Wielki Brat oślepł, czyli „Cela 7” Kerry Drewery


Ależ ci pisarze nie cierpią naszego świata. Co Gryzipiór sięgnie po powieść o współczesności, to się okazuje, że demokracja zmieniła się nam w parodię samej siebie. Tak też się stało w świecie „Celi 7”, w którym sądownictwo oddano w ręce ludu i zamieniono w przerażający reality show. Podejrzani o morderstwo natychmiast trafiają do cel śmierci, a o ich losie decydują widzowie w telefonicznym i internetowym głosowaniu. Jeśli w tej chwili zakrzyknęliście: „Igrzyska śmierci!”, to macie rację – Kerry Drewery, autorka „Celi 7”, pełnymi garściami czerpała z młodzieżowych dystopii, ale i tak zdołała stworzyć powieść, która przykuła Gryzipióra do fotela na długie godziny.


Tekst zawiera niewielkie spoilery.

Gatunkowo mamy tu do czynienia z czymś pomiędzy dreszczowcem, melodramatem a wspomnianą młodzieżową dystopią w stylu Suzanne Collins. Minimum ekspozycji, maksimum zwrotów akcji, przewaga pierwszoosobowej narracji w czasie teraźniejszym, a do tego ponura diagnoza społeczna i miłość niemożliwa. Na szczęście wtórność niektórych wątków czy zabiegów rekompensuje wartka akcja, dzięki której powieść czyta się błyskawicznie i – mimo kilku wad – z przyjemnością. A zaczyna się tak: szesnastoletnia Martha Honeydew przyznaje się do zamordowania uwielbianego celebryty i jako pierwsza nastolatka w historii trafia do celi śmierci. O tym, czy ostatecznie usiądzie na krześle elektrycznym, zdecydują w ciągu tygodnia telewidzowie programu „Sprawiedliwością Jest Śmierć”, podczas gdy jej doradczyni z urzędu będzie próbowała dociec, dlaczego, u diabła, ktoś miałby się przyznawać do popełnienia zbrodni, za którą prawie na pewno zginie.

Powieść ma ciekawą konstrukcję: zaczyna się tam, gdzie inne się kończą, czyli od złapania mordercy. Wielce się jednak pomyli ten, kto założy, że zagadka „kto zabił” została rozwiązana. Już na początku pada sugestia, że sprawa jest znacznie bardziej złożona, a zmanipulowana publiczność skazuje na śmierć być może niewinną osobę. Więcej wskazówek dostarczą retrospekcje i narracje z innych niż Marthy punktów widzenia. Pod ich wpływem czytelnik rozpoczyna własne śledztwo i jakby bierze na siebie rolę nieobecnego sądu: analizuje dowody, odsiewa fałsz i rozstrzyga o wiarygodności oskarżonej. Bardzo to – trzeba przyznać – zmyślnie zaplanowane. Wzmacnia też przesłanie powieści, zgodnie z którym tylko zaangażowany i dobrze znający sprawę człowiek może jako tako osądzić drugiego człowieka, ponieważ w przeciwieństwie do maszyny liczącej głosy potrafi okazać empatię i dostrzec odcienie szarości, tam gdzie inni widzą wyłącznie zwyrodniałego mordercę.

To sprytne odwrócenie chronologii – najpierw wyrok, potem śledztwo – inaczej jednak buduje relację czytelnika z bohaterami. Weźmy Marthę: szesnastolatkę z nizin społecznych, skazaną na śmierć bez procesu i bez możliwości obrony. Czy jej współczujemy? Jasne. Czy ją lubimy? Nie bardzo, ponieważ prawie nic o niej nie wiemy. To jedna z tych bohaterek powieści dla młodzieży, o której charakterze stanowią głównie krzywdy, jakich doznała. Zdolna do wielkich czynów, ale początkowo chyba tylko dzięki temu, że nie całkiem rozumie ich konsekwencje. No, ale kto z nas naprawdę godzi się na to, że kiedyś umrze? Z czasem niestety indywidualny charakter Marthy rozmywa się w jej miłości do chłopca – oczywiście wielkiej, tragicznej i z góry skazanej na rozłąkę. Ponieważ przeklęci kochankowie większość czasu spędzają osobno, o wielkości i tragiczności tej miłości dowiadujemy się już to z retrospekcji, już to z monologów wewnętrznych Marthy, co jest... no, średnie. Martha bowiem monologuje tak, jakby układała scenariusz opery mydlanej. „Kochaj mnie tak mocno, by pozwolić mi odejść” – błaga na przykład ukochanego już na stronie 30. Gryzipióra takie teksty przesadnie nie wzruszają, ale może już zapomniał, jak kochają nastolatki.

Sam natomiast z chęcią poczytałby więcej o Eve – drugiej najważniejszej bohaterce „Celi 7” o nie mniej tragicznym życiorysie. Eve jest doradczynią skazańców, takim skrzyżowaniem prawnika z psychologiem, i miota się między wypaleniem zawodowym a buntem wobec systemu, któremu jednocześnie służy. To ciekawa postać o sporym potencjale, która w rasowym kryminale byłaby pewnie popijającą whisky samozwańczą panią detektyw. U Kerry Drewery również przez pewien czas zmierzała tą drogą i szkoda, że jakoś w połowie powieści zeszła na drugi plan.

Stylistycznie „Cela 7” odwzorowuje rozrywkowy program telewizyjny, w którym liczą się przede wszystkim emocje. Sceny są krótkie, rwane, przypominają starannie wyselekcjonowane kadry z reality show. Wiele głosów mówi naraz: co chwila mamy zmianę narracji z czasu teraźniejszego na czas przeszły albo z pierwszej osoby na trzecią, a nawet na drugą. Przeważają dialogi jakby transmitowane wprost z wszechobecnych kamer. Do tego odwiedzamy wciąż te same miejsca – studio nagraniowe, więzienie i miejsce zbrodni – co wywołuje wrażenie niewoli, z której podobnie jak bohaterowie możemy się „wydostać” tylko dzięki retrospekcjom. Najciekawsze są jednak rozdziały z zapisem przebiegu programu „Sprawiedliwością Jest Śmierć”, który w teorii ma dostarczać widzom informacji niezbędnych do wydania wyroku, a w praktyce po prostu manipuluje ich opiniami dzięki wypowiedziom pseudoekspertów. Rozdziały te mają formę scenariusza z dialogami i didaskaliami, co jasno daje do zrozumienia, że wszystko, co rozgrywa się na ekranie, zostało z góry zaplanowane. Czemu to służy?

No, oczywiście niewesołej diagnozie społeczeństwa, w którym upadły ideały, a władzę dusz niepodzielnie sprawują media i ich majętni sponsorzy. Rzekomo demokratyczny wymiar sprawiedliwości, w którym każdy może zagłosować za skazaniem oskarżonego lub przeciwko niemu, tak naprawdę jest narzędziem władzy. Wzmacnia bowiem podział na bogatych i biednych, których nie stać na horrendalnie wysokie opłaty za SMS-y czy połączenia telefoniczne. Rezultatem są jeszcze większe rozwarstwienie społeczne i jeszcze większa bezkarność elit, które popełniają coraz więcej zbrodni, wiedząc, że nie będą musiały za nie odpowiadać. Wystarczy przecież przelew na konto najbardziej wpływowego programu w telewizji, który już zadba, by publiczność zagłosowała po myśli władzy. Oczywiście dostaje się też masom, które całe dnie gapią się w telewizor, wierząc, że dzięki transmisjom z egzekucji posiadły władzę nad śmiercią.

Żeby było jasne: to nie jest przekonujący świat wtórny ani przemyślany scenariusz przyszłości rodem z dystopijnego SF. To tylko wyolbrzymienie bolączek współczesności, w której co chwila poraża nas wszechmoc mediów czy cynizm polityków. Nie wiemy, co takiego w świecie „Celi 7” doprowadziło do obalenia tradycyjnego systemu sądownictwa ani dlaczego społeczeństwo rozwarstwiło się aż tak bardzo. Kerry Drewery po prostu wrzuca nas w tę sytuację razem z bohaterami i mówi: radźcie sobie. Zawieście niewiarę i weźcie udział w myślowym eksperymencie. 

Niestety słabością tej wizji jest czarno-biały, a właściwie czarno-szary podział świata. O ile bohaterowie pozytywni zrobią czasem coś niegodziwego, o tyle przeciwna strona konfliktu to po prostu zło wcielone. Bogaci przedstawiciele elit biją i mordują biedotę (własnoręcznie, bo czemu mieliby się wyręczać pomocnikami, prawda?), sprzedają narkotyki, kupują głosy, a jeśli są kobietami, dodatkowo noszą różowe minispódniczki. Do tego romansują na prawo i lewo – w przeciwieństwie do naszych cnotliwych bohaterek, które najwyraźniej hołubią wizję jedynej prawdziwej miłości. Szkoda, że w powieści, w której tyle się mówi o potrzebie pogłębionego osądu, nie ma ani jednej postaci, która nie stałaby jednoznacznie po stronie dobra lub zła. Nawet wywodzący się z elit ukochany Marthy musi być adoptowany, bo przecież nie do pomyślenia jest, żeby coś dobrego mogło się narodzić w świecie uprzywilejowanych. 

Nie jest to subtelna krytyka społeczna, ale pewnie nie musi taka być – ma opowiedzieć o rozczarowaniu światem, w którym Wielki Brat patrzy wszędzie, ale już niczego nie widzi. Światem, w którym przecież i my możemy się za chwilę obudzić. Jeśli więc macie ochotę na trzymającą w napięciu i fajnie skonstruowaną powieść YA, która mówi coś ważnego o naszych czasach, śmiało. W celi 7 znajdzie się miejsce dla wszystkich.

  • Przekład: Patrycja Zarawska
  • Wydawca: Młody Book
  • Rok wydania: 2017 (2016)
  • Liczba stron: 472
  • Strona www: www.cela7.pl

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Młody Book.
  1. Ha, ciekawe, w mojej krótkiej karierze recenzenta wewnętrznego opiniowałam manuskrypt tej powieści dla zupełnie innego wydawnictwa - widzę, że ostatecznie powieść została wydana gdzie indziej. Wtedy bardzo polecałam jej wydanie, bo rzeczywiści jest to kawał wciągającego YA. Chodź to wciąż tylko YA ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, ciekawe zatem, dlaczego tamto wydawnictwo nie zdecydowało się na jej publikację, bo raz, że to dobra książka w swoim gatunku, a dwa, że sądząc po zakończeniu, zapowiada się kolejny tom. Według informacji z okładki przed premierą sprzedano prawa do tego tytułu do trzynastu krajów, więc hype wśród wydawców musiał być duży.

      Usuń
    2. Nie ma jak to dyskretne spojrzenia za wydawnicze kulisy ;)

      A co do samej recenzji - zauważyłem, że ten czarno-szary podział występuje coraz częściej. Trudno teraz w zasadzie napotkać częste niegdyś czarno-białe podziały.

      Usuń
    3. To prawda. Jakby straciliśmy wiarę w absolutne dobro, ale wciąż wierzymy w absolutne zło, szczególnie na szczycie władzy, w mediach, w korporacjach.

      Wracając na chwilę do spraw wydawniczych, to przeprowadziłam błyskawicznie śledztwo i trochę mylące może być to, że w księgarniach internetowych jako wydawca "Celi 7" widnieje wydawnictwo Debit, choć ostatecznie książkę opublikował Młody Book. Oba są jednak częścią wydawnictwa Sonia Draga, więc jakby zostało w rodzinie :)

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.