Jak podbić kosmos i (nie) zwariować, czyli „Miasto złudzeń” Ursuli Le Guin


„Prawda leży zwykle pośrodku, najczęściej bez nagrobka” – pisał Stanisław Jerzy Lec. Optymista był z tego poety! W „Mieście złudzeń” – trzeciej powieści Ursuli Le Guin z wyzwania czytelniczego „Hain” – prawdę pogrzebano nie tylko bez marmurowego pomnika, ale i w nieoznaczonym miejscu, tak że nikt już nie wie, jak do niej dotrzeć. Co gorsza, na poszukiwanie wyrusza ktoś, kto na dobrą sprawę w ogóle nie powinien wychodzić z domu – cierpiący na amnezję obcy, który zgubił się gdzieś w lasach porastających świat po niewyjaśnionej apokalipsie. Efektem jest powieść być może przełomowa dla całego „Hainu”, powieść, w której Ursula jest już trochę mniej antropolożką, a trochę bardziej doskonałą pisarką.

Przede wszystkim jednak jest to powieść dziwna, złożona z dwóch, stylistycznie do siebie nieprzystających, ale fabularnie niezbędnych części. W pierwszej wędrujemy razem z wyzutym z pamięci Falkiem po pięknym, choć zdradliwym świecie, którego cywilizacyjny dorobek przepadł ponad tysiąc lat temu po tajemniczej katastrofie. Nieliczna ocalała ludność nie cofnęła się jednak do czasów sprzed wynalezienia koła, nie całkiem. Raczej rozpadła się na zamknięte, odizolowane wspólnoty, które zastygły w różnych epokach i stylach życia, rekonstruując rzekomy złoty wiek ludzkości z nielicznych zachowanych przekazów historycznych. Feudalizm na dworze obłąkanego księcia Enklawy Kansas, okrutne i pełne przesądów barbarzyństwo koczowników Basnasska, mnisia asceza mieszkającego samotnie w lesie Słuchacza, niepokojąco uporządkowana, nieznająca indywidualizmu wspólnota Pszczelarzy, zorganizowana na podobieństwo ula bądź armii... Falk kataloguje te dziwaczne, zawsze w pewnej mierze szalone ludy podczas podróży przez tereny, które szybko dają się zidentyfikować jako dawne Stany Zjednoczone.

To oznacza, że wcale nie poruszamy się po jakiejś mitycznej, wyjętej z czasu i historycznego kontekstu przestrzeni, jak się początkowo zdawało. Po raz pierwszy w „Hainie” odwiedzamy Ziemię, tyle że nie wygląda ona tak, jak mogliśmy się tego spodziewać po cywilizacyjnym i technologicznym filarze Ligi Wszystkich Światów. Nieprzewidywalność stanowi na niej największe zagrożenie. Nigdy nie wiesz, czy wspólnota, którą napotkasz na następnej polanie, udzieli ci gościny, czy też pojmie cię i zabije, kierując się obcym, niepojętym kodeksem z zamierzchłej przeszłości. Naprawdę bezpieczny jest tylko pierwotny, niezmierzony las, z którego Le Guin uczyniła interesującą i wcale nieoczywistą metaforę. Odkąd puszcza znów zawładnęła Ziemią, można w niej znaleźć azyl, lecz tylko za cenę niewiedzy. W mroku pod drzewami zaginęła ludzka cywilizacja: zieleń porosła fundamenty miast, zniszczyła maszyny, ukryła cały intelektualny i materialny dorobek. Dopóki Falk nie opuści Leśnych Domów, nie pozna niczego poza idyllą spóźnionego dzieciństwa – ani okrucieństwa plemion, które nawiedzają stepy, ani prawdy o świecie, ani własnego przeznaczenia. Pozostać w lesie to znaczy pozostać w nieświadomości, nigdy nie dorosnąć, nigdy nie ujrzeć światła. Wyjść z lasu i spojrzeć prawdzie w oczy – o, to zadanie godne Bohatera o Tysiącu Twarzy. Gdzie jednak szukać tej prawdy? Naturalnie – w mieście.

Wśród nas, tu w Es Toch, rozpowszechniony jest mit, który mówi, że na samym początku Stworzyciel wypowiedział wielkie kłamstwo. Gdy nie było absolutnie niczego, Stworzyciel odezwał się, mówiąc: To istnieje. I aby kłamstwo Boga mogło stać się Bożą prawdą, od razu zaistniał cały wszechświat [s. 314].

Pamiętacie, co Gryzipiór napisał na początku o dwóch nieprzystających do siebie częściach powieści? Las to przestrzeń baśni, mitu; nawet zwierzęta potrafią w nim mówić. Es Toch, jedyne pozostałe na świecie miasto, to zaś znacznie posępniejsza przestrzeń dystopii. Tu rozgrywa się właściwa i zdecydowanie ciekawsza część historii – ta, w której Ursula z antropolożki, z pasją zaludniającej postapokaliptyczny świat niesamowitymi ludami, zmienia się w naprawdę zdolną pisarkę. Najpierw zaczyna sprytnie mylić tropy i wodzić czytelnika za nos. Dzięki temu amnezja, do tej pory czyniąca z Falka uniwersalnego bohatera mitu, powoli staje się problemem. Kim jest ten rzekomy wyzwoliciel Ziemi – przybyszem z gwiazd, rebeliantem, a może dawnym kryminalistą, któremu wytarto pamięć, by dać mu szansę na nowe życie? Wiele możliwości i dróg interpretacji otwiera się przed czytelnikiem, ale również przed Falkiem, który wkracza do Es Toch nieświadom tego, jak bardzo brak wspomnień uniemożliwi mu odkrycie długo wyczekiwanej prawdy o katastrofie, która zniszczyła Ziemię.


Następne trzy akapity zawierają duże spoilery, które mogą popsuć Wam przyjemność z lektury.

[*]
Właśnie – prawdy. Wyobraźcie to sobie: pozbawiono was pamięci. Żeby dowiedzieć się czegoś o świecie, musicie całkowicie polegać na informacjach od osób trzecich. Wszystkie mają albo własne spojrzenie na historię, albo wręcz własne interesy, którym znakomicie służy kłamstwo. Do tego zostaliście prawdopodobnie uwikłani w kosmiczną intrygę, której reguł nie rozumiecie, i uwięzieni (a może ugoszczeni?) w siedzibie wrogów (a może przyjaciół?), którzy chcą rozpocząć wojnę (a może tylko nawiązać kontakt?) z ludźmi, którzy są wam bardzo drodzy. Co robicie?

Jakby tego było mało, Ursula wprowadza do tego równania sny, halucynacje i narkotyki, a także umieszcza akcję w całkowicie nieprawdopodobnej scenerii – pałacu o falujących ścianach i przezroczystych sufitach, nawiedzanym przez istoty, które mogą nawet nie być prawdziwe. W rezultacie Falk nie może ufać już nie tylko swoim poglądom na świat, przejętym być może od oszustów, lecz także swoim zmysłom. W tym momencie akcja wyhamowuje, co można poczytać za wadę, w rzeczywistości jednak dostraja się do bohatera, na którym niemożność ustalenia prawdy wymusza bierność. Sparaliżowany czuje się też czytelnik, również niepewny tego, kim są nieuchwytni Shinga, co zrobili z Ziemią i – co gorsza – czy w ogóle można to ustalić. Przez kilkadziesiąt stron uczestniczymy więc w dramacie człowieka strąconego do piekła absolutnego relatywizmu, w którym nie ma różnicy między prawdą a kłamstwem. Piekła, z którego można uciec tylko w jeden sposób – w śmierć. Pisać o tym, co się dzieje po śmierci, byłoby niewybaczalnym spoilerem, toteż Gryzipiór zauważy tylko, że miłośnicy podszytej taoizmem psychoanalizy i scalania osobowości dzięki łączeniu przeciwieństw będą usatysfakcjonowali.

Nie tylko Falk stracił w tej powieści pamięć. Na swój sposób ograbiona z własnej historii została cała ludzkość, a to za sprawą tajemniczych Shinga. Początkowo jesteśmy przekonani, że ci nietypowi złoczyńcy władają Ziemią dzięki sile, liczebności i przewadze technologicznej. Przypominają pasterzy, którzy zza siedmiu gór panują nad stadem ogłupiałej ludzkości, wyznaczają słabsze sztuki do eliminacji i wznoszą zagrody, uniemożliwiające podopiecznym ucieczkę oraz... samoistny rozwój. Tak przynajmniej przedstawiają ich ludzie, bo niczego nie wiadomo o nich na pewno. Tylko tyle, że nie zabijają. Nigdy, nikogo. Ich miłująca życie filozofia to jednak zasłona dymna, chwytliwe hasło mające zapewnić im przychylność ludzi. Shinga potrafią bowiem czyścić wspomnienia, co przecież – jak udowadnia historia Falka – jest tylko morderstwem o innej nazwie. Nie są jednak potworami. Ich niesamowity, pełen dekadenckiego przepychu pałac i przesadnie ozdobne szaty to jedynie elementy fasady, za którą kryją się rozkład i schyłek władzy podtrzymywanej tylko dzięki przyzwyczajeniu i złudzeniu. Koniec końców, Shinga źle wykonali swoją robotę: jako najeźdźcy z obcej galaktyki nie potrafili zrozumieć podbitych przez siebie ludów ani się do nich zbliżyć i w końcu niemal wymarli. Na świecie zostało ich... dwóch, trzech? „Władcy władający światem złudzeń” – pisze o nich Le Guin, bez współczucia może, ale przecież i nie bez zrozumienia dla ich tragedii.

Dotychczas „Hain” przypominał Gryzipiórowi sfabularyzowaną rozprawkę antropologiczną. I to rozprawkę pisaną pod tezę. Spójrz, jak źle się dzieje, gdy w kosmosie panoszy się bezmyślny, wsparty pseudonauką kolonializm – zachęcała Ursula. – Spójrz, jak trudne, lecz wartościowe może być współistnienie różnych kultur. Było to ważne i ciekawe, ale z dzisiejszego punktu widzenia raczej oczywiste. „Miasto złudzeń” stanowi w tym względnie miłą odmianę, bo ważkie filozoficzne dylematy łączy z tragedią pojedynczego człowieka, pokazując, jakie konsekwencje ma dla niego choćby chwilowe przyjęcie założenia o całkowitej względności prawdy, także tej historycznej.

Last but not least, trzeci „Hain” niespodziewanie okazał się lekturą bardzo aktualną. Nie od dziś wiadomo, że aby przepowiadać przyszłość, wystarczy poczytać science fiction, ale w czasach post-prawdy szczególnie mocno brzmi postawione przez Ursulę pytanie o to, czy może się udać kłamstwo tak wielkie, tak wyrafinowane i podstępne, by wymazało pamięć całych narodów? I czy za pomocą oszustwa można rządzić tysiące lat, podszywając się pod... spadkobierców prawdziwej demokracji? W końcu może nie widujemy go co dzień, ale wszyscy mieszkamy na peryferiach miasta złudzeń.

  • Cykl: Hain (3)
  • Przekład: Jacek Kozerski
  • Wydawca: Prószyński i S-ka
  • Rok wydania: 2015 (1967)
  • Liczba stron: 143
  1. Bardzo podobają mi się te rozbudowane recenzje skupiające się na poszczególnych opowieściach ze świata Hain. Ja sam akurat tę serię ledwo napocząłem, ale czytanie takich tekstów zachęca mnie mocno - choćby po to, by napisać komentarz bardziej na temat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę! No i przeczytaj Hain koniecznie, bo jak przeczytasz, to pewnie zrecenzujesz, a jak zrecenzujesz, to będziemy mogli porównać wrażenia :)

      Usuń
  2. No to teraz mi głupio, bo ja LeGuin czytałam tylko "Dary" i to jakieś 7 lat temu, więc niewiele z nich pamiętam. A tutaj taka cudowna recenzja! Od razu mnie zaintrygowałaś, szczególnie ten podział na las i miasto, tak plastycznie je przedstawiłaś, że nie mogę się doczekać aż przeczytam o nich więcej w książce! Zdecydowanie muszę dodać do listy tegorocznego nadrabiania LeGuin, zacznę jednak od Czarnoksiężnika z Archipelagu. Jak uważasz? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ niech Ci nie będzie głupio! Sama właśnie odkrywam Ursulę na nowo, po tym, jak kiedyś potwornie znudzona cisnęłam w kąt "Najdalszy brzeg", nie będąc w stanie go skończyć.

      Wiesz, to trochę zależy od tego, jakiego rodzaju powieści lubisz bardziej - klasyczną fantasy o fizycznej i psychicznej podróży jednego bohatera czy społecznie zaangażowaną fantastykę w kosmosie. "Czarnoksiężnik..." to ta klasyczna opowieść o młodym, zarozumiałym czarowniku, który dzięki konfrontacji z własną ciemną stroną dojrzewa do wielkości. Archetypy, bogata symbolika, wskrzeszone struktury mitu i bonus w postaci bardzo dobrej kontynuacji w "Grobowcach Atuanu". Z kolei "Hain" jest - paradoksalnie - bliższy naszego świata, podejmuje tematy kolonializmu, rozwoju społeczeństw, wolności, styku nauki i etyki. Powiedziałabym, że choć "Czarnoksiężnik..." wydaje się lepiej napisany, "Hain" jest bardziej złożony i dzięki temu ciekawszy (mam wrażenie, że "Miasto złudzeń" mogłabym przeczytać jeszcze z pięć razy i za każdym razem wynieść inną refleksję). Więc, no, zmierzam do tego, że to zależy tylko od Ciebie :) Ostatecznie oba cykle Ursuli, pod wieloma względami bardzo różne, są jak najbardziej warte poznania.

      A, i jeszcze - panuje przekonanie, że "Hain" można czytać w dowolnej kolejności, ale myślę, że przed "Miastem złudzeń" dobrze jednak zerknąć do "Planety wygnania".

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.