Tułacz w szczelinach świata, czyli „Nigdziebądź” Neila Gaimana


Gryzipiór rzadko pisze wpisy z okazji, gdyż nieodmiennie od lat przegapia każdą z nich. Grzechem byłoby jednak przeoczyć kolejne – już ósme – wydanie „Nigdziebądź” Neila Gaimana, które ukazało się pod koniec sierpnia. To dobry moment, by zastanowić się nad fenomenem książki, która narodziła się właściwie przez przypadek podczas produkcji serialu o tym samym tytule – z odrzutów, których nie chciało BBC. Następnie zaś stała się jedną z najważniejszych i najbardziej znanych powieści z nurtu miejskiej fantasy. Co może dziwić o tyle, że do dziś zbiera sporo nieprzychylnych recenzji.

– Z miastami jest tak jak z ludźmi, panie Vandemar – zauważył pan Croup z afektacją. – Najważniejszy jest stan ich wnętrzności [s. 227].

Gdzie leży Nigdziebądź?

Na literackiej mapie znajduje się u samych źródeł nurtu urban fantasy, łączącego powieści, których akcja toczy się w Londynie mieście. Najlepsze z nich to te, w których przestrzeń miejska nie schodzi na dalszy plan, lecz opowiada własną historię lub pozwala się czytać jak komentarz do naszej zupełnie niemagicznej rzeczywistości. Krótko mówiąc, staje się główną bohaterką. W jak ciekawy i znaczący sposób może się nią stać – to właśnie udowadnia „Nigdziebądź”, jedna z najbardziej nastrojowych powieści fantasy, jakie czytał Gryzipiór. Tu Londyn okazuje się i miejscem akcji, i komentarzem społecznym, i labiryntem historii, i stanem umysłu, i potworem. Co gorsza, jest to potwór dwugłowy. W mrocznym świecie stworzonym przez Neila Gaimana istnieją bowiem dwa Londyny: jeden nad, drugi pod.

 Pierwsze wydanie, które
towarzyszy Gryzipiórowi
od 15 lat [*].
Londyn Nad to miejsce, jakie znamy (lub wydaje się nam, że znamy). Miasto, w którym turysta zostawi ostatni grosz, ziemia obiecana przybyszów z prowincji oraz siedziba wielkich korporacji, w których tryby codziennie wpadają przeciętniacy tacy jak Richard Mayhew. To bohater, który może irytować, bo na pozór straszny z niego nieudacznik. Ani inteligentny, ani charyzmatyczny, za to wyjątkowo źle wybierający kobiety. Chciałoby się rzec: typowy dwudziestowieczny everyman. Sęk w tym, że tak naprawdę Richardowi daleko do przeciętności. Przynajmniej pod jednym względem różni się on od reszty londyńczyków, zwłaszcza zaś od swojej cudownie karykaturalnej narzeczonej. Ma empatię. Gdy na początku powieści decyduje się samodzielnie zaopiekować ranną Drzwi, to postępuje wbrew pierwszej zasadzie miejskiego życia, która każe nie zwracać uwagi na bezdomnych. I właśnie ten gest solidarności otwiera przed nim drzwi (ha) do tytułowej Nigdziebądź.

Na tradycyjnej mapie Nigdziebądź leży w Londynie, a dokładnie: pod nim. Kanały ściekowe, tunele z czasów wojny, nieużywane stacje metra i piwnice pod zamkniętymi szpitalami tworzą alternatywne, palimpsestowe miasto, zamieszkałe przez wszelkiej maści wyrzutków. Można tam spotkać żebraków, włóczęgów, handlarzy złomu, sieroty rozmawiające ze szczurami i wszystkich, którzy poruszają się poza prawem i oficjalną przestrzenią miasta, a jako „gorsi” pozostają dosłownie niewidzialni dla ludzi z góry. Taki podział terytorialny sam w sobie stanowi komentarz społeczny, ale Gaiman idzie dalej: z przestrzeni geograficznej czyni przestrzeń etyczną. Markiz de Carabas, Stary Bailey, Drzwi i inni podlondyńczycy kierują się zasadą wzajemności. Przysługa za przysługę – to podstawowa reguła życia w świecie bezdomnych, reguła, której Richard początkowo nie może pojąć, z uporem powtarzając przed każdą wymianą, że nie ma pieniędzy. Pieniądze jednak nie grają żadnej roli, gdy się wędruje w trzewiach miasta. Inaczej niż na powierzchni, gdzie bohater liczy każdy grosz wydany na pierścionek zaręczynowy, rezerwację stolika w restauracji czy eklerkę w galerii sztuki. W Londynie Nad wszystko można kupić, w Londynie Pod trzeba podarować drugiemu kawałek siebie, poświęcić mu czas i uwagę.

Nowe, ósme wydanie [*].
Oczywiście ostrze krytyki wymierzonej w bezduszne korporacje i mieszkańców metropolii, obojętnych na los bezdomnych i bezrobotnych, przez lata nieco stępiało i z dzisiejszej perspektywy Gaiman nie mówi nam nic odkrywczego o świecie, w którym żyjemy. Ale to, w jaki sposób mówi – to jest naprawdę dobre. Ewidentnie inspiracją były dla niego powieści dziewiętnastowieczne – obyczajowa i gotycka. Z tej pierwszej pożyczył nie tylko ambiwalentny obraz miasta, lecz także motyw przenosin z prowincji i gorzką satyrę społeczną, a następnie przełożył je na nowoczesne realia i nowoczesny język. To wciąga: te częste zmiany perspektywy, ten ciągły nastrój tajemnicy, ta ironia, z którą autor traktuje swoich bohaterów. No i ten czarny humor, którego mistrzami są panowie Croup i Vandemar – upiorny duet złoczyńców, który jakby się już gdzieś widziało, ale nie staje się przez to mniej zabawny. Źródłem humoru jest też sam Richard, który z ironiczną rezygnacją zdaje sobie sprawę, że jego londyńskie doświadczenia z góry nijak się mają do nowych przeżyć na dole.

Z drugiej strony mamy w „Nigdziebądź” zdrową dawkę typowo gotyckiej grozy, związanej z rozpadem znanego świata. Gaiman wybiera najnudniejsze elementy codzienności, takie jak podróż metrem, i zamienia je w koszmar, a jego ulubionymi zabiegami są gra słów i udosłownienie. Dlatego na stacji metra Earl’s Court można spotkać prawdziwego hrabiego, a ostrzeżenie „Uwaga na krawędź”, na górze powtarzane pasażerom do znudzenia, na dole okazuje się więcej niż zasadne. Nagle mury Londynu rozstępują się, łamiąc dotychczas obowiązujące reguły, by ukazać miasto pod, miasto piekielne, w którym noc rzeczywiście porywa dzieci, a w najgłębszej otchłani czai się Bestia. 

Sam labirynt był czystym szaleństwem. Zbudowano go z zagubionych fragmentów Londynu Nad: alejek, dróg, korytarzy i kanałów, które w ciągu tysiącleci zniknęły w szczelinach i pojawiły się w świecie rzeczy zapomnianych i zgubionych.
Szli po bruku, błocie i odchodach (końskich i innych), a także po próchniejących drewnianych deskach. Ich otoczenie stale się zmieniało. Każda ścieżka rozdwajała się, zakręcała i deptała sobie po ogonie [s. 264].

Jeśli Gryzipiór miałby zarzucić coś powieści Gaimana, to chyba przewidywalność fabuły, a szczególnie zakończenia. To może być problem materiału wyjściowego, który był scenariuszem miniserialu, a więc czymś, co niezbyt dobrze znosi nadmiernie kombinowanie. Niemniej można się nieco rozczarować, że twórca tak bogatego świata nie zdołał – lub nie mógł – wymyślić równie złożonej intrygi. Największy problem ma Gryzipiór z wątkiem pociesznego nieudacznika Richarda, byłego pracownika spółki inwestycyjnej, który od pewnego momentu kroczy ścieżką mitycznego herosa – z zejściem do podziemi i zabiciem pradawnej bestii włącznie. Czy to aby nie historia z trochę innej beczki? Można ją oczywiście przyjąć na prawach cytatu, jak Miltonowskiego antagonistę i prawie wszystko w Londynie Pod, Gryzipiór ma jednak wrażenie, że autor potraktował ją śmiertelnie poważnie. Tym bardziej, że owa ścieżka herosa prowadzi Richarda do wewnętrznej przemiany, ta zaś – do decyzji przypieczętowującej wymowę całej powieści. 

Wydanie siódme z 2014 r. [*].
Tak naprawdę bowiem Nigdziebądź nie ma na żadnej mapie. To miasto o niepewnej topografii, wzniesione ze skrawków historii, mitów, miejskich legend i informacji dla turystów. Tu ciemne wagony w pociągach metra, tam pradawne istoty w kanałach ściekowych; tu pokątny bazar w Harrods, gdzie indziej zaś piekielne czeluście, w których śpiewają upadłe anioły. Bohaterowie popijają wino z Atlantydy, kolekcjonują starożytne figurki z chińskiej porcelany i tworzą klatki dla ptaków z anten telewizorów, które ktoś na górze wyrzucił na śmietnik. Nie ma w tym kolażu miejsc, czasów i symboli żadnej logiki, żadnego porządku. Żadnej stałości. To też stanowi komentarz do znacznie bardziej porządnego – i nudnego – Londynu Nad, w którym metro kursuje według rozkładu, a galerie handlowe pozostają na swoim miejscu, w przeciwieństwie do Ruchomego Targu. To dziwne, chaotyczne, inne miasto można oswoić tylko w jeden sposób. Nie wczytując się w mapy i przewodniki, lecz doświadczając go: wędrując śladem jego sekretów i w towarzystwie wyrzutków, którzy nawiedzają jego szczeliny. No, a gdy już się oswoi Londyn Pod...

Trudno doprawdy dziwić się decyzji, jaką podejmuje Richard na końcu powieści, wybierając przemianę w ducha, w kolejną miejską legendę. Londyn Pod nie tylko ma znacznie zdrowszy system wartości, lecz także oferuje coś bezcennego: alternatywny styl miejskiego życia. Zejście z utartych ścieżek, tak w mieście, jak w życiu. Zniknięcie w podziemiach, w owym nigdzie o nieskończonych możliwościach, dla Richarda oznacza wolność, przygodę, wtajemniczenie, no i szansę na autentyczną przyjaźń. Oczywiście w zamian trzeba się wyrzec świata czystych ulic i wielkich korporacji, a więc zniknąć z oficjalnego dyskursu, ale powiedzmy sobie szczerze: kto chciałby do nich wracać?

  • Przekład: Paulina Braiter
  • Wydawca: MAG
  • Rok wydania: 2001 (1996)
  • Liczba stron: 318

Blog zyskał nowy wygląd! Nie wiem doprawdy, jak to się stało. Nie wszystko wygląda jeszcze jak należy, ale do końca tygodnia powinno doprowadzić się do porządku.
  1. Świetny nowy wygląd, bardzo przyjemny :-).

    No właśnie, Twój tekst doskonale zilustrował mój problem z "Nigdziebądź": to znaczy, jak sądzę, to jedna z tych próz, którą można zreinterpretować w taki sposób, że to, co pokazujesz jako plusy -- staje się minusami; i, rzecz jasna, odwrotnie. Na mnie bowiem ta eklektyczność miasta pod sprawiała wrażenie raczej nie do końca przemyślanej struktury -- znajdując zresztą odbicie w takim pozlepianiu wątków. Ale to chyba znacznie większy (mój) problem z prozami Gaimana, bo mnie się zwykle zwyczajnie nie udaje wyczuć tej atmosfery ;-).

    A że moje wydanie "Nigdziebądź" to jedna z tych książek, które chodziły w wiecznych pożyczkach i nigdy do mnie nie wróciły (chlip), to jakoś ciągłe obiecywanie sobie, że przeczytam ponownie, przetestuję, jeszcze nie zostało zrealizowane :-).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Rzeczywiście jest coś w tym, co piszesz o plusach i minusach. Zauważyłam na przykład, że mniej więcej tyle samo recenzentów chwali elementy komiczne w "Nigdziebądź", co na nie narzeka. No, ale humor Gaimana w ogóle jest specyficzny, podobnie zresztą jak atmosfera jego książek. Z kolei mój problem z tym autorem polega na tym, że do tej pory żadna jego powieść nie zachwyciła mnie fabułą, toteż czytam go głównie dla nastroju i niekiedy naprawdę świetnych pomysłów.

      Eklektyzmu Londynu Pod bym jednak broniła, bo czy chaos, pomieszanie estetyk i nieprzemyślana struktura nie są właśnie jednymi z głównych problemów współczesnych miast? To w sumie ciekawe, że próba oddania tego zjawiska w literaturze - przynajmniej w tym wypadku - wywołuje takie wrażenie nieprzystawalności, pozlepiania wątków (wspomniany Richard jako mityczny heros, brrr). Paradoksalnie wszystko tu się koncepcyjnie łączy.

      Usuń
  2. Ja mam z Gaimanem różne relacje, w zależności od nastroju. Mój pierwszy kontakt z nim był entuzjastyczny ("Amerykańscy Bogowie"), potem odniosłam wrażenie że jest jednym z tych autorów, którzy ciągle piszą jedną i tę samą książkę. Może nie do końca lubię to, jak pisze (genialne początki, wciągające od pierwszej strony i kiepskie, pospieszne zakończenia), ale uwielbiam jego niesamowitą wyobraźnię. No i jest Sandman, za którego postawiłabym mu pomnik.

    Nigdziebądź jest dla mnie właśnie taką trochę kwintesencją stylu Gaimana - chaos pomysłów, prawdziwy koktajl wyobraźni, z którego co jakiś czas wyłaniają się rzeczy genialne, przez które wybaczamy setki niewykorzystanych wątków. Książka w której jest wszystko i książka, która może służyć za wzorzec z Sevres urban fantasy. Czytałam tylko raz, ale podejrzewam, że raz to za mało, żeby wyrobić sobie zdanie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja czytałam... och, chyba ze cztery razy, mimo że nie uważam tej powieści za wybitną. Lubię ją właśnie jako taki nastrojowy traktat o współczesnym mieście.

      Właśnie, masz sporo racji z tym pisaniem wciąż jednej i tej samej książki. Teraz zauważyłam, że jakoś nie potrafię wskazać wśród jego powieści swojej ulubionej - każda z nich jest trochę jak kolejny rozdział tej samej opowieści. Ciekawe, że mimo powtarzalności, te charakterystyczne motywy i zabiegi artystyczne Gaimana jakoś nie nudzą, a przynajmniej mnie nie nudzą. Może dlatego, że takiej jak u niego kompozycji grozy, ironii, fantastyki i intertekstualności nie spotyka się często? Cokolwiek by o nim mówić, ma własny i chyba nawet niemożliwy do podrobienia styl, i za to postawiłabym mu obok drugi pomnik ;)

      Usuń
  3. Jestem szczęśliwym posiadaczem wydania siódmego. Do Gaimana podchodziłem niczym pies do jeża. Przez długi czas naiwnie funkcjonował w mej świadomości jako ten, który zepsuł "Dobre Omeny" - byłem wtedy pratchettowskim neofitą, a w "Omenach" coś mi nie podpasowało i obwiniałem Gaimana. Choć tak w sumie to Sandmany mi się podobały bardzo. Tak czy tak - "Nigdziebądź" bardzo mi się podobało. Momentami fabuła gubiła się gdzieś pomiędzy humorem a fascynacją, ale była to dla mnie piękna podróż.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fascynacją? Masz na myśli, że świat przedstawiony przesłonił fabułę? Ja często odnosiłam podczas lektury właśnie takie wrażenie - że kolejne wydarzenia są w "Nigdziebądź" tylko pretekstami do przedstawienia bardzo ciekawego i wówczas oryginalnego świata. Piękna podróż, otóż to, choć chwilami jakby pozbawiona celu.

      Usuń
  4. Mnie akurat "Nigdziebądź" jakoś szczególnie nie zachwyciło, ot do przeczytania i zapomnienia. Choć sukces wydawniczy wskazuje, że wielu osobom spodobało się bardziej.
    Gdybym miała polecać z urban fantasy, to za najlepsze, znane mi książki z tej konwencji (i ogólnie jedne z lepszych powieści fantasy, jakie znam) uważam tetralogię o Matthew Swifcie Kate Griffin (pierwszy tom "Szaleństwo aniołów"). Autorka lubi rozbudowane opisy i rzecz się początkowo czyta wolno - być może to zadecydowało o braku aż takiego powodzenia u czytelników. Ale Londyn z książek Griffin. To dopiero jest MIasto. A sposób w jaki autorka wymyśla i opisuje miejską magię jest pomysłowy, barwny i nowatorski w porównaniu z innymi znanymi mi ksiażkami, które zwykle kreślą magię w opozycji do technologii na zasadzie "gdzieś tam w zaułkach wciąż mieszkają elfy" etc.) Szczerze polecam, bo to było moje czytelnicze odkrycie 2015 roku. Beata N.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo! A wiesz, że nie kojarzę tego cyklu? Chętnie sięgnę, bo brakuje mi takiej naprawdę dobrej urban fantasy, dzięki której pokochałabym gatunek. "Nigdziebądź" pokazuje, jak wielki tkwi w tym gatunku potencjał, ale fabularnie jednak pozostawia niedosyt. Przy czym - wydaje mi się - na sukces wydawniczy złożyły się tu jeszcze serial (bardziej znany za granicą), popularność, którą później zdobył autor, no i pewna, hm, wzorcowość tej powieści, która sprawia, że jeśli ktoś chce zacząć czytać urban fantasy, to najpewniej polecimy mu właśnie Gaimana.

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.