77 dni samotności, czyli „Potworna” MarcyKate Connolly


Debiutancka powieść MarcyKate Connolly to coś, co mogliby stworzyć bracia Grimm w zemście za to, że ominęły ich słynne deszczowe wakacje nad Jeziorem Genewskim, gdzie w 1816 r. narodził się „Frankenstein”. Podobnie jak w książce Mary Shelley, mamy tu monstrum, które staje się człowiekiem, oraz człowieka, który okazuje się potworem. To jednak nie wszystko. W kolejnych 77 rozdziałach („dniach”) autorka robi coś niezwykłego: splata ze sobą klasyczne opowieści o potworach i księżniczkach, tak że powstaje chwytająca za gardło, na wskroś współczesna baśń o odmienności i trudnej relacji z własnym ciałem.


Tekst zawiera minimalne spoilery.

Na portalach czytelniczych „Potworna” zbiera mieszane recenzje. I trudno się dziwić, ponieważ konstrukcja tej powieści to przynajmniej z pozoru stuprocentowy samobój. Tytułową bohaterką jest Kymera – sztuczne dziecko, zszyte z części ciał należących niegdyś do kota, kruka, węża i kilkorga pechowych przedstawicieli rodzaju ludzkiego. Problem zaczyna się wtedy, gdy tę maszynę do zabijania, zmontowaną do walki ze złym czarnoksiężnikiem, zaczynają nękać wspomnienia jej poprzedniego, ludzkiego wcielenia. Już, już wydaje się, że śledztwo dotyczące jej przeszłości stanie się głównym wątkiem powieści, a wtedy… Connolly zdradza właściwie wszystko. Nie robi tego wprost, o nie. Po prostu na pierwszych kilkudziesięciu stronach umieszcza podpowiedzi tak oczywiste, że główną zagadkę w mig rozwiąże nawet sześciolatek. W rezultacie otrzymujemy coś, co nie ma prawa się udać: powieść bez intrygi, przewidywalną od niemal pierwszej do ostatniej strony.

No, ale przecież nie po to czytamy baśnie, by się dowiedzieć, czy królewicz zdoła ocalić uwięzioną w wieży piękność. Suspens liczy się tu mniej niż nastrój, podróż do świata magii i to szczególne katharsis, które nadchodzi, gdy opowieść kończy się tak, jak powinna (choć niekoniecznie tak, jakbyśmy sobie życzyli). I Connolly niecnie wykorzystuje tę naszą miłość do słuchania wciąż tych samych historii. Znajome elementy – upadek królestwa, walkę z czarnoksiężnikiem czy miłość niemożliwą – układa w historię, która dzięki niecodziennej perspektywie tytułowej Potwornej okazuje się i świeża, i trzymająca w napięciu. Co więcej, w pewnym momencie baśniowe schematy – te jawne i te ukryte – zostają subtelnie odwrócone i poddane nienachalnej, za to trafnej krytyce. Dlatego „Potworna” może i rozczaruje miłośników wartkiej akcji, lecz trafi prosto do serca czytelnika spragnionego inteligentnej gry z konwencją gatunku. Po czym bezlitośnie to serce złamie. Rozpoznając bowiem kolejne schematy, coraz bardziej domyślamy się, co się za chwilę wydarzy. A im więcej wiemy, tym z większą zgrozą obserwujemy, jak niczego nieświadoma Kymera nieuchronnie zmierza ku tragedii.

Ciepła krew ścieka mi po policzku na kołnierz jasnozielonej sukienki. Usiłuję wytrzeć strużkę rękawem, ale i on się brudzi. Ojciec pewnie będzie zły, że zniszczyłam ubranie.
Połykam trzymane w ustach mięso, a sierść wypluwam. W króliczych oczkach zgasło już życie. Głód w moich trzewiach miesza się z odrazą. Zabiłam, bo muszę jeść, lecz nagle opadły mnie wątpliwości. Czy o to chodziło? Przerażona, podnoszę się z ziemi. Czy Ojciec na pewno mi to polecił? Pamiętam tylko głód […].
Wlokę się przez las w stronę domu. Co pomyśli, gdy zobaczy martwe zwierzę? Ale skoro mamy je zjeść, musiało zginąć. Z pewnością chciał, żebym je uśmierciła.
Drżę. W jaki sposób zabicie zwierzęcia ma mnie przygotować do wykonania misji? [s. 18]

Nic z tego by nie zadziałało, oczywiście, gdyby nie znakomicie skonstruowana główna bohaterka. To ona – dziwaczna, na wpół ludzka, na wpół zwierzęca hybryda – od początku nie pasuje do baśniowego świata „Potwornej” i łamie jego reguły, rozpychając się w szarej strefie między dobrem a złem. Dzięki niej również inne postacie – dobrzy królowie, źli królowie, żądni władzy czarnoksiężnicy – zaczynają postępować nie jak archetypy, lecz jak ludzie z krwi i kości, co sprawia, że część baśniowych schematów po prostu nie może się spełnić (o tym za chwilę). Sekret tkwi, zdaje się, w bardzo udanej pierwszoosobowej narracji, która błyskawicznie skraca dystans oraz pozwala śledzić psychiczną przemianę Kymery, i to dosłownie od chwili narodzin. Dla Gryzipióra najciekawsze były rozdziały, w których podświadomość bohaterki stopniowo zaczynała rozumieć to, czego sama Kym jeszcze nie chciała przyjąć do wiadomości. Koniec końców, od wciągającej fabuły ważniejsze okazały się więc uczucia bohaterki oraz łączące ją z innymi relacje. A te są – jak na literaturę dziecięcą czy młodzieżową – zaskakująco skomplikowane i niejednoznaczne.

„Potworną” można bowiem odczytać jako… metaforę przemocy w rodzinie. Choć układ między bohaterami jest nieco inny, pojawiają się podobne mechanizmy: manipulacja, nadużycie zaufania, psychiczna zależność, tworzenie iluzji normalności czy dawkowanie rodzicielskiej miłości w zależności od tego, czy dziecko spełnia oczekiwania, czy też nie. Connolly przedstawia bardzo wiarygodne studium takiej traumy, ze wszystkimi jej konsekwencjami, które wychodzą na jaw, gdy nasza bohaterka staje u progu dorosłości. Temat ciężki, ale powieści nie ciąży, także dlatego, że autorka posługuje się bardzo naturalnym, bardzo przystępnym językiem, jakiego mogłaby używać sama Kym.

Dostaje się zresztą nie tylko dorosłym, lecz także klasycznym baśniom, które zostają w „Potwornej” poddane krytyce jako potężne narzędzie manipulacji. To właśnie tom baśni, potraktowany przez bohaterkę jako wiarygodne źródło wiedzy o świecie, zapoczątkowuje jedną z jej największych tragedii. Kym bowiem długo widzi świat tak, jak widzą go bohaterowie baśni: w czerni i bieli. Ludzi traktuje nie jak żywe istoty, ale jak archetypy, które pojawiły się, by zagrać w jej własnej bajce. Dlatego rozczarowuje się, gdy pewien chłopiec, obsadzony już przez nią w roli królewicza wybawcy, wyłamuje się z konwencji i postępuje zupełnie inaczej niż – według niej – powinien.

[*]
Niebagatelną rolę odgrywa w „Potwornej” również fantastyka, która jak zwykle pozwala opowiedzieć o tym, o czym nie da się opowiedzieć inaczej. Weźmy ciało. Connolly nie poprzestaje bowiem na wiwisekcji psychiki ofiary. Pokazuje też drogę go uzdrowienia, która początkowo zdaje się stereotypowo prowadzić przez serce mężczyzny, by później gwałtownie skręcić w rejony znacznie bardziej, hm, nowoczesne. Żeby nie zdradzić za wiele, Gryzipiór powie tylko, że koniec końców Kym okazuje się bohaterką, jakich w kulturze wciąż jest za mało: samodzielną, zaradną i niezależną, a jednocześnie skomplikowaną i nadal po ludzku spragnioną miłości.

Kluczowe w tej przemianie staje się właśnie ciało, które jest nie tylko dziwacznym, mechaniczno-biologicznym tworem, lecz także polem walki o niezależność i samoakceptację. Z jednej strony krucze skrzydła, wężowy ogon i kocie oczy Kymery bywają widocznym znakiem inności, powodem rzeczywistego bądź wyimaginowanego odrzucenia przez ludzi. Z drugiej – bardzo szybko okazują się jej jedyną bronią przeciwko światu. Instynkt drapieżcy, który Kym próbuje powściągnąć zgodnie ze społecznymi oczekiwaniami, nie raz i nie dwa ratuje jej życie. „Potworna” jest więc również opowieścią o symbolicznym odzyskiwaniu własnego ciała. O tym, że to, co czyni nas innymi, prawie na pewno stanowi naszą największą siłę, choć prawdopodobnie nigdy nie zostanie zaakceptowane przez resztę ludzi. Gorzka to lekcja, ale taka jest właśnie cała baśń autorstwa Connolly. Mimo że daje sporo nadziei, nie karmi czytelnika złudzeniami, że na końcu ktoś, dla kogo nie ma miejsca w świecie, będzie żył długo i szczęśliwie. I chwała jej za to.

  • Przekład: Iwona Michałowska-Gabrych
  • Wydawca: Wydawnictwo CzyTam
  • Rok wydania: 2016 (2015)
  • Liczba stron: 416
  1. Jejku, brzmi jak coś w sam raz dla mnie! Musze to koniecznie przeczytać. Uwielbiam baśnie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zachęcam! Szczególnie że to taka wzorcowa współczesna baśń, która fajnie polemizuje z klasycznymi baśniami (na przykład podejmując właśnie temat cielesności, której dawne baśnie zwykle nie zauważały), a jednocześnie nie traci nic z ich magii.

      Usuń
  2. Tak nieco nieskromnie polecę swój wpis o baśniach (pozeracz.pl/o-sile-bajek) i dodam, że te oryginalne baśnie bywały krwawe, okrutne i cielesności się nie wystrzegały. To późniejsze ugrzecznienia je spłaszczyły.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i właśnie strasznie szkoda. Chętnie bym przeczytała te oryginalne.

      Usuń
    2. Ja myślę, że to trochę zależy od tego, o jakiej cielesności mówimy. Bo i owszem, w dawnych baśniach krwi leje się tyle, ile dziś w horrorach klasy B, ale czy ktoś z tego powodu cierpi? Siostry Kopciuszka odcinają sobie palce i pięty jakby mimochodem, nie krzycząc, nie cierpiąc. U Grimmów ojciec odrąbuje córce obie ręce, ale o jej bólu nie ma w baśni ani słowa. Nie wspominając o babci Czerwonego Kapturka, którą połknął wilk. Dlatego ta cielesność bohaterów baśni - wydaje mi się - jest bardzo umowna. Niby jest, a jednak nie powoduje oczywistych konsekwencji psychologicznych. Jak to w baśniach.

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.