Chochołowi ludzie w kosmosie, czyli „Łotr 1”


Dawno temu w odległej galaktyce dwoje ludzi padło sobie w objęcia nad brzegiem turkusowej laguny, w złocistej poświacie, którą do ostatniej chwili można było wziąć za blask zachodzącego słońca. Podobnie sentymentalne sceny podkopują zwykle Gryzipiórową wiarę we współczesną kinematografię, jednak tym razem było inaczej. Po finale „Łotra 1” niżej podpisany po prostu siedział w zadumie i spoglądał na przewijającą się na ekranie listę nazwisk. Aktorów, nie poległych. Choć skojarzenie było jednoznaczne. Jak się bowiem okazało, na tegoroczną Gwiazdkę Disney podarował nam solidny film wojenny, w którym nareszcie widzimy ciemną stronę Rebelii.


Tekst zawiera spoilery.

Tło wydarzeń: wielce sugestywne. Świat pod rządami Imperium. Drogi rozjeżdżone gąsienicami czołgów, uliczne łapanki z inspekcjami w bramach, obozy pracy na ośnieżonych pustkowiach. Wszechobecne białe hełmy szturmowców i wielkie, hałaśliwe machiny wojenne, roztaczające wokół atmosferę terroru. Wszystko brudne, wytarte, zszarzałe od błota, jakby właśnie zjechało z pola bitwy. Ludzie żyjący w ciągłym poczuciu zagrożenia, które udziela się widzowi. Ciasnota; rebelianci tłoczą się w podziemnych bazach i spotykają w wąskich zaułkach, a i tak nie mogą być pewni dnia ani godziny. Nie żeby sami byli kryształowo czyści. „Łotr 1” dokonał tego, na co tak bardzo czekało wielu fanów: pokazał odcienie szarości w czarno-białym konflikcie Sojuszu i Imperium. Że szlachetna idea sprzeciwu wobec opresji to za mało, by zjednoczyć ludzi. Że Rebelię rozdzierają osobiste ambicje i rozmaite stronnictwa, zainteresowane realizacją własnych interesów. Że swoje plany mają ekstremiści, niezbyt przejęci losem cywilów. Że działa – i to całkiem sprawnie – pion wywiadowczy, uciekający się niekiedy do metod, jakich nie powstydziłoby się Imperium. Szantaż? Porwanie? Morderstwo? Proszę bardzo. W końcu czego się nie robi dla Rebelii?

Bohaterowie: nieistotni. Właściwie przypadkowi. Nie poznasz ich przeszłości, ponieważ jej nie mają. Urodzili się jako rebelianci i jako rebelianci umrą. Dzieci ojców, których zbyt wcześnie pochłonęła machina terroru. Wbrew pozorom są najmocniejszą stroną filmu. Z początku ich anonimowość trochę Gryzipióra drażniła, bo niełatwo się przejąć losem bohaterów, których imiona ledwie się pamięta, a o ich motywacjach i dawnych postępkach nie wiadomo nic. Z czasem jednak chęć zrozumienia postaci ustąpiła miejsca zadumie nad okrucieństwem historii, która poświęcenie takich nieznanych żołnierzy nagradza jedynie mglistą obietnicą jakiejś zbiorowej, pośmiertnej chwały. Dlatego nie rozpaczajmy, że nie powiedziano nam, jak się nazywała prababka Baze’a i co lubił zjeść na śniadanie Bodhi. Im mniej o nich wiemy, tym bardziej dostrzegamy niesprawiedliwość losu, który ograbił ich z dzieciństwa i możliwości spełnienia swoich własnych, egoistycznych pragnień. Wymownym przykładem takiej straty jest wątek miłosny, rozegrany z wielką i celową subtelnością. Znajomość typowej narracji z Fabryki Snów każe nam się łudzić, że coś z tego będzie, choć bezlitosna logika opowieści wojennej podpowiada, że na miłość nie ma czasu, że wszystko, co się wydarzy między bohaterami, będzie pośpieszne, przelotne, zawsze jakoś niespełnione.

fot. Lucasfilm Ltd. [*]
Jedyni bohaterowie, o których należało powiedzieć więcej, to Jyn i Galen Erso. Historia Jyn ma dwie spore dziury, przez które brakuje jej psychologicznej ciągłości. Po pierwsze, nie wiemy, czym zajmowała się po rozstaniu z Sawem Gerrerą i za co Imperium skazało ją na obóz pracy. Po drugie, nie jest jasne, co skłoniło ją do zmiany stosunku do Rebelii; w którym momencie wstrząs po śmierci Galena przerodził się w pragnienie walki z opresyjną władzą. W jej historii wyczuwalny, choć chyba nie dość wyeksponowany, jest też problem niejednoznacznej biografii ojca, który najwyraźniej nie zawsze współpracował z Imperium z przymusu. Był naukowcem zaślepionym wiarą w postęp, karierowiczem bez kręgosłupa moralnego, a może synem imperialnego dygnitarza, który późno zdał sobie sprawę z tego, jak niegodziwej władzy służy? „Łotr 1” nie rozwinął tematu, a szkoda, bo wątek dzieci zmagających się z winą ojców jest zawsze ciekawy i fajnie byłoby zobaczyć, jak radzą sobie z nim „Gwiezdne wojny”. 

Może z powodu tych braków niespodziewanie ciekawszy od Jyn okazał się jej ekranowy towarzysz – Cassian Andor. Cassian jest rebeliantem od szóstego roku życia i prędzej sam zabije kalekiego informatora, niż pozwoli mu wpaść w ręce wroga. Porusza się w tej kłopotliwej szarej strefie między dobrem a złem wraz ze wszystkimi, którzy w imię słusznej sprawy dokonują strasznych czynów. Proszę – myśli wówczas widz – niech ktoś palnie tyradę o tym, jak każda rebelia z czasem upodabnia się do systemu, z którym walczy, jak ślepe posłuszeństwo i wiara w cel uświęcający środki nie są wcale wyłączną domeną wrogów. Nic z tego. Cassian nie jest degeneratem. To zwyczajny facet z całkiem sprawnym kompasem moralnym, który dla Rebelii gotów jest poświęcić wszystko, nawet własne sumienie. I choć z czasem zaczyna kwestionować otrzymane rozkazy, film nie ukazuje nam tej zmiany jako triumfu. Można się zresztą zastanawiać, czy dopóki los Sojuszu wisi na włosku, samowola szeregowych żołnierzy nie jest równie groźna, co ślepe wypełnianie poleceń dowódcy.

fot. Lucasfilm Ltd. [*]
Sumienia innych bohaterów nie są niestety w wiele lepszym stanie. Ktoś powie, że Bodhi był jedynie nieszkodliwym pilotem transportowca, który tylko wykonywał swoją robotę, ale to właśnie dzięki setkom takich pilotów Imperium mogło codziennie funkcjonować. Chirrut z kolei wygląda na hochsztaplera czerpiącego z legendy rycerzy Jedi, który recytuje martwe formułki i stara się nadać mistyczny wymiar własnemu kalectwu. Jest uosobieniem upadku sztuki Jedi, wygnanej ze świątyni prosto na jarmark i... niespodziewanie odżywającej w finale (a może nie? może cudowne przejście pod ostrzałem wroga było dziełem przypadku?). I tylko Baze stanowi zagadkę. To bohater, którego funkcję – ciągłe podważanie sensu wiary w Moc – mogłaby przejąć każda inna postać, więc Gryzipiór zaczął się zastanawiać, czy jego obecność nie jest czasem delikatnym ukłonem w stronę fandomu i publiczności LGBT.

To prawdziwy paradoks, że choć bohaterowie są ledwie zarysowani, można o nich mówić i mówić. Wpisują się w archetypy opowieści o wojnie i czasach terroru, nie są jednak papierowi ani nadmiernie przewidywalni, w czym spora zasługa aktorów. Nie ma może w „Łotrze 1” jakiejś szczególnie zapadającej w pamięć roli, ale to akurat uzasadnione w filmie, w którym śledzimy wyłącznie losy bohaterów drugiego planu. Kawał dobrej roboty wykonała też reszta ekipy – mimo dokrętek film jest spójny, sceny batalistyczne i efekty specjalne doskonałe (wstyd przyznać, ale Gryzipiór zupełnie się nie zorientował, że jedna z postaci została stworzona komputerowo), akcja toczy się wartko, a roboty tradycyjnie mają więcej osobowości niż większość ludzi. Jeśli się czepiać, to nieco bezbarwnego Złego – jakby przepisanego ze Starej Trylogii zimnokrwistego drania, który nie budzi refleksji, tylko potępienie. No i dziką satysfakcję, kiedy wreszcie spotyka go poetycka sprawiedliwość.

fot. Lucasfilm Ltd. [*]
Cała para „Łotra 1” poszła jednak w finał, bezlitosny dla widza przyzwyczajonego, że dobre Hollywood oszczędzi mu bólu i deziluzji nawet za cenę logiki. Kapitalna jest już sama zmiana scenografii; nagle brud, mrok i szarzyzna ustępują miejsca tropikalnemu rajowi, w którym – wiemy – za chwilę rozegra się tragedia. Pal licho, że zginą wszyscy zaangażowani, choć nie jest to zakończenie, jakiego spodziewalibyśmy się po tego rodzaju kinie. Ale ten realizm, ta dyscyplina w wiarygodnym ukazaniu pola bitwy, to poczucie, że wszystko dzieje się na serio, bez taryfy ulgowej – to jest naprawdę mocne. I jeszcze ta straszna bliskość z na wpół anonimowymi bohaterami, którzy doskonale wiedzą, że biorą udział w samobójczej misji, i po prostu starają się wykonać swoją robotę najlepiej, jak potrafią. Fabryka Snów lubi nam w takich momentach opowiadać o nadziei jako o motywacji do ostatecznego poświęcenia, co zwykle kończy się na nieznośnych frazesach. Analogiczna przemowa w „Łotrze 1” nie budzi zażenowania, może dlatego, że oddanie życia w imię słusznej sprawy jest logiczną konsekwencją drogi obranej przez bohaterów, którzy dawno już skreślili własną przyszłość z kalendarza.

fot. Lucasfilm Ltd. [*]
„Łotr 1” nie jest oczywiście pozbawiony wad i zdarzają się w nim sceny wyjęte jakby z innego, prostszego filmu (jak ta, w której Jyn ratuje czyjeś zagubione dziecię, a widz już wie, że mrukliwa buntowniczka ma jednak serce po właściwej stronie). Generalnie jednak Gryzipiór jest wniebowzięty, że dostał takie „Gwiezdne wojny”, jakie od dawna chciał zobaczyć. Niby nie ma tu nic, o czym wcześniej nie opowiedziałoby mu kino wojenne, ale dzięki zaskakującej zmianie konwencji te stare wątki odżyły, a losy Jyn i spółki – chochołowych żołnierzy Rebelii – autentycznie go poruszyły. Bardzo się Gryzipiórowi podobało, że uniknięto fetyszyzacji męczeństwa. Nie ma po finałowej tragedii żadnego pośmiertnego wręczania medali, żadnej płomiennej przemowy. Tylko rozgwieżdżona pustka kosmosu, no i te przewijające się na ekranie nazwiska. I dwoje ludzi, którzy padli sobie w objęcia nad brzegiem turkusowej laguny, w złocistej poświacie, którą do ostatniej chwili można było wziąć za blask zachodzącego słońca, choć im przyniósł śmierć, a nam – kolejną porcję deziluzji.

  • Reżyseria: Gareth Edwards
  • Scenariusz: Chris Weitz i Tony Gilroy
  • Premiera: 15 grudnia 2016
  1. Do tego filmu podchodziłam z ogromnymi obawami. Strasznie bałam się, że nie spodoba mi się podobnie, jak 7 epizod, który w moim odczuciu był po prostu marny. Dlatego w kinie siedziałam z dozą niepewności. A jednak! Łotr okazał się dobry. Nie mówię, że idealny, bo mam parę rzeczy do zarzucenia (największy minus to muzyka), ale ogólnie wyszedł fajnie. Mimo że wiedziałam, jak film się skończy, to i tak byłam smutna i niemal płakałam. Historia mnie wciągnęła i usatysfakcjonowała w wielu wątkach (pokazanie szarości, powód dla którego Gwiazda Śmierci była nieidealna).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Ci się podobał! Fakt, nie jest to film wybitny, ale moim zdaniem to dobrze, że powstał, i też byłam usatysfakcjonowana historią :) Co do muzyki, to muszę się wstrzymać z wyrokiem do przesłuchania całego soundtracku, ale pamiętam parę ciężkich, metalicznych momentów, które wydały mi się udane. Jeśli wierzyć Wikipedii, kompozytor dostał tylko 4,5 tygodnia, więc w zasadzie brak wtopy można już uznać za sukces :)

      Usuń
  2. O tak, mam podobne zdanie na temat tego świetnego filmu :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo mi się podobała Twoja interpretacja postaci Bodhiego, bo sama się głowiłam ale o co z nim w ogóle chodzi. Ja jestem "Łotrem 1" raczej zawiedziona. Te wszystkie cienie Rebelii są pokazane wiarygodnie, ale całość zdawała mi się jednak wyprana z emocji. I może taki był cel, czyli zrobienie "brudnego" filmu wojennego w uniwersum Gwiezdnych Wojen, ale ja jednak w Gwiezdnych Wojnach szukam emocji właśnie. I pewnie gdyby to był osobny film s-f to bardzo możliwe, że byłabym w pełni usatysfakcjonowana. Ale jako "nadprogramowa" część większej całości wrzucona fanom podczas oczekiwania na kontynuację "Przebudzenia mocy" kojarzy mi się trochę z filmami Disneya typu "Kopciuszek 2", czyli zwykłym odcinaniem kuponów od sukcesów filmów które kontynuacji już naprawdę nie potrzebują ;) A także pójściem na łatwiznę na zasadzie "nie musimy w scenariuszu tłumaczyć niemal niczego, bo fani i tak dorobią sobie teorie". Ale jak widzę jestem w tych sądach raczej odosobniona. Trochę tylko się obawiam, że Disney kolejnymi "Historiami" zarżnie świat Gwiezdnych Wojen.

    I sama się zastanawiam dlaczego tak myślę, bo teoretycznie jestem idealnym targetem. Czytałam książki osnute wokół postaci z Gwiezdnych Wojen, oglądałam seriale animowane, grałam w gry itd., ba, nawet fanfiki pisałam, jestem otwarta na wszelką "niekanoniczność" ale jednak podczas oglądania filmu czułam straszny zawód, że to nie moi bohaterowie, że to nie moje Gwiezdne Wojny. Może przesyt wszystkimi "uniwersami" w jakie wskoczyłam w tym roku? Może za bardzo podobało mi się "Przebudzenie Mocy" i podświadomie szukałam tych samych emocji? A może po prostu nie kupuję takiej stylistyki. No nie wiem ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm. A może jest na odwrót? Może targetem twórców "Łotra" są właśnie laicy, którzy oglądali poprzednie filmy, więc kojarzą, co trzeba, ale nie zagłębiali się w rozszerzone uniwersum i nie wiedzą jeszcze, jak bogaty to jest świat? Dla takich film wychodzący poza stylistykę dwóch dotychczasowych trylogii będzie czymś nowym i zaskakującym i pewnie nie wyczują w nim tego odcinania kuponów, o którym piszesz. Więc może to właśnie kwestia doświadczeń z uniwersum SW, w którym - jak podejrzewam - nie brakuje opowieści podobnych w klimacie do "Łotra"?

      Właśnie jakoś w recenzjach nikt o Bodhim nie pisze, a przecież gdzieś tu kryje się interesujący wątek człowieka, który przeszedł na stronę tych dobrych, a potem zorientował się, że nie są oni wcale o wiele lepsi od Imperium. To mógłby być osobny film! No ale bohater zbiorowy to zachłanne bydlę, które pożarło takie indywidualne niuanse, a szkoda.

      Usuń
    2. Film jest przede wszystkim dla fanów. Umieszczono w nim bardzo wiele smaczków, które są nie do wychwycenia dla osób, które SW się nie interesują. Na Jedha Jyn Erso przepycha się pomiędzy dr Evazanem i Pondą Babą, którzy mieli pecha i szukali zwady z Luke`iem w kantynie na Mos Eisley. Dla fanów rozgoryczonych Przebudzeniem Mocy wprowadzono generała Dodonnę, który w filmie jedynie stoi i przypatruje się, wspomniano o Obi Wanie, do którego została wysłana Leia, wklejono nie tylko twarz Tarkina, ale też dowódcy czerwonych Garvena Dreisa i dowódce złotych Jona Dutch Vandera, a postacie Mon Mothmy i Baila Organy grają ci sami aktorzy co w Zemście Sithów. Nawet w bitwie nad Scariff ginie czerwony 5, po którym otrzyma kryptonim Luke w Nowej nadziei. Ukłony wobec fanów dotyczą nie tylko postaci, ale też niebieskiego mleka z Banth, które jest w domu Erso a wcześniej przygotowywała je Beru na tatooine... Dla młodszych widzów wprowadzono generał Syndullę (choć nie pokazano jej w filmie), chopera, a w flocie rebeliantów pojawia się Ghost statek znany z serialu dla dzieci

      Usuń
  4. Osoba reżysera Rogue One (który pamietany jest głównie z kiepskiej Godzilli) budziła spore zaniepokojenie. Podobnie informacja o sporych dokrętkach niepokoiła, że powtórzy się sytuacja z filmów DC (zarówno Batman v Superman: Dawn of Justice i Suicide Squad), gdzie montaż wypaczył wiele wątków. Rogue one okazał się więc bardzo miłą niespodzianką. Film, który był wyraźnie skierowany do fanów zapewne będzie najbardziej kasowym filmem, który wszedł do kin w USA w 2016 roku i pod koniec wyświetlania znajdzie się w pierwszej dziesiątce amerykańskiego box office`a. Początek filmu jest trochę chaotyczny, ale potem jest lepiej. Rzeczywiście nawrócenie na rebelie Jyn Erso jest niezbyt nieprzekonujące. Trudno kupić to w takiej postaci, jakiej pokazano w filmie. Galena Erso rzeczywiście było trochę za mało. Jego karierę można śledzić w powieści J. Luceno Star Wars: Catalyst, której polskie tłumaczenie ukaże się w kwietniu 2017 roku. Ciekawe jest zwrócenie uwagi na Bodhiego, choć on jest trochę zbyt pamierową postacią. Znów Chirrut Imwe i Baze Malbus są strażnikami Whills - whills przewijali się w koncepcjach Lucasa jeszcze w pierwszych scenariuszach A New Hope (kiedy film jeszcze miał tytuł Star Wars). Najwidoczniej strażnicy Whills są klerem kościoła Mocy. Do tej pory w filmach Lucasa widzieliśmy jedynie użytkowników Mocy i ludzi, którzy nie potrafili z niej korzsytać. Teraz widzimy, że Moc jest nie tylko panteistycznym realnie istniejącym bóstwem w tamtej Galaktyce, ale też istnieje religia oparta na wierze w nią. Religią, która w efekcie działań Palpatine`a znalazła się w kryzysie. On sam nie wystepował publicznie jako Sith, Vader był znany jedynie nielicznym, Jedi zostali wygubieni. Chirrut i Baze są ostatnimi reliktami tej wiary, upadłego kościoła. Jeden symbolizuje wiarę w dawną religię, drugi pod wpływem wydarzeń stracił swoją wiarę

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.