To nie jest film dla starych zgredów, czyli „Piękna i Bestia” Disneya


No i jest – kolejna aktorska adaptacja klasycznej baśni Disneya. Kiedy równo dwa lata temu Gryzipiór pisał o „Kopciuszku”, pochwalił twórców za to, że zamiast silić się na modną współczesną reinterpretację, podarowali nam film bardzo bliski oryginalnej animacji z 1950 roku. Wówczas wydawało się to odważne. Na przekór trendom. Niestety, podobna wierność pierwowzorowi w wypadku „Pięknej i Bestii” dała gorsze rezultaty i jeśli taką drogą będą szły następne aktorskie adaptacje Disneya, to Gryzipiór, jako stary zgred nieczuły na opowieści o jedynej prawdziwej miłości, chyba wypisze się z tej imprezy.


Tekst zawiera minimalne spoilery.

Nie znaczy to, że i Wy powinniście się z niej wypisać. „Piękna i Bestia” może się podobać, bo jest to film bardzo porządnie zrealizowany, dobrze zagrany i zaśpiewany, i to zarówno przez profesjonalne, jak i nieprofesjonalne głosy. Najbardziej chyba podobał się Gryzipiórowi Dan Stevens w roli Bestii, któremu udało się tchnąć w komputerowo stworzonego potwora dość życia, byśmy poczuli do niego sympatię. Ale i inni aktorzy wykonali kawał dobrej roboty, zwłaszcza Josh Gad jako przegięty smutny błazen LeFou. Muzycznie też nie jest najgorzej: mamy wspaniałe, kolorowe i dynamiczne sceny zbiorowe, które aż buzują od energii, i nieco słabsze, choć wciąż dobre popisy solowe (a także kilka nowych utworów dopisanych na potrzeby aktorskiej wersji, choć te zachwycają mniej). Problem stanowi raczej sama koncepcja tego filmu. Scenarzyści i reżyser Bill Condon odwzorowali „Piękną i Bestię” z 1991 roku z aptekarską precyzją, to tu, to tam wypełniając jedynie drobne luki w fabule. Są w niej te same żarty, dialogi i piosenki, a nawet całe sceny powtórzone słowo w słowo i gest w gest. To miłe, taki nostalgiczny powrót do ulubionej opowieści z dzieciństwa. Ale czy konieczne?

fot. Walt Disney Motion Pictures [*]
Na pewno nie warto było kręcić tego filmu dla tych kilku nowych scen, które w większości dodano bez potrzeby i jakoś niezgrabnie. Sporo z nich krąży wokół postaci rodziców, a zwłaszcza matki Pięknej – wielkiej nieobecnej tej baśni. W nowej wersji Piękna poznaje smutny los swojej rodzicielki tuż przed pamiętną sceną tańca z Bestią, co ma chyba symbolicznie zamknąć epokę jej dzieciństwa przed wkroczeniem w dorosłość. Wczesna utrata matki to też – podobnie jak miłość do książek i doświadczenie inności – coś, co łączy Piękną z Bestią. Trochę to grubymi nićmi szyte, ale Gryzipiór docenia, że twórcy zadali sobie trud, by pokazać, że nawet w baśniach miłość powinna się brać z porozumienia dusz i wspólnego doświadczenia, a nie z fabularnej konieczności. Tylko po co angażować do tego magiczną księgę, która potrafi teleportować ludzi w dowolne miejsce na Ziemi? Toż to przedmiot z zupełnie innej bajki. Gryzipiórowi żal też pięknego intra z 1991 roku, które w wersji aktorskiej zastąpiono niemiłosiernie rozciągniętą sceną balu na dworze przyszłej Bestii, chyba po to, by wydłużyć film do kinowego minimum. Jest jeszcze kilka innych zmian, ale trudno powiedzieć, co twórcy zamierzali dzięki nim osiągnąć, bo jako żywo spójnej interpretacji wyciągnąć z nich nie sposób.

Po co więc nakręcili tę historię na nowo? No, pierwowzór tej „Pięknej i Bestii” powstał ponad dwadzieścia pięć lat temu, więc można zrozumieć, że ktoś chciał go wizualnie odświeżyć. Spektakularnego sukcesu chyba jednak nie odniósł. Wszystkie te pełne francuskiego przepychu komnaty, gotyckie wieżyce i pogrążone w wiecznej zimie ogrody są oczywiście bardzo piękne, ale jest to piękno łatwo ulatujące z pamięci. Mało charakterystyczne. O ileż bardziej podobała się Gryzipiórowi przekoloryzowana i nieco teatralna scenografia „Kopciuszka”, która na tyle odrealniała świat, że łatwiej było zawiesić niewiarę w baśniową fabułę. Estetycznie „Piękna i Bestia” zmierza w drugą stronę. Jest tu zdecydowanie więcej realizmu: zwyczajne, nieco przybrudzone miasteczko, tłoczna gospoda, ruiny domu opuszczonego w czasie zarazy. Padają konkretne nazwy: Paryż, Villeneuve. W efekcie przestrzeń rozpada nam się na dwa światy: świat realistyczny, z którego pochodzi Piękna, i świat fantastyczny, w którym żyje Bestia ze swoimi sympatycznymi, rozśpiewanymi sprzętami domowymi. Niby jest to podział logiczny, ale nietypowy dla baśni, która zwykle rozgrywa się wszędzie i nigdzie. Mógłby kierować nas w stronę opowieści grozy, gdyby nie to, że... nie ma w niej grozy.

fot. Walt Disney Motion Pictures [*]
I przynajmniej Gryzipiórowi bardzo tej grozy brakowało. Niektóre baśnie po prostu muszą budzić lęk, bo inaczej tracą swego ducha, tak jak „Piękna i Bestia”, w której kobieta u progu dorosłości spotyka przerażającego męskiego Innego i musi go oswoić. Tymczasem Disney poszedł chyba jeszcze dalej w łagodzeniu wizerunku Bestii niż w oryginalnej animacji. Ten „potwór” to po prostu człowiek porośnięty sierścią. Nie pokazuje się nam ani jego przerażającej fizycznej siły, ani zwierzęcej erotyki, więc po dwóch, trzech scenach nie stanowi już zagrożenia. Ba! zaczyna nawet śpiewać pięknym, czystym tenorem, choć na logikę powinien raczej wydawać zwierzęce ryki. Bardziej przypomina rozkapryszone dziecko, któremu trzeba wyjaśnić, że ranę należy przemyć, choć boli, a czytanie romansów to nie wstyd. W rezultacie Piękna, zamiast oswajać lęk przed obcym, oswaja zdziczałego nastolatka (choć powinna uciec z krzykiem). Szkoda, że Disney pozostał przy najprostszym przesłaniu, zgodnie z którym nie należy nikogo oceniać po pozorach, a nie uderzył w te niepokojące tony, które stanowią o sile oryginalnej baśni. Taki spłaszczony przekaz trochę niestety ogranicza krąg odbiorców. Jakkolwiek Gryzipiór mógł zachwycić się ociekającą złotem scenografią, uśmiechnąć do sympatycznych bohaterów i posłuchać miłych dla ucha piosenek, to jakoś nie znalazł w tej historii nic, co chwyciłoby go za serce.

fot. Walt Disney Motion Pictures [*]
Choć mógłby, bo krążą pogłoski, że Disney nakręcił baśń feministyczną. Ha, wiecie, że to samo mówiono o wersji z 1991 roku? Jasne, Piękna czyta książki i konstruuje pierwszą pralkę (choć potem potrzebuje pomocy ojca, by otworzyć kłódkę szpilką do włosów). Nie zamierza też zostać męczenniczką, gwiżdże na słowo honoru i próbuje uciec z zamku Bestii przy pierwszej nadarzającej się okazji. Tyle że to nadal jest opowieść o młodej kobiecie znoszącej okrucieństwo mężczyzny, by zmienić go w czułego partnera. To nadal jest opowieść, w której kobietę kochającą nade wszystko to, co niematerialne i niewidoczne, nagradza się małżeństwem z pięknym i bogatym księciem. Inteligencja i oczytanie Pięknej mają znaczenie o tyle, o ile czynią ją wyjątkową na tle prostej, wiejskiej społeczności. Nie zmieniają jednak samej opowieści, która nadal kieruje do odbiorców ten sam przekaz, co dwieście sześćdziesiąt lat temu. Gryzipiór celowo napisał „odbiorców”, a nie tylko „kobiet”, bo i wzorce męskości są tu dość bezlitosne. Szczęście Bestii nierozerwalnie wiąże się z wyrzeczeniem się dzikości i podporządkowaniem regułom życia społecznego. A gdyby tak jednak Bestia mogła pozostać bestią?

Plusem są uśmiechy w stronę widowni rekrutującej się z rozmaitych mniejszości, która rzadko miała okazję rozpoznać się w Disneyowskich baśniach. Są czarnoskórzy aktorzy i czarnoskóre aktorki w rolach księży czy nadwornych śpiewaczek, są mężczyźni, którzy – dosłownie – wychodzą z szafy przebrani za kobiety. Prym wiedzie jednak LeFou, w oryginalnej animacji głupkowaty błazen, tutaj – bohater niejednoznaczny, a momentami tragikomiczny. Historia jego przyjaźni z Gastonem to gorzkie postscriptum do opowieści o sile prawdziwej miłości, która rozgrywa się na pierwszym planie. LeFou bowiem znajduje się w podobnej sytuacji, co Piękna – też „opiekuje się” potworem, tyle że ponosi klęskę; nie udaje mu się wykorzenić zła w bliskiej osobie dzięki samej tylko wierności i wyrozumiałości. Niemniej jego starania stawiają w nieco korzystniejszym świetle samego Gastona, który może kiedyś był kimś wartym ratunku. To też bohater inny niż w pierwowzorze: już nie wiejski przygłup, ale rozchwiany emocjonalnie okrutnik, który wrócił z wojny, ale chyba nie całkiem. Oczywiście film nie mówi nam tego wszystkiego wprost, ale kto chce, ten może ruszyć głową i pogłębić sobie nieco charaktery tych bohaterów. Materiał do przemyśleń w filmie jest, choć niewykorzystany w takim stopniu, w jakim mógłby być.

fot. Walt Disney Motion Pictures [*]
Gryzipiór zastanawia się też, dla kogo ten film tak naprawdę powstał. Dla najmłodszego widza będzie chyba trochę za poważny, dla starszego – zbyt bajkowy. Nie da się też w nieskończoność odwoływać do sentymentu pokolenia dzisiejszych trzydziestolatków, którzy wychowali się na tych klasycznych animacjach Disneya. Bo my, drodzy panowie twórcy, dorastamy i wcale nie chcemy, żeby nam w kółko opowiadano te same historie. Chcemy baśni, w których – jak niegdyś nasi przodkowie – przejrzymy się jak w zwierciadle. I nie obrazimy się, jeśli nie zawsze zobaczymy w nim twarz Pięknej. Właściwie, to nawet mogłoby nam wyjść na zdrowie, gdybyśmy od czasu do czasu ujrzeli prawdziwe oblicze Bestii.

  • Reżyseria: Bill Condon
  • Scenariusz: Stephen Chbosky, Evan Spiliotopoulos
  • Premiera: 17 marca 2017
  1. Odnoszę wrażenie, że wersje aktorskie bajek Disneya to z jednej strony odcinanie kuponów, a z drugiej próba wychowania współczesnych dzieciaków na nie bajkach, ale filmach Disneya. Nie ma się co oszukiwać, bajki, choć uznawane są za klasykę, po prostu się starzeją, a wraz z nimi animacja. Dzieciaki są teraz przyzwyczajone do animacji rodem z "Krainy Lodu", a nie "Pięknej i Bestii". Po co się więc wysilać, jeśli żerujemy na uczuciach starszych i zapoznajemy z historią młodszych? Obsadzanie znanych aktorów też nie jest bez znaczenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak najbardziej. Disney, myślę, wykorzystuje też tradycję przekazywania baśni z pokolenie na pokolenie oraz nasz do nich sentyment połączony z chęcią spojrzenia na nie dorosłymi oczami. Tylko że chciałabym, żeby tej w sumie cynicznej motywacji, o której piszesz, towarzyszył też jakiś pomysł artystyczny. Nie da się opowiedzieć wszystkich tych baśni tak, jakby przez ostatnie dekady świat się nie zmienił. Można urzec widza piękną oprawą wizualną i przyciągnąć go do kina znanymi nazwiskami, ale żeby poruszyć jego serce, to jednak potrzeba czegoś więcej, jakiejś aktualizacji treści i przesłania.

      Usuń
    2. To prawda, nie mniej jednak wydaje mi się, że ostatnimi czasy Hollywood coraz bardziej idzie w ilość, a nie jakość i przyświeca mu idea "szybciej, szybciej, póki ludzie się nie znudzili". No i wychodzi później to, co wychodzi ;)

      Usuń
    3. Ech, komu dziś w dużym przemyśle rozrywkowym nie przyświeca taka idea :) Z drugiej strony "Kopciuszek" sprzed dwóch lat był naprawdę dobry, więc od czasu do czasu nawet z takiego podejścia coś się zacnego rodzi. Niestety, aktorska "Piękna i Bestia" tym czymś nie jest, a przyznam - liczyłam!

      Usuń
  2. Przez chwilę się nawet zastanawiałam, czy się do kina nie wybrać, ale zniechęcił mnie zwiastun, bo choć nie pamiętam dokładnie filmu (była to pierwsza animacja Disney'a, którą widziałam w kinie), to, jak zaczęłam oglądać trailer, zrozumiałam, że to w dużej mierze kopia oryginału.

    Nie chodzi mi o to, żek oniecznie chciałabym czegoś na kształt filmu z Angeliną Jolie, odwracającego schematy. Główny zrąb historii mógłby zostać, ale niechby zmieniono nieco estetykę, a nie kubek w kubek - lokaj zamieniony w zegar, taniec w żółtej sukni itp. Beata N.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem za. "Kopciuszek", fabularnie też wierny oryginałowi, miał inną estetykę niż animacja, a jak dobrze wyszedł. Swoją drogą ten taniec w żółtej sukni to ciekawe zjawisko. W animacji to naprawdę przepiękna scena. W wersji aktorskiej... bo ja wiem? Przyszli, zatańczyli i poszli. To jedna z kilku scen, które naprawdę straciły sporo magii względem oryginału.

      Usuń
  3. Mi się film bardzo podobał i to do tego stopnia, że chętnie obejrzałbym go jeszcze raz. Pierwowzoru zupełnie nie pamiętam i jest szansa, że w ogóle go nie oglądałem. Film zbiera średnie recenzje np. Wyborcza nazwała go "Niepotrzebnym" ale oceny na portalach typu filmweb czy imdb są wysokie. Zastanawia mnie ta rozbieżność.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytałam opinię zamieszczoną w internetowej "Wyborczej" i nie wiem, co się autorce nie podobało, bo większość tekstu zajmują rozważania o historii ekranizacji baśni o Pięknej i Bestii oraz o "wątkach feministycznych i gejowskich", które naprawdę nie grają w tym filmie aż tak wielkiej roli, by miały decydować o jego ocenie. Zresztą oficjalne media nadal chyba traktują trochę z góry popularne produkcje. Mnie wysokie oceny na Filmwebie i IMDB zupełnie nie dziwią, bo to jest naprawdę przyjemny i dobrze zrealizowany film, jeśli się nie oczekuje jakiejś wywrotowej interpretacji pierwowzoru.

      PS Koniecznie obejrzyj animację, bom ciekawa, jak to jest, kiedy się te filmy ogląda w odwrotnej kolejności!

      Usuń
  4. Bardzo ciekawa recenzja :) zwróćmy uwagę na jeszcze jeden aspekt. Zarówno sprzęty, jak Bestia wiedzą, że to jest ich ostatnia szansa na powrót do naturalnej pozycji. Czy Bestia odkrywa w sobie wrażliwsze ja, czy też to jedynia poza, która ma pozwolić mu wrócić do ludzkiego kształtu, świata w którym jest akceptowalny, a nie skazany na więzienie? Jak będą się układać relację księcia i biedniej dziewczyny, co będzie odebrane jako mezalians? Tego dowiedzieć się nie dowiemy. Motywacje Belli też nie są tak bardzo jednoznaczne. Gastone jasno wskazuje jej jak istotny jest dla niej los ojca. Albo utrzymanie status quo, lub upadek w strukturze społecznej. Ratując ojca zbytnio nie ryzykuje, niewiele ma do stracenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! A wiesz, że też mnie to zastanowiło? Szczególnie w scenie, w której sprzęty instruują Bestię, jak postępować z Bellą i jak się do niej ładnie uśmiechać, żeby zdobyć jej przychylność i w rezultacie zdjąć klątwę. Myślę, że oni na początku traktują Piękną czysto instrumentalnie i do tego stereotypowo, bo zakładają, że młoda i ładna dziewczyna na pewno będzie skora do porywów serca i że można nią manipulować. Zapewne potem nabierają do niej autentycznej sympatii, ale obie wersje Disneya - animowana i aktorska - właściwie nie poświęcają uwagi tej przemianie. Nie karzą też takiej postawy, pokazują tylko, że jest nieskuteczna.

      Bella, mam wrażenie, od początku jest trochę poza strukturą społeczną i chyba nie poświęca jej wiele uwagi. Dla mnie to taka dziewczyna, która żyje bardziej w świecie książek niż ludzi i świat filtruje przez znane sobie fabuły, także te baśniowe. Bardzo ważna wydaje mi się ta scena z początku, w której Piękna czyta o bohaterze, który okazał się księciem dopiero po kilku rozdziałach książki. Dlatego, myślę, w ogóle zaczyna się zadawać z Bestią. Trzeźwo myśląca kobieta pewnie uciekłaby z krzykiem. I tak, ciekawie byłoby poznać dalsze losy tej pary, jak poradzili sobie ze związkiem, którego strony nie są całkiem równe. No, ale gdybyśmy się tego dowiedzieli, to nie byłaby już baśń :)

      Usuń
  5. Pamiętam, że bajkę czytałam kilka razy, jakoś lubiłam tą Bestie. Na filmie nie byłam, ale zapewne to nadrobię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja dla odmiany nie czytałam (czas nadrobić), ale Bestia zawsze była moją ulubioną postacią z tej opowieści, o wiele mi bliższą niż Piękna. W nowym filmie Disneya jest fajnie "zrobiona", ale żałuję, że jednak nie budzi większego lęku.

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.