Stephen Strange i Kamień Nieskończoności, albo po prostu „Doktor Strange”


Przychodzi doktor do Marvela i... zaczynają się kłopoty. Otwierają się lustrzane wymiary, Nowy Jork rozpada się na setki równoległych rzeczywistości, po grawitacji zostaje jedynie wspomnienie, a oszołomiony tym spektaklem Gryzipiór prawie nie zauważa, że gdzieś zagubił fabułę. I drapie się po głowie, niepewny, co począć z tym „Doktorem Strange’em”, w którym zachwycają go bohaterowie i efekty specjalne, ale rozczarowuje przewidywalny, do bólu schematyczny scenariusz. Niech go Mroczny Wymiar pochłonie, to mógł być taki dobry film!


Tekst zawiera spoilery.

Gryzipiór był ciekaw „Doktora Strange’a” przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze jest to film wprowadzający do kinowego uniwersum Marvela magię, która – jak wiadomo – w nieodpowiednich rękach może doprowadzić świat do zguby, a fabułę do granic absurdu. Twórcom udało się na szczęście uniknąć i jednego, i drugiego. Moc, którą obdarzyli kalekiego neurochirurga, jest odpowiednio niepojęta i ambiwalentna. Uleczy sparaliżowane ciało, by za chwilę spowodować rozpad czasu i przestrzeni. Tę groźbę kapitalnie obrazują rozszczepiające się miasta, zwielokrotnione lustrzane odbicia i inne tyleż pomysłowe, ileż niepokojące efekty specjalne, które towarzyszą potyczkom magów. Dzięki nim możliwości uniwersum wzbogaciły się o spektakularne podróże przez inne wymiary, w tym ten najniebezpieczniejszy – Mroczny Wymiar o cudnej purpurowo-błękitnej kolorystyce. To poszerzenie reguł świata przedstawionego dało twórcom spore pole do popisu i pozwoliło im zrealizować pomysły tak szalone jak bitwa, w trakcie której czas zaczyna biec do tyłu. I chyba tylko pojedynki bohaterów w ich formach astralnych można było sobie odpuścić. Każdy doktor powie, że co za dużo, to niezdrowo.

fot. Marvel Studios [*]
Drugim powodem, dla którego Gryzipiór wyczekiwał tego filmu, była ciekawość dotycząca rozwiązania pewnej dręczącej a wrażliwej kwestii. Otóż, widzicie, nie był aż tak bardzo przeciwny obsadzeniu Tildy Swinton w roli Starożytnej, teoretycznie należnej Azjacie. Cała historia początków Doktora Strange’a powiela przecież doskonale znany schemat duchowej podróży na Daleki Wschód, gdzie arogancki człowiek Zachodu uczy się pokory i osiąga wtajemniczenie. Dlatego – ma wrażenie – wybór twórców w pewien przewrotny sposób służy osłabieniu tej zachodniej perspektywy. Wprawdzie w nowym filmie Marvela drzwi do mądrości nadal znajdują się na Wschodzie (konkretnie w Nepalu), ale mieszkają za nimi ludzie wielu ras i dwóch płci, co tworzy przyjemne wielokulturowe tło. Wygładzone i pozbawione kontekstu, ale jednak. Zresztą problem stereotypowego przedstawienia Wschodu twórcy całkiem zręcznie obłaskawili humorem, jak w znanej z trailera scenie z hasłem do Wi-Fi. To nadal jest historia o aroganckim człowieku Zachodu przybywającym do dzikiego świata po mistyczną mądrość, ale przynajmniej historia świadoma własnych ograniczeń i podśmiewająca się ze schematów tkwiących w głowie genialnego podobno chirurga.

Humor, którego jest w tym filmie zaskakująco dużo, zbliża też do postaci drugoplanowych, na których rozwój na razie zabrakło czasu. Przezabawnie wypada Wong, co cieszy o tyle, że podobno początkowo w filmie miało go nie być. Gryzipiór nigdy by nie pomyślał, że tak bardzo spodoba mu się Christine Palmer (wciąż ma migrenę po Jane Foster i Sharon Carter), która niespodziewanie okazała się wiarygodną, samodzielnie myślącą bohaterką, a nie tylko atrakcyjnym dodatkiem do męskiego protagonisty. Jej przyjaźń ze Strange’em też przedstawia się obiecująco – Gryzipióra urzekła scena, w której opiekuje się okaleczonym ukochanym tak po ludzku, bez romantycznej aury świętości, często towarzyszącej takim obrazom. Co zresztą nie powstrzymuje jej przed wygarnięciem byłemu chirurgowi wszystkich jego wad.

A jest ich sporo. Stephen Strange reprezentuje dokładnie taki typ bohatera, w jakiego portretowaniu wyspecjalizował się Benedict Cumberbatch: zarozumiały, diablo inteligentny, o wybujałym ego i nienasyconej ambicji, a do tego skłonny rzucać cięte riposty i dowcipne one-linery. Gryzipiór nie zdziwił się więc, że niektóre miny czy gesty aktora już gdzieś widział. Mimo to nie chciałby w tej roli nikogo innego – odpowiednio ucharakteryzowany Benedict po prostu jest Strange’em, komicznym lub tragicznym zależnie od potrzeb. Reszta obsady wypada równie dobrze, może z wyjątkiem Chiwetela Ejiofora, któremu scenarzyści wyraźnie poskąpili materiału (wygląda na to, że jego postać znalazła się w filmie głównie po to, by dać punkt wyjścia do sequela).

fot. Marvel Studios [*]
I wszystko byłoby cacy, gdyby tylko film nie musiał mieć fabuły. Bo choć świat, który odkrywa Strange, kryje nieskończenie wiele wersji rzeczywistości, scenariusz pozostał niestety jednowymiarowy. Mamy tu bardzo schematyczną superbohaterską origin story o człowieku, który upada po to, by wkrótce wznieść się wyżej niż kiedykolwiek. Zaletą takiej konstrukcji jest wprowadzenie widza w obcy świat magii powoli, razem z pełnym butnej niewiary doktorem. Wadą – jej przewidywalność. Człowiek sukcesu dba tylko o karierę i pieniądze; człowiek sukcesu musi stracić wszystko, by docenić miłość i duchowy wymiar egzystencji. Spokornieć pod czujnym okiem mądrego mentora. Niespodziewanie okazać się jego najwybitniejszym uczniem. Zwycięsko przejść kolejne próby i koniecznie zdobyć magiczny artefakt (choć w tym wypadku to bardziej artefakt zdobywa jego). Pokonawszy ciemne siły, które pragną zawładnąć światem, przejąć schedę po dawnym mistrzu i stać się samotnym obrońcą Ziemi. Owszem, tu i ówdzie film sugeruje nam istnienie głębszych problemów, a na końcu Strange musi zadać sobie pytanie, czy cel uświęca środki również w kruchym świecie magii, w którym jeden niewłaściwy ruch nadgarstka może wymazać człowieka z rzeczywistości. Niewiele z tego przedostaje się jednak na pierwszy plan. Powagę natychmiast rozbraja humor, co bywa niekiedy bardzo potrzebne, a niekiedy bardzo zbędne (Gryzipiór na przykład pozwoliłby dłużej wybrzmiewać scenie pożegnania Stephena z Christine).

Drugim mankamentem scenariusza jest brak konfliktu. Kolejny raz nie udał się antagonista – nadużywający eyelinera Kaecilius zajmuje się głównie mordowaniem bibliotekarzy oraz wygłaszaniem nudnych monologów i nawet Hannibal Lecter nie jest w stanie go odratować. Nie wprowadza do filmu problemu, nie powoduje konfliktu interesów – ot, kolejny spragniony życia wiecznego złoczyńca, którego trzeba powstrzymać, bo tak. Konfrontacja z nim jest dla Strange’a próbą siły i sprytu, ale nie charakteru, Kaecilius bowiem nie ma nic, czego Stephen pragnie. Choć mógłby mieć, bo przecież pogoń za nieśmiertelnością przypomina nieco działalność naszego doktora, który też ratował ludzi od śmierci, tyle że za pomocą neurochirurgii. A ponieważ w filmie nieśmiało stawia się pytania o znaczenie śmiertelności dla człowieka oraz cenę nadnaturalnego przedłużania życia, można było znaleźć miejsce na jakiś interesujący konflikt wartości. Szczerze mówiąc, Gryzipiór był przekonany, że Kaecilius spróbuje skusić Strange’a możliwością cofnięcia czasu do okresu sprzed wypadku na autostradzie, po którym ten stracił władzę w dłoniach. Albo że chociaż twórcy lepiej rozegrają jego żal i poczucie zdrady przez Starożytną. Guzik. Pozostaje mieć nadzieję, że w kolejnym filmie ze Strange’em zmierzy się przeciwnik, którym kierować będzie nie szaleństwo, ale na przykład odmienne spojrzenie na rolę magów we wszechświecie. Sądząc po drugiej scenie po napisach, są na to szanse.

fot. Marvel Studios [*]
No i powiedzcie: co począć z tym filmem? Z jednej strony cudne, pomysłowo zrealizowane widowisko, świetne aktorstwo i sympatyczni bohaterowie, a z drugiej – miałki i niekiedy chaotyczny scenariusz. Cóż, skoro rozum zawodzi, może należy zapytać serce, a to podpowiada, że mimo tych wszystkich wad Gryzipiór spędził w kinie przyjemne dwie godziny i chętnie poszedłby na seans jeszcze raz. I że jeśli twórcy rzeczywiście szukali godnego następcy Tony’ego Starka w MCU, to właśnie go znaleźli. Bardzo możliwe, że „Doktor Strange” zyska z upływem czasu, kiedy nasz świeżo upieczony mistrz magii stanie się ważnym graczem w uniwersum i rozwinie się potencjał tej na razie bardzo kameralnej historii. Historii, która otworzyła świat MCU na nowe wymiary, nowe mitologie, nowe możliwości i nowe rozwiązania estetyczne. Jak powiedziałby przybysz z innego wymiaru, the game is on.

  • Reżyseria: Scott Derrickson
  • Scenariusz: Jon Spaihts, Scott Derrickson, C. Robert Cargill
  • Premiera: 26 października 2016
  1. Zapowiada się super:) Myślę, że warto obejrzeć.

    OdpowiedzUsuń
  2. W zasadzie ze wszystkim się zgadzam, łącznie z nadużywaniem eyelinera przez Kaecillusa. To już nie są jakieś nieśmiałe cienie, ten brokat i hmm... efekt spękań? zawstydza Red Lipstick Monster i inne kosmetyczne vlogerki! Decoupage'owy makijaż, tego jeszcze nie było :)

    Zgadzam się też co do scenariusza. Po okrojeniu filmu z fajerwerków otrzymujemy w gruncie rzeczy schematyczną do bólu historię, tylko gdzieś mimochodem zadająca ciekawe pytania, praktycznie bez żadnych zaskoczeń. Jedyne, co zaskakuje, to wizualna strona filmu. Nadal najmocniejszym punktem Marvela - moim zdaniem - pozostają filmy z Kapitanem Ameryką ;) Strange przegrywa też z nimi kreacjami bohaterów - w tym filmie nie przywiązałam się po prostu do nikogo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I w dodatku do jego wykonania potrzebujesz tylko mrocznej mocy z innego wymiaru! Będzie wyglądał szczególnie efektownie, jeśli zaprzedasz duszę księciu demonów pragnącemu podbić świat.

      Ha, ja też najbardziej lubię filmy z Kapitanem, ale mam wrażenie, że jesteśmy w zdecydowanej mniejszości. Sądząc po recenzjach, mnóstwo ludzi oczekuje od produkcji Marvela przede wszystkim dowcipów i gagów, i to właśnie dostaje. Szkoda, bo Strange to akurat bohater poruszający się w na tyle innym świecie, że można było poeksperymentować też fabularnie, a nie tylko wizualnie.
      Co do kreacji bohaterów, to, hm, o przywiązaniu mówić trudno, ale mnie się podobali i Strange, i Christine, i nawet Wong. Myślę, że mają potencjał, choć oczywiście będą potrzebowali więcej czasu ekranowego, żeby zmienić się w głębsze, bardziej skomplikowane postacie (o ile twórcy im na to pozwolą).

      Usuń
  3. Recenzja ciekawa, bo też odchodząca od powszechnych zachwytów nad tym bardzo słabym filmem. Właściwie wszystko w nim jest złe i dosyć przewidywalne. Opowieść w filmie jest dosyć niedorzeczna, brak jest w niej logiki. Motywacje i postępowanie bohaterów nieoczywiste i nie mają związku z ich postępowaniem, przeszłością. Sfera wizualna też jest rozczarowaniem, szybko nudzi się. Rozumiem, że świat marvela nie jest powiastką filozoficzną, oraz przeznaczony jest dla widzów w wieku mniej więcej gimnazjalnym, ale ktoś kto wyrósł z gimanzjum po prostu się na tym kiczowatym filmie przeraźliwie nudzi. Nie ma w nim co by widza wciągało

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Mnie się wydaje, że świat Marvela przeznaczony jest dla wszystkich, którzy lubią tego rodzaju opowieści, niezależnie od wieku. "Doktor Strange" ma dużo wad, jest przewidywalny i - jak piszesz - miejscami niedorzeczny, ale myślę, że sporo widzów znalazło w nim coś dla siebie. Strona wizualna była może monotonna, ale za to spójna i - jaka efektowna!

      Usuń
    2. Filmy Marvela na siłę są zabawne. To na przykład różni je od filmowego uniwersum X Menów, czy DC. Dzięki temu filmy są lżejsze, ale przez to najczęściej znacznie płytsze. Oczywiście można zadać pytanie, czy jest sens kręcić na poważnie filmy o superbohaterach, ale to trochę inna kwestia. Dla mnie doctor Strange jest niewiarygodnie pusty, a akcja jest bardzo przypadkowa. Dla Strange nieśmiertelność nie jest dylematem. Kiedy okazało się, że różnica między Kaecillusem a Przedwiecznym nie jest tak oczywista, to Strange nie ma żadnych problemów, aby nadal wiernie stać po wcześniej obranej stronie. Kompletnie niewiarygodna jest relacja między Strangem a Christine. Szczerze mówiąc wolałbym, aby zamiast wydawać pieniądze na efekty dopracowano scenariusz :)

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.