Obyś cudze planety badał, czyli „Świat Rocannona” Ursuli Le Guin


Jest taka półka w Gryzipiórowej biblioteczce, którą należy omijać, stoją tam bowiem wszystkie czytelnicze wyrzuty sumienia – przeważnie opasłe tomiszcza czekające na to, aż ich krnąbrny właściciel w końcu napisze bestseller i nie będzie już robił nic poza czytaniem. Jednak gdy Rusty z bloga Fangirl’s Guide to the Galaxy ogłosiła jesienne wyzwanie czytelnicze, Gryzipiór ujrzał światełko w tunelu. I zdjął z owej półki nieszczęścia „Sześć światów Hain” Ursuli Le Guin, z których lektury zapewne będzie Wam zdawał relację co miesiąc przez najbliższe pół roku. Zaczynamy – z małym poślizgiem – od debiutanckiego „Świata Rocannona”, w którym matka fantastyki podejmuje zawsze aktualne tematy stosunku do inności, etyki badawczej czy skutków kontaktu z obcą cywilizacją, pysznie łącząc w jedno fantasy, science fiction oraz mit.


Tekst zawiera niewielkie spoilery.

Twórczość boskiej Ursuli Gryzipiór zawsze chłonie bardziej rozumem niż sercem. Zawsze bardziej niż fabuła czy rozterki bohaterów zajmuje go rozszyfrowywanie zawartej w jej powieściach problematyki: a to zderzenia kultur, a to poszukiwania tożsamości, a to zmagań z własnym Cieniem. Do każdego jej utworu podchodzi więc jak do swego rodzaju łamigłówki i z założenia – choć z żalem – przymyka oko na niedostatki świata przedstawionego czy często nie dość satysfakcjonujące relacje między postaciami. Otwierający cykl o świecie Hain „Świat Rocannona” z 1966 roku nie jest od tej reguły wyjątkiem. Ba! jako literacki debiut zaskakuje podobieństwem do późniejszych, dojrzalszych dokonań Le Guin. To dokładnie ta sama elegancka, precyzyjna proza, która przynajmniej dla Gryzipióra zawsze jest wskazówką do zachowania dystansu, do przyglądania się poczynaniom bohaterów jak przez kosmiczny mikroskop. 

W tym wypadku – chyba słusznie, gdyż tytułowym bohaterem „Świata Rocannona” jest kosmiczny etnolog, który dowiaduje się, że pewną bezimienną planetę obrali sobie za bazę rebelianci. I że niespecjalnie przejmują się oni losem zamieszkujących w sąsiedztwie inteligentnych istot. Padają kolejne twierdze honorowych Angyarów, giną całe wioski beztroskich Fiia, a poruszony tymi wydarzeniami naukowiec rusza na daleką wyprawę, aby wysłać wołanie o pomoc w kosmiczną pustkę. Fabuła opiera się więc na dobrze znanym schemacie wędrówki z punktu A do punktu B – i niestety nie oferuje wiele więcej. Nasz dzielny etnolog będzie się zmagał z żywiołami i wątpliwościami, tracił i zyskiwał towarzyszy podróży, a także odkrywał zaginione cywilizacje. I właśnie to odkrywanie sprawi, że akcja powieści wytraci nieco impet i rozpadnie się na epizody poświęcone kolejno rasom zamieszkującym Fomalhaut II. Nie żeby to było coś złego. Każąc dzielić tę samą przestrzeń anielsko pięknym Skrzydlatym oraz szczuropodobnym Mistrzom Słów, Le Guin zadaje ważne pytanie o to, co powinno decydować o uznaniu gatunku za pokrewny ludziom: wygląd, inteligencja, materialny dorobek cywilizacji, umiejętność komunikacji, a może altruizm? Nie przekłada się to jednak – ma się rozumieć – na porywającą intrygę i „Świat Rocannona” stanowi dowód na to, że nawet w krótkiej powieści mogą się trafić dłużyzny.

Tego, komu to nie przeszkadza, czeka interesujące spotkanie z kolażem gatunków: science fiction, fantasy oraz mitu. Z tego pierwszego Le Guin czerpie problematykę pierwszego kontaktu i wizję przyszłej unii międzyplanetarnej, z drugiego – motyw bohaterskiej wyprawy, feudalną kulturę Angyarów, a także archetyp Mędrca, z którym zresztą igra sobie dość podstępnie. To jednak nie koniec niespodzianek, bo oprócz melanżu gatunków pojawiają się w powieści różne dyskursy i różne sposoby opowiadania o świecie, z których najważniejsze są dwa: naukowy i mitologiczny. Różnica między nimi zostaje określona już w prologu (mistrzowskim), w którym wybór konwencji literackiej zależy od bohatera i jego spojrzenia na świat. To, co dla naukowca Rocannona stanowi rutynowy zwrot eksponatu z muzeum, dla Semley – królowej z Fomalhaut II – okazuje się zwieńczeniem tragicznej wyprawy po utracone dziedzictwo, o której opowiadać będą następne pokolenia, stopniowo zmieniając historię w legendę.

[*]
Co ważne, Le Guin potrafi tak przedstawić tę samą historię z dwóch różnych perspektyw, że w oczach czytelnika obie okazują się równoprawne. Nie uprzywilejowuje ani racjonalizmu Rocannona, ani mitycznego myślenia istot z kolonizowanych planet. Przeciwnie – przez całą powieść udziela nam lekcji kulturowego relatywizmu. Wszystko u niej istnieje jakby podwójnie: kolonizatorzy są zarówno zwykłymi urzędnikami Ligi Wszystkich Światów, jak i Władcami Gwiazd o statusie półbogów, a niezniszczalny kombinezon Rocannona okazuje się jednocześnie drugą skórą czarodzieja i wysoce zaawansowanym technologicznie gadżetem. Prawda znajduje się w oku patrzącego.

To jednak dopiero początek problemów. Pokazanie wielu możliwych narracji o świecie prowadzi bowiem do pytania o to, jak poznawać obce światy i obce kultury. Le Guin odpowiada: z otwartością i szacunkiem, a przede wszystkim ze świadomością własnych ograniczeń. I piętnuje mentalność najeźdźców przekonanych o własnej kulturowej wyższości, której uosobieniem jest pewien kustosz kosmicznego muzeum, nazywający brzydkich i jąkających się Gliniaków troglodytami. Jego postawa do dowód na to, jak trudno jest badaczowi zrzucić własny bagaż kulturowy i jak łatwo faworyzować rasę najbardziej podobną do jego rasy. W ogóle dużo się w „Świecie Rocannona” mówi o ambiwalentnej roli nauki w oswajaniu obcości, która wspomaga niekiedy rozważnego badacza, częściej jednak staje się źródłem przemocy. Przykładem takiej opresyjnej nauki są fragmenty międzygalaktycznego przewodnika, do którego sięga czasem Rocannon. Pod pozorem akademickiej zwięzłości kryją się w nim pogarda i próba odczłowieczenia rasy uznanej za gorszą. Efekt? Ot, na przykład to, że nafaszerowani takimi pseudofaktami naukowcy z Ligi Wszystkich Światów nie zadają pytań o granice ingerencji, że radośnie typują obce kultury do misji rozwoju technologicznego, nie troszcząc się o to, jak nowe wynalazki zmienią układ sił i zależności w nieznanym ekosystemie. Wszystko to niestety znamy z terenów, które leżą znacznie bliżej domu niż Fomalhaut II.

Jak odróżnić legendę od prawdy na światach niewyobrażalnie dalekich? Na bezimiennych planetach, zwanych przez swoich mieszkańców po prostu światami, planetach bez historii, gdzie przeszłość to sprawa mitu, gdzie powracający badacz stwierdza, że jego czyny sprzed kilku lat stały się gestem boga. Irracjonalizm wypełnia przepaść czasu, której dwa brzegi łączą nasze światłowce, a w jego mroku plenią się jak zielsko niepewność i niewspółmierność (...). Jak odróżnić fakt od legendy, prawdę od prawdy? [s. 7]

Temu ponuremu obrazowi kolonizatorskiej bezmyślności Le Guin przeciwstawia Rocannona – zaangażowanego badacza, który poświęca czas na naukę języka i zwyczajów obcej kultury, a do tego działa w poczuciu misji i w obronie autonomii tubylczych ras. Gryzipiór musi przyznać, że ma spory problem z oceną tego bohatera, który z jednej strony ucieleśnia wszystkie najlepsze cechy mądrego etnografa, a z drugiej – jest tak niedookreślony, że nie sposób odgadnąć, co nim kieruje. Nikt nie rodzi się przecież pełnym zrozumienia, świadomym własnych ograniczeń badaczem, a szacunku dla inności też zazwyczaj trzeba się nauczyć. Jak Rocannonowi udało się to wszystko osiągnąć – tego się niestety nie dowiemy. Nie dowiemy się też prawie niczego o jego przeszłości. Ten bohater działa trochę jak doskonale skonstruowane urządzenie do badania obcej cywilizacji, pozbawione osobowości i bagażu kulturowego, które mogłyby rzutować na jego pracę. Wysokie wymagania stawia Ursula badaczom obcych kultur, nie ma co!

No, ale nie odmawia im też prawa do własnego dramatu. Rocannon bowiem, podróżując między gwiazdami, stracił 140 lat i wszystkich, którzy byli mu bliscy. Czy to właśnie ta strata stopniowo wykorzeniła go z własnej, ziemskiej kultury, aż stał się badaczem idealnym? Jeśli tak – nie była to ostatnia zbyt wysoka cena, jaką przyszło mu zapłacić. Choć kosmiczny etnograf osiągnął cel wyprawy, to poniósł osobistą porażkę: jego zaangażowanie przerodziło się w zażyłość, a zażyłość – w przyjaźń, którą ostatecznie stracił wraz ze wszystkim, co kochał. Zresztą nie on jedyny. Czytając debiutancką powieść Le Guin, można dojść do niewesołego wniosku, że przetrwanie cywilizacji zawsze okupione jest osobistą tragedią jednostek, nieświadomych, jak wiele ich czyny znaczyć będą za dziesięć, sto i tysiąc lat, gdy już zdążą zmienić się w mity. Coś takiego spotyka i Rocannona, i księcia Mogiena, i królową Semley – tę ostatnią szczególnie okrutnie, bo przecież Gliniaki obróciły przeciwko niej jej własną niewinność i niecnie wykorzystały jej niewiedzę o podróżach między gwiazdami.

Wszystko to – i pewnie jeszcze więcej – udało się Ursuli pomieścić w liczącej nieco ponad sto stron powieści, co z jednej strony świadczy o klasie autorki, a z drugiej – trochę rozczarowuje. Bo chciałoby się przeczytać więcej o przyjaźni Rocannona z księciem Mogienem, która od ich pierwszej wspólnej sceny traktowana jest jak coś oczywistego, choć przecież czytelnik ma prawo pytać, w jaki sposób taka zażyłość mogła się narodzić między przedstawicielami gatunków odległych od siebie o lata świetlne. Bo chciałoby się dowiedzieć więcej o samym Rocannonie i drodze, która powiodła go od ziemskiego naukowca do bohatera z Fomalhaut II. Bo wreszcie miałoby się ochotę lepiej poznać świat, w którym żyje obok siebie aż tyle inteligentnych istot, a mimo to czasem wydaje się, że brakuje w nim... życia. Tak czy inaczej, „Świat Rocannona” to obiecujący początek wyprawy do sześciu światów Hain i Gryzipiór chętnie się dowie, co też wiatr słoneczny przywieje w następnym tomie.

  • Cykl: Hain (1)
  • Przekład: Danuta Górska, Lech Jęczmyk
  • Wydawca: Prószyński i S-ka
  • Rok wydania: 2015 (1966)
  • Liczba stron: 109

W ramach wyzwania czytelniczego o „Świecie Rocannona” możecie też przeczytać u Rusty oraz u Shee z bloga Sama Porcelana.
  1. Ja zdecydowanie Ziemiomorzem stoję, ale i Hain do mnie przemówił. Ale miałem tak samo jak piszesz: raczej sercem niż rozumiem. U Le Guin emocje prowadzą lekturę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie raczej na odwrót - rozum prowadzi, serce bierze urlop. Jeszcze nie natknęłam się na powieść Le Guin, która wywołałaby we mnie szczególnie silne emocje (najbliższe były chyba "Grobowce Atuanu"), ale też niewiele ich czytałam, więc nie wyrokuję - nie przed skończeniem cyklu Hain ;)

      Usuń
  2. LeGuin jest moją wielką, ale naprawdę WIELKĄ zaległością czytelniczą. Zaczęłam teraz Ziemiomorze i zastanawiam się, co ja tyle czasu robiłam ze swoim życiem, że wpadło mi to w ręce dopiero teraz. Hain, przypuszczam, będzie następne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, to tak jak moją. W ogóle mam wrażenie, że coraz mniej osób sięga po Ursulę, że wraz z upływem lat popularność jej twórczości słabnie, zwłaszcza w porównaniu do np. wciąż mocnego Tolkiena. Może też kwestia braku dobrej ekranizacji? Tak czy inaczej, Hain bardzo polecam - wprawdzie dopiero zaczęłam, ale ta jedna powieść przemówiła do mnie mocniej niż cała pierwsza trylogia Ziemiomorza.

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.