Pamięć, Smutek i kuferek z Paryża, czyli „Rutka” Joanny Fabickiej


Umarło tabu w literaturze dla najmłodszych. Mało kto jednak nosi żałobę, bo oto okazało się, że czasem zmiana perspektywy na dziecięcą wystarczy, by powiedzieć coś nowego i ważnego na „dorosłe” tematy, takie jak śmierć, depresja, przemoc w rodzinie czy... wojna. „Rutka” Joanny Fabickiej wpisuje się w tę tendencję. To powieść o Zagładzie i pamięci o niej, o mieście, którego nie ma, o osieroconych ludziach i osieroconych rzeczach. Powieść, która nie bez powodu została Książką Roku 2016 w konkursie Polskiej Sekcji IBBY (organizacji zajmującej się promocją literatury dziecięcej i młodzieżowej). Choć może lepiej byłoby powiedzieć, że są to dwie powieści.

Pierwsza powieść zaczyna się tego wyklętego pierwszego dnia wakacji, kiedy nie ma co robić, bo pada deszcz, a wszystkie dzieci w okolicy wyjechały nad morze. W kamienicy na łódzkich Bałutach została tylko Zosia, no i jej mama, ale ta zupełnie już się w życiu zapętliła, próbując związać koniec z końcem, więc nie ma o czym z nią rozmawiać.

Druga powieść zaczyna się tego wyklętego pierwszego dnia września, kiedy nie ma co robić, bo w getcie trwa Wielka Szpera, a wszystkie dzieci w okolicy wyjechały do obozu zagłady. W kamienicy na łódzkich Bałutach została tylko Rutka, a jej mama, tata i młodszy brat pojechali dokądś pociągiem, więc nawet z nimi nie można już porozmawiać.

Ze wszystkich mód, które panują dziś w literaturze dziecięcej, pisanie o Zagładzie widzianej oczami najmłodszych jest dla Gryzipióra chyba najbardziej przejmujące, ale i najciekawsze. Wrodzoną cechą takich książek jest napięcie między zakładanym odbiorcą – dzieckiem – a tragedią drugiej wojny światowej, wobec której bezsilni są przecież nawet dorośli. Żeby o niej opowiedzieć, autorzy dziecięcy muszą siłą rzeczy sięgnąć po nieco inne formy i zabiegi literackie. Niektóre z nich mogą szokować, bo rzadko się zdarza w „dorosłej” literaturze, by o Zagładzie pisać w konwencji baśni czy – o, zgrozo – z humorem. To oznacza wkroczenie na teren należący dotąd do opracowań historycznych i poważnej literatury wspomnieniowej, teren, na którym dorośli ustanowili swój sposób opowiadania o wojnie i Holokauście: pełen powagi, wierny faktom, wolny od artystycznej manipulacji. Może nie jedyny słuszny, ale na pewno dominujący. Książki takie jak „Rutka” są świadectwem zerwania z taką narracją i próbą wypracowania nowej. Stawka jest wysoka, chodzi bowiem nie tylko o opowiedzenie dzieciom o koszmarze sprzed siedemdziesięciu lat i uświadomienie im, czego i kogo dziś brakuje w ich miastach, ale w ogóle o refleksję nad przeszłością i pamięcią o niej.

Joanna Fabicka zaczyna od nawiązania nici porozumienia między dwiema dziewczynkami z różnych czasów, które łączy porzucenie i osamotnienie. Ponieważ jednak na poszukiwanie bratniej (a właściwie siostrzanej) duszy bohaterki nie mogą się wybrać w inne miejsce – jedną uwięził w domu deszcz, a drugą hitlerowski terror – muszą się przenieść w inne czasy. Nie pomyślcie tylko, że chodzi tu o jakieś dosłowne, banalne podróże do przeszłości. „Rutka” daleko w tyle zostawiła obszary dziecięcej fantastyki i wkroczyła na znacznie zdradliwszy teren realizmu magicznego i nieco Schulzowskiego z ducha oniryzmu. Dlatego (prawie) nic, co przeczytacie w tej książce, nie poddaje się obróbce rozumu. Zrywają się łańcuchy przyczynowo-skutkowe. Teraźniejszość przeplata się z przeszłością. Większość akcji rozgrywa się w miejscu, którego nie ma. Ani życie, ani śmierć nie są ostateczne. Wyjaśnień – brak. Pełno jest za to metafor i cudownie groteskowych nieprawdopodobieństw, z których względnie najmniej kłopotliwa jest ucieczka bezgłowego, zafoliowanego kurczaka ze sklepowej zamrażarki. Zosia czasem jeszcze powątpiewa w realność wydarzeń, ale w końcu poddaje się temu karnawałowi dziecięcej wyobraźni, który przerywa dopiero powrót matki z urlopu i nieuchronne przywrócenie „normalnego” porządku rzeczy.

[*]
Nic z tego by nie zadziałało, gdyby „Rutka” nie była też literackim ujęciem pewnego sposobu myślenia o mieście. Nazwijmy go palimpsestowym. Miasto – sugeruje Fabicka – to przestrzeń, na której może być zapisane naraz wiele czasów. Na terenie dawnego łódzkiego getta wciąż stoją te same kamienice co w czasie wojny. Mury pamiętają. Drzewa pamiętają. Bocznice kolejowe pamiętają. A ludzie ożywają dzięki ich wspomnieniom. Dlatego Zosia i Rutka mogą się spotkać i dlatego tak płynnie – czasem kilka razy w jednej scenie – przechodzą z Łodzi współczesnej do Łodzi okupowanej, w której odwiedzają dawnych sąsiadów z getta. Bo oba te miasta istnieją w tej samej przestrzeni i żadne nie jest bardziej realne od drugiego. Przynajmniej dopóty, dopóki działa dziecięca wyobraźnia. Dorosły czytelnik wie oczywiście, że ta pierwsza Łódź jest rekonstrukcją dokonaną w pamięci jednej z bohaterek i że obie dziewczynki spacerują po mieście, które przestało istnieć w czasie wojny. Pozostały opuszczone, bliskie zawalenia kamienice i stacje kolejowe zamienione w muzea. Wcielenia melancholii, topografia straty.

No i te przedmioty! Joanna Fabicka podejmuje popularną u nas opowieść o wojnie za pomocą przedmiotów osieroconych. Na przykład każe śnić Zosi o walizkach płynących na obłokach. Eleganckie kuferki z Paryża, rodowe austriackie srebra, porcelanowa zastawa z Czech, męskie i damskie futra, drewniany samochodzik... Niekończący się korowód rzeczy przywiezionych i zostawionych przez mieszkańców getta. Znowu: melancholia, strata, nietrwałość ludzkiego życia kontra niedorzeczna odporność przedmiotów. Właśnie na takich i podobnych metaforach zbudowana jest tu opowieść o Zagładzie. Czerwone włosy na głowie Rutki – jak krew po postrzale. Kolorowe motyle wylatujące z wagonów towarowych – jak dziecięce dusze. Brakujący członkowie rodziny narysowani kredą na podłodze – jak ofiary na miejscu zbrodni. Prześladujący Rutkę dzieciożerny Biały Pan o wielkim, przezroczystym brzuchu – zapewne Chaim Rumkowski. To wręcz nieprawdopodobne, że w tej książce ani razu nie występują słowa „getto” i „Żyd”. Na dobrą sprawę dziewięciolatek, który nie przeczyta zamieszczonej na końcu noty od autorki, może się w ogóle nie zorientować, że mowa tu o autentycznych wydarzeniach. Wszystko opowiedziane zostaje bardzo delikatnie, dzięki metaforze i sugestywnym obrazom.

– Spójrz! – krzyczy Zosia i pokazuje Rutce, jak Biały Pan sapiąc i stękając, miota się na wszystkie strony, usiłując złapać te zachwycające istoty siatką na motyle.
Dziewczynki zbiegają w dół i próbują pomóc nieszczęsnym owadom. Jest przy tym dużo śmiechu, bo grubas z włosami przypominającymi watę nie jest ani trochę zwinny i co chwilę przewraca się, a już złapane motyle uciekają i fruwają nad jego głową, śmiejąc mu się prosto w nos. Wreszcie Biały Pan porzuca siatkę i otwiera szeroko usta.
– Co robisz?! – krzyczy Rutka i z główki uderza go w wielkie brzuszysko. – Oddawaj!
Niestety, błękitne skrzydło znika właśnie w ustach starca, a na jego wardze zostaje tylko niebieski ślad.
– On je zjada! – Zosia wytrzeszcza oczy, bo nie może wprost uwierzyć w to, co się dzieje [s. 109].

Dla dorosłego czytelnika są to przeważnie obrazy upiorne. Dla Zosi – ledwie ekscentryczne przygody podszyte przeczuciem czegoś mroczniejszego, gdyż Zosia, podobnie jak zakładany czytelnik, nie wie nic o Zagładzie. Wyprawy do okupowanej Łodzi i ucieczki przed Białym Panem traktuje jak zabawę. Głównie w chowanego. Ale też taką zwykłą, dziecięcą, trochę głupawą zabawę, polegającą na robieniu psikusów, podkradaniu owoców z sadu czy potajemnym objadaniu się pączkami. W innej powieści byłyby to wydarzenia niewarte wzmianki, tu jednak przydają im grozy obecność strażników mówiących w dziwnym języku oraz – nigdy niewyrażona wprost – konieczność ciągłego ukrywania się. Pojawiają się też w „Rutce” sytuacje nieprawdopodobne i wręcz absurdalne, takie jak wspomniana ucieczka kurczaka z zamrażarki czy karmienie śpiącego wartownika gruszkami pierdziółkami. Wbrew pozorom nie są to elementy li tylko humorystyczne. Takie celowe, groteskowe zniekształcenie i wyśmianie zagrożenia to naturalny sposób na radzenie sobie z traumą czy lękiem, jaki przez analogię może budzić mrożone mięso poukładane w równe rzędy w sklepowej lodówce. Kto i dlaczego musi obłaskawić tę wojenną traumę, tego Gryzipiór Wam nie zdradzi, zaznaczy tylko, że „Rutka” jest też przepiękną opowieścią o odzyskiwaniu straconego dzieciństwa, nawiązywaniu międzypokoleniowej przyjaźni i dziedziczeniu pamięci, nie tylko tej bolesnej.

Na koniec słówko o adresacie. Po formacie, stopniu pisma i cudnych kolorowych ilustracjach można sądzić, że to powieść dla dzieci i tylko dla dzieci. Coś zgoła przeciwnego sugeruje decyzja IBBY o przyznaniu jej nagrody w kategorii „książka dla młodzieży”. Nie dajcie się jednak zmylić – „Rutka” jest dla każdego, i dla dziewięciolatka, i dla zainteresowanego tematem dorosłego. Tyle że najlepiej ją czytać wspólnie. Jeśli podarujecie ją dzieciom, nie zostawiajcie ich z tą lekturą sam na sam, bo bardzo możliwe, że zabraknie im wiedzy i dojrzałości, by zrozumieć wszystko, co najważniejsze. Autorka niewiele w tej książce wyjaśnia, bo zaprasza do rozmowy. Rozmawiajmy więc. Albo przynajmniej wspólnie sobie pomilczmy.

  • Ilustracje: Mariusz Andryszczyk
  • Wydawca: Agora
  • Rok wydania: 2016
  • Liczba stron: 223
  1. Sam zapewne nie się sięgnę, ale będę miał na uwadze pod kątem potomków.

    A co do dzieci i ich braku dojrzałości. O ile z brakiem dojrzałości rzeczywiście można się zgodzić, to dodam od siebie, że dzieci czasem swą inną wrażliwością doskonale "odczuwają" takie problemy, jak śmierć. Polecam świetny wywiad z tłumaczką Astrid Lindgren: http://www.dwutygodnik.com/artykul/5768-smierc-i-literatura-dla-dzieci.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzeczywiście - znakomity wywiad! I zgadzam się, że dzieci świetnie czują mnóstwo rzeczy, nawet jeśli nie potrafią ich nazwać, niemniej w "Rutce" mamy też wątek pewnej starszej osoby i tego, jak trudna przeszłość ukształtowała jej życie (czy też jego brak). To, mam wrażenie, fragment dla zdecydowanie dojrzalszego czytelnika.

      Usuń
  2. http://www.pangrodzki.pl - blog artysty, pisarza

    Zobacz moją nową książkę science-fiction i muzykę elektroniczną oraz obrazy olejne na płótnie.

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.