Nie taki potwór straszny, czyli „Doktor Jekyll i pan Hyde” Roberta Louisa Stevensona


Jest w naszej historii literatury kilka książek, które – wydaje nam się – znamy tak dobrze, że nawet nie musimy ich czytać. Jedną z nich jest „Dziwny przypadek doktora Jekylla i pana Hyde’a”, archetypiczna opowieść o dualizmie ludzkiej natury, którą kino, teatr i literatura przepisały już na tyle sposobów, że Gryzipiór, wracając do tekstu źródłowego, oczekiwał, że prędko dopadnie go zniecierpliwienie. Jakże się miło rozczarował, gdy historia nieszczęsnego Jekylla i jego mrocznego sobowtóra, o której myślimy jako o uniwersalnej i ponadczasowej, okazała się znakomitą powieścią nierozerwalnie związaną z lękami i marzeniami swojej epoki. A że swego czasu miło rozczarował się również Vladimir Nabokov, czego dowód znajdziemy w jego „Wykładach o literaturze”, to również jego przemyślenia będą nam towarzyszyć w tym wpisie.

Nabokov zaczyna swoje rozważania od niespodzianki, mianowicie od sprzeciwu wobec traktowania „Dziwnego przypadku...” jako kryminału bądź powieści grozy. Argument? Wartość literacka, którą dzieło Stevensona posiada, a reszta powieści z tego nurtu – rzekomo nie. Ciekawe, nie? Ale może zostawmy na boku kwestię związku między artyzmem a gatunkiem literackim i na serio przeprowadźmy śledztwo w sprawie przynależności gatunkowej. Gryzipiór ma bowiem dla autora „Lolity” złą nowinę: „Dziwny przypadek...” doskonale się czyta i jako powieść grozy, i jako nieco zakręcony kryminał. W pierwszym wypadku lęk budzi przestrzeń: ten mglisty, deszczowy Londyn nocą, po którym grasują potwory. Nie jest to miasto, jakie znamy, ba, nie jest to nawet miasto, jakie potrafimy sobie wyobrazić. Stevenson daje tak zagmatwany opis zaułka, w którym mieści się dom Jekylla, że czytelnik czuje się, jakby właśnie wkroczył do labiryntu – i z lękiem nasłuchuje kroków Minotaura. Nie mniej niepokojący jest sam dom, który – według słów Nabokova – „jest w połowie Jekyllem, a w połowie Hyde’em”, z zewnątrz sugeruje coś innego, niż znajduje się wewnątrz, i najwyraźniej ma dwa wejścia dla dwóch różnych właścicieli. Ciekawe, że jeden ze studentów Nabokova narysował mapę tego miejsca, tak jakby wymagało ono uprawdopodobnienia. Gryzipiór poszedł inną drogą: przyjął po prostu, że ma do czynienia z powieścią fantastyczną i od razu potraktował tę groźną, labiryntową przestrzeń jako kreację literacką, która nie stałaby się mniej realna, gdyby nie dało się jej nanieść na żadną mapę.

Robert Louis Stevenson [*].
Bardzo możliwe, że powieść Stevensona dałoby się też czytać jako taki podstępny kryminał, w którym wiemy, że to pan Hyde zabił pana Carew, ale nie wiemy, czy pan Hyde istnieje naprawdę. Tu jednak daje o sobie znać problem odbiorcy, którego po ponad 130 latach od pierwodruku „Dziwny przypadek doktora Jekylla i pana Hyde’a” nie dziwi już tak bardzo. Historia szacownego lekarza, którzy przemienia się nocami w odrażającego potwora, na dobre zagnieździła się w naszej zbiorowej wyobraźni, więc pierwsza połowa książki – ta, w której pan Utterson próbuje dociec prawdziwej tożsamości pana Hyde’a – jakby nie ma sensu. Szczęśliwie oprócz samej niezbyt już tajemniczej tajemnicy są w niej też inne interesujące problemy.

Na przykład problem Jekylla. Ponieważ natura ludzka kocha przeciwieństwa, jakoś tak się utarło, że Jekyll reprezentuje tkwiące w człowieku dobro, a Hyde – zło. Otóż tak nie jest; w powieści Stevensona Hyde faktycznie uosabia wszelkie nasze najgorsze instynkty, ale Jekyll jest co najmniej ambiwalentny. Nabokov pisze o nim: „istota złożona, połączenie dobra i zła, preparat, na który składa się w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach jekyllit i w jednym hyde”. Jego historia nie jest historią poczciwca, który traci nad sobą kontrolę i zmienia się w monstrum. Jest historią człowieka, który od początku zdawał sobie sprawę ze zła, które w nim tkwi, i za pomocą nauki postanowił je wyodrębnić, aby... no właśnie, aby co? Jeśli wierzyć Jekyllowi, pragnął przede wszystkim poznać tajemnicę istnienia. Jeśli mu nie wierzyć... Gryzipiór ma graniczące z pewnością podejrzenie, że chciał po prostu czynić zło tak, by nie nadszarpnąć swojej reputacji.

Jesteśmy bowiem w epoce, w której reputacja jest wszystkim, a osobiste pragnienia człowieka – niczym. Nie przypadkiem przecież Stevenson, z urodzenia Szkot, umieszcza akcję w Londynie, centrum wiktoriańskiego świata. To z tego łona rodzą się angielscy dżentelmeni, którzy ruszają na podbój świata, by nieść kaganek oświaty koloniom. To tu kwitnie cywilizacja oparta na moralnym rygorze, separacji ducha i ciała oraz życzliwości sąsiadów, którzy wiedzą, kto z kim i w jakiej kolejności. Nic dziwnego zatem, że aby folgować swoim pragnieniom i okazać nieposłuszeństwo społecznym normom, zacny doktor musi powołać do życia swojego nocnego sobowtóra. Myśl, że podobne „zło” mogłoby przeniknąć za schludne fasady londyńskich kamienic i panoszyć się w dostojnym towarzystwie prawników i lekarzy, budzi oczywiście lęk, z którego Stevenson tworzy potwora – karłowatego, bladego niby upiór nocą Hyde’a, sprawiającego wrażenie kaleki, „chociaż kalectwa jego niepodobna nazwać”.

„Niepodobna nazwać” – pisze chytrze autor. Czy mamy rozumieć, że słowa nie oddadzą rozmiarów tego kalectwa, czy że... Stevenson nie ma zamiaru nam go pokazać? Gryzipiór stawia na to drugie. Widzicie, w całej powieści nie ma bodaj jednego dokładnego opisu wyglądu spotworniałej wersji doktora Jekylla, choć jest wiele opisów uczuć, jakie wzbudza ona w ludziach: wstręt, niechęć, obawy... Właściwie nie wiemy nawet, jakie straszliwe występki popełnił pan Hyde, choć przecież chętnie byśmy o jego wyczynach poczytali. Nabokov czuje się nawet oszukany i twierdzi, że przez ową „mgiełkę tajemnicy spowijającą przygody Jekylla” dobry czytelnik (cokolwiek to znaczy) nie będzie w pełni usatysfakcjonowany. Cóż, jako autor „Lolity” coś pewnie o tym wie. Tak czy inaczej, jest coś podejrzanego w tej wybrakowanej opowieści, której twórca skazuje bohatera na potępienie, choć nie mówi dlaczego (potrącenie dziecka, choć nieładne, nie jest przecież karalne, zwłaszcza jeśli było ciemno).

Vladimir Nabokov [*].
Kluczem do rozwiązania zagadki są być może nazwiska obu panów, które przynajmniej według Nabokova są pochodzenia skandynawskiego. Nazwisko Hyde miałoby wziąć się od anglosaksońskiego hyd, czyli ‘przystań, schronienie’, a Jekyll – od duńskiego Jökulle, co znaczy ‘sopel lodu’. Hyde jako azyl dla Jekylla, na co dzień zmuszonego studzić żar swoich namiętności? Naturalnie! Ale to jeszcze nie koniec. Z Gryzipióra żaden spec od języków skandynawskich, ale nic nie wskazuje na to, by owo hyd miało negatywny wydźwięk. To znaczy, że być może daliśmy się autorowi podpuścić i przyjęliśmy perspektywę wiktoriańskiego społeczeństwa, dla którego Hyde jest potworem. Ale czy jest nim naprawdę?

To jest dobre pytanie, zwłaszcza że sam Nabokov ma podobne wątpliwości. Powołuje się na Stephena Gwynna, krytyka, który zauważył, że choć świat bohaterów powieści udaje swojskość, w istocie czegoś w nim brakuje. Kobiet mianowicie. Wszyscy ci dostojni panowie, a nawet lokaj, są kawalerami i żyją jakby w mnisiej wspólnocie, poddanej ścisłym regułom ascezy, także seksualnej. Jednocześnie gdzieś w tle trwa karnawał sekretnych, zakazanych przyjemności, którym oddaje się pan Hyde, a do których inni czynią jedynie „złowieszcze aluzje”. Może więc jego „występki” były w istocie potajemnie praktykowanym homoseksualizmem? Albo wiązały się z innym upodobaniem, które w XIX wieku wymagało prowadzenia podwójnego życia? Taka interpretacja wymagałaby dostrzeżenia w Hydzie już nie potwora, ale Innego, któremu społeczeństwo przydaje cechy monstrualne, by móc wypchnąć go poza wspólnotę. Doktor Jekyll zaś poległby w walce o integralność swojego ja, nie zdoławszy scalić dwóch tożsamości: powściągliwego dżentelmena i naukowca oraz trawionego zakazanym pragnieniem człowieka z krwi i kości. Nie potrafił bowiem dokonać tego, na punkcie czego obsesję mieli wiktorianie: nie potrafił rozdzielić intelektu i ciała. No to zmagał się i z jednym, i z drugim. I wreszcie powołał do życia potwora, w którego skórze mógł czuć się wolny – przynajmniej na chwilę.

Wbrew temu, co pisał Nabokov, „Dziwny przypadek...” jest więc stuprocentową powieścią grozy, która pod pozorem bajki o potworach opowiada nam o lękach, pragnieniach i problemach dziewiętnastowiecznego świata. Gryzipiór nie powie, że czytało mu się ją jakoś szczególnie dobrze – ponieważ znał rozwiązanie zagadki, naprawdę ważne wydało mu się ostatnie dwadzieścia stron, na których narrator oddał wreszcie głos samemu Jekyllowi. Wówczas ten trochę już zakurzony klasyk objawił swoje całkiem współczesne oblicze i okazał się niepokojącą historią o problemach z tożsamością. Historią, którą Stevenson podobno sobie wyśnił. A później obudził się z krzykiem.

Tyle od Gryzipióra. Sprawdźcie koniecznie, co o doktorze Jekyllu i panie Hydzie napisały Pyza Wędrowniczka oraz Naia z bloga Literackie skarby, pomysłodawczynie Nabokoviady.

„Doktor Jekyll i pan Hyde”
  • Przekład: Lesław Haliński
  • Wydawca: Vesper
  • Rok wydania: 2007 (1886)
  • Liczba stron: 116
„Wykłady o literaturze”
  • Przekład: Zbigniew Batko
  • Wydawca: MUZA
  • Rok wydania: 2005
  • Liczba stron: 487
  1. Po pierwsze: super, że wzięłaś udział! Już wyedytowałam swój wpis, żeby to zaznaczyć :-).

    Po drugie: no właśnie, ten początkowy nieznośny ton wyższości wobec tego, co można by nazwać (choć nie cierpię tej nazwy) "literaturą gatunkową" i żeby tam nie wkładać "Dokotora...". A czemu nie, pytam razem z Tobą, nie ujmuje to dziełu absolutnie niczego.

    Co do rysunku domu, Nabokov lubował się w takich rzeczach, nic dziwnego, że nakłaniał studentów do śledzenia "realistycznych" warstw omawianych utworów: jak wyglądało Mansfield Park, jak wsie zamieszkiwane przez Bovarych czy w końcu i domostwo u Stevensona ;-). Wierzył, że tak da się dotrzeć do kolejnych "den" utworu i, przyznaję, coś w tym jest ;-).

    Właśnie, przedstawianie Hyde'a: on jest taki "pokawałkowany", nieprzypadkowo wciąż autor pokazuje nam jego rękę (koncentrując się na włosach na niej) -- bardzo przypomina to sposób, w jakie swoje maszkary opisywał M. R. James. Myślę, że sprawa z dzieckiem, choć opis ten brzmi cokolwiek absurdalnie, ma drugie dno: chodzi o to, że dziecko ma uosabiać totalną niewinność (inna sprawa, czy uosabia, ale jesteśmy w wiktoriańszczyźnie), więc ta pierwsza zbrodnia Hyde'a nieprzypadkowo zostaje dokonana właśnie na nim.

    Co zaś się tyczy "dobego czytelnika" to zmagamy się z tym pomysłem Nabokova właściwie od pierwszego wykładu ;-).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ to ja dziękuję za zaproszenie do udziału :)

      Zgrzytnęłam zębami przy tym fragmencie o kryminałach i powieściach grozy, ale niech będzie, że to kwestia innego podejścia do literatury, wszak te wykłady trochę lat już mają. Zastanawiam się tylko, czy Nabokov w pewnym sensie sam sobie nie przeczy, bo skoro "Dziwny przypadek..." nie jest powieścią grozy, dlaczego tak wielką wagę przykłada w swojej analizie do tej groźnej, labiryntowej przestrzeni, która jest główną cechą właśnie powieści grozy?

      Jeśli zaś chodzi o realistyczne warstwy, to zaskoczyło mnie stwierdzenie, że Stevenson musiał przede wszystkim uprawdopodobnić przemianę Jekylla w Hyde'a. Jakoś nie przyszło mi do głowy szukać w niej akurat prawdopodobieństwa. Może się mylę, ale to się wręcz narzuca, żeby powieść Stevensona czytać jak przypowieść albo studium psychoanalityczne. Realistycznym kluczem, mam wrażenie, się jej nie otworzy, a przynajmniej nie na oścież.

      No tak, a potem mamy jeszcze morderstwo, o którym nie wiemy właściwie nic, więc jako pozbawione motywu wydaje się nam aktem czystego zła. Ale czy jest nim naprawdę? Mogły w grę wchodzić przecież jakieś ukryte motywy, o jakich pan Utterson i spółka nic nie wiedzieli. Tak samo z dzieckiem - niby zbrodnia na niewinnym, ale przecież było ciemno. Myślę, że występki Hyde'a można więc czytać na dwa sposoby: albo tak, jak proponujesz, albo jako mydlenie oczu czytelnikom, którzy mają uznać Hyde'a za wcielenie czystego zła, choć nie mają wystarczających dowodów.

      Usuń
    2. Bo Nabokov jest trochę snobem -- w jego pojęciu "dobrego czytelnika" też się to pojawia. Ale mimo wszystko szkoda mi tych wtrąceń, one są tu zupełnie niepotrzebne. Myślę, że ta labiryntowość może też wywodzić się skądindąd (choćby z mitów) i można by ją obronić bez sięgania po powieść grozy -- chociaż ja się przychylam bardziej do Twojego wniosku :-).

      Myślę, że klucz realistyczny jest trudny do zastosowania w pełni, ale też dlatego, że autor jest dość skąpy w opisach, niewiele daje nam zobaczyć, sporo każe śledzić cudzymi oczami i -- przede wszystkim -- listami.

      Och, mnie się strasznie podoba ta myśl, że postępki Hyde'a wcale nie są takie złe-złe, ale że jest w nich drugie dno (widzę duże pole do jakiejś literackiej retellingowej opowieści! :-)), ale nie widzę w narracji podstaw, by Carew czymś się mógł narazić... Chociaż, no tak, w wiktoriańskich powieściach często ci nobliwi starsi panowie wcale nie są tacy uroczy, jak się wydaje na pierwszy rzut oka... A kiedy mamy doktora Jekylla na pierwszym planie, to w ogóle w wiele rzeczy można zwątpić.

      Usuń
    3. Niepotrzebne, fakt, ale w sumie pouczające, bo pokazują pokusę wykastrowania powieść z pewnych cech czy znaczeń, żeby tylko umieścić ją półkę wyżej.

      No właśnie - i ta cudza perspektywa tych dwóch panów, dżentelmentów, którzy o pewnych sprawach być może nie chcą mówić (a co dopiero pisać), nie daje mi spokoju. Może te dziwne ciągoty do artyzmu, które według Nabokova zaczęli przejawiać nasi bohaterowie po kontakcie z Hyde'em, są właśnie świadectwem tego, że tej historii realistycznie opowiedzieć się nie da, że trzeba sięgnąć po metaforę, fantastykę i przede wszystkim tajemnicę? Z panem Carew też tak jest, bo owszem, w zaproponowanej przez Stevensona narracji jest to przypadkowa ofiara, ale przecież nieraz się przekonujemy, że to, co ważne, dzieje się w tej powieści poza narracją. Więc może... może. Na retelling "Pan Hyde - historia prawdziwa" w każdym razie czekam z niecierpliwością :D

      Usuń
    4. Zależy, jak rozumieć realizm: Nabokov już wcześniej, przy okazji "Pani Bovary" zaznaczał, że nie po drodze mu do końca z realizmem tak, jak postrzega się go na ogół, a w literaturze omawianej przez siebie tropi pewien szczególny rodzaj baśniowości -- i coś takiego zdaje się znajdować też u Stevensona.

      Och, na taki retelling i ja czekam, aż poszukam, czy ktoś już go aby nie napisał ;-). I jaką rolę w tym wszystkim przeznaczył dla pana Carewa? Bo myślę, idąc za ciosem, że Carew był ofiarą numer dwa dlatego, że pierwsze było dziecko, kolejny musiał być więc szanowany w społeczności starzec -- żeby pokazać, że pan Hyde nie cofnie się przed niczym.

      Usuń
    5. No tak, cytuje przecież opinię, że "Dziwny przypadek..." to baśń bliska poezji, choć nie rozwija jej na tyle, by można było bezpiecznie podążyć tym tropem, zwłaszcza że przynajmniej po lekturze tego wykładu raczej nie można stwierdzić, co Nabokov przez baśń rozumie. Ech, widzę, że sporo tracę, nie przeczytawszy poprzednich jego wykładów - czas nadrobić!

      I żeby pokazać, że pan Hyde uderza w sam fundament ówczesnego imperium, w jego najlepszą, obdarzoną największą wiedzą i największą powściągliwością warstwę. Tak.

      Usuń
  2. Książka wciąż przede mną i mimo znajomości fabuły wciąż mam ochotę ją przeczytać. Twój wpis czytało się bardzo przyjemnie i teraz mam ochotę skonfrontować go z lekturą i własnymi odczuciami. A co do opracowania Nabokova, to w której książce je znalazłaś? :) Je też chętnie przeczytam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję i bardzo polecam lekturę :) Na pierwszy rzut oka powieść nie robi może wrażenia wybitnej, ale ciekawie jest konfrontować własne wyobrażenia z jej faktyczną treścią. Opracowanie Nabokova znajdziesz w jego książce "Wykłady o literaturze". Ja mam edycję wydawnictwa MUZA z 2005 roku, ale z tego, co widzę, niedawno wydała je także Aletheia.

      Usuń
  3. Nie będę dokładał swych trzech groszy do dyskusji o książce Stevensona, gdyż jej nie czytałem, ale w ramach ciekawostki dodam, że podobnie znaną-nieznaną historią jest opowieść o Robin Hoodzie. Przekształcona i zniekształcona na początku miała zupełnie inny wydźwięk niż dziś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, ja myślę, że jest mnóstwo takich historii, a rekrutują się one często z tych, które przeszły do kanonu popkultury. Że nie wspomnę o baśniach albo o spłycaniu polskiej klasyki na potrzeby szkoły. Plus jest taki, że świetnie jest potem sięgnąć po tekst źródłowy i skonfrontować go ze swoimi wyobrażeniami i oczekiwaniami.

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.