Okruch lodu i ognia, czyli „Lodowy smok” George’a R.R. Martina


George R.R. Martin jest prawdopodobnie ostatnim autorem fantasy, którego podejrzewalibyśmy o pisanie dla dzieci. Niesłusznie, albowiem dawno, dawno temu popełnił pewien dość dziwny utwór właśnie z myślą o dziecięcym czytelniku. „Lodowy smok” to trochę baśniowa miniatura, trochę traktat metafizyczny, a trochę preludium do „Pieśni Lodu i Ognia”. Z najpopularniejszym dziełem GRRM-a łączy go metafora zimy jako stanu duszy człowieka. Tym razem – zamkniętego w świecie wyobraźni dziecka, które już za chwilę pozna, czym jest wojna.


Tekst zawiera ogólny zarys fabuły powieści.

Jedno powiedzmy od razu: „Lodowy smok” to ilustrowane opowiadanie dla dzieci, i to raczej tych młodszych. Zawiedzie się więc ten, kto spodziewa się wielowątkowej fabuły i skomplikowanych bohaterów, do których przyzwyczaił nas GRRM w swoich powieściach dla dorosłych. Zamiast epickiej gry o tron mamy kameralną opowieść o rodzinie zmagającej się z żałobą, której nie może właściwie przeżyć, gdyż nie pozwala jej na to wojna. Bohaterowie są ledwie zarysowani i jak w baśniach miarą ich osobowości staje się jedna, charakterystyczna cecha. Brat Geoff jest ciekawski, siostra Teri wesoła, stryj Hal surowy, a ojciec... cóż, ojciec nie potrafi pokochać swojej najmłodszej córki. Adara jest bowiem dziecięciem zimy i darzy miłością wyłącznie chłód. I lodowego smoka. Nie zapominajmy o lodowym smoku.

Adara najbardziej ze wszystkich pór roku lubiła zimę, gdy bowiem świat ogarniał chłód, zjawiał się lodowy smok.
Nie była do końca pewna, czy to zimno przywabia smoka, czy raczej smok sprowadza mrozy (...). Adary podobne sprawy nie obchodziły. Do szczęścia wystarczało jej, by zimno, śnieg i lodowy smok zjawiły się o swojej porze.
Zawsze wiedziała, kiedy należy ich oczekiwać, dlatego że wtedy miała urodziny. Była zimowym dzieckiem, zrodzonym podczas mrozów tak strasznych, że gorszych nie pamiętała nawet stara Laura, która mieszkała w sąsiednim gospodarstwie i sięgała pamięcią czasów, gdy nikt z obecnie żyjących jeszcze się nie narodził [s. 11-12].

Brzmi znajomo, prawda? Tu i ówdzie można przeczytać, że historia zimowego dziecka stanowi preludium do „Pieśni Lodu i Ognia”. I jest w tym nieco prawdy. Nie pomyślcie tylko, że utwory te rozgrywają się w tym samym świecie. Nienazwane krainy, w których toczy się akcja „Lodowego smoka”, nie dają się przekonująco utożsamić z Westeros (ani z Essos, choć o nim wiemy mniej). Adara z rodziną mieszka raczej w tej nieuchwytnej, wyjętej z szerszego kontekstu przestrzeni, w której zwykle dzieją się baśnie. Są jakieś gospodarstwa, jakieś pola, jakieś chłodne groty nad rzeką, w których można się schować, gdy dokucza letni skwar. Żadne z tych miejsc nie ma jednak nazwy i wydaje się, że nie zna też czasu, dopóki na to baśniowe odludzie nie dociera Historia. No, a w ślad za Historią ruszają armie. Nie wiadomo jednak, kto kogo bije i dlaczego. Wojna po prostu się zjawia, odchodzi i powraca jak zły szeląg, a choć czytelnika kusi, by w walczących ze sobą jeźdźcach smoków dostrzec jakąś wstępną wersję Targaryenów czy Blackfyre’ów, byłoby to chyba nadinterpretacją.

Jak więc „Lodowy smok” może być wstępem do „Pieśni Lodu i Ognia”, skoro prawdopodobnie rozgrywa się w zupełnie innym świecie? O, to proste: chodzi o pokrewieństwo filozoficzne. W świecie Adary czas odmierza się bowiem porami roku, które jak zwykle u GRRM-a stają się metaforami stanów duszy. A stanem duszy, który w tym utworze szczególnie interesuje autora, jest dzieciństwo. Teri i Geoff to dzieci lata: radosne, ciekawskie i pełne życia. Najmłodsza Adara, której losy śledzimy do siódmego roku życia, pozostaje zaś dzieckiem zimy – dzieckiem, którego się nie kocha. Uśmiecha się z rzadka i nigdy nie płacze, nie czuje przywiązania ani nienawiści. Po prostu jest. Odcięta od świata chłodem (uczuciowym), unieruchomiona w czasie (zimie) i przestrzeni (rodzinnym gospodarstwie), Adara mieszka wewnątrz siebie, w świecie wyobraźni, w którym znajduje wszystko, czego potrzebuje.

[*]
Rodzinie, oczywiście, wewnętrzna emigracja Adary wydaje się bezduszna, lecz w istocie – mówi nam Martin – jest naturalną częścią cyklu życia człowieka, tak jak zima jest naturalną częścią cyklu przyrody. To właśnie tam, wewnątrz siebie, Adara uczy się tworzyć, budując zamki ze śniegu. Tam poznaje, co to śmierć, z niewinną fascynacją patrząc, jak co roku giną lodowe jaszczurki. Tam też zaprzyjaźnia się z lodowym smokiem, którego istotę i rolę w życiu Adary czytelnik musi zinterpretować sam. Dość powiedzieć, że w trakcie opowieści Gryzipiór poważnie zwątpił, czy smok w ogóle istnieje. Dziś powiedziałby, że istnieje, choć... chyba nie jest tym, czym się wydaje. Tak czy inaczej, metaforą dzieciństwa – wbrew literackiej tradycji – staje się zima, czyli czas nieświadomości, zamknięcia się na świat zewnętrzny. Za pomocą kilku tylko obrazów, właściwie okruchów opowieści, udało się Martinowi oddać ten szczególny stan duszy człowieka, kiedy musi się on wycofać do wewnątrz i użyć wyobraźni, by poznać siebie.

Oczywiście, nic nie trwa wiecznie. Prędzej czy później zimowe dziecię musi wrócić do świata i rodziny, która go potrzebuje, choć nie zdaje sobie z tego sprawy. Moment ten przyśpieszy nadejście wojny, która z jednej strony niesie ogień i śmierć, z drugiej – w okrutny sposób przywraca światu równowagę, bo uświadamia, co jest najważniejsze. Uwaga, spoiler. Gryzipiór musi przyznać, że tuż po lekturze był srodze zawiedziony zakończeniem „Lodowego smoka”. Wolałby, żeby Adara pozostała we własnym świecie, gdyż to on czyni ją wyjątkową i to w nim znajduje szczęście oraz przyjaźń, bez niego zaś czeka ją tylko los gospodarskiej córki w zniszczonym wojną kraju. Nie bardzo też potrafił dostrzec zwycięstwo w przemianie Adary w dziecko „normalne”, czyli ciepłe, radosne i uśmiechnięte, bo cóż to za osiągnięcie: stać się takim jak wszyscy? Z perspektywy czasu wydaje mu się jednak, że reakcje te były zaprogramowane przez autora. Świat wyobraźni jest piękny i pełen magii – zdaje się mówić Martin – lecz pozostań w nim zbyt długo, a dojdzie do tragedii. Bliscy cię potrzebują, świat cię potrzebuje, nie odchodź na zawsze.

Lodowy smok był kryształowo biały, bielą tak twardą i zimną, że przechodziła niemal w błękit. Pokrywał go szron i dlatego podczas ruchu jego skóra pękała z trzaskiem, tak jak lodowa skorupa pokrywająca śnieg pęka pod butami, a na ziemię sypały się płatki marzłoci.
Oczy miał przejrzyste, głębokie i lodowate, a skrzydła wielkie, nietoperzowe, koloru bladego, półprzezroczystego błękitu. Gdy kołował po zimowym niebie, Adara widziała przez nie chmury, a często również księżyc i gwiazdy [s. 33].

I gdyby oceniać tylko tę filozoficzną stronę „Lodowego smoka”, Gryzipiór przyznałby mu najwyższą notę. No, ale nie mniej ważne jest przecież wykonanie, a to jest... osobliwe. Po pierwsze, bohaterowie, nie licząc Adary, są w najlepszym razie bezbarwni. Trudno ich polubić, trudno poczuć się częścią ich rodziny i trudno zaangażować w ich historię, szczególnie że jest to historia krótka. Za krótka. Niecałe sto stron, zapisane dużą czcionką i z ilustracjami, można przeczytać w pół godziny, co nasuwa pytanie, czy wydawanie jej w osobnym tomie ma sens (Gryzipiór zdaje sobie sprawę, że ocenia teraz książkę dla dzieci jak powieść dla dorosłych, ale cóż począć – takie jest jego czytelnicze doświadczenie).

Po drugie, ton. To opowiadanie ma lód nie tylko w tytule. Narracja jest chłodna, zdystansowana i nawet na swój sposób martwa, gdyż nie przynosi ani ekscytujących zwrotów akcji, ani zapadających w pamięć obrazów, ani – prawdę mówiąc – uczuć. Bardzo możliwe, że jest to zabieg celowy. Że w zamyśle autora strony powieści miały emanować takim samym chłodem jak Adara, zimowe dziecię. Czy czytelnik zaakceptuje taką konwencję – to zależy od niego. Gryzipiór docenia pomysł, zachwyca się wymową, lecz nie przypuszcza, by lekturę „Lodowego smoka” miał wspominać szczególnie... no cóż, ciepło.

  • Przekład: Michał Jakuszewski
  • Ilustracje: Yvonne Gilbert
  • Wydawca: Zysk i S-ka
  • Rok wydania: 2011 (1980)
  • Liczba stron: 104

W nagłówku: ilustracja do amerykańskiego wydania „Lodowego smoka” [*]. Jej autorem jest Luis Royo.
  1. Świetny blog, będę częściej wpadać... Tym czasem zapraszam do mnie
    http://zakochaniwksiazkachrecenzje.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Ech, za mało zaglądam autorom w życiorysy. Nawet nie wiedziałem o istnieniu tej opowieści.

    Bardzo dobra, wnikliwa recenzja.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Sama też dowiedziałam się o niej późno. Mam wrażenie, że to jakiś głębszy problem z twórczością George'a R.R. Martina, że "Pieśń Lodu i Ognia" trochę przyćmiła całą resztę i jakoś niewiele się o tej reszcie mówi, a pisze jeszcze mniej.

      Usuń
  3. Jaka piękna interpretacja.:) Przyznam, że mi nie przyszła do głowy (acz w sumie kwestia dojrzewania powinna).

    Acz bezbarwności bohaterów bym się nie czepiała. To przecież baśń a w baśniach postacie drugoplanowe zwykle opisuje się właśnie jedną, główną cechą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pięknie dziękuję :) Ja mam z tymi bohaterami kłopot, bo przez ich bezbarwność trudno przejąć się ich losami, trudno poczuć tę ich nieprzepracowaną żałobę i wojenną tragedię. Nie jest to też, mam wrażenie, taka bezbarwność całkiem w typie baśniowym. Postacie z baśni zwykle reprezentują jakieś archetypy. Wiedźmy, macochy czy głupawi najmłodsi synowie niosą za sobą narosłe przez wieki wyobrażenia i skojarzenia, więc nie musimy wiele się o nich dowiedzieć, by odgadnąć, kto zacz. W "Lodowym smoku" zaś mamy zupełnie zwyczajną rodzinę, o której nie wiemy nic i nic nie możemy sobie pomyśleć. A to, co wiemy, każe oceniać ją raczej negatywnie. Ktoś złośliwy mógłby zauważyć, że autor nakazuje Adarze triumfalnie wrócić do rodziny tylko dlatego, że ta jest właśnie rodziną, mimo że opisane wcześniej wypadki przemawiają raczej na jej niekorzyść.

      Usuń
  4. Lodowy smok nie powstał z myślą o dziecięcym czytelniku. To opowiadanie fantasy ,które po ocenzurowaniu (przybicie ojca Adary do ściany, gwałt na siostrze) zostało wydane po latach na fali popularności "Pieśni lodu..." jako książka dla dzieci.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mówisz? Nie wiedziałam. Ale w takim razie to niezwykłe, jak dobrze broni się właśnie jako opowiadanie dla dzieci - z dziecięcym bohaterem, zdrową dawką grozy i piękną symboliką naraz.

      Usuń
    2. Z tego, co pamiętam z wspomnień autora z "Retrospektywy", to Martin napisał je do antologii o smokach. Beata N.

      Usuń
    3. No tak, to w stylu Martina. Napisać do antologii o smokach opowiadanie o smoku, który prawdopodobnie nie istnieje ;)

      Usuń
    4. Hmm, jak dla mnie on jak najbardziej istniał (w końcu zdaje się on kogoś ratował na końcu). Może po prostu jako umysł ścisły wolę konkrety od metafor ;P Sam Martin się cieszył, że lodowy smok to jego wkład do bestiariusza fantasy. BN

      Usuń
    5. Dobra metafora nie jest zła :) Myślę, że to opowiadanie jest na tyle niejednoznaczne, że można sobie spokojnie smoka interpretować na wiele sposobów. Ja skłaniałabym się ku wersji, że smok istnieje, ale w sposób odmienny niż reszta istot, bardziej jak duch, wspomnienie, może marzenie. Ale może po prostu szukam interpretacji, która uczyni tę historię jeszcze smutniejszą ;)

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.