Zapomniałam o ogrodzie, czyli „Tajemniczy ogród” Frances Hodgson Burnett


Nie jest bezpiecznie wracać do opowieści, które lubiliśmy jako dzieci. Można się rozczarować i załamać ręce nad własnymi gustami literackimi sprzed dekady. Można też odkryć, że książka opowiada o czymś zupełnie innym, niż zapamiętaliśmy. To ostatnie przydarzyło się Gryzipiórowi podczas ponownej lektury „Tajemniczego ogrodu” Frances Hodgson Burnett. Widzicie, to zawsze była dla niego opowieść o wielkiej przygodzie w magicznej krainie, która znajdowała się tuż za rogiem pustego, zimnego domu Cravenów. Dziś dostrzega w niej głównie hymn na cześć angielskiej przyrody i nieco już banalną metaforę wiosny jako wezwania do życia. A i sam ogród stał się jakiś mniej tajemniczy.

Czytany po latach „Tajemniczy ogród” jest przede wszystkim gorącym wyznaniem wiary w naturę i wewnętrzną siłę człowieka. Mary Lennox, nieładna i chorowita sierota o sercu z kamienia, wraca z ogarniętych zarazą Indii do rodzinnej posiadłości w Anglii. Mogłoby się wydawać, że spędzając zimę w rodzinnym kraju, jeszcze bardziej podupadnie na zdrowiu, ale dzieje się coś odwrotnego. Okoliczne wrzosowiska tylko wydają się martwe, w rzeczywistości jednak drzemie w nich moc ciągłego odradzania się. Rośliny po prostu śpią w ściętej mrozem ziemi – dowiaduje się Mary – i wystarczy dać im czas oraz odpowiednio o nie zadbać, by wiosną wypuściły kwiaty. I rzeczywiście: nadchodzą wiosenne deszcze, ogrody budzą się ze snu i nagle się okazuje, że piękno angielskiej przyrody istotnie polega na zdolności do przetrwania trudności, uzdrowienia się i powrotu do życia. I że jest to droga, którą wkrótce – po znalezieniu klucza do tajemniczego ogrodu – podąży też Mary. Ta, którą dotąd nie opiekował się nikt, sama zaopiekuje się opuszczonymi różami i wraz z nimi będzie z wolna rozkwitać.

Razem z naturą, niestety, ożywają demony kolonializmu – Burnett chętnie podkreśla wyższość angielskiej przyrody nad przyrodą indyjską. Indie postrzega jako kraj pogrążony w słonecznym marazmie i pełen bujnej roślinności, która nigdy nie umiera i dlatego nie może się odrodzić. Obarcza je też przynajmniej częściową winą za stan duszy Mary, która jest dzieckiem leniwym, despotycznym, rozpieszczonym przez indyjską służbę i na domiar złego „żółtym”. Ale nie bój nic – wystarczy, że panna Lennox wróci do kraju i zanurzy ręce w zdrowej, angielskiej ziemi, a wszystkie te przypadłości ustąpią jakby ręką odjął. Nawet jej cera magicznie zmieni się w nieskazitelnie białą. Wybaczcie proszę Gryzipiórowi, że się podśmiewa z wielkiej klasyczki, ale wyjątkowo go drażni naiwność, z jaką Burnett wierzy w uzdrawiającą moc właśnie angielskiej przyrody, opisywanej zresztą z irytującą egzaltacją. Trudno zliczyć, ile razy rozwodzi się w powieści nad tymi nieszczęsnymi rumieńcami Mary, zdrowszym wyglądem jej włosów albo wzrostem apetytu i wagi, zapewniając jednocześnie, że wszystko to dzięki cudownemu powietrzu znad wrzosowisk. Oczywiście podsuwa też alternatywne i znacznie bardziej wiarygodne wyjaśnienie wewnętrznej przemiany dziewczynki, niemniej proporcje między nimi wydają się mocno zaburzone.

– Ja moje wrzosowisko po prostu kocham. I nie jest ono wcale puste – o, nie! Pełne jest cudnych roślinek, a pachną one – oj, jak pachną! Jest śliczniuchne takie na wiosnę i latem, jak kwiecie zakwitnie, te różowe wrzosy. Pachnie, jakby miód rozlał! A tyle tam powietrza, że się upić można; a niebo to tak het – het wysoko nad nim, a pszczoły i pasikoniki taki miły gwar czynią, tak brzęczą i dzwonią! Za nic bym nie chciała żyć z dala od mego wrzosowiska!

Ten sentymentalny zachwyt nad naturą mocno się niestety zestarzał (i chyba tylko przekomarzanie się ogrodnika Bena z jego ulubionym gilem zachowało sporo uroku). Zresztą nie tylko on. „Tajemniczy ogród” należy do nurtu powieści dla dziewcząt z przełomu XIX i XX wieku, na którym krytyka feministyczna nie zostawiła suchej nitki i do którego nie sposób dziś chyba podchodzić inaczej niż podejrzliwie. Burnett kreśli obraz kobiecości, z którym trudno się zgodzić, choć na szczęście wyposaża go w więcej niż jeden wymiar. Małej pannie Lennox dostaje się za brzydotę, samolubstwo i skłonność do gniewu – cechy nie do pomyślenia u przyszłej angielskiej damy – lecz autorka piętnuje dwie ostatnie głównie dlatego, że powodują cierpienie bliskich, a nie dlatego, że nie pasują do obowiązującego wzorca. Pozwala też swojej bohaterce na sporo asertywności, na przykład odmowę wypełniania rozkazów rozhisteryzowanego małego tyrana.

Niestety podwójne standardy trzymają się mocno: despotyczne zachowanie dziewczynki zasługuje na naganę, lecz podobne postępowanie chłopca nie budzi sprzeciwu, a nawet zapewnia mu pieszczotliwe przezwisko „mały radża”. W ogóle niedobrze się dzieje, gdy na scenę wkracza Colin, a Mary pokornie schodzi na drugi plan we własnej historii. Odtąd nieszczęśliwy syn lorda Cravena cieszy się pełną uwagą autorki, jego kuzynka zaś pięknieje i wprawia się w roli opiekunki: śpiewa mu kołysanki, głaszcze go, usypia i pielęgnuje jak jedną ze swoich kwiatowych grządek. Z chwilą, gdy zaczyna sprawować funkcję zastępczej matki, kończy się rozwój Mary jako niezależnej postaci. Teraz ma ona wspierać rozwój mężczyzny, małego lorda, który oczywiście pragnie zostać naukowcem. Żegnaj, o własna przyszłości.

Wróćmy jednak do wiosennej przemiany Mary i Colina, stanowiącej przesłanie całej powieści. Wspomniane wyżej alternatywne wyjaśnienie rozpoczyna się od wzmianki o rodzicach dziewczynki: nieobecnym ojcu i oziębłej, dbającej wyłącznie o siebie matce. To jeden z kilku w powieści fragmentów, w których odpowiedzialnością za zło wyrządzane przez dzieci obarcza się ich opiekunów. Brak zainteresowania, nadmierne pobłażanie, przesadna kontrola – to ich największe grzechy, przez które dzieci stają się władcze, humorzaste i uwięzione we własnym smutku. Upiorna jest scena, w której mała Mary wędruje obojętnie po opuszczonej indyjskiej posiadłości, porzucona przez rodziców uciekających przed epidemią cholery. Równie bolesną przeszłość ma za sobą Colin, którego hipochondria, napady paniki i niechęć do ludzi wyraźnie świadczą o – jak byśmy dziś powiedzieli – głębokiej depresji. To takie traumy, z jakich nie wyleczy dzieci żaden tajemniczy ogród. Może im natomiast pomóc – i pomaga – troska drugiego człowieka, takiego jak Ben Weatherstaff, a potem Dick Sowerby, którzy pielęgnują Mary i Colina z taką samą troską jak zmarniałe róże w ogrodzie.

Frances Hodgson Burnett [*].
Rodzina Sowerby w ogóle służy w powieści za wzór wspólnoty idealnej: prostej, ale kochającej się, pracowitej i hojnej mimo ubóstwa (skostniałe arystokratyczne familie Lennoxów i Cravenów mogą być jedynie antywzorem). Zawiaduje nią Zuzanna, matka doskonała i zarazem wcielenie angielskiego zdrowego rozsądku, z której wskazówek można chyba zrekonstruować poglądy Burnett na temat wychowania dzieci. Zatem: żadne tam bony i opiekunki! Swoboda, świeże powietrze, towarzystwo zwierząt i rówieśników mają być kluczem do udanego dzieciństwa – kluczem, który pasuje oczywiście tylko wtedy, gdy jak Burnett przyjmiemy dość naiwne założenie, że dzieci są z natury dobre. Wówczas do szczęścia wystarczy im „własny kawałek ziemi”, czyli tajemniczy, niedostępny dorosłym ogród, w którym będą mogły z własnej woli pielęgnować śliczne kwiatki i karmić osierocone jagniątka (Gryzipiór pozostaje wierny stylistyce polskiego przekładu „Tajemniczego ogrodu” z 1914 roku, pełnego „cudnych roślinek”, „przemiłych stworzonek” i „ślicznych osóbek” – to ostatnie o kobietach).

W takiej interpretacji „Tajemniczy ogród” jest nie tylko pochwałą angielskiej przyrody, lecz także rzadkim jak na tamte czasy studium dziecięcej traumy. I Mary, i Colin mają za sobą przeżycia, jakie rozbiłyby psychicznie niejednego dorosłego, a mimo to udaje im się – jak przyrodzie na wiosnę – zbudzić się i ozdrowieć. Zamknięty na klucz ogród staje się dla nich miejscem sekretnych spotkań, budowania wspólnoty oraz nauki wzajemnej troski, a wszystko dzięki osiągnięciu jedności z naturą. Z czasem dopuszczają do tajemnicy dorosłych i wtedy zaczyna się odbudowa pełnej, zdrowej rodziny. To przeżycie niemal mistyczne, nic więc dziwnego, że Colin wykłada o czarach, Dick śpiewa Bogu pieśni dziękczynne, a przybycie do ogrodu Zuzanny Sowerby celowo zostaje opisane tak, byśmy na chwilę uwierzyli, że oto ukazał się duch zmarłej pani Craven. Punktem kulminacyjnym tej przemiany staje się powrót ojca Colina, który musi jednak poprzedzić wyrzeczenie się trwającej dziesięć lat żałoby po śmierci żony. Na tym właśnie mają polegać „czary” odprawiane w tajemniczym ogrodzie. Precz ze smutkiem, witajcie życie, zdrowie i radości. Pozytywne myślenie ma otworzyć drogę dla wzrostu i rozkwitu. „Będę żył zawsze, zawsze, zawsze!” – upiera się Colin przez całą drugą połowę powieści. I nie wiadomo już: czy tajemniczy ogród uzdrawia ludzi, bo jest magiczny, czy raczej jest magiczny, bo uzdrawia ludzi?

Jednym z ostatnich odkryć naukowych naszych czasów jest to, że myśl – po prostu myśl – może być równie silna jak bateria elektryczna, równie dobroczynna jak promienie słoneczne lub zabójcza jak trucizna. Dopuszczanie do siebie myśli smutnych albo złych jest tym samym, co zakażenie organizmu na przykład zarazkiem szkarlatyny. Jeśli tylko dopuści się do osiedlenia takiej myśli na stałe, wówczas może to mieć zgubny wpływ na całe życie.

* * *

Jeszcze jedno niebezpieczeństwo wiąże się z powrotem do opowieści, które lubiliśmy jako dzieci. Widzicie, kilkuletniemu Gryzipiórowi prawdopodobnie nawet nie przeszło przez myśl, żeby zapytać, co było dalej. Teraz zaś z chęcią przeczytałby epilog, bez którego „Tajemniczy ogród” wydał mu się w jakiś niepokojący sposób niekompletny. Oto zostawił Mary i Colina w ich ogrodzie, gdzie właśnie kwitną późne jesienne lilie, w najlepszym momencie ich życia. Na pewno jeszcze przez wiele dni słońce będzie grzało jak dawniej, drzewa będą stroszyły korony złotozielonych liści i będzie się wydawało, że nic się nie zmieniło. Tylko jabłka będą rosły coraz mniejsze i coraz bardziej kwaśne. Aż pewnego dnia wróci zima i – czy brama do tajemniczego ogrodu nadal tam będzie? Dorosłego Gryzipióra naszły wątpliwości.

* * *

W nagłówku znajduje się ilustracja autorstwa Seana Palfreya, zmieniona zgodnie z licencją CC BY-NC 2.0.
  1. Nie czytałam od dzieciństwa, ale pamiętam, że już wtedy denerwowało mnie to przerzucenie ciężaru opowieści z Mary na Colina. Natchnęłaś mnie za to żeby sobie powtórzyć film Agnieszki Holland, celem sprawdzenia jak (i czy) udało jej się uwspółcześnić ową historię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Porównanie z filmem - świetny pomysł! Ja z kolei pamiętam, że jako dziecko się Colina bałam. Przypuszczałam, że to dlatego, że niepokoiła mnie ta jego dziwna, nienazwana choroba, ale teraz sądzę, że chodziło jednak o to okropnie despotyczne zachowanie, którego autorka zdaje się nie dostrzegać (choć wcześniej za to samo krytykuje Mary, grrr).

      Usuń
  2. hm hm przyznaje że czytałem to już dawno temu ale czy rodzice mary nie umarli w trakcie zarazy?a nie uciekli, no i nie pamiętam żeby ona miała serce z kamienia i była chorowita ??owszem może rozpuszczona ale zdrowie to jej chyba dopisywało ale jak mówię czytałem to dawno temu w przekładzie czy aby nie pani tuwim??dla mnie to była zawsze historia o wyrwaniu się z marazmu odżyciu i zrzuceniu z siebie balastu ponurej przeszłości, nowym otwarciu w życiu ,Mary zostawia za sobą indie gdzie służba jej usługiwała jak małej nomen omen księżniczce ale i gdzie musiała patrzeć jak wszyscy wokół umierają na zarazę u Colina zaś wyjście z cienia do światła swojej częściowej niepełnosprawności stanięciu dosłownie na nogi,jest też historia jego ojca którego przygniotło poczucie winy i żałoba po zmarłej żonie w sumie jak się zastanowić to jak na klasyka dziecięcej literatury sporo ciemnych barw zawiera :) ale to u burnett był częsty motyw vide mała księżniczka gdzie bohaterka jest ofiarą jakbyśmy to dziś nazwali mobingu jak nie paraniewolnictwa na pensji gdy okazuje się że jej bogaty ojciec umarł w (znowu)Indiach i chyba podobnie było w tajemniczym opiekunie acz tu już nie pamiętam tak dobrze :) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właściwie nie wiemy, co dokładnie się stało z rodzicami, bo wydarzenia związane z zarazą poznajemy z perspektywy kilkuletniej Mary, która spędza ten czas zamknięta w dziecinnym pokoju i pozbawiona kontaktu ze światem. Ja zrozumiałam to tak, że rodzice porzucili ją jako zbędny balast, uciekli i zmarli gdzieś poza domem, ale w zasadzie nie możemy wykluczyć innej wersji wydarzeń. Chorowita była, choć w tej kwestii musimy uwierzyć narratorowi na słowo - w samej książce Mary nie choruje ani razu.
      Tak, zdecydowanie jest to historia z podkładem w ciemnych barwach, choć finalny obraz wyszedł jasny - może nawet za bardzo. Każdemu się tu udaje pokonać demony przeszłości i każdy w końcu otrzymuje prawo wstępu do tajemniczego ogrodu - nawet pan Craven, który przez większą część powieści wydaje się bez szans. Cóż, może tak narzekam, bo lubię patrzeć na więcej odcieni szarości? Pozdrawiam! :)

      Usuń
  3. Takie powroty często są bardzo ciekawe, ja też ostatnio wróciłam do "Tajemniczego ogrodu" i "Małej księżniczki" :) Zwłaszcza ciekawie się je czyta z punktu widzenia tego, o czym się nie wspomina, czyli ach ten kolonializm... te z jednej strony mityczne, a z drugiej wspominane wyłącznie szeptem Indie, ci panowie rosnący w bogactwo bez wspominania, jakim kosztem się to odbywa. Co nie zmienia faktu, że obie powieści wspominam z dzieciństwa jako swoje najulubieńsze, a "Małą księżniczkę" czytałam chyba ze 20 razy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to! To w ogóle bardzo ciekawe, w jakich miejscach nasze nowe wrażenia z lektury najbardziej rozmijają się ze wspomnieniami z dzieciństwa. Mówi to coś ważnego o nas samych i o światach, w jakich wtedy żyliśmy i w jakich żyjemy teraz. Dla mnie - przyznam - to w ogóle najciekawszy sposób lektury powieści z XIX i początków XX wieku: szukanie w tekście tego, co przemilczane, schowane między wierszami. "Mała księżniczka" wciąż na mnie czeka - poznałam ją tylko w ekranizacji - ale wydaje mi się, że może być pod tym względem nawet ciekawsza od "Tajemniczego ogrodu".

      Usuń
  4. Przepraszam za uwagę obok tekstu, ale czytając rozbrzmiewał mi w głowie Jonasz Kofta.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może być, że zgodnie z niecnym zamysłem autorki ;)

      Usuń
  5. Uch, jak ja się cieszę, że egzaltacja książki wyparowała mi z głowy (aczkolwiek wykłady Colina wkurzały mnie już w dzieciństwie).
    Ja "Tajemniczy ogród" bardzo lubię za pokazanie, że główni bohaterowie mogą być nieładni, niesympatyczni, ale to nie czyni ich nieinteresującymi czy niezasługującymi na miłość. Wiem, że to nic nowego, ale literaturze dziecięcej na początku lat dziewięćdziesiątych zdarzało się rzadko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzeczywiście! Jakoś z perspektywy dzisiejszej kultury, która antybohaterami stoi, uznałam to za coś oczywistego. Chociaż... Wydaje mi się, że w "Tajemniczym ogrodzie" nieśmiertelna tendencja do utożsamiania piękna z dobrem i zła z brzydotą trzyma się nieźle. Burnett często podkreśla, że i Mary, i Colin pięknieją w miarę postępu ich wewnętrznej przemiany, a dopiero dzięki niej zdobywają nowe przyjaźnie. Czyli nadal warunkiem zdobycia uwagi i sympatii ludzi jest spełnienie pewnego wzorca (Mary ma się stać uprzejma i opiekuńcza, Colin - silny i mądry). Nie zmienia to oczywiście faktu, że autorka obdarza zainteresowaniem dzieci niemiłe, niekochane i odrzucone - i chwała jej za to.

      Usuń
    2. Muszę przypomnieć sobie książkę, bo byłam przekonana, że to właśnie nowe przyjaźnie sprawiają, że zaczynają się zmieniać i pięknieć. Ale czytałam dwadzieścia lat temu i o wiele lepiej pamiętam film niż książkę.

      Usuń
  6. Hej. Sorki, że nie na temat, ale wpadam tylko powiedzieć, że nominowałem Cię do wyzwania:
    https://fanbojizycie.wordpress.com/2016/10/18/czasami-se-czytam-klasyke-wyzwanie/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, jakie ciekawe wyzwanie! Bardzo dziękuję :)

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.