Chłopiec, Który Dorósł, czyli „Harry Potter i Przeklęte Dziecko”


Wielu uważa, że ta sztuka nie powinna była powstać. Większość jest zdania, że gdyby jej nie było, świat nadal by się kręcił jak do tej pory. I ma rację. Opakowany w formę książki scenariusz „Harry Potter i Przeklęte Dziecko” może dać do myślenia badaczom kultury fanowskiej czy transmedialności, ale poza tym rozczarowuje sztampową fabułą, płytką psychologią i rozwiązaniami rodem z kiepskiego fanfiction. Gryzipiór widzi w nim głównie próbę nawiązania kontaktu z dorosłymi już potteromaniakami, którzy chcieliby raz jeszcze rozpoznać siebie w bohaterach z dzieciństwa – dziś zapracowanych czterdziestolatkach, próbujących ułożyć sobie relacje z dziećmi. Taką opowieść dla Mugoli od Mugoli – z pozdrowieniami.


Tekst zawiera spoilery.

Jedno Gryzipiór wiedział od początku: „Harry Potter i Przeklęte Dziecko” nie jest dla niego. I wcale nie dlatego, że potteromaniakiem nigdy nie był, a zachwyt nad światem czarodziejów przeszedł mu jakoś po pierwszych trzech tomach. Dobre kilka lat temu, gdy fenomenowi Harry’ego zaczęli się przyglądać socjologowie, mówiło się, że to opowieść, która dorasta wraz z czytelnikiem. Kolejne tomy stawały się coraz mroczniejsze i coraz poważniejsze, nieśmiało pojawiały się w nich nastoletnie miłości i odrobina erotyki. Kontynuując tę tradycję, „Harry Potter i Przeklęte Dziecko” przedstawia nam życie, w jakim mogą przejrzeć się jak w zwierciadle dawni potteromaniacy, a dzisiejsi trzydziestolatkowie. Chłopiec, Który Dorósł, ma dziś czterdziestkę na karku, pracuje w Ministerstwie Magii i nie potrafi porozumieć się z synem, gdyż na drodze stają mu demony przeszłości – dosłownie i w przenośni. Scenariusz Jacka Thorne’a próbuje się więc rozprawić z lękami towarzyszącymi zakładaniu rodziny oraz wychowywaniu dzieci mimo braku dobrego wzorca. Z kolei nowe pokolenie czytelników powinno ujrzeć siebie w postaciach Albusa Pottera i Scorpiusa Malfoya – dzieciach niedoskonałych rodziców, które mimo wszystko zdołają zyskać szacunek, poczucie własnej wartości, a przede wszystkim przyjaźń.

Tak zaaranżowany powrót Harry’ego Pottera wydaje się całkiem uzasadniony. Mówimy przecież o opowieści, która niemało ludzi wprowadziła w dorosłość, więc nic nie stoi na przeszkodzie, żeby ewoluując wraz z nimi, towarzyszyła im też na kolejnych etapach życia. Można jednak powątpiewać, czy powrót ten przybrał odpowiednią formę – scenariusza sztuki teatralnej. Wiele dramatów świetnie się czyta również jako teksty literackie, ale „Harry Potter i Przeklęte Dziecko” niestety do nich nie należy.

Od odbiorcy wymaga bowiem sporej wyobraźni scenicznej. Ten, kto w porę nie ujrzy przed oczyma duszy swojej świateł, choreografii i ruchomej sceny, przeczyta po prostu zbiór dialogów i didaskaliów, które nawet w swoich lepszych momentach są co najwyżej przeciętne, a do tego pełne banałów i totalnie wyprane z humoru. Wiele rozwiązań wyraźnie wprowadzonych z myślą o scenie zwyczajnie nie robi właściwego wrażenia na papierze (na przykład symboliczna scena ze schodami dzielącymi przyjaciół). Wszystko to sprawia, że „Harry’ego Pottera i Przeklęte Dziecko” odbiera się zupełnie inaczej niż barwną i dowcipną prozę J.K. Rowling. Zamiast pełnoprawnej „ósmej historii dziewiętnaście lat później” (opis z okładki) otrzymaliśmy więc roboczą kopię scenariusza z West Endu – ledwie zalążek prawdziwej opowieści.

fot. Sonia Friedman Productions [*]
Uboga forma nie raziłaby może tak bardzo, gdyby nie przewidywalna i momentami niedorzeczna fabuła. Słusznie zarzuca się autorom tendencję do tworzenia fanfiction, i to w najgorszym wydaniu. Ich scenariusz nie wzbogaca świata Harry’ego Pottera o nowe miejsca, nowe konflikty czy nowe pomysły na wykorzystanie magii, nie mówi też nic o życiu czarodziejów po klęsce Czarnego Pana. Nie rzuca nawet nowego światła na historię z poprzednich tomów. Snuje za to fantazje na temat dziecka Voldemorta (!) oraz alternatywnych uniwersów, powstałych w wyniku manipulacji czasem. Powracamy oto do chwili, w której powieść J.K. Rowling opuściła świat literatury dla dzieci, czyli do śmierci Cedrika Diggory’ego, zadając sobie pytanie, czy powinniśmy użyć magii, by naprawić błąd z przeszłości. Otóż – niespodzianka – nie powinniśmy, co zresztą wiemy z setek książek, filmów i teorii naukowych, w których roztrząsano już efekt motyla. Mimo to autorzy sztuki postanowili wyważyć otwarte drzwi i jeszcze raz opowiedzieli nam o tym, jak ryzykowne są podróże w czasie.

Opowiedzieli niezgrabnie. Próbując pokazać, jak niespodziewane skutki mogą mieć takie wyprawy, uznali na przykład, że gdyby Hermiona nie poszła na bal z Wiktorem Krumem, nigdy nie zostałaby żoną Rona. Co nie ma sensu, bo przecież przez lata para kochających się ludzi ma więcej niż jedną okazję, by zrozumieć, co ich łączy. Nieuprzejmie twórcy obeszli się też z Cedrikiem, który doznawszy publicznego upokorzenia, miałby się stać... Śmierciożercą, przecząc wszystkiemu, co wiemy o charakterze tej postaci z książek. Konsekwencje zabaw z czasem są więc zaskakujące, tyle że nie w sposób, w jaki powinny. Nikt nam też nie powie, jak właściwie działają zmieniacze czasu i jakim cudem bohaterowie potrafią bezbłędnie przenieść się dwadzieścia lat wstecz z dokładnością do kilku minut. Podobne absurdy sprawiają, że trudno traktować „Harry’ego Pottera i Przeklęte Dziecko” jako poważną refleksję o podróżach w przeszłość. Motyw wyjęty z literatury fantastycznej stanowi raczej pretekst do ukazania trudnej relacji Harry’ego z synem, której owa przeszłość ciąży niby kamień u szyi topielca.

fot. Sonia Friedman Productions [*]
Transmutacja młodzieżowej fantasy w dramat obyczajowy to też pomysł rodem z fanfiction, tyle że znacznie gorzej zrealizowany. Problemem są bohaterowie. Nie dość, że mówią w jednakowy, momentami bardzo sztuczny sposób, to jeszcze trudno odnaleźć w nich tę paczkę dzielnych, sprytnych przyjaciół, których polubiliśmy jako nastolatków. Jedni stracili swoje najlepsze cechy – jak Hermiona, jedyna minister magii w historii, która nie potrafi zabezpieczyć swojego gabinetu ani ukryć przed dziećmi śmiertelnie niebezpiecznego artefaktu. Inni stracili charaktery i grają wyłącznie role zakochanego głupka (to Ron) albo oddanej żony i matki (to Ginny). Poza jedną, okropnie zresztą kiczowatą sceną właściwie nie czujemy łączącej ich więzi, nie widzimy też, jak przez lata zmieniła się ich przyjaźń. Twórcy próbowali wprawdzie odnieść się do kontrowersyjnego małżeństwa Rona i Hermiony, ale w sumie powiedzieli niewiele ponad to, jak łatwo rozminąć się z miłością oraz jaką złośliwą jędzą staje się niekochana kobieta. To już Gryzipiór by wolał, żeby nic nie mówili.

Nie lepiej wypada młode pokolenie. Rose i James pojawiają się na początku tylko po to, byśmy mogli porównać z nimi parę głównych bohaterów, a przez resztę sztuki nawet Harry, Ron i Hermiona nie pamiętają o ich istnieniu. Albus i Scorpius zaś... Przede wszystkim scenarzyści poskąpili im możliwości przeżycia własnej przygody w Szkole Magii i Czarodziejstwa. Pierwsze cztery lata nauki, podczas których miał się rozwinąć ich konflikt z rodzicami i resztą świata, zajmują w scenariuszu ledwie kilka stron. W ogóle nie ma tu Hogwartu jako miejsca pełnego dziwów i tajemnic, miejsca, w którym kształtują się charaktery i konfrontują uczniowie o różnych poglądach. Młodzi Potter i Malfoy zostają wciągnięci w główną intrygę, zanim w ogóle zdążymy ich dobrze poznać i zrozumieć. Gryzipiór, szczerze mówiąc, nadal nie jest pewien, które przygody przeżył Albus, a które Scorpius, gdyż obaj chłopcy byli dla niego jednakowi, a właściwie jednakowo nijacy i nieciekawi. Obaj zostali określeni głównie przez ich relacje z ojcami, a to trochę za mało, by czytelnik mógł się do nich przywiązać.

Delphi, która ma być ich odbiciem w krzywym zwierciadle, wypada z kolei nazbyt karykaturalnie. Bywa ciekawa, dopóki widzimy w niej osamotnione dziecko spragnione kontaktu z ojcem bez względu na zło, które wyrządził. Później jednak ujawnia swoją prawdziwą twarz nawiedzonej degeneratki i staje się równie nieprawdopodobna, jak jej przyjście na świat.

fot. Manuel Harlan [*]
Jeśli ktoś wypada tu przyzwoicie, to Draco Malfoy, który jako jedyny wyraźnie dojrzał i uporał się z demonami przeszłości. Niestety nie można powiedzieć tego samego o Harrym. Chłopiec, Który Przeżył, nigdy nie był szczególnie sympatycznym dzieckiem, a wyrósł na despotycznego i niezbyt rozgarniętego ojca, który domaga się od syna czułości, jakiej sam nie potrafi dać. Powracające sny o śmierci rodziców i dzieciństwie spędzonym u Dursleyów mają pokazać, jak bardzo nęka go przeszłość i jak bardzo brakuje mu wzorca, według którego mógłby stworzyć szczęśliwy dom (tak, stereotyp sieroty niezdolnego do założenia rodziny trzyma się w tej opowieści mocno; o Syriuszu czy Lupinie nie wspomina się nawet słowem). Bolesne wspomnienia więżą zresztą nie tylko jego, ale i Albusa, zmuszonego żyć w cieniu ojca. Wszyscy spodziewają się, że syn pogromcy Voldemorta pójdzie w ślady rodzica, tymczasem młodszy Potter zamiast do Gryffindoru trafia do Slytherinu, uczy się przeciętnie i nie ma smykałki do quidditcha. Ciążą mu i oczekiwania Harry’ego, i jego dawne błędy, przede wszystkim zaś śmierć Cedrika – „niepotrzebnego” dziecka, z którym Albus się identyfikuje.

Pomysł, by zmusić nowe pokolenie do konfrontacji z legendą rodziców, nie jest wcale zły. Ba! mógłby być doskonały, gdyby tylko twórcy mieli na niego pomysł i znali umiar w sentymentach. W ich scenariuszu banał goni banał, a łzy leją się strumieniami. Dość powiedzieć, że najważniejszym artefaktem okazuje się niemowlęcy kocyk, którym owinięty był Harry w chwili śmierci swoich rodziców. Komu mało, niech sobie wyobrazi łkający portret Dumbledore’a, który kaja się przed Harrym i udziela mu tak życiowych porad jak „miłość nas zaślepia” albo „cierpienie jest rzeczą równie ludzką jak oddychanie” [s. 295-296]. Gryzipiór ani się spostrzegł, jak w tym morzu łez utonęły prawdziwe emocje i przestało mieć znaczenie, czy ten nieznajomy, chwilami okrutny Harry zdoła się porozumieć z synem, czy też nie. Panowie, więcej wyczucia charakterów i odporności na banał, mniej ckliwości i łatwych wzruszeń! To naprawdę nie jest takie trudne.

fot. Manuel Harlan [*]
Wszystko to sprawia, że „Harry Potter i Przeklęte Dziecko” to marna literatura, ale nadal ciekawe zjawisko kulturowe, na które nie mamy jeszcze dobrej nazwy. „Oficjalne” czy „kanoniczne” fanfiction to oczywiście paradoks, ale jak inaczej określić scenariusz powstały niby w obrębie kultury oficjalnej, ale wykorzystujący rozwiązania stosowane zwykle przez fanów? Do twórczości fanowskiej zbliżają go próby rewizji materiału wyjściowego (jakkolwiek nieudolne), swobodne podejście do charakterów postaci oraz historia, na którą – mimo zapewnień samej Rowling – zwyczajnie nie ma miejsca w kanonie. Z drugiej strony akceptacja autorki i obecność na West Endzie niewątpliwie włączają ten tekst do obiegu kultury oficjalnej.

Jakie problemy mogą wyniknąć z tego balansowania między dwoma światami – to pokazuje sposób, w jaki twórcy potraktowali relację łączącą Albusa i Scorpiusa, od początku budowaną na romantycznych schematach. Chłopcy walczą sami przeciwko reszcie świata, czynią ujmujące wyznania i cierpią z powodu rozłąki, do której zostali zmuszeni przez rodziców i nauczycieli. Nie stronią też od fizycznej bliskości, a zarazem zastanawiają się, czy „wypada” im się „ściskać” (można się domyślać, że czysto przyjacielskie uściski nie budziłyby tylu wątpliwości). Stanąwszy na granicy slashu, twórcy szybko jednak schowali ogon pod siebie i postawili między chłopcami dziewczynę – Rose. Może pod wpływem krytyki zmienią decyzję, na razie jednak „Harry Potter i Przeklęte Dziecko” to dowód na to, że choć rośnie przyzwolenie dla fanowskich gier z tekstem, kontrkulturowe koncepcje płci i miłości, z jakimi eksperymentują autorki fanfików, pozostają na cenzurowanym. Jeszcze przez jakiś czas.

Reasumując – czy to dobrze, że ukazał się ten „Harry Potter” dla Mugoli? Pewnie dobrze, bo bez niego nadal zarzucano by J.K. Rowling elitaryzm i brak szacunku do fanów, którzy masowo wydawaliby oszczędności życia na pielgrzymkę do Londynu. Kto wie, może dzięki niemu szerzej otworzą się drzwi dla niekanonicznych kontynuacji i interpretacji popkultury. I tylko magii żal, i tylko magii żal.

  • Przekład: Małgorzata Hesko-Kołodzińska, Piotr Budkiewicz
  • Wydawca: Media Rodzina
  • Rok wydania: 2016
  • Liczba stron: 366
  1. Widzę, że mamy bardzo podobne odczucia. Już obsmarowałam to "dzieło" u siebie:) Straszne rozczarowanie. Chociaż powiem szczerze, że na samo przedstawienie chętnie bym się przeszła - dla klimatu i efektów. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętam, że czytałam Twoje wrażenia, zanim jeszcze skończyłam "Przeklęte Dziecko", i myślałam: Ejże, aż tak źle być nie może! Ech. Szczerze wierzę, że londyńska sztuka jest znacznie lepsza i warta obejrzenia (zresztą zdjęcia wyglądają magicznie). Też bym się wybrała :) To zawsze trochę niesprawiedliwie oceniać dramat na papierze, nie zobaczywszy, jak on ożywa na scenie, jak aktorzy interpretują swoje postacie, jak oczarowują widownię efekty specjalne i muzyka.

      Usuń
    2. A ja się wtrącę i powiem, że nie widzę w tym niesprawiedliwości. Dramat w formie tekstowej to osobna rzecz od inscenizacji. Owszem, zobaczenie inscenizacji w tym przypadku daje zapewne lepszy obraz autorskich intencji, ale forma książkowa jest dla mnie na tyle osobna, że wszystko jest fair. Zwłaszcza, że to nie żaden wykradziony manuskrypt, a oficjalnie wydana książka.

      Usuń
    3. Wiesz, to jest ciekawy problem, sięgający problemu definicji dramatu. Czy to samodzielny utwór literacki, czy bardziej część czegoś większego, czego właściwe znaczenie tworzy się dopiero w scenicznej interpretacji? W tym wypadku wydaje mi się, że jednak to drugie.
      Nie wiem, czy nazywanie "Przeklętego dziecka" dramatem to w ogóle dobry pomysł. Ono naprawdę przypomina właśnie taki wykradziony scenariusz, który jakiś nieostrożny aktor zostawił za kulisami. Książkowa oprawa nic tu nie zmienia, co najwyżej dezorientuje czytelnika. Czemu w takim razie oficjalnie go wydano, toby pewnie trzeba było zapytać panią Rowling i spółkę. Powody były pewnie różne, od tych merkantylnych po chęć zadowolenia fanów spoza Wielkiej Brytanii, którzy faktycznie narzekali, że pozbawia się ich możliwości poznania dalszych losów bohaterów. Trudniej niestety znaleźć artystyczne uzasadnienie tego kroku.

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.