Na orbicie bez zmian, czyli „Wojna starego człowieka” Johna Scalziego


Militarne science fiction. Nie jest to odmiana fantastyki, z którą Gryzipiór byłby za pan brat, ale gdybyście go zapytali, czego oczekuje od tego gatunku, opowiedziałby Wam właśnie o czymś w rodzaju „Wojny starego człowieka”. Czymś krwawym, brutalnym i pozbawionym złudzeń co do natury wszechświata oraz ludzi, którzy postanowili go podbić. W tej opowieści kosmos okazał się człowiekowi dalece bardziej nieprzyjazny, niż sądzili najwięksi pesymiści. O kolonie biją się z nami najdziwniejsi obcy, których kształtu, zachowania, organizacji społecznej i religijno-kulturowych osobliwości nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, a co dopiero zrozumieć. Zwykli ziemscy żołnierze nie mają z nimi szans, więc Siły Obronne Kolonii tworzą armię genetycznie udoskonalonych awatarów, w których umieszczają umysły ochotników. Warunek zgłoszenia? Ukończone 75 lat.

O! – pomyśleliście pewnie. Wojna starych ludzi. Jak oryginalnie. Jak fajnie będzie śledzić wojenne perypetie kogoś, kto nie jest ani bohaterskim młodzieńcem ze straconego pokolenia, ani zblazowanym weteranem tysiąca bitew. Otóż Scalzi ma dla Was niemiłą niespodziankę. W jego powieści konflikt zbrojny widziany oczami siedemdziesięciolatka nie różni się niczym od relacji dwudziestolatków, do jakich przyzwyczaiła nas tego rodzaju literatura. Wojna jak wojna; nadal trudno znaleźć w niej sens, nadal przeraża, odmienia i uzależnia jednakowo mocno. Jak się okazuje, armia złożona z dojrzałych ludzi, którzy mieli całe życie, by nauczyć się pacyfizmu, wcale nie reaguje inaczej na rozkazy i nie podchodzi inaczej do użycia siły. Ktoś z SOK-u zapewnia, że Siły Obronne Kolonii wybierają starców, bo ci rozumieją, że czasem trzeba zginąć za coś ważniejszego od nich. Guzik prawda; Stare Pryki walczą jak ich wszyscy koledzy z realistycznych powieści wojennych – raczej z przyzwyczajenia i solidarności z resztą oddziału niż z poczucia dziejowej misji. 

Dla czytelnika taki obraz wojny starego człowieka może się okazać rozczarowaniem. Ale jest to rozczarowanie wpisane w tekst. Scalzi po prostu nie wierzy, że z wiekiem człowiek staje się mądrzejszy czy odporniejszy na pokusy i próbuje o tej niewierze opowiedzieć. Zaczyna celowo od opisów problemów zdrowotnych sędziwych rekrutów, utożsamiając starość z chorobami oraz niesprawnym i nieatrakcyjnym ciałem. Następnie pokazuje, jak to ciało – zużyte, ale z zapisaną na nim historią życia – zostaje odrzucone i zamienione na nowe, piękne i młode, pochodzące z seryjnej produkcji fabrycznej. Zrzuciwszy starą powłokę jak wąż skórę, ludzie pozbywają się jednak czegoś więcej – własnej tożsamości. Ba! robią to z radością, tłumacząc sobie, że skoro otrzymali szansę na nowe życie, dlaczego mieliby z niej nie skorzystać? Ich pragnienie oszukania czasu wykorzystują oczywiście władze kolonii, fundując rekrutom szkolenie, podczas którego wybijają im z głowy m.in. poczucie przynależności do mniejszości rasowych. Armia, jak wiadomo, ma stanowić jedność. Scalzi opowiada nam o świecie pozbawionym złudzeń, w którym każdy zgodzi się na utratę swojej historii i osobowości, jeśli tylko będzie mógł cofnąć wskazówki zegara.

[*]
Każdy z wyjątkiem Johna Perry’ego, naszego głównego bohatera, który uparcie nie chce się rozstać z pewną maleńką relikwią z poprzedniego życia. Pan Perry to człowiek nieodgadniony (czy to dlatego, że na Ziemi pracował w agencji reklamowej?), który w dodatku zupełnie nie pasuje do opowieści, w której się znalazł. Wyobraźcie sobie: facet ma siedemdziesiątkę na karku, ale żadnych poglądów, nawyków, marzeń i rozczarowań, które zostałyby mu z poprzedniego życia. Jest niby ta wymarzona czysta karta, na której kolejni dowódcy testują przepis na żołnierza idealnego. Nigdy nie traci zimnej krwi, jest bystry i posłuszny rozkazom, choć w razie konieczności przejawia inicjatywę. Co gorsza, wszystko mu się udaje. Doskonały żołnierz i fatalny główny bohater.

Panu Perry’emu tak bardzo brakuje cech szczególnych, że gdy w jednej ze scen gburowaty sierżant wywołuje po kolei wszystkich żołnierzy, którym da się przypiąć jakąś łatkę – ateistów, gejów, lekarzy, prawników – na placu boju zostaje tylko on, everyman doskonały. Taka konstrukcja bohatera sugeruje nam, że jesteśmy w jednej z tych opowieści, w których wojna staje się lekcją życia dla nieopierzonego młodzika i kształtuje go do tego stopnia, że nie będzie on już zdolny żyć w cywilu. Tyle że – do licha – John ma 75 lat! Musi istnieć coś, co stanowi o jego tożsamości. I coś takiego istnieje, ale żeby się o tym przekonać, będziecie musieli doczytać do końca powieści. Wtedy też z pełną mocą zabrzmi pytanie o to, co przesądza o naszej tożsamości. Ile z niej zapisane jest w umyśle, a ile w ciele? Ile przechowuje pamięć ludzi, którzy dawniej byli nam najbliżsi?

Nie znaczy to, że „Wojna starego człowieka” nabiera sensu dopiero pod koniec, a wszystko inne nadaje się na podpałkę. Nic z tych rzeczy. Scalzi to dobry, utalentowany opowiadacz. Pisze barwnie i z humorem (ach, te pogaduszki z BrainPalem), potrafi utrzymać tempo akcji i wie, jak zbudować świat wiarygodny i interesujący, ale nieprzeładowany szczegółami. Gryzipiórowi, na przykład, bardzo się podobały wymyślone przez niego kosmiczne rasy, w tym podobni do jeleni ludożercy uprawiający ludzi jak kapustę. Co więcej, Scalzi ma coś, co Gryzipiór wprost uwielbia u autorów literatury popularnej – świadomość konwencji. Wiecie, na tle gatunku „Wojna starego człowieka” nie jest niczym szczególnym. Wszystko, o czym w niej przeczytacie, znacie skądinąd. I Scalzi też zna to skądinąd, z czym wcale się nie kryje. Mnóstwo tu klisz z typowej opowieści wojennej, takich jak sekretne oddziały specjalne, wyznania miłości tuż przed tragiczną śmiercią czy ów porywczy sierżant musztrujący krnąbrnych rekrutów. Niemniej traktowane są one z humorem i nierzadko z przymrużeniem oka. Rzeczony sierżant daje na przykład taki oto radosny pokaz samoświadomości:

– Nie myślcie, że nie wiem, co wam chodzi po głowach, tępaki. Wiem, że podoba się wam moje przedstawienie. Och, jak wspaniale! Jestem taki sam jak wszyscy ci instruktorzy musztry, których oglądaliście w filmach! Ależ ze mnie dziwak!
Chichoty nagle ustały. Tych ostatnich zdań nie było w scenariuszu.
– Nic nie rozumiecie – kontynuował. – Wydaje się wam, że po kilku tygodniach moje gburowate, ale sprawiedliwe oblicze odsłoni się, ukazując przebłyski dumy z waszych osiągnięć, a pod koniec szkolenia zyskacie mój powściągliwy szacunek (...). To, co się wam wydaje, drogie panie i drodzy panowie, to kupa zasranych bzdur [s. 146-147].

„Wojna starego człowieka” nie jest jednak powieścią autotematyczną ani nie przedkłada kpiny z konwencji nad samą historię. Mimo sporej dawki autoironii, poruszane przez Scalziego problemy nie tracą na powadze. Oprócz kwestii tożsamości i jej związku z ciałem pojawiają się tu pytania o etyczny wymiar wojny. Wojny, na którą ludzkość sama się skazała, wysławszy w kosmos pierwszą sondę. Zamieszkujące niezliczone galaktyki rasy są bowiem tak inne, tak obce, że porozumienie staje się niemożliwe. Jak negocjować z inteligentnymi bakteriami czy półbogami przekonanymi, że powinni siłą zapewnić innym rasom równomierny rozwój? Jak prowadzić honorową wojnę z istotami wielkości mrówek, których miasta akurat mieszczą się pod ludzkim butem? Brak możliwości nawiązania kontaktu powoduje, że konflikt staje się jedynym rozwiązaniem. No a skoro konflikt, to i wyścig zbrojeń, wspomagany przez manipulacje genetyczne. Nauka – jak to na wojnie – gra tu bardzo ambiwalentną rolę. Jednemu ocali życie, drugiemu je odbierze, a do tego umożliwi hodowlę żołnierzy do zadań specjalnych, którzy rodzą się, by zginąć w walce, i nie znają niczego poza nią. Ten ostatni wątek jest zresztą jednym z najbardziej interesujących i trochę szkoda, że Scalzi nie poświęcił mu więcej miejsca (przynajmniej w tym tomie). Ciekawie byłoby też zobaczyć, jak naprawdę wygląda życie kolonistów w pozaziemskich osadach, o którym nie wiemy prawie nic poza tym, że jest ciężkie i... krótkie.

Podsumowawszy. „Wojna starego człowieka” to taka literacka mieszanka, w której w odpowiednich proporcjach znajdzie się i groza, i humor, i romans, i garść niegłupich refleksji nad wojną i ludzką naturą. Nie jest to arcydzieło, ale solidna lektura, którą dzięki wartkiej akcji można połknąć nawet podczas dłużącej się podróży pociągiem (Gryzipiór tak właśnie zrobił). A potem spojrzeć z ulgą w czyste niebo i przypomnieć sobie, żeby po siedemdziesiątce nie podpisywać żadnych umów. Zwłaszcza z wojskiem. Zwłaszcza z takim, które bez ostrzeżenia wystrzeli człowieka w kosmos, gdzie mieszkają jelenie ludojady. Na coś takiego zawsze będziemy za młodzi.

  • Przekład: Jakub Małecki
  • Wydawca: Wydawnictwo Akurat
  • Rok wydania: 2016 (2005)
  • Liczba stron: 399

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Akurat.
  1. Chyba sobie daruję te książkę. Nie byłam przekonana a po twojej recenzji jestem już pewna, że to nie dla mnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, mam nadzieję, że to nie ja Cię zniechęciłam ;) To dobra książka jest. Choć oczywiście dla miłośników i opowieści wojennych, i science fiction (ale to drugie bez przesady, nie jest to twarde SF).

      Usuń
  2. nawiasem mówiąc to ludzie jako przysmaki obcych są już w proxima centauri Murraya Leinstera ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ba, są nawet u starego, dobrego Wellsa :) Nie twierdzę, że to bardzo oryginalny wątek, ale u Scalziego na mnie wyjątkowo podziałał. Może przez te jelenie, które ze wszystkich dzikich zwierząt dla mnie są jakoś szczególnie uduchowione (prawie jak wilki!).

      Usuń
  3. Dobra to teraz musisz jeszcze przeczytać:
    - David Weber "Bolo" i "Bolo: Weterani"
    - John Ringo "Wojna z Posleenami" ("Pieśń przed bitwą" i dalsze części)
    - Eric Flint "1632"
    - Wieczną Wojnę (w postaci książki lub komiksu)
    - oraz oczywiście Żołnierzy Kosmosu (ale nie film tylko książkę)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak każesz, szefie ;) Wpisane na listę oczekujących!

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.