Nie moi chłopcy z Baker Street, czyli czwarty sezon „Sherlocka”, którego nikt nie chciał


Gryzipiór kłamie. Gryzipiór czekał na czwartego „Sherlocka” jak chyba na żaden serial w życiu. Jednak po obejrzeniu finału zostało mu już tylko jedno marzenie: świsnąć narkotyk Culvertona Smitha i wymazać sobie z pamięci ostatnie półtorej godziny. „The Final Problem” – zapowiadane jako ukoronowanie całej współczesnej sagi z Baker Street – to film tak niedobry, że kiedy wyciekł w niedzielę do Internetu, spora grupa fanów sądziła, że to musi być fałszywka. To nie była fałszywka. To był po prostu nudny, przegadany, pełen klisz i zupełnie pozbawiony wyobraźni finał bardzo marnego sezonu. Zamiast rozwiązania ostatecznego problemu – ostateczna katastrofa.


Tekst zawiera spoilery.

Miejmy to zatem z głowy i zacznijmy od końca, który cieniem kładzie się nie tylko na tym sezonie, ale i na całym serialu. Twórcy chyba za bardzo wzięli sobie do serca słowa G.K. Chestertona o tym, że w opowieści detektywistycznej czytelnik jest usatysfakcjonowany w pełni tylko wtedy, gdy na końcu historii czuje się jak głupiec. Dołożyli więc starań, by za wszelką cenę nas zaskoczyć, porzucając elementarny realizm na korzyść zupełnie nieuzasadnionych zwrotów akcji. I udało im się: po finale czwartego sezonu „Sherlocka” wszyscy chyba czujemy się jak głupcy, ale wcale nie dlatego, że nie zdołaliśmy rozwikłać zagadki, mimo że otrzymaliśmy od autora wszystkie wskazówki (o takie bowiem odczucie czytelnicze chodziło autorowi „Przygód księdza Browna”). Raczej dlatego, że wskazówek tych nie otrzymaliśmy. Czy naprawdę mamy zaakceptować, że od pierwszego odcinka „Sherlocka” za całą intrygą z Moriartym stoi psychopatyczna siostra o parapsychicznych zdolnościach, która zawładnęła tajnym rządowym więzieniem? Przejąć się losem odpychającej i najwyraźniej wszechwładnej postaci, o której nic nie wiemy? Puścić płazem to banalne, ale bardzo wygodne wyjaśnienie, zgodnie z którym wspomnienie o siostrze wymazano Sherlockowi za pomocą narkotyków i warunkowania?

Ejże, dobrzy pisarze po prostu tego nie robią. Nie wprowadzają Wielkiego Złego na ostatnie dziewięćdziesiąt minut opowieści, która trwa już sześć lat i otrzymała wiele pochwał za ciekawe, nieoczywiste czarne charaktery i ambiwalentnie postacie, takie jak Moriarty, Irene czy Mary. Ileż można było jeszcze z nimi zrobić! Zwłaszcza z Moriartym, który z Napoleona zbrodni, wcielonego diabła i mitycznego antagonisty Sherlocka w jednej chwili zmienił się w marionetkę jeszcze większego geniusza. Ale nie; ważniejszy okazał się twist. Twist, którego nikt z nas nie potrafił przewidzieć, ponieważ zwyczajnie nie było ku niemu żadnych przesłanek. Ba! twórcy sami kategorycznie wykluczyli wszelkie paranormalne wyjaśnienia swoich zagadek w odcinku o ogarze z Baskerville. Teraz zaś zaserwowali nam trzeciego Holmesa, którego geniusz jest tak wielki, że pozwala mu magicznie programować ludzi na nowo. Bo wiecie, wszyscy ponadprzeciętnie inteligentni ludzie, który w dzieciństwie czuli się niekochani, muszą z automatu wyrosnąć na nierozumiejących uczuć socjopatów. To przekonanie, niegdyś skutecznie zakwestionowane dzięki przemianie samego Sherlocka, w czwartym sezonie wróciło z pełną mocą jako jedna z najbardziej wytartych klisz we współczesnej kulturze.

Wróciło po to, by twórcy mogli nam dać odpowiedź, której wcale nie potrzebujemy i której może wcale nie powinniśmy byli otrzymać. Cała ta heca z Eurus ma bowiem wyjaśnić, dlaczego Sherlock stał się tym, kim jest. Dlaczego próbował pozbyć się uczuć, odciąć od ludzkich słabości i kierować czystym intelektem. Otóż – niespodzianka – wszystko z powodu nieprzepracowanej traumy z dzieciństwa. To już naprawdę Gryzipiór wolałby nigdy nie poznać rozwiązania tego „ostatecznego problemu”. W tym, który podali nam Moffat z Gatissem, kryje się bowiem potężny i szkodliwy stereotyp. Że człowiek nie może po prostu urodzić się nieco odmienny. Że inność zawsze potrzebuje uzasadnienia, że trzeba ją obłaskawić i dzięki temu unieszkodliwić, najlepiej odwołując się do Freudowskiej teorii o wypieraniu bolesnych wspomnień. Że trudność w radzeniu sobie z uczuciami koniecznie musi oznaczać albo trudne dzieciństwo, albo psychopatię. Że nie ma trzeciej drogi, choćby łączącej taki rodzaj „inności” z odmiennością procesów poznawczych. Albo po prostu akceptującej to, że ludzie różnią się od siebie uczuciowością i potrzebą kontaktu z innymi – niekoniecznie dlatego, że niektórzy z nich w dzieciństwie stracili najlepszego przyjaciela.


I choć oficjalnie nikt nie wyklucza piątego sezonu „Sherlocka”, po ostatnich scenach łatwo poznać, że to już koniec pewnej ery w dziejach serialu. Koniec dziwny, rozczarowujący, zostawiający mnóstwo niedopowiedzeń. Koniec, który miał nas wbić w fotel, a zamiast efektu wow wywołał jedynie efekt wtf. Nie on zresztą jedyny. Mniej więcej do „Upadku Reichenbacha” mieliśmy do czynienia ze spójną historią, która miała trzy cele: przepisać opowieści Doyle’a na współczesność, zdekonstruować mit Sherlocka Holmesa, geniusza bez uczuć, oraz... bawić. Po prostu bawić. Pamiętacie jeszcze, jaki szalenie zabawny to był serial? Potem jednak do gry włączyli się szpiedzy, najemni zabójcy i szychy z angielskiego rządu, a „Sherlock” stracił gatunkową ostrość i ostatecznie zawisł gdzieś między melodramatem, thrillerem psychologicznym a sensacją w Bondowskim stylu. I coś się zaczęło sypać. Nigdy jeszcze nie widział Gryzipiór serialu, w którym byłoby tak wiele dziur fabularnych (może z wyjątkiem „Hannibala”, tyle że u Fullera niespójność świata była wyborem artystycznym, a u Moffata i Gatissa jest najwyraźniej rezultatem zwykłej nieudolności).

Po co, powiedzcie, wprowadzać do opowieści córkę Watsonów, skoro fabularnie nie ma ona żadnego znaczenia, a większość czasu spędza u jakichś nieznanych przyjaciół rodziny? Jakim cudem Mary zdołała przewidzieć, że umrze w sposób, który spowoduje rozłam między Sherlockiem i Johnem? Dlaczego kazała Sherlockowi się zabić? Jaka była treść listu, który John zostawił Sherlockowi po jej śmierci? O jakim powracającym śnie opowiadał Sherlock terapeutce Johna? Po co Eurus próbowała nawiązać romans z Johnem? Postrzeliła go w końcu czy nie? Jak to możliwe, że w ostatnim odcinku najwyraźniej była równocześnie dorosłą kobietą i dziewczynką w samolocie (bo przecież to z nią rozmawiał Sherlock przez telefon)? Jak John wydostał się ze studni, skoro był przykuty? Czy ten chłopiec, Rudobrody, serio jadł z psiej miski?

Przykłady można mnożyć, bo fabuła tego sezonu – sezonu, który miał wszystko wyjaśnić – po prostu rozłazi się w szwach. I bynajmniej nie odsłania dzięki temu drugiego dna, jak w „Sherlocku i upiornej pannie młodej”, w którym drobne niespójności miały w nas zasiać wątpliwości co do prawdziwości wiktoriańskiego świata. Ale jak inaczej uporządkować cały ten bałagan, niż zakwestionować realność wszystkiego, co nam pokazano? Bo przecież można to zrobić, posiłkując się psychoanalizą i teorią pałacu umysłu. Eurus to ewidentnie mroczny sobowtór Sherlocka, uosobienie jego idealnego ja lub może tego okrutnego, będącego na bakier z moralnością ja, które najbardziej go przeraża. Wcielenie bolesnej przeszłości, z którym najwyraźniej Sherlock wreszcie nawiązał kontakt – nic to, że za pomocą skrzypiec. Problem w tym, że wszystko, co powinniśmy wiedzieć o sercu największego z detektywów, zdradziła nam już „Upiorna panna młoda”, i to z większym wdziękiem. Co więcej, w wiktoriańskim przebraniu twórcy umieli jeszcze zbudować, utrzymać i rozładować napięcie. Ich interpretacja była szalona, rozedrgana, bogata w symbolikę i chwilami cudownie nonsensowna (chyba że miało się klucz), ale potrafiła poruszyć odpowiednią strunę w sercu Gryzipióra. Czwarty sezon? Czwarty sezon jest zimny jak kostnica i równie ekscytujący.


Zacznijmy od Mary. Och, Mary, czym sobie zasłużyłaś na taki los? Niespełna miesiąc temu wydawało się, że będziesz najciekawszą antagonistką tego serialu, może wspólniczką Moriarty’ego, może jego szefową. Byłaby to trafna reinterpretacja materiału wyjściowego, w którym żona Doktora Watsona jest postacią tak bardzo zbędną, że sam Arthur Conan Doyle nigdy nie pamiętał, czy już ją uśmiercił, czy jeszcze nie. Jej rola zaczęła się i skończyła na zapewnieniu alibi dwóm mieszkającym razem kawalerom. Można by się spodziewać, że XXI wiek uczyni z niej coś więcej – na przykład bystrą i ambitną kobietę, jaką widzieliśmy przez chwilę w trzecim sezonie i w wiktoriańskim odcinku specjalnym. Z jakiegoś powodu twórcy woleli jednak zaserwować nam tę koszmarną kliszę: heroiczną śmierć, która odkupi wszelkie winy.

Śmierć – dodajmy – tak sztuczną, że wielu z nas się zastanawiało, czy nie została ukartowana przez samą Mary. Zwolnione tempo. Malowniczy rozbryzg krwi, który – jak długo nam tłumaczono w „Jego ostatniej przysiędze” – nie ma nic wspólnego z tym, co się naprawdę dzieje po postrzale. Przemowa, jakiej nie powstydziłaby się heroina dziewiętnastowiecznej powieści sentymentalnej. Wszystko po to, by dla efektu dramatycznego poróżnić Johna i Sherlocka, bo przecież ta śmierć nie mówi nam niczego ciekawego o samej Mary, a wręcz dowodzi tego, co od dawna wiemy: że w tym duecie jest miejsce tylko dla dwojga. Nasi protagoniści nie mogą jednak sami do tego dojść, o nie. Potrzebują ducha opiekuńczego, takiej wyrozumiałej Mary, która niby anioł stróż przeprowadzi ich przez najtrudniejsze zakręty na drodze do porozumienia. A my zobaczymy, jak kolejny raz twórcy naszej kultury instrumentalnie wykorzystują kobietę wyłącznie do tego, by skłonić mężczyznę do przemiany w lepszego człowieka, a potem każą jej melodramatycznie zginąć, bo nie jest już potrzebna. Żeby było zabawniej – w tym samym odcinku, w którym pada wiele znaczące zdanie: „Miałeś dość tego, że świat objaśniają ci mężczyźni”. 


Wspomniany mężczyzna jest zresztą bodaj jedynym bohaterem, który w tym bałaganie dowiedział się o sobie czegoś nowego. John Watson zawsze był bardziej skomplikowany, niż się wydawało, zawsze też wykraczał poza tradycyjny obraz wiernego doktora, który z czułą ironią opisuje nieprawdopodobne dokonania swojego przyjaciela. Lekarz, skłonny do przemocy i uzależniony od adrenaliny. Weteran z PTSD, gotów zastrzelić taksiarza truciciela z zimną krwią. Człowiek, który chowa w sobie tyle gniewu, że gdy wreszcie uwolnił go z siebie w kostnicy Culvertona Smitha, wszyscyśmy chyba byli trochę przerażeni – a John najbardziej. Przez chwilę zobaczyliśmy bowiem kogoś, kogo nie znaliśmy, choć domyślaliśmy się jego istnienia. Zobaczyliśmy człowieka w Johnie Watsonie. Bardzo pragnął Gryzipiór podążyć tym tropem: ujrzeć Johna akceptującego własną niedoskonałość i sięgającego po to, czego naprawdę pragnie, choć innym mogłoby się to wydać złe. Ale trop się urwał i poczciwy doktor wrócił do swojej szafy. Jego historii brak puenty, ostatecznie bowiem nie dokonał niczego, co przekonałoby nas, że faktycznie przeszedł wewnętrzną przemianę.

Gorzej jeszcze twórcy obeszli się z innymi postaciami, poza może Panią Hudson, która wreszcie miała swoje pięć minut – i niewykluczone, że było to najlepsze pięć minut całej czwartej serii. To prawie niewiarygodne, że pisząc wielki finał czterech sezonów, można tak bardzo zapomnieć o bohaterach drugiego planu. Gdzie, u licha, podział się Lestrade? W jakim celu wywołano ducha Irene Adler, ucinając wątpliwości co do autentyczności ostatniej sceny „Skandalu w Belgravii”? Po co znów torturować Molly, dojrzałą kobietę, która – wydawało się – już ułożyła sobie życie bez Sherlocka? Po co zmieniać ją z powrotem w jąkające się, nieszczęśliwie zakochane dziewczę tylko po to, byśmy mogli być świadkami jednej z najcięższych emocjonalnie, ale i najbardziej odrzucających scen w serialu?


A skoro już mowa o sprawach odrzucających... Gryzipiórowi strasznie trudno zaakceptować, w jaki sposób ukazano w tym sezonie relacje łączące bohaterów. Szczególnie w ostatnim odcinku są sceny po prostu koszmarne, tak wyrwane z kontekstu, że nie sposób uwierzyć, że mogłyby być prawdziwe. Rodzina Holmesów na niedzielnym obiedzie w zoo dla superprzestępców (no, nie do końca rodzinnym obiedzie, ale wiecie – tak to wygląda). Pan i pani Holmes zwracający się do Sherlocka, który rzekomo zawsze był tym „dorosłym” (bzdura!), o radę w sprawie Eurus, tak jakby sami nie czuli się choć odrobinę winni temu, co jej się przytrafiło. No i ta przedziwna, podwójna narracja dotycząca małżeństwa Watsonów. Z jednej strony od początku obserwujemy związek zbudowany na wzajemnym kłamstwie, w którym chyba żadna ze stron nie odnalazła szczęścia, skoro John chwyta pierwszą okazję do zdrady. Związek, który dawno by się rozpadł, gdyby nie Sherlock, którego ufności i sympatii do Mary po prostu nie da się uzasadnić (postrzeliła go, na litość Eru! groziła mu! kłamała i uciekała, nawet kiedy próbował jej pomóc!). Z drugiej strony jednak śmierć Mary zmienia wszystko: nagle przenosimy się do tej tragicznej opowieści o jedynej, bezpowrotnie straconej miłości – opowieści, której wszyscy chyba mamy po trosze dosyć. Ma to sens, dopóki wiemy, że w poczuciu winy John idealizuje zmarłą żonę, ale dlaczego ostatecznie nie może się od niej uwolnić, skoro chyba nigdy naprawdę jej nie kochał? Dlaczego to Mary – w rzeczywistości tak daleka od ideału – ma już zawsze być tym niedoścignionym marzeniem? Wszechobecnym aniołem stróżem? Głosem zza kadru, który będzie nam odtąd opowiadał o „swoich chłopcach z Baker Street”?

Tak, to jest ten fragment, w którym będzie o queerbaitingu.

„Sherlock” to jedna z najbardziej oczywistych historii o miłości łączącej bohaterów tej samej płci, która jednak nie ma zamiaru pokazać jej w sposób sugerujący cokolwiek innego niż czysto platoniczne uczucie. O miłości Sherlocka do Johna mówi się wprost nie tylko w tym sezonie, najwyraźniej jednak uczucie to musi pozostać nieodwzajemnione, czego dowodem jest scena z trumną. „Kocham cię” wreszcie zostaje wypowiedziane, ale do niewłaściwej osoby, a coś, co mogło być najważniejszą chwilą w życiu Sherlocka i najważniejszą sceną w historii „Sherlocka”, zostaje bezpowrotnie stracone. Zamknięta trumna idzie w drzazgi. Gryzipiór nie ma pojęcia, dlaczego twórcy wycofali się z drogi, którą prowadzili bohaterów jeszcze w poprzednim odcinku, wkładając im w usta słowa o miłości potrzebnej do osiągnięcia pełni człowieczeństwa. Bardzo chciałby wierzyć, że nie chodziło o sztuczne przyciągnięcie widowni, której leżą na sercu kwestie reprezentacji, ale nie wierzy. Zwłaszcza że twórcy de facto zabawili się kosztem sporej części fandomu, dosłownie zabijając trzech panów Garrideb – bohaterów opowiadania Doyle’a, które dało początek wielu queerowym interpretacjom opowieści o Sherlocku Holmesie. I to w tym samym odcinku, w którym wykorzystali sztukę Oscara Wilde’a i muzykę Freddiego Mercury’ego. I w którym po raz kolejny pokazali, że w ich serialu wymykają się heteronormatywności jedynie złoczyńcy – Moriarty, Irene, Eurus. I w którym wprost powiedzieli, że nieważne jest to, kim jesteś – ważne, co o tobie będą mówili za 130 lat.

Gryzipiór nie wyklucza, że z czasem polubiłby ten sezon bardziej, bo przecież nie wszystko w nim jest złe, a nawet to, co złe, ratują często znakomici aktorzy (Sian Brooke rozczarowała go niegdyś w roli Ofelii, ale tu wspaniale sportretowała dwie twarze Eurus – lodowatej manipulantki i skrzywdzonej dziewczynki). Gdyby tak obejrzał go jeszcze z pięć razy i ułożył teorię, która wyjaśniałaby te wszystkie niespójności! Na przykład taką, żeśmy wciąż jeszcze nie wysiedli z samolotu, który miał zawieźć Sherlocka do wschodniej Europy, a wszystko, co zobaczyliśmy w czwartej serii, było wytworem umysłu największego z detektywów. Tylko wiecie co? Nie chce mu się. Gra z widzem – jak każda gra – bawi tylko dopóty, dopóki uczestnicy są sobie równi. Nie są równi, jeśli twórcy manipulują naszymi uczuciami, podrzucając nam odcinki, które może pokazują prawdziwą historię, a może nie. Gryzipiór nie wie, czego twórcom zabrakło najbardziej: pomysłu, wyczucia, warsztatu, a może po prostu odwagi, by uczynić ten sezon naprawdę godnym zwieńczeniem znakomitego niegdyś serialu. Wie jedno: jego chłopcy z Baker Street wciąż ścigają psa z Baskerville, chichoczą na miejscach zbrodni, kłócą się o tytuły wpisów na blogu i razem stawiają czoło demonom nad wodospadem Reichenbach. I chyba tam zostaną.

W końcu prawdziwa gra nie kończy się nigdy.
  1. > Jak to możliwe, że w ostatnim odcinku najwyraźniej była równocześnie dorosłą kobietą i dziewczynką w samolocie (bo przecież to z nią rozmawiał Sherlock przez telefon)?
    Nie było momentu by dorosła Eurus i dziewczynka mówiły równocześnie - zawsze się przełączała jedna na drugą i gdy Eurus mówiła głosem dziewczynki, nie pokazywała twarzy na kamerze.
    > Jak John wydostał się ze studni, skoro był przykuty?
    Cała sprawa ze studnią była naciągana, ale akurat na to pytanie łatwo odpowiedzieć -- to, że rzucono linę nie znaczy, że on się na niej wspiął. Mógł się przytrzymać, a po niej zszedł ktoś z nożem.

    > Czy ten chłopiec, Rudobrody, serio jadł z psiej miski?
    Eurus trollowała Sherlocka. W którymś momencie odcinka była sugestia, że wiedziała, że on o Victorze nie pamięta i myślał, że ma psa. Zresztą Eurus opuszczała wiezienie, spędziła wieczór z Sherlockiem, rozmawiała jako terapeutka z Watsonem, a więc miała mnóstwo sposobności by ten fakt poznać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. > Fakt, nie pokazywała twarzy, ale przecież mówiła głosem dziecka. Nie mogła nagrać tych odpowiedzi wcześniej, porwawszy jakąś dziewczynkę, bo nie zdołałaby przewidzieć, jak potoczy się telefoniczna rozmowa z Sherlockiem. A może jednak? Ta bohaterka ma tak wielką władzę nad rzeczywistością, że żadne wyjaśnienie mnie nie zdziwi, ale jakiekolwiek chciałabym od twórców otrzymać.
      > I nożem przepiłował żelazny łańcuch?
      > Znaczy, że Eurus zakosiła psią miskę i napisała na niej Rudobrody? Nie rozumiem tej postaci. Z jednej strony zło wcielone, psychopatka bawiąca się uczuciami młodszego brata i nadnaturalnie zdolna manipulantka, która najwyraźniej potrafi przewidzieć wszystko. Z drugiej - nieprzewidywalna wariatka, która nie potrafi zrozumieć gry, jaką prowadzi (nie umie się trzymać reguł, które same ustanowiła, i po prostu zabija wszystkich, nad którymi ma władzę). Z trzeciej - skrzywdzone dziecko w ciele dorosłej kobiety, które pochlipuje z samotności na strychu. I które, nie wiedzieć czemu, otrzymuje zrozumienie i wybaczenie, choć tego, co Eurus zrobiła, wybaczyć się po prostu nie da. I nie tylko tego koszmaru w Sherrinford, ale i ostatnich paru lat, podczas których za pomocą Moriarty'ego zmieniła życie Sherlocka w piekło.

      Usuń
    2. > Fakt, nie pokazywała twarzy, ale przecież mówiła głosem dziecka

      A w poprzednich odcinkach pokazała, że zmienianie wyglądu i głosu to dla niej żaden problem.

      Technicznie rzecz na to patrząc to chyba głos dziewczynki był głosem tej małej aktorki, a nie Sian Brooke (serialowa Eurus), ale my serial oglądamy z punktu widzenia Sherlocka i Watsona, więc rzeczywistość nam przedstawiona nie jest obiektywna (czego np. dowodem są róznego rodzaju wizje Sherlocka czy jego narkotyczny zjazd w poprzednim odcinku, kiedy stał na środku ulicy). To, że słyszymy głos dziecka to konsekwencja sugestii nałożonej na bohaterów.

      > I nożem przepiłował żelazny łańcuch?
      O widzisz, rozmawialiśmy o rzuconej linie i się zasugerowałem, że też sznurem był przywiązany. Tak, to był łańcuch, ale nie to było clou mojej wypowiedzi, a fakt, że nie pokazano w serialu, że Watson się na tym rzuconym sznurze wspina.

      Dali nam krótki fragment, który miał pokazać, że ktoś udał się po niego z pomocą. Być może chwycenie tej liny przez Watsona mogło wprowadzić sugestię, że się wspina, ale gdy jesteś po głowę w wodzie, to też byś sie chwyciła czegoś by utrzymać równowagę.

      A to czym konkretnie przepiłowano łancuch to już nieistotny szczegół.

      > Znaczy, że Eurus zakosiła psią miskę i napisała na niej Rudobrody?
      Tak, żeby mieszać w głowie Sherlocka, tak jak to robiła przez cały odcinek (ścisle mówiąc to nie musiała to *osobiście* zrobić Eurus, ale ktoś, kto pomagał jej przygotować całą scenerię w starym domu Holmesów, np. pracownicy więzienia)

      Tak samo było ze zbudowaniem całej atrapy-pokoju (którego ścianę Sherlock pchnął), która miała oszukać Sherlocka -- wymagało to wiekszych starań niż podłożenie miski, a jakoś na to nie zwróciłaś uwagi.

      > (nie umie się trzymać reguł, które same ustanowiła, i po prostu zabija wszystkich, nad którymi ma władzę).
      Jeśli masz na myśli zabicie żony naczelnika więzienia, to wyraźnie podała polecenie, że egzekutorem musi być Mycroft lub John.
      A jesli masz na myśli trzech wiszących braci, to nie przypominam sobie, by powiedziała, że wskazanie poprawnie winnego kogokolwiek uratuje.

      Usuń
  2. Ja przyjęłam, że Euros po prostu mówiła głosem dziewczynki, niektórzy dorośli to potrafią. Pytanie, na ile "grała" a na ile eee... się tą dziewczynką na te momenty "stawała" (w ramach czegoś w rodzaju rozdwojenia osobowości?). To mnie zresztą wkurza w tej bohaterce - bardzo mało o niej wiemy, ona wydaje się składać z przypadkowych cech dobranych tak, zeby na chwilę był fajny efekt, a jak to się złoży w całość, to już whatever...
    Anneke

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taaak, to w ogóle problem całego tego odcinka, a może i sezonu: napisano go z założeniem, że widz błyskawicznie się nudzi i potrzebuje kolejnego szokującego zwrotu akcji co 5 minut, bo inaczej zaśnie lub - co gorsza - zmieni kanał. Dlatego nie warto się troszczyć o ciągłość - nie tylko fabularną, ale nawet psychologiczną. Stąd się wzięła ta nieszczęsna Euros, ni to wszechwładny geniusz zła, ni to wariatka ze strychu jakiegoś gotyckiego dworzyszcza, ni to skrzywdzone dziecko, które wymaga jedynie tego, by ktoś je przytulił. Problem z głosem dziewczynki jest taki, że (1) do i tak nieprawdopodobnie długiej listy zdolności Euros dopisuje doskonałe zdolności aktorskie i (2) nikt z twórców nie zadał sobie trudu, by to wyjaśnić, co jest o tyle dziwne, że mamy do czynienia z serialem detektywistycznym, którego fundamentem były i być powinny błyskotliwe dedukcje.

      Usuń
  3. >> " Nie są równi, jeśli twórcy manipulują naszymi uczuciami, podrzucając nam odcinki, które może pokazują prawdziwą historię, a może nie."

    A to ciekawe - dopiero co pisałem o motywach literackich, których nie lubię, i właśnie to rozwiązanie było jednym z wspomnianych. Sherlocka co prawda nie oglądam nic a nic, ale współczuję szczerze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech, dzięki. Wiesz, ja nawet lubię tego rodzaju zabiegi, bo - właściwie zastosowane - budują napięcie, otwierają drogę dla nowych interpretacji i często pozwalają zgłębić psychikę bohatera (gdy np. okazuje się, że oglądamy wytwór jego podświadomości). Ale co za dużo, to niezdrowo; niedobrze, kiedy widz traci zaufanie do historii, którą ogląda.

      Usuń
  4. Tak, tak, tak! Dokładnie to, oprócz tego, że mnie się odcinek z Culvertonem Smithem jednak podobał i mogłabym napisać rozprawkę o demitologizacji seryjnego mordercy na jego temat. Ale reszta tak, szkoda tego, że BBC nakręciło tylko dwa sezony Sherlocka i że wyciekły niewykorzystane sceny z planowanych odcinków, nie? (Ja tez mogę nadpisywać rzeczywistość.)

    BTW, Eurus postrzeliła Johna, ale środkiem nasennym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ mnie też się podobał odcinek z Culvertonem! Miał w sobie najwięcej ze starego "Sherlocka": porządną zagadkę, ciekawego złego, dowcip i piękną chwilę między Johnem a Sherlockiem na końcu. I w ogóle ładnie nam pogłębił Johna jako bohatera. Rozprawka o demitologizacji seryjnego mordercy - czytałabym!
      Problem w tym, że ten odcinek był taki dobry, bo był zupełnie inny od reszty sezonu. Tak inny, że trudno znaleźć dla niego miejsce w całej tej i tak diabelnie niespójnej narracji. Pokazał nam Johna uświadamiającego sobie to, że nie jest i nie chce być dobrym człowiekiem, a przynajmniej człowiekiem, za jakiego uważają go inni ludzie. Johna na skraju jakiejś ważnej decyzji, jakiegoś psychicznego przełomu. Pytanie tylko, po co, skoro w tym swoim rzekomo wielkim finale twórcy kompletnie stracili zainteresowanie uczuciami i rozwojem swoich bohaterów, a niektórych to nawet stworzyli na nowo (nie mogę im darować tego Mycrofta, no nie mogę).

      Też żałuję, że były tylko dwa sezony. Te migawki z trzeciego to nawet obiecująco się zapowiadały. Chętnie zobaczyłabym kontynuację nakręconą przez kogoś o mniejszym IQ, mniejszym obeznaniu z kanonem literackiego i filmowego horroru, za to obdarzonego większą wrażliwością. Wrażliwości jakoś najbardziej nam ostatnio wszędzie brakuje.

      Przyznaję, że słabo się znam na broni, a na fizyce jeszcze mniej, ale czy po strzale środkiem nasennym pistolet powinien dymić?

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.