Być jak Jane Eyre, czyli „W kleszczach lęku” Henry’ego Jamesa


U Marii Janion można przeczytać, że lektura tej powieści nikogo nie pozostawia niewinnym. Wręcz przeciwnie – wciąga odbiorcę w przedziwny świat halucynacji, niedopowiedzeń i strachów rodem z gabinetu wiedeńskiego psychiatry, aż biedak sam nie wie, co myśleć. Czy mroczne sensy, które odnalazł w tekście, rzeczywiście tam były, czy może sam je dopowiedział, słuchając podszeptów własnych upiorów? Moi drodzy, dziś na tapecie „W kleszczach lęku” Henry’ego Jamesa (w innym przekładzie: „Dokręcanie śruby”), czyli powieść-prowokacja z 1898 roku, która pod maską banalnej historii grozy kryje genialną literaturę.

Na upartego można czytać „W kleszczach lęku” jak normalną powieść gotycką. Wszystkie elementy są na miejscu: i stare, nawiedzone dworzyszcze na uboczu, i złowrogie, po jesiennemu ponure krajobrazy, i mroczna tajemnica z przeszłości. W takiej naiwnej lekturze duchy byłych lokatorów, które prześladują narratorkę – młodą, anonimową guwernantkę – byłyby prawdziwe, a kolejne niesamowite wydarzenia miałyby jedynie podsycać w czytelniku napięcie. Trzeba by wówczas przyznać rację samemu autorowi, który nazywał swoją powieść zrodzoną z chłodnej kalkulacji pisarską psotą. Psota ta – twierdzą mądrzy – miała pomóc mu podnieść się po klęsce, jaką poniósł na londyńskiej scenie teatralnej. Szkopuł w tym, że tak prostodusznie odczytana historia guwernantki w kleszczach lęku po prostu... nie jest dobrą powieścią grozy.

Najpierw mamy ten beznadziejnie konwencjonalny wstęp, w którym informuje się nas o znalezieniu tajemniczego, być może przeklętego manuskryptu, którego kolejni właściciele zagadkowo umierają. Potem nie jest lepiej. Rzekome duchy pojawiają się z niedorzeczną regularnością i za każdym razem narratorka zapewnia nas, że to właśnie najgorsze, co jej się przytrafiło, choć dobrze wiemy, że za dwadzieścia stron powie to samo... Prawie jakby James wyśmiewał tanie chwyty z groszowych powieści grozy. Choć nie tylko, bo „W kleszczach lęku” jest też ewidentną wariacją na temat – żeby nie powiedzieć „parodią” – bardzo wówczas popularnych „Dziwnych losów Jane Eyre”. Też mamy młodą, wrażliwą guwernantkę, która zakochuje się w pracodawcy, opiekując się jego osieroconymi kuzynami. Tyle że najstarsza z sióstr Brontë napisała romans z dobrym zakończeniem, a James otworzył przed nieszczęsną dziewczyną otchłań niemożliwego do spełnienia pożądania. Jego bohaterka chciałaby być jak Jane Eyre, ale jej wybranek przebywa daleko, i może dlatego zaczyna śnić na jawie obrazy o wyraźnie erotycznym zabarwieniu, takie jak ta falliczna w kształcie wieża, na której ukazuje się duch Quinta.

[*]
Wszystko to skłania raczej do podejrzliwego zaglądania pod podszewkę opowieści, która nie całkiem przekonuje jako powieść grozy, za to ciągle kusi, by hasające w niej upiory interpretować metaforycznie. Zwłaszcza, że mamy tu też metarefleksję o samym akcie opowiadania. Dowiadujemy się bowiem, że guwernantka Jamesa jest za pan brat z literaturą gotycką, a jako narratorka ma dość władzy, by – nawet nieświadomie – dopasowywać rzeczywistość do schematów takich opowieści. By powołać do życia tajemnicę starego dworu, której nie ma. By tak wymieszać fakty z fikcją, że docieczenie prawdy stanie się niemożliwe. Odwołuje się zresztą bezpośrednio i do książki Charlotte Brontë, i do „Tajemnic zamku Udolpho” Ann Radcliffe – jednej z najważniejszych wczesnych powieści gotyckich, które w centrum wydarzeń umieszczały prześladowaną kobietę. Najwyraźniej narratorka widzi siebie w roli typowej dla gatunku niewinnej heroiny, ale czy nią jest? O, to jest dobre pytanie.

Ann Radcliffe słynęła z tego, że znajdowała racjonalne wyjaśnienie dla wszystkich nadnaturalnych elementów swoich powieści. Przerażające widziadło okazywało się zwykle dziełem nieporozumienia, pechowego zbiegu okoliczności bądź wyrafinowanej intrygi. Inni autorzy, nawet jeśli zasiewali w czytelniku niepewność co do autentyczności przedstawionych wydarzeń, w końcu na coś się decydowali: albo duchy były prawdziwe, albo nie. James złamał tę niepisaną umowę z czytelnikiem. Nic w jego powieści nie pozwala rozstrzygnąć, czy owe nawiedzające stary dwór zjawy istnieją naprawdę, czy zrodziły się w karmionej literackim chłamem wyobraźni narratorki. Opowieść ma sens i w jednym, i w drugim wypadku (choć w drugim jest chyba ciekawsza). Jest jak to „dokręcanie śruby”, niestety relegowane z przekładu Witolda Pospieszały (tytuł oryginalny powieści Jamesa to „The Turn of the Screw”). Raz w jedną, raz w drugą stronę, raz prawda, raz ułuda, a z każdym skrętem – coraz większe wątpliwości, czy uda się złożyć w całość tę dziwną konstrukcję.

No, ale spróbujmy. Przyjmijmy najpierw, że duchy Petera Quinta i Miss Jessel istnieją. Mielibyśmy wówczas do czynienia z bohaterką, która jest medium, choć nie zdaje sobie z tego sprawy, a swoim darem naraża na niebezpieczeństwo niewinne dzieci. Zło pod postacią upiorów próbuje nimi owładnąć i na nic się zda ofiara dzielnej opiekunki, która poświęci dobre imię i rozum, by je ochronić; siły diabelskie w końcu zwyciężą. Groza miałaby wtedy charakter metafizyczny i wiązałaby się z ingerencją zła w świat ludzi. To interpretacja całkiem sensowna, tyle że archaiczna – podobne w tonie były pierwsze powieści gotyckie pisane u schyłku XVIII wieku, które w czasach Jamesa wywoływały już raczej uśmiech politowania.

Henry James w 1890 roku [*]
To może zawróćmy i zacznijmy od dzieci, którymi opiekuje się nasza guwernantka. Gdziekolwiek się pojawią, Florze i Milesowi towarzyszą epitety: „piękny”, „anielski”, „niewinny”, ba, porównuje się je nawet do „świętych dzieciątek Rafaela”. Serio od ich opisów można dostać cukrzycy. To znaczy – można by dostać, gdyby nie podejrzenie, że dzieci również widzą duchy. James splata tu dwa popularne w XIX wieku mity: małego geniusza promieniejącego blaskiem anioła oraz dziecka jako istoty wyjątkowo uduchowionej, która potrafi nawiązać kontakt ze światem nadprzyrodzonym. I splot ten rodzi koszmar. Te urocze cherubinki mają w sobie coś diabolicznego: pod słodyczą skrywają tajemnice ponad swój wiek, prowokują, manipulują i na domiar złego chyba spiskują z upiorami. Guwernantkę wpędzają w obłęd – dla zabawy? Zwróćcie też uwagę, jak dwuznaczna jest jej relacja z Milesem: te rozmowy o dojrzewaniu, to pragnienie zostania sam na sam, no i ta ostatnia scena w miłosno-śmiercionośnym uścisku... Bardzo to wszystko niepokojące i nic dziwnego, że dziewiętnastowieczni krytycy czuli się powieścią Jamesa zbrukani. Ostatecznie bowiem nie wiadomo, czy zło i erotyzm dzieci są rzeczywiste, czy też guwernantka, a z nią czytelnik, jedynie je sobie wyobraża, biorąc tym samym pośredni udział w ich deprawacji.

Jeśli dla odmiany uznamy, że duchy nie istnieją, otworzy się przed nami psychoanalityczne piekło utajonych popędów, kompleksów i mrocznej erotyki, a może nawet obłędu. Cała heca zaczyna się od spotkania guwernantki z przyszłym pracodawcą, który wywiera na niej ogromne wrażenie. Jest nim zafascynowana, ale jako kobieta naiwna i niedoświadczona (produkt tamtych czasów) nie zdaje sobie z tego sprawy. Projektuje więc na rzeczywistość własne fantazje. I stwarza parę kochanków – Petera Quinta i Miss Jessel – którym jednak przydaje cechy demoniczne, ponieważ ich miłość zaburza ustalony porządek społeczny i zostaje napiętnowana jako niemoralna (a Quint miał nadto dwuznaczną relację z pracodawcą, więc listę jego grzechów możemy wzbogacić o ewentualne wykroczenie seksualne). Zdeprawowani kochankowie zostają przykładnie ukarani wielce tajemniczą śmiercią, noszącą znamiona boskiej sprawiedliwości, ale oczywiście powracają jako potępieńcy, jak to mają we zwyczaju czynić w opowieści grozy wszelkie niechciane lęki i wstydliwe pragnienia.

To znamienne, że guwernantka bardzo chce, by ktoś oprócz niej zobaczył te straszne zjawy – tak jakby rzeczywistość, by być autentyczną, potrzebowała przynajmniej dwóch świadków – ale wzbrania się przed zaproszeniem najoczywistszego kandydata, czyli swojego pracodawcy. Dlaczego? Bo mógłby odkryć jej sekret! Zamiast tego fiksuje się obrazach takich jak wspomniana wieża czy z pozoru niewinna zabawa Flory, która buduje łódki, wsadzając patyki (maszty) w okrągłe otwory w drewnie, czyli kadłuby. (Nawiasem mówiąc, ta scena to typowa pułapka Jamesa: przykuć uwagę do pozornie istotnego detalu, sprawić, by wydał się przez to dwuznaczny, a później więcej o nim nie wspomnieć, tak żeby to czytelnik poczuł się skalany, skoro najwyraźniej – degenerat jeden! – odczytał erotyczny podtekst w dziecięcej zabawie). Zgodnie z taką lekturą guwernantka nie byłaby żadną z tych szlachetnych heroin zmagających się ze złem nie z tego świata, których pełne były dawne powieści grozy. Przeciwnie – byłaby gotyckim łotrem (łotrzycą?), kimś, kto z powodu obłędu czy opętania niespełnioną żądzą nastaje na niewinnych i w końcu doprowadza do tragedii. 

Ostatecznie powierniczką narratorki staje się gospodyni, pani Grose – postać ciekawa i chyba niedoceniana przez krytyków. Otóż pani Grose to my. Rozdarta między wiarą a niewiarą, pełna na przemian współczucia i podejrzliwości wobec tej biednej, być może obłąkanej nauczycielki, staje się świadkiem tylu zwrotów akcji, tylu sprzecznych interpretacji, tylu „skrętów śruby”, że w końcu wydaje z siebie zduszony okrzyk: „Wierzę!”. Ale czy wierzy naprawdę? I co do tego można mieć wątpliwości. Nawet pani Grose, nasze alter ego, nas zdradza w tej powieści. Henry James napisał historię doskonale ambiwalentną, w której zakwestionować można wszystko, a niczego nie da się przyjąć za pewnik. I w tym Gryzipiór upatrywałby źródła prawdziwej grozy. W tej mgławicy niejasnych lęków, niewypowiedzianych pragnień, nienazwanych, a ocierających się o deprawację przeczuć, która nie daje się rozproszyć rozumem. W tych zjawach, których nie można odegnać, bo mieszkają w nas samych. I w każdej chwili mogą wydostać się na wolność.

Wystarczy tylko dokręcić śrubę.

  • Przekład: Witold Pospieszała
  • Wydawca: Prószyński i S-ka
  • Rok wydania: 2012 (1898)
  • Liczba stron: 230
  1. Nie mam tendencji do narzekania na tłumaczenia tytułów, ale w przypadku tym akurat chętnie bym ponarzekał. Nowy tytuł chwytliwy, ale za nic nie oddaje znaczenia oryginału. Szkoda, szkoda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, nie zgodzę się! Wydaje mi się, że właśnie nowe, dosłowne tłumaczenie oryginalnego tytułu lepiej oddaje jego sens. Przenosi akcent z horroru (znika słowo "lęk") na tajemnicę i niepokojącą metaforę ("dokręcanie śruby"), które u Jamesa grają główną rolę.

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.