Classic Book Tag, a co!


Święta – powiadają – to czas powagi i zadumy, więc dziś będzie o czymś, o czym, jak wiadomo, nie wypada inaczej niż z powagą i zadumą. Mianowicie o klasyce literatury. Jakiś czas temu Piotr Muszyński z bloga Fanboj i życie nominował Gryzipióra do wyzwania Classic Book Tag, w którym należy się zmierzyć z dziesięcioma pytaniami o swoje doświadczenia z kanonem literatury. A że Gryzipiór jest gapa, to o wyzwaniu zapomniał – i przypomniał sobie o nim dopiero wczoraj. Będzie więc teraz próbował wybrać swoją ulubioną baśń, rozważał, co mu nie podeszło w „Dziwnych losach Jane Eyre”, a także zastanawiał się, czy nieznajomości dzieł wielkich klasyków należy się wstydzić.

Popularna klasyka, która Ci się nie spodobała?
Sporo tego, niestety, było. Były powieści, które Gryzipiór przeczytał, kiedy był na nie za młody („Mistrz i Małgorzata”, większość klasyki literatury dziecięcej), oraz takie, które przeczytał nie dość uważnie („Czarodziejska góra” na przykład). Długo nie mógł się porozumieć z Tolkienem. Ostatnio zaś rozczarowały go „Dziwne losy Jane Eyre” – powieść, która jakoś złośliwie rozwijała wątki dla Gryzipióra mało interesujące, a prześlizgnęła się po tych, które wydawały się mu najciekawsze (jak choćby dzieciństwo Jane i jej pobyt w szkole dla dziewcząt, jako żywo przypominającej obóz jeniecki). Oczywiście ktoś nawykły do szukania drugiego dna znajdzie w niej mnóstwo materiału do przemyśleń, zwłaszcza dotyczących dziewiętnastowiecznych stosunków społeczno-ekonomicznych, kontroli kobiecej seksualności czy władzy męskiego spojrzenia. Niemniej Gryzipiór – alergicznie reagujący na historie o skromnej nauczycielce zakochującej się w pozornie okrutnym, ale w istocie wielkodusznym panu z mroczną przeszłością, którą trzeba pokonać, zanim uda się z niego zrobić idealnego męża – męczył się z tą książką strasznie i miał jej po dziurki w nosie już w okolicach setnej strony.

O którym okresie historycznym lubisz czytać najbardziej?
O każdym! No, prawie, bo Gryzipiór jest totalnie wyprany z sentymentu do Polski Ludowej i doprawdy nie ma dla niego większej tortury, niż oglądanie „Rejsu” czy czytanie „Złego”. Przepada za to za opowieściami wojennymi, także tymi o obozach i o konspiracji, bo pozwalają podejrzeć ludzi w sytuacjach skrajnych i poniekąd eksperymentować na sobie jako na czytelniku. Bardzo go też frapuje mitotwórcza rola tej literatury w Polsce, gdzie ciągle nawiedzają nas duchy przeszłości, a jednak po opowieści wojenne sięgamy rzadko i histerycznie reagujemy na wszelkie próby ich reinterpretacji. Szczególnie miejsce w Gryzipiórowym sercu zajmuje również druga połowa XIX wieku jako kronika schyłku starego świata, z całą towarzyszącą mu melancholią i przeczuciem katastrofy, z miastem jako żarłocznym potworem, narodzinami psychiatrii i gorączką nowych ideologii. No i jest jeszcze średniowiecze, które Gryzipiór uwielbia w obu wersjach: zarówno romantycznej, tej z magią i rycerskimi ideałami, jak i tej brudnej, okrutnej i pozbawionej złudzeń.

Ulubiona baśń?
Tylko jedna? No to może „O chłopcu, co ruszył w świat, by poznać strach” braci Grimm. Za humor i za przekorę. Większość baśni opowiada o tym, jak oswoić lęk, ta jednak pokazuje, że zdolność odczuwania strachu jest czymś pozytywnym, niezbędnym wręcz, czego brak to dostatecznie dobry powód, by wysłać bohatera na kształtującą charakter wyprawę. Jeśli zaś przyjąć, że pojawiające się w finale wiadro cierników ma erotyczne konotacje, to mielibyśmy chyba do czynienia z rzadką i zawoalowaną baśnią o bohaterze badającym własną, nienormatywną seksualność.

Klasyka, której nieznajomości wstydzisz się najbardziej?
Ciekawe pytanie, zawierające tezę, że nieznajomości klasyki należy się wstydzić. Gryzipiór nie byłby tak surowy, zwłaszcza że repertuar klasyki jest mocno umowny, a do tego pozostaje zakładnikiem polityki i ideologii. Gdyby jednak miał wskazać opowieści z kulturowego kanonu, które chciałby poznać bliżej, to pewnie wybrałby coś z literatury rosyjskiej (z której łyknął tylko Dostojewskiego i co nieco Nabokova). W przyszłości chciałby też poważnie zabrać się do Lema, którego twórczość zna w odpryskach, przez co jeszcze nie ułożył jej sobie w sensowną całość. 

Pięć klasycznych powieści, które zamierzasz przeczytać w najbliższym czasie?
Czy w najbliższym, to trudno powiedzieć, ale 2017 rok Gryzipiór ma zamiar spędzić z powieścią gotycką, toteż w planach są na pewno opowieści E.T.A. Hoffmanna, „Dracula”, „Doktor Jekyll i pan Hyde”, „W kleszczach lęku” i na deser „Opactwo Northanger”.

Ulubiona współczesna powieść bazująca na klasyce?
Może „Dziwny przypadek psa nocną porą” Marka Haddona, który urzekł Gryzipióra tym, że w ramach powieści detektywistycznej z niesamowitym wyczuciem pokazuje, jak to jest postrzegać świat inaczej niż wszyscy z powodu zupełnie odmiennych procesów poznawczych. Bohater – prawdopodobnie autysta – to młodsza wersja Sherlocka Holmesa, którego literatura i popkultura zapamiętały jako genialnego detektywa, zapominając, że jego fenomenalny zmysł obserwacji równie dobrze mógł być wynikiem tego, co wielu wciąż postrzega jako poznawczą dysfunkcję.

Ulubiona ekranizacja filmowa / serialowa?
O, to proste: „Sherlock” produkcji BBC. Nie jest to ekranizacja sensu stricto, ale poczyna sobie z kanonem tak inteligentnie, oryginalnie i chwilami wywrotowo, że siłą rzeczy inaczej się po niej czyta opowieści Arthura Conana Doyle’a. Gryzipiór polubił ją najbardziej za to, że obnaża samego Sherlocka Holmesa jako konstrukcję literacką i medialną, za którą kryje się niesympatyczny, pełen wad człowiek, ciągle zmagający się z własną innością oraz uczuciami, których nie dopuszcza do głosu. Do tego kapitalna obsada, świetna muzyka, wodzenie widza za nos i intertekstualne nawiązania, które można rozszyfrowywać tygodniami. No majstersztyk.

Najgorsza adaptacja klasyki?
Na to pytanie Gryzipiór już zawsze będzie miał jedną odpowiedź. „Hobbit”. „Hobbit” był doskonały, dopóki był urokliwą baśnią o podstarzałym kawalerze, który po raz pierwszy przekroczył próg domu. Potem jednak twórcy zaczęli się ścigać z sukcesem „Władcy Pierścieni” i zamienili tę kameralną opowieść w sztucznie rozdmuchanego kolosa z fatalnie napisanymi bohaterami i efektami specjalnymi, które aż proszą się o facepalm. I chyba tylko filmowe wcielenie Thorina podobało się Gryzipiórowi bardziej niż książkowe, choć wolałby, aby jego tragiczną historię opowiedziano nieco mniej jednoznacznie.

Ulubiona szata graficzna, którą chcesz mieć w kolekcji?
Całkiem niebrzydkie są te nowe edycje opowieści Lema, które przygotowało Wydawnictwo Literackie. Nie żeby Gryzipiór podpowiadał Wam, gdzie szukać dla niego prezentu. Skądże.

Mało znana klasyka, którą chcesz polecić?
„Wehikuł czasu” albo „Wojnę światów” Herberta George’a Wellsa. Niedawno Gryzipiór odkrył, że nie jest to klasyka powszechnie znana nawet wśród wielbicieli fantastyki. Może z powodu swojego przytłaczającego pesymizmu? Tak czy inaczej, poleca ją każdemu, bo to lektura mądra, wciągająca i niepokojąco profetyczna. Dostaje się w niej kolonialnym zapędom Europy, sztywnej hierarchii społecznej, ślepej wierze w postęp, zinstytucjonalizowanej religii, wymuskanej arystokracji i bezmyślności motłochu, krótko mówiąc: wszystkiemu, co było złe u progu XX wieku i pozostało złe do dzisiaj. Bardzo satysfakcjonujące. A Gryzipiórowe recenzje możecie przeczytać tu i tu.
  1. No właśnie im dłużej myślę nad losami Jane Eyre, tym bardziej się zastanawiam, czy to aby o miłości nauczycielki do chmurnego pana na zamku... ;-) Natomiast widzę, że podobne rzeczy nas pociągają w prozach dziewiętnastowiecznych (mogłam się zresztą domyślać ;-)!): postęp i rozpad zachodzące niemal równocześnie ("Księga z San Michele", zupełnie niepozorna, pięknie łączy tw dwie rzeczy u samego schyłku stulecia).

    Przybijam też piątkę za absolutnie ukochaną mą baśń! Nie pomyślałam nigdy, że tak można interpretować te cierniki, bardzo to inspirujące (i poszerza diagnozę księżniczki, że nie tylko o narzekanie na los jej mężowi szło).

    Gryzipiórze, a czy przy okazji "Doktora Jeckylla..." wybierzesz się na lutową Nabokoviadę :-)?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Postęp i rozpad - ale z przewagą rozpadu <3 Hm, "Księga z San Michele" jeszcze nie wpadła mi w ręce, ale widzę w takim razie, że muszę się wokół niej zakręcić :)

      Nie jestem - przyznam - wielką fanką doszukiwania się we wszystkich baśniach podtekstów seksualnych, ale kurczę, to tak bardzo tu pasuje. Ten bohater, co to się różni od wszystkich, bo nie odczuwa jednego z podstawowych popędów, a z tej rzekomej inności mają go wyleczyć kobieta i małżeństwo. Aczkolwiek o księżniczce nie pomyślałam - dzięki za trop!

      Co do Nabokoviady - z przyjemnością! Tylko nie wiem, czy znam Nabokova na tyle, żeby z nim polemizować w dłuższym tekście. Ale jeśli polegnę przy pisaniu notki, to przynajmniej bardzo chętnie przyłączę się do dyskusji :)

      Usuń
    2. Zobacz, zobacz, z chęcią w razie czego o niej porozmawiam, dla mnie była zupełnie zaskakująca ;-). No, może nie tak zupełnie-zupełnie, ale... Milknę. Niech wodzi na pokuszenie ;-).

      Tylko że też kobieta i małżeństwo przychodzi tam jakby przypadkiem, przede wszystkim bohater chce zaznać tego strachu, a tak przy okazji dostaje księżniczkę za żonę i tytuł w dodatku. Coś jakby się taka ustalona forma usiłowała wkraść do baśni, która się jej wymyka.

      My się też Nabokova "uczymy" na bieżąco, ważne, żeby była frajda z czytania :-).

      Usuń
    3. Słusznie prawisz. W takim razie zaaranżuję spotkanie doktora Jekylla i pana Nabokova, zobaczymy, co też z tego wyniknie ;)

      Usuń
  2. Jestem przekonana, że zostawiłam tu komentarz o tym, jak lubię ekranizację/adaptację Hobbita...

    Starość nie radość.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ej, ja też ją lubię! Mam do niej taki trochę schizofreniczny stosunek: z jednej strony widziałam ją pewnie z pół setki razy, z drugiej - obiektywnie jest dla mnie niedobrym filmem. Zwłaszcza ostatnia część. Pierwszej zwykle bronię, bo miała w sobie jakąś magię i zapowiadała ciekawą rewizję oryginalnego "Hobbita".

      Usuń
  3. Ja tylko przyszłam napisać, co mnie ubodło w ekranizacji "Hobbita" (poza płynnym złotem, które w ogóle nie zachowuje się jak płynne złoto, tylko jak woda). No kwestia ubicia smoka mnie ubodła. Bo z przesłania, że każdy, kto ma bystre oko, trochę sprytu i odrobinę szczęścia, może smoka ubić, choćby nie wiem jak niepokonany si ę wydawał, zrobiono informację, że takie rzeczy to tylko dla wybrańców z wybranego rodu pochodzących. I jeszcze odpowiednio starożytny artefakt trzeb mieć. Najlepiej z pokolenia na pokolenie przechodzący.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Płynne złoto było STRASZNE, zwłaszcza kiedy wykorzystano je w tych obłąkańczych widziadłach Thorina pod koniec trzeciej części :( A co do smoka, to czy przypadkiem nie było tak, że i w książce Bard był potomkiem władcy Dale, a Smauga ustrzelił czarną strzałą, która pochodziła podobno spod Góry i była przekazywana z pokolenia na pokolenie? Fakt, że w filmie dość mocno to dziedzictwo Barda podkreślano, ale z drugiej strony - skoro trzeba było zrobić trzy filmy, to należało rozwinąć tę postać, a jak inaczej ją rozwinąć, jeśli nie odwołując się do jej dziedzictwa?

      Usuń
  4. Ja mam podobnie z Lemem - zna go co prawda w miarę nieźle, ale czytałem na tyle dawno, że szczegóły się zatarły. Chyba jednak zacznę od tych zapomnianych fantastycznych towarzyszy Lema, a potem wrócę do niego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzymam kciuki :) Właśnie, może to byłby sposób na Lema: czytać go w szerszym kontekście, tak żeby zanurzyć się w klimacie fantastyki naukowej z minionych lat i może zobaczyć w niej coś mniej oczywistego, niż zakamuflowane traktaty na temat sytuacji ówczesnej. Jakiś dialog w obrębie grupy pisarzy, na przykład. Bo taki pojedynczy, postawiony na piedestale Lem nigdy mi jakoś nie wchodził, niestety.

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.