Po trzeciej stronie lustra, czyli „Fanfik” Natalii Osińskiej


Zdarza się Wam czasem czytać książkę dwa razy z rzędu w obawie, że podczas pierwszej lektury umknął Wam jakiś szczegół, bez którego Wasza interpretacja okaże się niekompletna? Taka specyficzna czytelnicza anxietas dopadła Gryzipióra właśnie z powodu „Fanfika” Natalii Osińskiej – powieści, z jaką w polskiej literaturze młodzieżowej jeszcze się nie zetknął, choć po fakcie uświadomił sobie, że bardzo na nią czekał. Jest to świetnie napisana, inteligentna i chwilami bardzo zabawna historia o tym, jak Alicja w Krainie Czarów wreszcie spojrzała w to swoje lustro i zobaczyła w nim kogoś, kogo się nie spodziewała. Są w niej przekornie zinterpretowane baśniowe motywy, bezlitosne diagnozy społeczne oraz refleksja nad kobiecością i męskością, krótko mówiąc – to, co Gryzipióry lubią najbardziej.


Tekst zawiera spoilery.

Tosia wymiotuje w szkolnej łazience. Taką widzimy ją w pierwszej scenie powieści: skuloną nad muszlą klozetową po przedawkowaniu antydepresantów, z odrazą wspominającą początek roku szkolnego, pozbywającą się z siebie słodkich słówek pani dyrektor, które przed chwilą kazano jej przełknąć. Incydent okazuje się zbawienny; wypłukana z fluoksetyny Tosia odzyskuje kontakt z rzeczywistością na czas wystarczający, by poznać Leona – księcia, który ma obudzić Śpiącą Królewnę. Faszerowana lekami bohaterka „Fanfika” cierpi bowiem na coś, co fachowo nazywa się depersonalizacją – ma poczucie dojmującej obcości siebie i swojego ciała, sama sobie wydaje się nieprawdziwa, jakby była tylko widzem w teatrze (a właściwie musicalu) własnego życia. Na domiar złego Tosia ma niskie poczucie własnej wartości oraz zdolności towarzyskie ameby i zaprawdę, do pełni stereotypu brakuje jej tylko okularów w grubych oprawkach. Jej stan jest tak dojmujący, że przenika do narracji. Autorka opowiada nam o niej, imitując ten cichy, krytyczny głosik, którym strofujemy się niekiedy, gdy wydaje się nam, że jesteśmy na coś nie dość dobrzy, nie dość mądrzy, nie dość zabawni. Dystans, cięta ironia, bezlitosne punktowanie wad i niedostatków, zero wyrozumiałości – to jej ulubione zabiegi. Wiadomo: taką nieciekawą i zakompleksioną Tosię uratuje tylko książę z bajki. Rzecz w tym, że chytrze wkręceni przez autorkę w ten dobrze znany schemat opowieści dla młodzieży, nie zauważamy jednego, podstawowego problemu, który okaże się zbawienny.

Książę jest gejem. A księżniczka jest chłopcem.

Ta inna opowieść

Właśnie tak. Tosine wyobcowanie i doświadczanie życia jako snu nie są bynajmniej konsekwencją depresji. To nie świat jest zły – uświadamia sobie w pewnej chwili bohaterka – to ja patrzę na niego z niewłaściwej perspektywy. W jej wypadku niewłaściwa okazuje się płeć, narzucona jej przez fizjologię i nadopiekuńczą ciotkę. Tu „Fanfik” można odczytać jako sprzeciw wobec lekceważenia depresji nastolatków jako pewnego „etapu” dorastania, choć często jest ona pierwszym sygnałem, że coś jest nie tak, jak być powinno – że na przykład ktoś czuje się więźniem we własnym ciele. Nie jest to jednak sprzeciw zbyt głośny, a to dlatego, że autorka nie bawi się w publicystykę, za to oddaje głos Tosi. Tosi, która tupnąwszy wdzięcznie nóżką, postanowiła, że nie będzie już – jak Alicja – rozbijać luster, próbując przez nie przejść, by osiągnąć jedność ze swoim odbiciem. Że może lepiej się w tym lustrze dokładnie przejrzy. Że może zobaczy kogoś, za kim tęskniła, choć nie pamiętała o jego istnieniu. Że zobaczy Tośka.

Tosiek to jest równy gość. Zwolniony z przymusu udawania dziewczyny, doświadcza swoistego katharsis i uwalnia całą tę energię, inteligencję i (mocno licealny) dowcip, które były wcześniej przytępione przez ciotczyne „kapsułki”. Ba! upaja się nowo odkrytą tożsamością, epatuje chłopackością, czasem nawet komuś przyłoży, bo właściwie czemu nie? Przede wszystkim jednak nie czuje się ani trochę winny, nie prosi nikogo o akceptację i nie daje sobie wmówić, że jest ofiarą. To niezwykle ważne, gdyż łamie pewien narracyjny paradygmat, zgodnie z którym opowieść o odmienności ma być opowieścią tragiczną. Nie bez powodu środowiska LGBT mówią o potrzebie pozytywnej identyfikacji w kulturze. Nieheteroseksualni młodzi ludzie powinni móc utożsamić się również z takimi bohaterami, którzy nie zostają symbolicznie ukarani za to, że są trans-, homo- czy aseksualni, i którzy odnajdują szczęście nie mimo, ale dzięki temu, kim są. Albo po prostu dlatego, że .

„Fanfik” wypełnia tę lukę w młodzieżowej literaturze, pokazując nam nie odrzuconego przez szkolną społeczność samotnika, ale pyskatego, towarzyskiego, chwilami nieznośnego chłopaka, który jest sobą niezależnie od tego, co powiedzą ludzie. Autorka nawet podśmiewa się z klisz takiej stereotypowej opowieści o smutnym losie Innego, zamieniając w komedię obowiązkową scenę próby samobójczej. W jej opowieści Tosiek nie odwraca się od świata, przeciwnie – dopiero odkrywszy i zaakceptowawszy prawdziwego siebie, nabiera chęci, by zaangażować się w życie szkolnej społeczności. I szkolna społeczność go przyjmuje. Z tego powodu zarzucano Natalii Osińskiej, że nieco zbyt optymistycznie ukazała reakcję rodziny i rówieśników na przemianę Tosi w Tośka. Zdaniem Gryzipióra chodziło o przesłanie, według którego tak naprawdę to my decydujemy, jak będziemy postrzegani. Traktuj siebie jak normalną osobę, a wówczas ludzie też zaczną cię tak traktować – podpowiada Tosiek, odrzucając postawę ofiary. Nie musisz nikogo prosić o pozwolenie na bycie sobą.

[*]
Czy „Fanfik” pokazuje pewną idealną wersję wydarzeń? Niewątpliwie. Czy jest naiwny? Nie całkiem. Problem braku akceptacji dla inności i szkolnej przemocy jest w nim jak najbardziej realny, tyle że można sobie z nim poradzić, jeśli ma się odwagę i wsparcie przyjaciół. Doświadcza go Leon, prześladowany w poprzedniej szkole i odrzucony przez rodzinę. Doświadcza go również Tosiek, ktoś bowiem próbuje go udusić i „wyleczyć” groźbami gwałtu. Twist polega na tym, że prześladowca wydaje się straszny i niepokonany tylko dzięki anonimowości. W rzeczywistości jest takim Złym, jakiego z życia znamy najlepiej: samotnym, zakompleksionym człowieczkiem, który krzywdzi, ponieważ zazdrości. Swoboda Tośka jest dla niego nie do przyjęcia, gdyż sam dał się uwięzić w klatce społecznych oczekiwań i kanonów urody, których w swoim mniemaniu nie spełnia. Zwycięstwo nad nim nie daje satysfakcji, tylko skłania do niewesołej refleksji nad banalnością zła. Cały jego tok myślenia udowadnia zaś, jak opresyjnym słowem jest „normalność”. „Normalni” ludzie przejmują się tym, co mówią o nich inni, „normalni” ludzie boją się społecznej oceny. „Nienormalny” to słowo-wytrych, które ma wykluczyć i uzasadnić przemoc. Zresztą scena konfrontacji Tośka i jego prześladowcy jest doskonała również dlatego, że niespodziewanie odwraca role. Choć nasz bohater niewątpliwie ucierpiał, sam też wyrządził krzywdę, dzięki czemu chyba wreszcie pojął, że konieczność obrony siebie nie daje mu wcale prawa do atakowania innych.


Fanfik prawdę ci powie

No dobrze – spytacie – ale dlaczego „Fanfik”? Twórczość fanów pojawia się tu marginalnie, nie zostaje sproblematyzowana wprost, nie uświadczymy też obrazów z życia fandomu. Paradoksalnie jednak powieść Natalii Osińskiej mówi o nim więcej niż głośna „Fangirl” Rainbow Rowell (Gryzipiórową recenzję możecie przeczytać tutaj). Przede wszystkim pokazuje fandom jako bezpieczną przestrzeń, w której wstępnie może się zrealizować inność Tosi/Tośka, zanim zostanie objawiona światu. Jeszcze nie wiedząc, że jest mężczyzną, Tosia czyta i pisze mpregi – opowieści, w których również dochodzi do transgresji płciowej. Później to od amatorów cosplayu uczy się malować tak, by wyglądać jak chłopak. Jeszcze później fandom – z właściwą sobie rozbrajającą przesadą – przybywa Tośkowi z odsieczą, gdy ten pada ofiarą internetowej przemocy. Stanowi tę „cichą armię przyjaciół, którzy choć nigdy nie widzieli go na oczy, byli w stanie wygrywać dla niego bitwy” [s. 239]. Ciekawie się robi, gdy w rezultacie działań jednego z fanów szkolni koledzy Tośka otrzymują link do jego opowiadań. Tosiek reaguje... cóż, tak jak zareagowałby każdy, kto po kryjomu pisze mpregi. Jednak wbrew obawom jego „dziwna” pasja wcale nie spotyka się z ostracyzmem, a wręcz kwalifikuje go do olimpiady z angielskiego. Wówczas kolejny raz okazuje się, że strach i brak akceptacji tkwią bardziej w ofierze niż w jej urojonym prześladowcy.

–  Nie bocz się, nie mam zamiaru szukać w sieci twoich arcydzieł. Ale głowę dam, że w co drugim, jeśli nie w każdym, występuje jakiś sympatyczny seme i jakiś niemniej sympatyczny uke, i...
– Milcz – powiedziała Tosia, której krwawy rumieniec buchnął na twarz.
– Przecież wiem, o czym takie miłe, grzeczne dziewczynki pisują fanfiki – chichotał Leon. Sapkowski z furkotem przeleciał mu obok głowy i uderzył w ścianę za fotelem. – Z tym że ty, oczywiście, nie jesteś grzeczną dziewczynką.
– No właśnie – burknęła Tosia i pobiegła do lustra, żeby się upewnić [s. 96-97].

Publikacja w oficjalnym obiegu powieści dumnie obwieszczającej, że jest fanfikiem, to oczywiście prowokacja – i to domagająca się odpowiedzi. Fanfikiem – do czego? No, wystarczy spojrzeć na okładkę. Sporo już napisano o tym, że powieść Natalii Osińskiej to wariacja na temat i jednocześnie programowy sprzeciw wobec twórczości Małgorzaty Musierowicz. Zamiast wielopokoleniowej inteligenckiej familii mamy w niej przeciętną, nieco dysfunkcyjną rodzinę, która ledwo wiąże koniec z końcem. Ojciec tak bardzo stara się być podporą rodziny, że aż siada mu kręgosłup, nadwerężony podczas remontów cudzych mieszkań. Bardzo dobrze, że w powieści znalazły się sceny pisane z jego perspektywy, bo dzięki temu otrzymujemy wgląd w myśli niedoskonałego, ale kochającego rodzica, który musi się pogodzić z tym, że ma syna zamiast córki. Gryzipióra urzekło, że w jego głowie Tosia/Tosiek jest po prostu „dzieckiem” – kimś, kogo się kocha, nawet jeśli nie sposób określić jego rodzaju gramatycznego.

Z kolei postać matki zostaje rozbita zgodnie z psychoanalitycznym paradygmatem na dobrą matkę z wczesnego dzieciństwa (obecnie martwą) i złą matkę z okresu dorastania, która bezlitośnie egzekwuje społeczne reguły. Tą drugą jest ciotka Idalia, początkowo strażniczka tradycyjnego rozdziału ról płciowych, później gorąca orędowniczka przemiany Tośka. Ta bohaterka ucieleśnia pewną chyba dość powszechną postawę rodziców, którzy dla dobra dziecka próbują zabić w nim inność, nie dostrzegając, że w ten sposób jedynie zatrzymują jego rozwój i powodują nieszczęście. Jej przemiana pod koniec powieści to kolejna optymistyczna wiadomość dla czytelników: ten, kto kocha, w końcu ich zaakceptuje, choć może będzie potrzebował na to trochę więcej czasu, niżbyśmy chcieli mu dać.

„Fanfik” ma też inny niż „Jeżycjada” krąg odniesień kulturowych. Nikt tu nie potyka się o tomiki Leśmiana i nie czyta Seneki, by lepiej zrozumieć własną matkę. Tosiek kocha „Wicked”, marzy o wyjeździe do Londynu, ogląda bootlegi na YouTubie i robi Pratchettowskie aluzje. To takie miłe, kiedy bohater powieści młodzieżowej ma podobny horyzont (pop)kulturalny jak jej czytelnicy. I podobny stosunek do szkoły, która nudzi, męczy archaicznym programem, pochłania cały wolny czas i napycha głowy uczniów trocinami. Fantastyczny – i bardzo na czasie – jest wątek szkolnego teatru i przygotowań do obchodów Narodowego Święta Niepodległości, w którym ścierają się jakże odmienne wizje edukacji. Uczniowie muszą wybrać między dwoma przedstawieniami. Pierwsze to śmiertelnie poważna uroczystość upamiętniająca męczeństwo Polaków. Drugie to głupawy skecz polegający na przedrzeźnianiu nauczycieli, który jednak pozwala celebrować wolność w praktyce: kwestionować reguły i uwolnić twórczy potencjał uczniów (wraz z całą ich młodzieńczą durnotą). To na wypadek gdybyście chcieli poczytać powieść dla młodzieży, która nie zamiata pod dywan obecnej sytuacji politycznej.


Trzecia strona lustra

Najbardziej jednak „Fanfik” ujął Gryzipióra tym, że błyskotliwie, dowcipnie i bardzo wyraziście pokazuje, czym jest płeć społeczno-kulturowa i w jaki sposób odgrywa się kobiecość/męskość. Ciotka Idalia próbuje stworzyć Tosię jako kobietę, ucząc ją makijażu i ubierając w rozkloszowane sukienki księżniczki. Z tego samego powodu ojciec nie pozwala jej pomagać w remontach, podświadomie czując, że nie jest to zajęcie dla dziewczyny. Widok wymalowanej i wystrojonej Tosi z wiertarką powoduje na osiedlu sensację. Wszystko dlatego, że jako społeczeństwo ukształtowaliśmy pewne zachowania, które mają świadczyć o kobiecości lub męskości. Historia Tośka pokazuje jednak, jak bardzo umowne – i opresyjne – są to reguły. Tosia jest kobietą, póki nosi sukienki, jada zbilansowane posiłki i pozostaje „senna jak modelka na kokainie”, to znaczy niewidzialna. Tosiek staje się mężczyzną, gdy wkłada workowate spodnie, ciska w kąt lakiery do paznokci i zajada się kanapkami z majonezem ze szkolnego sklepiku.

Niewątpliwie nie jest to układ korzystny dla młodych dziewczyn, tu ukazanych jako plotkary i intrygantki, przesadnie skupione na wyglądzie i bezustannie szukające u chłopców potwierdzenia swojej wartości. Autorka nie ma jednak zamiaru stosować wobec nich taryfy ulgowej. Dziewczyny – pokazuje – są często same winne swojemu położeniu, choć oczywiście tresura społeczna i protekcjonalne traktowanie też odgrywają dużą rolę. Boją się być samodzielne czy niegrzeczne, nie chcą uwolnić się od wizerunku niemej lalki – bo czy wówczas byłyby jeszcze kobietami? Czy nie stałyby się Tośkiem? Jest w „Fanfiku” doskonała scena, w której okazuje się, że dziewczyny nie potrafiły nawet same wynegocjować pozwolenia na noszenie obcasów w szkole – potrzebowały do tego wstawiennictwa chłopców. Diagnoza społeczna tyleż bezlitosna, ileż trafna. Z kolei być mężczyzną oznacza być wolnym. Ci mają więcej swobody, choć bywa ona iluzoryczna, z czego zdaje sobie sprawę Leon, zastanawiający się, co by było, gdyby to on postanowił zostać dziewczyną. Naśladując garderobę i styl bycia kolegów, Tosiek stwarza siebie jako chłopaka. Przestaje dbać o maniery, pyskuje, zadaje niewygodne pytania, wdaje się w bójki i generalnie zachowuje się, jakby do niego należał świat. Bo należy – ostatecznie społeczna konstrukcja płci okazuje się silniejsza od biologicznej i nikt już nie kwestionuje, że swobodny, wygadany i pełen energii Tosiek jest mężczyzną. 

Chociaż... pojawia się w powieści ktoś, kto powoduje, że tożsamość psychoseksualna Tośka przestaje być taka pewna. To Daniel – jeszcze niespełniony i być może niemożliwy do spełnienia fantazmat, ideał mężczyzny, którym Tosiek chciałby się stać w przyszłości. Jego obecność oznacza, że nawet na końcu powieści bohater jest wciąż nie w pełni ukształtowany. Nie jest to historia, do jakiej przywykliśmy – powieści dla młodzieży lubią nam pokazywać podróż z punktu A do punktu B, w której B oznacza poznanie siebie i osiągnięcie pełni człowieczeństwa. Natalia Osińska daje swojemu bohaterowi więcej wolności, a czytelnikowi – więcej możliwości interpretacji. Zawiesza kwestię związku Tośka i Leona, w ogóle nie podejmuje tematu seksu czy fizjologii, jakby sugerując, że jeszcze na to za wcześnie. Że przyjdzie na to czas, gdy bohaterowie trochę bardziej dojrzeją, trochę bardziej zrozumieją, kim są i czego pragną. A jeśli nie zdołają tego zrozumieć – też dobrze. To specyficzne niedomknięcie przemiany Tośka bardzo dobrze wpisuje się we współczesne teorie „podmiotu procesualnego” czy też „podmiotu w ruchu”. Chodzi o to, że dziś tożsamość człowieka, także płciowa, jest zmienna, niedookreślona i nigdy nie zamyka się na nowe możliwości. Zwłaszcza tożsamość jednostki transseksualnej, która przecież zawsze jest gdzieś „pomiędzy” albo wręcz „poza” tradycyjnie pojmowaną płcią. I w zasadzie można ją opisać tylko za pomocą czasowników, które świadczą o nieustającej transformacji.

Szczęśliwej transformacji, Tośku.

  • Wydawca: Wydawnictwo Krytyki Politycznej
  • Rok wydania: 2016
  • Liczba stron: 374
  1. No nie wiem, za moich szkolnych czasów to baby były bardziej wygadane i bojownicze, takie przekupy z rynku co w większości stawiały na swoim, facetom się zazwyczaj nie chciało - inna sprawa, że byłam w klasie humanistycznej, z ponad dwukrotną przewagą liczebną dziewczyn ;)
    Zaczynam trochę żałować, że przeczytałam jakieś dwie książki Musierowicz jakieś dwajścia lat temu, bo ta perspektywa gdy wszyscy porównują je do Fanfika trochę mi się traci. Widziałam tylko blogaskowe analizy że HEHE PATOLOGIA, ale akurat tych analiz zbyt poważnie nie biorę, bo rzeczy które lubię też moralnie potępiają.
    Bardzo podobało mi się, że ojciec ani nawet ciotka nie zostali za to potępieni, a wręcz przeciwnie, byli humanizowani i ostatecznie sympatyczni i zaakceptowali i wspierali Tośka. Ale ta reszta otoczenia trochę mi zgrzyta, nie dlatego, że o, nagle dziewczynka jest chłopcem, tylko bardziej dlatego, że Tosiek to straszny gnojek, którego chciałoby się trzepnąć. Nie chciałabym mieć takiego kolegi niezależnie od tego co ma w spodniach i jak się ubierał na początku roku, a bardziej dlatego, że jest porywczy, irytujący i egoistyczny. Czyli w sumie jak jakaś połowa chłopaków w tym wieku, ale w szkole też od takich stroniłam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech, zazdroszczę klasy! U mnie dziewczyny były wycofane, klasą rządzili chłopcy, a nauczyciele stosowali podwójne standardy. No niewesoło było. Może dlatego trochę za łagodnie oceniam Tośka, ale dla mnie to jest przede wszystkim ktoś, kto ma bardzo silną potrzebę odcięcia się od opresyjnego otoczenia i stworzenia siebie na nowo jako silnej jednostki. Stąd ta porywczość i egoizm. Nadmierna kompensacja po latach wyłączenia z życia, zaniku prawdziwego ja pod presją rodziny i otoczenia. Plus jest taki, że po konfrontacji z Roksanną chyba faktycznie dociera do niego, że swoim zachowaniem bezwiednie krzywdzi ludzi, i trochę się uspokaja.

      Myślę, że "Fanfik" można spokojnie czytać bez dogłębnej znajomości Jeżycjady. Polemika z twórczością Musierowicz dotyczy przede wszystkim pewnego modelu powieści dla młodzieży i prezentowanego w nim obrazu świata, więc laik też ma z niej sporo frajdy, choć znawca Jeżycjady pewnie wyłapie więcej szczegółów. Sama zdzierżyłam tylko jedną powieść Musierowicz, i to niecałą, więc mam trochę podobnie jak Ty. Blogaskom HEHE PATOLOGIA oczywiście dziękujemy.

      Ojciec i ciotka - tak, jak najbardziej! W ogóle nie ma w "Fanfiku" postaci godnych jedynie potępienia, choć są takie, których postawa może nam się osobiście nie podobać (Witold, na przykład). Nawet Roksanna jest bardziej żałosna niż zła. Bohaterowie wymykają się jednoznacznej ocenie po prostu dlatego, że ciągle się zmieniają albo też wierzymy, że mogą się zmienić. Wydaje mi się, że w tej książce w ogóle silna jest wiara w niewyczerpany potencjał człowieka do zmiany - tożsamości, poglądów, stosunku do siebie i innych. Nikt nie zasklepia się w raz nadanym kształcie, wszyscy są metaforycznie w ruchu (no może z wyjątkiem Roksanny, ale ona przez ten swój bezruch właściwie wszystko przegrywa, dopóki Tosiek nie pchnie jej we właściwą stronę). Całkiem to krzepiące.

      Usuń
    2. Och, jak najbardziej Tosiek kompensuje i nadrabia, ale robi to w bardzo drażniący mnie sposób. Tzn. byłby drażniący, gdybym miała z nim do czynienia, jako osobą obok - bo w książce wiem o nim dużo więcej, rozumiem co przechodzi i odczuwam sympatię. Ale koledzy i koleżanki nie wiedzą tyle co ja, dlatego właśnie dziwi mnie trochę tak powszechna akceptacja.
      No, powszechna poza Roksanną, faktycznie. Bardzo mi się jej wątek podobał, bo sama trochę dręczyłam inne dzieci - nie aż tak hardkorowo, bo z mojej strony to nie była próba zniszczenia kogokolwiek, a bardziej nieumiejętne i pozbawione empatii próby zabawy i popisania się. Więc dobrze wiem, że dręczyciele zazwyczaj są żałosnymi głupkami, a nie jakimiś cheerleaderkami z amerykańskich filmów :)
      Ale tutaj generalnie wszyscy mają mocno hardkorowe metody, na przykład zgadzam się z ciotką Idalią, że podporządkowywanie się normom jest wygodne i łatwiejsze, ale gdy ktoś jednak chce iść pod prąd to nie faszerowałabym od razu lekami, overkill mocno. Zresztą, Tosia nadal się przecież wyróżniała i zwracała uwagę, tylko w inny sposób niż by tego chciał Tosiek.
      No i ten "debiut" Tosi jako księżniczki w sukienkach mocno mi się skojarzył z czytaną kiedyś mangą o zwykłym chłopaku, którego biorą pod opiekę krewni, para transseksualistów z dzieckiem, którego płci biologicznej do końca nigdy nie zdradzono - bohater poznał ją jako kuzynkę, ale gdy poszła na jego uniwerek, to już wtedy był on i to bardzo przekonywujący. No ale język japoński ułatwia takie sztuczki niegenderowanymi imionami, u nas Tosia byłaby po prostu mocno chłopczycą w spodniach gdyby zaczęła od szkoły, a raczej o to nie chodziło, w końcu Tosiek to nie tylko bardzo schłopaczała dziewczyna.
      Ech, ciężki ten genderowy stuff :)

      Usuń
    3. Ale czy oni aż tak powszechnie go akceptują? Mam wrażenie, Tosiek bardziej, hm, narzuca innym akceptację siebie przez to, że jest głośny, wygadany, nawet agresywny. Z takiej osoby trudniej zrobić ofiarę, łatwiej po prostu zostawić ją w spokoju. Na dobrą sprawę Tosiek podbija serca kolegów i koleżanek dopiero występem na obchodach Święta Niepodległości. Wiadomo - jeśli potrafisz ludzi rozśmieszyć, to znaczy, że potrafisz też ich w sobie rozkochać. Ale nawet wtedy zostają Witold czy Konrad, którzy chyba jeszcze długo się do Tośka nie przekonają, o ile w ogóle.

      Ciotka to chyba chciała, żeby Tosia się wyróżniała i przykuwała wzrok tą nadmiernie podkreślaną kobiecością. Dzięki temu - kombinowała sobie - nikt nigdy nie zobaczy w niej Daniela. Obawiam się, że z tego samego powodu faszerowała Tosię lekami: chciała zrobić z niej osobę bierną i posłuszną. Co właściwie czyni z niej taką baśniową czarownicę ;) Choć czy my w ogóle wiemy, dlaczego Tosia zaczęła się leczyć? Może to jednak nie był overkill, tylko faktycznie w którymś momencie te psychotropy były jej potrzebne, a potem ostały się z przyzwyczajenia.

      No właśnie, język polski bywa dla badaczy genderu podstępny, bo nieustannie domaga się określania rodzaju gramatycznego. Acz pomysł na tę imienną triadę Tosia - Tosiek - Daniel, wyznaczającą pewną linię przemiany tożsamości bohaterki/bohatera, jest moim zdaniem doskonały. Wręcz w wielu mniej "ugenderowionych" językach by to nie wyszło, a tu proszę - mamy grę rodzajem gramatycznym, która mówi coś ważnego o postaci :)

      Usuń
  2. Przeczytałam tylko początek Twojego tekstu z uwagi na spoilery. jak zawsze, odezwę się jak przeczytam bo tytuł i Twoja opinia mnie zaintrygowały. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I słusznie zrobiłaś, bo w tej książce element zaskoczenia jest dość istotny. Czekam niecierpliwie :)

      Usuń
  3. A ja chyba też sobie drugi raz poczytam "Fanfik", bo to dobra książka jest.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koniecznie! Przy drugim czytaniu jeszcze lepiej widać, jak fajnie ta książka jest zrobiona od strony warsztatowej.

      Usuń
  4. Ciekawa jestem tej książki, na pewno przeczytam gdy będę mieć okazję :)
    Ps: Bardzo ładna strona, na pewno będę tutaj zaglądać .
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Książkę bardzo polecam - jest naprawdę warta uwagi.
      Swojego bloga także polecam i cieszę się, że Ci się podoba :)
      Pozdrawiam również!

      Usuń
  5. Tak sobie rozmyślam o tym, co przeczytałam na tym blogu. I do takich konkluzji doszłam też, że często kobiety wypowiadają się na zasadzie "my uciemiężone", ale przecież mężczyznom też łatwo nie jest. Tylko mają inny układ odniesienia.
    Może i ja wysłuchiwałam w dzieciństwie, że czemu się nie maluję, nie stroję, nie ufarbuję sobie włosów, nie schudnę, nie będę normalną dziewczyną, co to chodzi na dyskoteki i ma chłopaka.
    Ale o moim bracie było, że czemu się bardziej nie stara, przecież w przyszłości będzie musiał utrzymać rodzinę, powinien mieć dobrą pracę. A mój facet też nieustannie wysłuchiwał, jak to się po nim spodziewają kariery świetlanej i zarobków wysokich.
    A ci mężczyźni, co to nie chcą w wyścigu szczurów brać udziału i np. zadowalają się jakąś mniej ambitną pracą - często stają się obiektem lekceważenia, nawet ich własne kobiety, które z początku np. akceptują taki układ, potem wyrzekają im, że ciapa (nie znam osobiście, ale słyszałam o takich przypadkach).
    Więc być mężczyzną to też obciążenie. Już od najmłodszych lat musisz udowadniać wszystkim wokoło swoją męskość. Beata.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda - wszyscy podlegamy naciskom, które mają nas skłonić, byśmy odgrywali role społeczne przypisane naszej płci. Tylko że te role są różne dla kobiet i dla mężczyzn, co jednak nie znaczy, że mniej lub bardziej opresyjne. To właśnie to, o czym mówisz: dziewczyna ma się trzymać kanonu piękna i znaleźć chłopaka, chłopak ma zaś dużo zarabiać i być podporą rodziny. I obojgu nie będzie łatwo, jeśli się wyłamią z tego schematu.

      Często się zresztą mówi, że kobietom trochę łatwiej dopominać się o swoje prawa, bo robią to od wielu lat, a poza tym przyzwyczailiśmy się widzieć je w roli ofiar. Mężczyznom krytykować patriarchat trudniej, bo to przecież system, który ich uprzywilejowuje, choć jednocześnie wymaga od nich niemal całkowitego podporządkowania. Dlatego zresztą powstał cały nurt badań, który zwie się men's studies i analizuje właśnie społeczne i kulturowe konstrukcje męskości. Czytałam z niego tylko "Żelaznego Jana" Roberta Blya, który nie jest może książką wybitną, ale polecam i tak - daje do myślenia :)

      Usuń
  6. Tekst mnie raczej nie zachęca do zapoznania się z książką. Ledwo co zaczynam jakoś ledwo, ledwo akceptować własne jestestwo, a tu książka daje mi w zęby wnioskiem, że tylko chłopcy mogą wolni i szczęśliwi.
    Za bardzo mnie to wali po czułych miejscach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze Cię rozumiem, bo i mnie takie wnioski bolą, ale myślę, że "Fanfik" aż tak ponurego przesłania nie zawiera. Myślę, że w swoim portrecie dziewczyn autorka po prostu zwraca uwagę na pewne zjawiska, takie jak płeć kulturowa, podwójne standardy, nacisk społeczny na dostosowanie się do wzorców. Trochę je wyśmiewa, trochę krytykuje, a z pewnością obnaża ich absurdalność. Nie zamyka dziewczynom drogi do szczęścia ani wolności, ale pokazuje, że trzeba o nią zawalczyć.

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.