Osobliwie rozczarowujący – „Osobliwy dom pani Peregrine” Tima Burtona


Niewiele porażek rozczarowuje bardziej niż zła ekranizacji dobrej książki. Gryzipiór może nie obiecywał sobie wiele po „Osobliwym domu pani Peregrine”, ale czekał na niego z zainteresowaniem. Bo Tim Burton, bo Eva Green, bo gotyckie klimaty i nietypowa historia o raju wiecznego dzieciństwa, który z wolna zmienia się w piekło. Nie spodziewał się doprawdy, że zobaczy w kinie ładne, ale najzupełniej przeciętne filmidło, które samo nie wie, czym jest: horrorem, ckliwym kinem familijnym, a może własnym pastiszem?



Tekst zawiera trochę spoilerów.

„Osobliwy dom pani Peregrine” właściwie nie miał prawa się nie udać. Wyobraźcie sobie sierociniec z czasów drugiej wojny światowej, w którym chronią się dzieci obdarowane najdziwniejszymi mocami. Wyobraźcie sobie świat stworzony przez tę malowniczą zbieraninę wyrzutków, nad którym czuwa gotycka piękność z fajką w ustach. Wyobraźcie sobie bezimienną, skrytą we mgle wysepkę u wybrzeży Walii, na której neurotyczny nastolatek szuka rozwiązania mrocznej zagadki z przeszłości. Wszystko to obrazy wymyślone jakby specjalnie po to, by na ekran przeniósł je Tim Burton. Jak to się zatem stało, że reżyser, który dostał do ręki wszystkie swoje ulubione zabawki, wzniósł z nich budowlę bez ładu i składu, a do tego tak pustą w środku?

Nie za wszystko można przecież winić książkowy pierwowzór, który w zasadzie jest gotowym scenariuszem thrillera psychologicznego (recenzja tutaj). Ransom Riggs buduje w nim napięcie, trzymając czytelnika w ciągłej niepewności co do poczytalności głównego bohatera, Jake’a Portmana. Chłopak równie dobrze może być naprawdę prześladowany przez istoty z innego świata, co cierpieć na urojenia po śmierci ukochanego dziadka. Ponieważ dziadek był polskim Żydem, nietrudno dostrzec w jego fantastycznych opowieściach zakamuflowane wspomnienia z Zagłady, które poniekąd zostawił wnukowi w spadku – wraz z mroczną tajemnicą z przeszłości. Dlatego u Riggsa czytelnik ma dużą swobodę interpretacji – sam może zdecydować, czy czyta tylko trochę ponurą fantasy, czy może niepokojący thriller z problemem postpamięci w tle. I przynajmniej Gryzipióra rozczarowało bardzo, że twórcy „Osobliwego domu...” z tego zabiegu zrezygnowali. Trudno powiedzieć, czy nie wiedzieli, jak go przełożyć na ekran, czy woleli nie przekraczać granicy bezpiecznej opowieści dla młodzieży. W każdym razie w ich filmie groza przybrała bardzo inne, bardzo namacalne oblicze zębatych potworów z dość nachalnego CGI, które zabijają nocą i we mgle. Żeby chociaż miały ku temu dobry powód! Ale im chodzi tylko o pewne... części ciała, niezbędne do prowadzenia eksperymentów z nieśmiertelnością. Tak jakby w 2016 roku ktoś jeszcze czekał na złoczyńcę, który eksperymentuje z nieśmiertelnością.

fot. Jay Maidment / Twentieth Century Fox Film Corporation [*]
Można oczywiście argumentować, że „Osobliwy dom...” miał mieć bardziej przygodowy charakter i podobać się nieco młodszej widowni (a według polskich decydentów nawet sporo młodszej, sądząc po tym, jak trudno było znaleźć seans z napisami), której problem odziedziczonej wojennej traumy może się wydać odległy. Ton filmu złagodzono jednak dość niekonsekwentnie i znalazło się w nim kilka naprawdę okrutnych obrazów – w tym uczta z dziecięcych gałek ocznych. Nie jest to więc przyjemne kino familijne, na jakie chwilami wygląda. Ale nie jest to też kino dla dorosłego, który sam z siebie nie sięga po opowieści YA. Odarty z jedynego oryginalnego elementu „Osobliwy dom...” pokazuje nam bowiem głównie to, co dobrze znamy, a co gorsza – w sposób, jaki dobrze znamy (ach, to nieśmiertelne przywracanie ukochanej do życia pocałunkiem!). Historię przemiany samotnego, nieśmiałego nastolatka w dzielnego przywódcę. Trudną relację z ojcem i międzypokoleniowe (nie)porozumienie. Niedole pierwszej miłości i rówieśnicze niesnaski. Wezwanie do akceptacji odmienności i... zaraz, zaraz, czy tego nie jest za dużo?

Ano jest. Tak, oczywiście, tę nadprodukcję wątków film odziedziczył po pierwowzorze, ale przecież nie od dziś wiadomo, że to, co broni się w liczącej kilkaset stron trylogii, niekoniecznie będzie dobrze wyglądało na ekranie. Mimo to twórcy „Osobliwego domu...” postanowili dokonać niemożliwego – opowiedzieć nam o wszystkim naraz – i w rezultacie nie powiedzieli o niczym. Wątek trudnej relacji syna z ojcem urywa się nagle w połowie filmu, bo ten drugi nie jest w stanie biegać równie szybko jak pierwszy. Konieczność wyboru między dwiema bliskimi osobami okazuje się wcale nie taka tragiczna, gdyż podobne niedogodności można łatwo rozwiązać dzięki manipulacji czasem (traktowanej zresztą i przez bohaterów, i przez twórców z rozczulającą ufnością). Wszystko to sprawia, że nie wiadomo, gdzie znajduje się serce całej tej historii. Czy to miała być opowieść o odmienności i drodze do samoakceptacji? O miłości niemożliwej? O utopii wiecznego dzieciństwa, której ceną jest niewiedza i ubezwłasnowolnienie? O sile międzypokoleniowej więzi trzech mężczyzn? Gryzipiór nie wie.

fot. Twentieth Century Fox Film Corporation [*]
Przypuszcza natomiast, że oprócz spłycenia oryginalnej historii i nadmiaru wątków „Osobliwemu domowi...” najbardziej zaszkodziło źle dobrane tempo. Pierwszą połowę rozwleczono okrutnie, chyba po to, by dochować maksymalnej wierności materiałowi wyjściowemu, choć na przykład bez sceny z niedoszłymi raperami film mógłby się obyć. Oczywiście sporo uwagi trzeba było poświęcić budowie świata, ale Gryzipiór odniósł wrażenie, że za często działanie fantastyki wyjaśniano, a za rzadko – pokazywano. Do czasu.

Radykalną zmianę przyniósł bowiem finał historii, w którym nasi dzielni bohaterowie postanowili wyrwać się z pętli czasowej. I może właśnie za sprawą zabaw z czasem senne dotąd tempo wyrwało do przodu i nie zwolniło nawet na tyle, by Gryzipiór zdążył się zaangażować w dramat bohatera zmuszonego dokonać wyboru niemożliwego. Co więcej, zmiana ta wzięła go z zaskoczenia, błyskawicznie przenosząc akcję do wesołego miasteczka, gdzie przy wtórze odpowiednio tandetnej muzyki rozpoczęła się... bitwa na śnieżki. I może Gryzipiór ma niską tolerancję na stylistyczną niespójność, ale dla niego był to moment, w którym „Osobliwy dom...” niebezpiecznie zbliżył się do autoparodii. Obsypane śniegiem, niegdyś przerażające niewidzialne potwory zderzały się z tramwajami, a grający głównego złego Samuel L. Jackson ze sterczącą czupryną i zębami spiłowanymi w stożki ganiał po cyrku, rozrzucając wkoło dowcipy i narzekając na los psychologa z Florydy. Już nie sposób było traktować go serio, więc i finał historii nie ucieszył Gryzipióra tak, jak powinien. Co najwyżej zostawił poczucie stylistycznego zgrzytu, bo na jego oczach poważna dotąd opowieść przemieniła się w groteskową i – jak mniema – w dużej mierze autoironiczną nawalankę.

Choć – trzeba przyznać – była to nawalanka pierwszej klasy. W ogóle wizualnie film nie zawodzi, może tylko nie jest aż tak efektowny jak niedawna „Alicja w Krainie Czarów”. Cieszą oko soczyste kolory, nastrojowe wnętrza sierocińca, pomysłowy wygląd osobliwych dzieci oraz ich charakterystyczne, kontrastowe stroje (ołowiane buty i skórzane rękawiczki do zwiewnej sukienki). Niezłe bywają nawet całe sekwencje, takie jak pojedynek marionetek czy malownicza eskapada do wraku zatopionego okrętu. Na pochwałę zasługują też najważniejsi aktorzy – i Asa Butterfield wprost stworzony do roli niepozornego bohatera, i Ella Purnell przekonująco wcielająca się we wrażliwą Emmę.

fot. Jay Maidment / Twentieth Century Fox Film Corporation [*]
Oczywiście królowa może być tylko jedna. Eva Green jako charyzmatyczna pani Peregrine pyka fajkę, skrywa tajemnice i kradnie dla siebie każdą scenę, w jakiej się pojawi – a pojawia się w skandalicznie niewielu. Wielka szkoda, bo to właśnie za sprawą jej władczego tonu i niepokojącego uśmiechu do filmu wkrada się poważny problem cienkiej granicy między opieką a ubezwłasnowolnieniem, rodzicielskim nadzorem a zawoalowaną przemocą. Przyglądając się aktorskim wyborom Evy, można zacząć się zastanawiać, czy szczęście stworzonej przez jej bohaterkę krainy wiecznego dzieciństwa nie jest tylko pozorne i czy skazując podopiecznych – w imię bezpieczeństwa – na nieustanne przeżywanie tego samego dnia, pani Peregrine nie wyrządza im w istocie krzywdy. I gdyby tylko twórcy „Osobliwego domu...” w porę dostrzegli tę ścieżkę, może powstałby zupełnie inny film. Może ładne opakowanie udałoby się wypełnić ciekawą treścią, wykraczającą poza przyjemną, ale dość banalną opowieść o dojrzewaniu i miłości.

Może udałoby się odnaleźć jakąś pętlę czasową, w której Tim Burton nadal kręci dobre filmy, a „Osobliwy dom pani Peregrine” doczekał się inteligentnej i nastrojowej ekranizacji, na jaką zasługuje.

  • Reżyseria: Tim Burton
  • Scenariusz: Jane Goldman
  • Na podstawie: Ransom Riggs, „Osobliwy dom pani Peregrine”
  • Premiera: 7 października 2016 
  1. Czytam recenzje i jestem jedną z nielicznych osób, której ten film naprawdę się podobał, chociaż dostrzegam wszystkie wymienione przez Ciebie wady (poza tymi które wiążą się z książką - książki nie czytałam). Może tak obniżyłam oczekiwania wobec Burtona, że miło się zawiodłam?

    Zgadzam się co do jednego - stylistycznie film jest bardzo niespójny. Ta bitwa na śnieżki - kompletnie oderwana od reszty. Ale może i lepiej, bo spodziewałam się jakiejś rzezi połączonej z wyrywaniem kończyn i wydłubywaniem oczu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kojarzę jeszcze kilka ostrożnie pozytywnych recenzji, ale to prawda - generalnie film się nie spodobał. Wydaje mi się, że wiele zależy od tego, na jaki element filmu najbardziej się nastawimy i z jakimi oczekiwaniami pójdziemy do kina. Myślę, że na przykład mnie podobałby się bardziej, gdybym nie przeczytała książki, bo tak przez pierwszą połowę filmu zamiast z ciekawością poznawać świat razem z bohaterem żałowałam straconego potencjału.

      Ja bym na końcu widziała jakąś poważniejszą sekwencję, w której osobliwi wciągają przeciwników w sprytną, skomplikowaną pułapkę, wykorzystując swoje moce, które - jak się okazuje - mogą jednak stanowić o ich sile. Twórcy zrobili mniej więcej coś takiego, tyle że dwa razy za głośno i dziesięć razy za szybko :/

      Usuń
  2. Wypowiem się jak już obejrzę film, ale najpierw muszę przeczytać książkę;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obawiam się, że możesz się rozczarować - film naprawdę nie ma wiele do zaoferowania komuś, kto poznał już powieść Riggsa :(

      Usuń
    2. Przeczytałam książkę :) Potem obejrzałam film... nasuwa mi się bardzo niecenzuralne określenie: ja pie...!! Będę miała po tym koszmary, zwłaszcza ze scen z wesołego miasteczka. Niewidzialne potwory pokonane śnieżkami i różową masą żelkową... Niesamowicie mnie zirytowały też zmiany personalne. od kiedy to Emma włada powietrzem? od kiedy to Jacob jest taką pupą wołowa, która całą bitwę próbuje trafić do celu z kuszy? Nawet nie chce mi się mówić o reszcie bo już to napisałaś. dawno nie widziałam tak zmarnowanego potencjału filmowego. Przecież to mogła być rewelacja...

      Usuń
    3. Haha. No właśnie, to wesołe miasteczko to było wybitnie nietrafione moim zdaniem. Rozumiem autoironiczny zamiar, ale niespójność stylistyczna jest w tym wypadku tak duża, że wytrąca z równowagi. No i zdecydowanie film boli bardziej, kiedy mamy świadomość, jak fajny mógłby być, gdyby inaczej podejść do materiału źródłowego.
      Straszą, że będzie trylogia.

      Usuń
    4. Ciekawe na podstawie czego, skoro przeinaczyli główny wątek i w tej popapranej wersji go zamknęli. Scena w której banda dorosłych facetów podpięta jest rurami do klatki z ptakiem też wywołuje we mnie dreszcze...

      Usuń
    5. Obawiam się, że wcale nie potrzebują podstawy, by nakręcić trylogię o osobliwych dzieciach. Nawet do pierwszego tomu podeszli przecież luźno, powybierali wątki i postacie, ale zmienili klimat i wymowę całości. Ta scena z rurami i klatką może być wyjęta z drugiego lub trzeciego tomu - wydaje mi się, że Riggs byłby zdolny do jej napisania - acz głowy nie dam, bo lektura jeszcze przede mną :)

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.