości, że nieważne, jak daleko prognozują, zawsze są komentarzem do współczesności. I rzadko napawają optymizmem. „Hel 3” – nowa powieść Jarosława Grzędowicza – to wręcz jeden wielki katalog współczesnych strachów: przed terroryzmem, przed triumfem wirtualnej rzeczywistości i rozpadem więzi międzyludzkich, przed zakazem spożywania kiszonych ogórków, do wyboru, do koloru. Czy mówi coś, czego jeszcze nie wiemy? Nie. Czy mimo to warto ją przeczytać? Jak najbardziej. Wiecie, czasem po prostu dobrze poznać czyjąś katastroficzną wizję jutra, choćby po to, żeby się z nią nie zgodzić.


Tekst zawiera spoilery o średniej sile rażenia.

Jeśli czytaliście premierowe recenzje, to wiecie, że Grzędowicz nie napisał dobrej książki. Mimo to Gryzipiór nie żałuje, że spędził z nią czas, bo mógł odwiedzić miejsca, do których normalnie by chyba nie dotarł: podwodne poligony, na których trenują przyszli astronauci, ekskluzywne restauracje dla azjatyckiej elity z kartą dań, na której widok każdy szanujący się obrońca zwierząt popełnia seppuku, no i Księżyc. Wszystkie te mikroświaty są jak na wyciągnięcie ręki, bo autor zmyślnie wplótł w fabułę bezlik szczegółów i szczególików dotyczących obyczajów, strojów czy architektury. Każdy z nich czemuś służy, buduje kontekst albo mówi coś ważnego o rzeczywistości, w której być może obudzimy się za czterdzieści lat. Choćby proste, syntetyczne wnętrza wspomnianej restauracji, w których dla kontrastu rozegra się dramat jak z afrykańskiej dżungli w dniu narodzin pierwszego człowieka. Wierzcie lub nie, ale rzadko się zdarza, by Gryzipiór czytał z wypiekami na twarzy o tajnikach pracy kelnera albo rozmaitych sposobach zakładania skafandra. Tymczasem w „Helu 3” zachwyciły go właśnie takie mistrzowskie opisy realiów i ludzkich zachowań.

Wszystko inne jest, niestety, do kitu. 

No, może nie całkiem do kitu, bo to, jak odbierzecie „Hel 3”, będzie w dużej mierze zależało od waszych poglądów na kierunek, w jakim zmierza współczesny świat. Jeśli jesteście pesymistami, trafiliście w dziesiątkę. Widzicie, Grzędowicz roztacza przed nami posępną wizję Ziemi w 2058 roku, na której większość współczesnych zjawisk i ideologii została doprowadzona do absurdu. Panuje terror ekologii i zdrowego stylu życia. Tradycyjne polskie jedzenie, kiełbasa i kiszone ogórki, zostało albo wyklęte, albo wysoko opodatkowane, albo wyjęte spod prawa. O używkach można zapomnieć, zwłaszcza że wokół pełno policyjnych dronów. Miliony ludzi żyją w wirtualnej rzeczywistości, wgapione we wszechwładne omnifony i niezdolne nawiązać więzi z drugim człowiekiem. Emocje wyparły informacje, dziennikarstwo przeniosło się do MegaNetu. Wszystko to znamy dobrze z proroctw rozmaitych czarnowidzów, z niechęcią patrzących na obecne przemiany społeczne i postęp technologii.

Dzięki targowi wiochmenów miał dodatkowo biały chleb ze zbyt wysoką zawartością glutenu i jeszcze straszniejsze bułki, twaróg, żółty ser i masło, wszystko przekraczające normy zawartości tłuszczu, więcej benzopirenów i azotynów w pachnącej wiśniowym dymem kilogramowej szynce, ogórki kiszone w niebezpiecznej dla zdrowia solance, śliwowicę w dwulitrowej plastikowej butelce, która stanowiła jeden wielki kryminał, oraz drugą butlę ormiańskiej whisky. Do tego wszystkiego dochodził jeszcze karton przemycanych „koziołków”, koncentrat coli bez akcyzy via Turcja i ręcznie nabijany zbiornik sprężonego powietrza, bez certyfikatów BHP i bez gwarancji, że nie wykorzystano do pracy dzieci. Nawet pomidory, ogórki, rzodkiewki, kalafior i jabłka, które kupił, wyhodowano bez kontroli, z pogwałceniem zasad głębokiej ekologii, poza obszarem zrównoważonej hodowli i z naruszeniem biotechnologicznego prawa autorskiego [s. 86-87].

Krytykując współczesny świat, Grzędowicz sięga po cały arsenał środków literackich i programuje reakcje czytelnika od śmiechu po łzy. Bywa zabawnie, szczególnie wtedy, gdy kataloguje obsesje XXI wieku i spiętrza je aż do osiągnięcia efektu groteski (jak we fragmencie wyżej). Bywa i śmiertelnie poważnie, gdy autor przedstawia dekadenckie rozrywki elit lub akcję odbijania zakładników z rąk islamskich ekstremistów tak naturalistycznie, tak dokładnie i rozwlekle, byśmy broń Boże nie przeoczyli żadnego przerażającego szczegółu. Wobec takiego potencjału bojowego czytelnikowi pozostaje tylko skapitulować. A jednak Gryzipiór jakoś nie dał się porwać tej wizji przyszłości i chyba nie tylko dlatego, że poglądy na ekologię czy politykę ma zgoła odmienne. Raczej dlatego, że przy całym tym barokowym bogactwie środków użytych do jej opisu Ziemia A.D. 2058 okazała się światem czerni i bieli. Panują tu proste podziały: to, co nowe, jest przeważnie złe; dobre jest to, co konserwatywne, sprawdzone, bezpieczne.

Spójrzcie na Fokusa, naszego głównego bohatera. Fokus jest iwenciarzem, kimś w rodzaju niezależnego dziennikarza, żyjącego z karmienia bestii MegaNetu kilkuminutowymi filmikami z interesujących wydarzeń. Jest to rzekomo człowiek z zasadami, choć Gryzipiór nie nazwałby tak kogoś, kto zastanawia się, jak najlepiej wykadrować egzekucję. Potem jednak dowiadujemy się, że lubi zjeść wieprzowinę, więc jest w porządku. Fokus cierpi jednak z powodu braku możliwości. Chciałby może robić porządne, zaangażowane dziennikarstwo, ale przecież nie dla bezrozumnej tłuszczy porozumiewającej się emotikonami. Jest samotny i nie odnajduje się w świecie reglamentowanego cukru i lotnisk obwieszonych tabliczkami z trzydziestoma pięcioma zakazami. Aż pewnego dnia ktoś otwiera przed nim zupełnie inny świat – świat, w którym siaduje się przy kominku w tapicerowanych fotelach, nie trzeba oszczędzać prądu ani wody, a w restauracjach serwuje się prawdziwe steki i ziemniaki. I ludzie też od razu są jakoś lepsi, prawdziwsi: zamiast otumanionej trzody, która straciła kontakt z rzeczywistością, pojawiają się honorowi, trzeźwo myślący komandosi połączeni więzami braterstwa.

[*]
Grzędowicz musi mieć słabość do tego motywu; podobną drogę od wyobcowanego człowieka współczesnego do członka wspólnoty opartej na dawnych wartościach pokonał Vuko w „Panu Lodowego Ogrodu”. Tyle że Vukowi Gryzipiór kibicował, może dlatego, że czuł jego rzeczywisty konflikt wartości i szok kulturowy. Fokus natomiast zaleciał mu jakimś fałszem. Bo Fokus ma być tym bohaterem, co odstaje, bo ma zasady i chce walczyć o lepszy świat. Tyle że jak na człowieka spragnionego tego mitycznego „czegoś więcej” Fokus zaskakująco dużą wagę przywiązuje do... konsumpcji. Otwartej, nieskrępowanej i najlepiej w dużych ilościach. Oczywiście, dla niego wszystkie te wyklęte kiełbasy, nielegalne papierosy i nieograniczony dostęp do prądu są równoznaczne z wolnością osobistą. Gryzipiór jednak zadał sobie pytanie, czy w świecie, który wyraźnie zmaga się z niedoborem energii i jakimiś bliżej nieokreślonymi problemami żywieniowymi i społecznymi, taka postawa jest aby na pewno godna pochwały. Jakoś nie ma w „Helu 3” refleksji nad tym, że korzenie tej strasznej dystopicznej przyszłości prawie na pewno tkwią w przeszłości, tak często idealizowanej. Winę za kształt świata wydają się ponosić wyłącznie korporacje i elity dążące do absolutnej władzy nad maluczkimi. 

Naturalnie można bronić tej czarno-białej wizji przyszłości, przytaczając rozmaite dowody na cynizm współczesnej władzy i interesowność korporacji. Tym, czego w „Helu 3” obronić się nie da, jest konstrukcja. Olaboga, co też tu się stało! Na prawie pięciuset stronach zmieściły się nie jedna, nie dwie, ale trzy powieści, z których dla niepoznaki usunięto strony działowe. Powieść pierwsza służy głównie bardzo rozwlekłej ekspozycji i najbliżej jej do sfabularyzowanej publicystyki. Dowiadujemy się, jak wygląda świat, w którym ludzie jadają glonowe krakersy, a żeby kupić słodycze, muszą wykazać się odpowiednio niskim poziomem cukru we krwi. To mógłby być świetny zbiór opowiadań – takich jednowątkowych, osnutych wokół kolejnych iwentów, z których wyłaniałby się drapieżny portret zdehumanizowanego społeczeństwa. Potem jednak nadchodzi Wielki Iwent i zaczyna się druga powieść, powiązana z pierwszą tylko dzięki zbiegowi okoliczności. Nagle pojawiają się misja, tajemnica, Księżyc i ludzie ginący na nieistniejących polach bitew. Akcje rwie miło do przodu i kiedy już, już wydaje się, że dojedziemy bezpiecznie do końca, nagle wszystko staje na głowie. Ostatnie parę stron jest jak wyjęte z egzystencjalnej opowieści grozy i robiłoby piorunujące wrażenie, gdyby tylko miało coś wspólnego z resztą historii. Gryzipiór podejrzewa, że autor koniecznie chciał zamknąć swoją powieść z przytupem. I przedobrzył, zmieniając reguły gry w trakcie finału.

Jeśli macie trochę tak jak Gryzipiór, to możliwe, że ta przyszłość widziana oczami kogoś o zupełnie odmiennych poglądach niż wy i chaotyczna konstrukcja paradoksalnie uczynią lekturę bardziej interesującą. Książki takie jak „Hel 3” ciekawiej chyba czytać krytycznie, co chwila kwestionując przedstawiony w nich obraz świata. Ciekawiej też o takich książkach rozmawiać – o ich problemach, celnych obserwacjach, wypaczeniach, o tym, który z licznych obrazów okrucieństwa najmocniej zapadł nam w pamięć. Najlepiej pogryzając kiszone ogórki. Póki nie zabronią.

  • Ilustracje: Paweł Zaręba
  • Wydawca: Fabryka Słów
  • Rok wydania: 2017
  • Liczba stron: 493
  1. Ech, nawet nie zabieram się za tę książkę, bo istnieje ryzyko, że wyleciałaby przez okno. Już w Panu Lodowego Ogrodu nie podobało mi się wiele wątków i poglądów autora, ale równoważyły je elementy, które podobały mi się bardzo. A tutaj chyba mamy nagromadzenie tego, co niefajne, w dużej ilości...
    A co do różnych wizji przyszłości w literaturze: one wszystkie mają to do siebie, że jeszcze żadna z nich się w całości nie sprawdziła. Owszem, da się przewidzieć niektóre elementy, ale ogólnie życie wymyśla takie scenariusze, których nie wymyśli żaden pisarz. Więc może w 2058 roku to ktoś pragnący nie jeść mięsa i ćwiczyć crossfit będzie musiał się ukrywać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, Ursula Le Guin napisała świetny esej o tym, jak bezsensownie jest oczekiwać prognozy przyszłości od pisarza science fiction, który wcale przecież nie wie więcej niż inni, a do tego zarabia na życie, kłamiąc. Więc nic dziwnego, że żadne literackie proroctwo nie sprawdziło się w całości :) I wcale nie zdziwię, jeśli w 2058 roku będzie właśnie tak, jak piszesz. Mam wrażenie, że świat zmierza raczej w odwrotnym kierunku, niż to opisuje Grzędowicz, że wraca stare, a liberalne, proekologiczne czy promujące zdrową żywność dyskursy ośmiesza się i nie dowierza się im, zapewnie nie bez przyczyny. No ale punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Każdy ma jakąś własną katastrofę, która nie daje mu spać po nocach.

      Usuń
  2. Podesłałam recenzje mężowi, ostatnio bardzo się ubawił przy lekturze książki Przybyłka, tu może być podobnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie czytałam Przybyłka, ale muszę uprzedzić: u Grzędowicza jest parę takich scen, że nic, tylko dzwonić do jakiejś kosmicznej instytucji ds. dobrowolnej likwidacji światów z prośbą, żeby nas wszystkich wysadziła w diabły. To strasznie nierówna książka jest: na jednej stronie czysta satyra, na drugiej śmiertelnie poważna relacja z czyjejś egzekucji. I tak w kółko.

      Usuń
  3. Ja nie mam zbyt pozytywnych zapatrywać na przyszłość, ale i tak nie kupuję wizji Grzędowicza. Jest przerażająca w swojej prostocie, ale według mnie jest właśnie za prosta - autor po prostu wziął kilka dzisiejszych trendów i poczynił ekstrapolację ab absurdum. Przydałyby się jakieś modyfikacje, niuanse. Najbardziej jednak przeszkadzało mi to rozszczepienie konstrukcyjne - o tym samym napisałem w swojej recenzji. Może lepiej by wyszło, gdyby Grzędowicz skupił się na jednej z tych składowych i to ją rozbudował. Mnie najbardziej zaciekawiły zdarzenia z finału, które sama w sobie są bardzo ciekawe, ale biorąc pod uwagę całość, wyglądają na wyciągnięte z kapelusza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie tak! Wielki mi niedosyt został po tej końcówce, która przecież wywraca całą konstrukcję świata i każe wątpić w prawdziwość wszystkich przedstawionych wcześniej wydarzeń, a mimo to urywa się nagle, właściwie bez wyjaśnień. Ciekawe, czy jest w planach tom drugi? Jakoś mi "Hel 3" bardziej pasuje na jednoczęściową opowieść, ale może to zakończenie zostało w którymś momencie zmienione, dopisane, by stworzyć otwarcie na kontynuację, i dlatego tak bardzo nie pasuje?

      No właśnie, powstaje pytanie, czy ze względu na tę uproszczoną wizję i absurdalne wyolbrzymienie współczesnych trendów tej powieści nie należy czasem czytać bardziej jako satyrę na współczesny świat niż jako typową fantastykę z prognozą na przyszłość? Mam wrażenie, że to niezły kierunek interpretacji, tylko z drugiej strony sporo tam takiej łamiącej konwencję śmiertelnej powagi, moralnego oburzenia wręcz.

      Usuń
    2. W temacie drugiego tomu - na Pyrkonie 2014 Grzędowicz powiedzieć miał tak: "(...) nieprzesadnie długa, według wszelkich planów w jednym kawałku – co jest istotne. Kiedy już ją skończę proszę mnie nie pytać, kiedy będzie drugi tom." Nie jest to bezpośrednia zapowiedź, ale też - według mnie - wskazuje bardziej na "tak" niż na "nie".

      Sama chyba odpowiedziałaś na to pytanie najlepiej - elementy satyry są, ale ton zupełnie nie przystaje.

      Usuń
    3. A czy "według wszelkich planów w jednym kawałku" to nie byłoby przypadkiem potwierdzenie, że Grzędowicz planuje (planował?) tylko jeden tom? I że nie chce pytań o drugi, bo go nie zamierza pisać? Tak to jakoś odczytałam. No cóż, pewnie prawdę poznamy na tegorocznym Pyrkonie :)

      Usuń
    4. Z podobnym zabiegiem literackim, wywracającym wszystko do góry nogami, spotkałem się w końcówce "Limes inferior" Zajdla i (ale tu nie dam sobie rączki uciąć, bo za dobrze nie pamiętam) "Wybrańcach bogów" Ziemkiewicza. Może więc to jakiś ukłon w stronę klasyki polskiej socjologicznej SF? Ewentualnie to tylko moja nadinterpretacja i autor zostawił sobie furtkę na kontynuację.

      Jako osoba o raczej konserwatywnym spojrzeniu na świat mogę Ci opisać jak odebrałem książkę - niezbyt dobrze, raczej jako czytankę z morałem. Autor nie zmusza czytelnika do myślenia, wykłada mu kawę na ławę - to jest złe, to jest dobre, to jest zgubne dla naszej wolności itp. To zwyczajnie publicystyka przybrana w formę powieści SF. Z niesamowitymi scenami, napisana barwnym językiem, ale wciąż czytanka z morałem.

      Usuń
    5. Ukłon... czy kopiowanie? Oto jest pytanie!

      No, to myślę, że w tym jednym konserwatywni i liberalni czytelnicy się zgodzą :) Bo to jest czytanka z morałem, aczkolwiek jak na czytankę zaskakująco przyjemna w odbiorze. Dzięki czemu to publicystyczne zacięcie razi chyba trochę mniej, co nie znaczy oczywiście, że wcale.

      Usuń
  4. Ja przepraszam, sobie oftopnę.;) Zawsze jak widzę kogoś, kto załamuje ręce, że ci cholerni zachodni guru od żywienia zabiorą nam nasze tradycyjne białe pieczywo, to mnie ogarnia cichy chichot. Bo załamujący ręce nie wiedzą, że ci zachodni dietetycy mówiąc o białym pieczywie mają na myśli zwykle (a jeśli pochodzą z USA, to właściwie zawsze) coś, co u nas sprzedaje się jako "chleb tostowy" - za oceanem jest rzeczywiście zaskakująco popularną bazą do kanapek, ale niewiele ma wspólnego z tym, co u nas się sprzedaje jako białe pieczywo.

    Tymczasem, już nie oftopicznie. Nowego Grzędowicza nie czytałam (i chyba nie zamierzam), ale tak mnie tknęło po przeczytaniu Twojej notki: polscy pisarze SF są jednak strasznie konserwatywni. Większość właściwie SF opierają na założeniu, że co stare i znane to dobre, a wszelki postęp niesie tylko rozkład i degrengoladę (chyba za pozwala lepiej eksploatować to, co stare i znane). Z niecierpliwością czekam na taką polską wersję Le Guin, która bez dychotomii dobre-złe bawi się rożnymi konceptami...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A, zapomniałam dodać, że jeśli chodzi o naszą smutna przyszłość, to na chwilę obecną najbardziej trafiają do mnie wizje Brunnera.;)

      Usuń
    2. Dobrze wiedzieć! Podobno zresztą bardziej niż białe pieczywo szkodzi nam strach przed nim - bo producenci zaczynają barwić je różnymi świństwami, żeby wyglądało na ciemniejsze i w domyśle zdrowsze.

      Hm, to wyjaśnia, dlaczego polskich fantastów nigdy nie czytało mi się zbyt dobrze :) Ale myśl o polskiej Le Guin też mnie naszła. Choć wydaje mi się, że u Ursuli sporo jest refleksji nad dobrem i złem i szczególnie we wcześniejszych powieściach ujawniają się niekiedy jednoznaczne podziały, tylko że to wszystko rozgrywa się na zupełnie innym, subtelniejszym poziomie.

      Brunner, powiadasz? Jest na mojej długiej, długiej liście do przeczytania, ale muszę go zatem przełożyć wyżej. Nigdy za mało książek o smutnej przyszłości!

      Usuń
    3. Ano tak. Na przykład karmelem barwią.

      Brunnera polecam gorąco, zwłaszcza "Ślepe stado" (azle jeszcze "Wszystkich na Zanzibarze" nie czytałam, więc nie wiem, czy nie lepsze).

      Usuń
    4. To ja zaproponuję Marcina Przybyłka, który co prawda nie pisze tak "miękko" jak Le Guin, ale u niego postęp jest w większości pozytywny, a złe są pewne konkretne zjawiska (korporacje, finansjera, religia) i nie ma gloryfikacji przeszłości.

      Usuń
    5. O, już drugi raz nam się ten pan pojawia w rozmowie, to chyba znak :) A polecisz którąś konkretną książkę? Z tego, co widzę, ostatni "Orzeł Biały" zebrał bardzo skrajne recenzje.

      Usuń
  5. Nigdy nie czytałam książek Grzędowicza w związku z tym czy Twoim zdaniem mogę zacząć od jego Nowej powieści czy jest jakaś kolejność, którą trzeba zachować?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moim zdaniem jak najbardziej możesz zacząć od jego nowej powieści, choć jeśli chcesz poznać Grzędowicza od najlepszej strony, to polecam raczej "Pana Lodowego Ogrodu". Pierwszy tom jest doskonały.

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.