Tam też nadchodzi zima, czyli „Planeta wygnania” Ursuli Le Guin


No to mamy grudzień i kolejny etap wyzwania czytelniczego, podczas którego kto chce, ten zmaga się z „Sześcioma światami Hain” Ursuli Le Guin. Jedno powiedzmy od razu: pod wieloma względami „Planeta wygnania” jest podobna do debiutanckiego „Świata Rocannona” (obie powieści z 1966 roku). Znowu dużo się mówi o uprzedzeniach, konflikcie kultur i prawdzie, która zależy od tego, kogo zapytamy o zdanie. Znowu mówi się elegancko, z dystansem i tak, by nie wymknęło się ani jedno zbędne słowo. Ten szczególny chłód, zawsze jakoś obecny w powieściach Ursuli, tym razem trochę zepsuł Gryzipiórowi radość z lektury. Łatwo zaakceptować taką narrację, gdy bohaterem jest kosmiczny etnolog Rocannon, trudniej jednak pogodzić się z nią, gdy mamy podążać śladami kochanków z obcych sobie kultur.


Tekst zawiera minimalne spoilery.

Na pewno najciekawszy w „Planecie wygnania” jest sam koncept osamotnionej ludzkiej (?) kolonii, z trudem adaptującej się do obcego ekosystemu. Pozbawieni kontaktu z resztą wszechświata farbornowie wymierają powoli od 600 lat, zapominając coraz więcej z wiedzy, dzięki której niegdyś podróżowali między gwiazdami. Trudno ich jednoznacznie ocenić. To z jednej strony hołubiący dawne prawa męczennicy, którzy prędzej zginą, niż użyją obcej temu światu technologii, mogącej zachwiać jego naturalną równowagą. W rezultacie marnieją gdzieś zegary i inne tajemnicze przyrządy, dla których nikt już nie potrafi znaleźć zastosowania; dawno zniszczono całą niemal broń, zakazaną ze względu na embargo kulturowe. Z drugiej strony farbornowie nigdy nie zdołali pozbyć się mentalności najeźdźcy i głęboko zakorzeniło się w nich poczucie wyższości nad tubylcami z Tewaru, którzy nie zdołali jeszcze nawet wynaleźć koła. Pech chciał, że to właśnie owi tubylcy – przesądni koczownicy, którzy nie rozumieją swoich ludzkich sąsiadów i mają ich za czarnoksiężników – stają się ich towarzyszami niedoli.

Połowę opowieści poświęca Le Guin na zapoznanie nas z tymi jakże nieprzystającymi ludami, by w końcu postawić je w sytuacji, w której są na siebie skazane. Nadchodzi bowiem wieloletnia zima (heh), a wraz z nią Biali Wędrowcy śniegołaki. Wówczas pojawiają się pytania o możliwość przezwyciężenia różnic kulturowych i współpracy w obliczu potężniejszego najeźdźcy. Odpowiedź? Ostrożnie optymistyczna. Wstręt, kompleksy i pogarda dla tego, co obce, nie znikną oczywiście jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ale dzięki wspólnej walce mogą zostać pokonane na tyle, by dać nadzieję na odrodzenie obu wymierających ras. To i owo trzeba oczywiście poświęcić, gdyż zmuszone do koegzystencji ludy nie zdołają utrzymać ani starych obyczajów, ani odrębności genetycznej, ale w ostatecznym rozrachunku zapewnią sobie to, co najważniejsze na tej okrutnej planecie – biologiczne przetrwanie.

Historia planety wygnania ma więc w sobie sporo melancholii, którą Ursula podkreśla na dwa sposoby. Pierwszy to poetycki język, pozwalający snuć opowieść na sugestiach i niedomówieniach. Wszystkie te ścięte mrozem lasy i nocne śnieżyce zapadły Gryzipiórowi w pamięć bardziej niż martwe pejzaże „Świata Rocannona”. Nie wspominając o zegarach, co to na ścianach domostw farbornów spokojnie odmierzają wieczność. Figurą melancholii jest też Wold – wiekowy wódz tewarczyków, chodzący symbol przeszłej chwały i doskonałe wcielenie okrutnej, patriarchalnej kultury, w jakiej się wychował. Gryzipiór chętnie przeczytałby całą tę opowieść wyłącznie z jego perspektywy – tego trochę żałosnego, a trochę tragicznego starca, który wie, że musi odejść w zapomnienie wraz ze wszystkim, co reprezentuje. Niestety świat nie znosi próżni i Woldowi musiała zostać przeciwstawiona para młodych kochanków – Agat i Rolery. I wówczas, niestety, zaczęły się dziać rzeczy niedobre.

Jego głupie kobiety otaczały go z piskiem i biadoliły, przez co wszystko zaczęło mu się plątać i jeszcze bardziej go rozeźliło. Stara Kerly szybko je przepędziła, oddała mu włócznię, którą jedyna z nich zabrała, i zapięła mu pod szyją opończę z futra szarych korio, którą uszyła dla niego Jesienią. Tylko ona wiedziała jeszcze, jak się traktuje mężczyznę. Przyglądała mu się w milczeniu z pełną smutku dumą, więc on trzymał się najprościej, jak potrafił. Kerly była starą zrzędliwą babą, a on głupim staruchem, ale ich duma pozostała [s. 167].

Od czego by tu zacząć? Może od dziwnego pomysłu, że dwoje obcych sobie ludzi z obcych sobie kultur mogłaby połączyć od pierwszego wejrzenia jakaś metafizyczna więź, pozwalająca im porozumiewać się bez słów oraz wyczuwać swoje uczucia na duże odległości. No, takie cuda to chyba tylko w (złej) fantastyce. Oczywiście nietrudno sobie wyobrazić, że Agat i Rolery, znużeni swoimi zamkniętymi, niezmiennymi od wielu lat społecznościami, mogliby szukać czegoś więcej i znaleźć to właśnie u siebie nawzajem. Niemniej ich związek zadzierzgnięty zostaje zbyt szybko, byśmy zdążyli dobrze pojąć ich pragnienia i motywacje, a chemia między nimi jest... no, zerowa. Naprawdę Gryzipiór dawno się tak nie zdziwił, widząc, jak schodzi się dwoje bohaterów, zwłaszcza że różnice w wykształceniu i pozycji społecznej są między nimi ogromne (i oczywiście przemawiają na korzyść mężczyzny). To prawie tak, jakby połączyła ich nie miłość, a dziejowa konieczność.

[*]
Nie są oni też na tyle interesujący, by ich perypetie czytało się z wypiekami na twarzy. To raczej bohaterowie z przypadku, których uczucie dopadło w najgorszym momencie, czyli u progu zimy, gdy czas umierać. Zamiast realistycznego obrazu miłości między ludźmi z różnych kultur mamy więc nieznośną romantyczną kliszę. Kliszę, która w dodatku bardzo rzutuje na odbiór powieści. Skoro bowiem to Agat i Rolery mają być naszymi przewodnikami w toczącym się konflikcie kultur, dobrze byłoby przejąć się ich losami. A tu nic! Przynajmniej Gryzipiór w żaden sposób nie potrafił tej pary polubić, miał bowiem wrażenie, że obcuje z postaciami z papieru, które z pewnością nie zrobią autorce psikusa i nie zachowają się inaczej, niżbyśmy się tego spodziewali.

Kilku innych rzeczy zabrakło w tej opowieści. Po macoszemu potraktowany został wątek niespodziewanej ofensywy gaalów na południe, o której przyczynach nie wiemy nic ponad to, że pojawił się wśród nich jakiś wielki wódz. W ogóle nie poznajemy natury śniegołaków, które najpierw wydają się przerażającym wcieleniem samej zimy, później zaś przeistaczają się w bezrozumne, choć śmiertelnie niebezpieczne bestie. No i brak największy – fabularny. „Planeta wygnania” to taka powieść, która na dobrą sprawę mogłaby nie powstać. Wszystko jest w niej przewidywalne i – jak związek Agata z Rolery – trochę naiwne. Jest tak, jak celnie zauważyła Rusty – druga część cyklu „Hain” to bardziej szkic, taki zalążek prawdziwej historii. Można przeczytać i zapomnieć albo sięgnąć po „Pieśń Lodu i Ognia” George’a R.R. Martina, dla którego druga powieść Le Guin była wyraźną inspiracją. W końcu nadchodzi zima, a zimą nikt nie powinien być bez dobrej lektury.

  • Cykl: Hain (2)
  • Przekład: Juliusz P. Szeniawski
  • Wydawca: Prószyński i S-ka
  • Rok wydania: 2015 (1966)
  • Liczba stron: 98
  1. Kurcze, kuszą mnie te książki bo to klasyka, bo pięknie wydane, bo dobre recenzje itp. itd. Niestety przeczytałam "Czarnoksiężnika z Archipelagu" i mało brakowało a zanudziłabym się na śmierć. Tragedia. ledwo przebrnęłam. Czy (w moim wypadku) ma sens inwestować czas w jakąś inną książkę pisarki? Jeżeli tak to w którą?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trudne pytanie. Wszystkie powieści Ursuli, które czytałam, były do siebie jakoś podobne i żadna nie uczyniła mnie fanką jej twórczości. Z tego, co wpadło mi w ręce, mogę na pewno polecić "Grobowce Atuanu", które są sporo mroczniejsze i bardziej niejednoznaczne od "Czarnoksiężnika...", bo opowiadają o młodziutkiej dziewczynie, której odebrano imię, oraz kobiecej walce o władzę w żeńskiej świątyni pewnego okrutnego bóstwa. Zdecydowanie zaś odradzam "Najdalszy brzeg". Jeśli nie przekonały Cię pierwsze przygody Geda, to ta powieść tylko scementuje to uczucie.

      Natomiast jeśli interesują Cię sprawy związane z relacjami pomiędzy kulturami, to myślę, że mogłabyś spróbować cyklu "Hain", który generalnie wydaje mi się ciekawszy i bogatszy pod względem problematyki od "Ziemiomorza". Zakładam (bo sama nie czytałam), że najlepszym wyborem będzie "Lewa ręka ciemności" - bodaj najsłynniejsza powieść Ursuli, w dodatku podejmująca kwestie seksualności i płci kulturowej. Ale i "Świat Rocannona" wart jest grzechu, zwłaszcza ten rewelacyjny prolog (niegdyś osobne opowiadanie).

      Usuń
  2. Pamiętam, że czytałam kiedyś (a z 12 lat temu) "Planetę wygnania" i wątek miłosny mnie jakoś nie raził za bardzo. Pewnie dlatego, że nie lubię romansów i nie zwróciłam na niego uwago :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, ja też nie lubię romansów i dlatego zawsze zwracam na nie uwagę ;) No, może nie to, że nie lubię... Po prostu od bardzo, bardzo dawna nie natknęłam się w kulturze oficjalnej na wątek romantyczny, który wydałby mi się choć trochę wiarygodny i oryginalny. To, co między Agatem a Rolery, też jest dla mnie takie sztampowe i nieciekawe, a że na ich relacji opiera się znaczna część fabuły, to i ona przejmuje sporo z tej sztampy.

      Usuń
  3. No właśnie, a przecież mogło być ciekawie. A Le Guin to jeszcze zepsuła, tym możliwym potomkiem Agata i Rolery. Przez to nie mogę się za "Miasto złudzeń" zabrać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Potomek - myślę - musiał być, żeby umocnić przekaz o nadziei danej dwóm tak obcym kulturom na skraju wymarcia, które odważyły się do siebie zbliżyć. Trochę pod tezę, trochę idealistycznie, ale może to lepiej, niżby ich wszystkich miało zasypać śniegiem. Mnie motywuje to, że przed nami "Lewa ręka ciemności", którą chciałam przeczytać od zawsze, ale jakoś nigdy nie mogłam się zmusić, by brnąć do niej przez pół Hainu. Dzięki Tobie chyba w końcu dobrnę :D

      Usuń
    2. A, i to będzie coś. Uwielbiam tę powieść.

      Usuń
  4. Jak tylko zaczęłam czytać, to się nastawiałam na ten romans, tylko miałam nadzieję, że Rolery podejdzie do tego bardziej cynicznie. Jakieś "nie mogę być pierwszą żoną, to będę nie tylko pierwszą, ale i jedyną" czy coś. A tu nic z tego i rzeczywiście wyszło takie meh.

    Z drugiej strony trochę rozumiem zamysł. Rolery chyba tego nigdzie nie mówi, ale ja zakładam, że chce mieć dzieci, chociażby dlatego, że mam wrażenie, że wśród tych ludzi tradycja trzyma się bardzo mocno (w ogóle to jest ciekawe jak bardzo, ale nie napiszę więcej, bo nie chcę spoilerować - chyba że to ja sobie coś wymyśliłam). Agatowi też zależy na potomstwie, bo jego lud wymiera. A z takiego związku dzieci nie mogło być (na tamten moment). A samo zajście w ciążę chyba było nawet niebezpieczne dla kobiety (na pewno dla kobiet farbornów, ale nie pamiętam, czy dla tubylców też, czy po prostu w nią nie zachodziły), a o środkach antykoncepcyjnych też chyba nic nie było. W takiej sytuacji mogę sobie wyobrazić, że żeby ich połączyć, musiały zaistnieć jakieś bardzo szczególne okoliczności i stąd "porozumienie dusz". :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Albo "dziejowa konieczność" :P Taaak, cyniczna Rolery byłaby o niebo ciekawsza. Mnie się wydaje, że na początku powieści Rolery jest pogodzona (co nie znaczy, że szczęśliwa) z tym, że nie będzie miała rodziny. W którymś momencie stwierdza przecież, że nie wyjdzie za mąż i nie urodzi dzieci, bo sama przyszła na świat o niewłaściwej porze roku i minął odpowiedni na to czas (choć trudno powiedzieć, czy chodzi jej o jakieś biologiczne uwarunkowania płodności tewarczyków, czy właśnie o tradycję). W tym sensie Agat - a przynajmniej jakiś farborn - jest jej jedyną szansą na miłość, bo nikt z jej ludu jej nie poślubi (koncept miłości jest tam chyba albo nieistniejący, albo ograniczony do małżeństwa - trudno powiedzieć). Dopiero na końcu pojawia się jakaś nadzieja na międzygatunkowe rodzicielstwo. Niemniej nie widzę doprawdy uzasadnienia dla tego "porozumienia dusz" poza Koniecznością Fabularną. Żeby w nie uwierzyć, trzeba by przyjąć bardzo idealistyczną, bardzo romantyczną koncepcję miłości, która zwycięża wszystko - koncepcję, która jakoś gryzie mi się z tą trzeźwą, drobiazgową analizą innych aspektów relacji między kulturami, jaką przedstawia Ursula w tej powieści.

      Usuń
  5. Farbornowie w pewien sposób przypominają Shinga, nie sądzisz? Wpadłam na tę myśl dopiero czytając Twój ich opis (a że nocą skończyłam czytać "Miasto złudzeń"... ;-)).

    A co do rzeczy brakujących: mnie się wydaje, że to zabiegi celowe. Że zostajemy na chwilę wrzuceni do tej historii, nie znamy przyczyn, słabo rozpoznajemy skutki, w kolejnej części Le Guin każe nam się przyglądać innej planecie, dwanaście wieków dalej. I stąd taka a nie inna decyzje narratorskie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, sama nie wiem. Z jednej strony jest uderzające podobieństwo: to przekonanie o własnej wyższości, ta pełna pychy izolacja prowadząca do upadku. Z drugiej... można chyba założyć, że u farbornów w grę wchodzi nie tylko pogarda dla gorszej w ich przekonaniu rasy, ale też to embargo kulturowe Ligi Wszystkich Światów, które zakazywało ingerencji w obce światy. Trudno tylko rozstrzygnąć, na ile ich izolacja w "Planecie wygnania" wynika z przywiązania do wartości nieadekwatnych do nowej rzeczywistości, a na ile z wiary we własną wyjątkowość. Tak czy inaczej, bardzo podoba mi się pomysł na interpretację historii Shinga jako takiej fantazji "co by było, gdyby" farbornowie jednak nie połączyli sił z Tewarczykami. Chyba faktycznie mogliby tak skończyć. Tyle że o kilka milionów lat szybciej.

      I zgadzam się, że rzeczy, których brakuje, brakuje prawie na pewno celowo. Nie masz wrażenia, że Ursula ciągle w "Hainie" stawia czytelników w sytuacji badaczy, którzy nagle trafiają na obcą cywilizację i muszą poskładać sobie jakiś jej sensowny obraz z fragmentów i sugestii? Może to narzekanie na wybiórczość tych powieści bierze się właśnie z takiej (zamierzonej przez autorkę) czytelniczej klęski przy układaniu pełnego obrazu? Niepokojąca myśl!

      Usuń
    2. Tylko że my nic pewnego o Shinga nie wiemy. Skąd się wzięli? Czemu za swój cel uznali Ligę? Czemu członków Ligi od początku właściwie, bo dowiadujemy się tym już w "Świecie Rocannona" prześladuje myśl o Wojnie, Która Nadejdzie? Czy Shinga nie są trochę efektem samospełniającej się przepowiedni -- a trochę, kto wie, może tylko aktorami odgrywającymi przeznaczone im role? I tak, myśl o tym, że kto wie, czy Farbornowie nie skończyliby podobnie jest mi jakoś bliska.

      O, to fajna strategia interpretacyjna -- i pisarska, rzecz jasna! I sprawdza się tutaj też w przypadku cywilizacji, które pozornie znamy, a okazuje się, że w wyniku jakiegoś dystansu (czasowego, poznawczego i tym podobne) stały się dla nas częściowo obce.

      Usuń
    3. Dla mnie Shinga są takim ucieleśnieniem lęku kolonizatora przed tym, że w końcu i do jego świata zawita ktoś silniejszy, ktoś, kto zrobi temu kolonizatorowi to samo, co ten uczynił wcześniej podbitym ludom. Ale masz rację - nic o nich nie wiemy z wyjątkiem tego, że rzekomo miłują życie, więc interpretacje można mnożyć prawie do woli.

      Właśnie, właśnie - to ostatnie, o czym piszesz, świetnie się sprawdza w "Mieście złudzeń", kiedy poznajemy tę starą/nową Ziemię. Niby wszystkie te społeczności składają się z elementów, które doskonale znamy, ale mimo to i tak są dla nas całkowicie nieprzewidywalne. Czyli ta pozorna swojskość Ziemi nie tylko jest zdradliwa, ale i jeszcze przez kontrast wzmacnia to poczucie obcości, które wywołuje podróż Falka przez tę dziwną postapokaliptyczną Amerykę.

      Usuń
    4. Albo -- tak już marginalnie dopowiem :-) -- jak to wychodzi z "Miasta złudzeń", że ci podbici w tej czy innej formie kiedyś wrócą i upomną się o swoje.

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.