Tam, gdzie diabeł woła pomocy, czyli „Siódmy syn” Orsona Scotta Carda


Autorzy fantasy i science-fiction szukali innych światów już wszędzie. Odwiedzali obce planety, byli pod wodą i lądem, przenosili się w zamierzchłe czasy magii, smoków i bohaterów. Okazuje się jednak, że równie dobrze można było zostać w naszym świecie i zadać proste pytanie: „Co by było, gdyby…?”. Co by było, gdyby Oliver Cromwell dożył sędziwego wieku, a Stuartowie nie wrócili na tron? Co by było, gdyby w Ameryce nigdy nie doszło do wojny o niepodległość od Wielkiej Brytanii, a Stany Zjednoczone narodziły się w duchu tolerancji i braterstwa? Takie właśnie gdybanie dało początek „Siódmemu synowi” – całkiem niezłej powieści o dziecięcym proroku, która jest jednocześnie alternatywną historią kolonizacji Ameryki Północnej.


Tekst zawiera niewielkie spoilery.

Orson Scott Card to wcale nie tak częsty przypadek pisarza, o którym naprawdę można powiedzieć, że ma lekkie pióro. I szczęście do polskiego tłumacza. Nie nadużywa słów, pisze potoczyście, z humorem i tak, że nawet długaśny opis odbudowy kości czy ciosania kamienia młyńskiego potrafi zmienić w coś znaczącego. To też rzadki przypadek autora, który ma nie tylko świetny warsztat, lecz także coś interesującego do powiedzenia. A nawet określoną wizję świata do przedstawienia. I choć można się z tą wizją nie zgadzać (Gryzipiór nie zgadza się zupełnie), to nie sposób odmówić jej spójności i potencjału.

Alvin, mały prorok i cudotwórca, tytułowy siódmy syn, przychodzi na świat w prostej rodzinie Millerów, w świecie, w którym nie ma jeszcze miast ani dróg, a wieści o rodzącej się Ameryce roznoszą wędrowni bajarze. Jak kraj długi i szeroki, Anglicy, Szwedzi i Holendrzy wznoszą swoje pierwsze za Wielką Wodą domy, kuźnie i kościoły – a wszystko na fundamentach solidnych niby ten kamień młyński, o który tak długo zabiegają Millerowie. Sąsiedzi są pomocni, córki gospodarne, a synowie pełni poświęcenia dla rodziny. Plemię Czirokezów otrzymało własny stan (!), a reszta Indian kryje się po lasach, względnie daje się rozpijać białym kolonistom i zasadniczo nie stanowi problemu. O niewolnictwie ani słowa. To świat, który już, już można by nazwać ziemią obiecaną – Ameryką, jaka nigdy nie powstała – gdyby nie to, że wraz z osadnikami z Europy przywędrowało do niego coś jeszcze.

Przywędrowała do niego magia.

Przegnana ze Starego Świata, w wolnych stanach Ameryki magia znów rządzi życiem lokalnej społeczności, mimo głośnego sprzeciwu kościoła. Jej zmagania z religią to pierwszy z dwóch dużych tematów, które podejmuje Orson Scott Card. Podejmuje inteligentnie. Nie potępia i nie faworyzuje ani jednej, ani drugiej strony, za to pokazuje, że każdy człowiek – nieważne jak porządny – może paść ofiarą manipulacji. Miernikiem całej tej skomplikowanej sytuacji jest wymykająca się stereotypowi postać wielebnego Throwera – człowieka głębokiej wiary, który zmaga się z paradoksami swojego światopoglądu, usiłując połączyć religię z nauką (choć to, jak kończy, woła o pomstę do nieba). Można się zresztą zastanawiać, czy w ogóle istnieje u Carda rozbieżność między magią a religią, bo pojawiające się na kartach „Siódmego syna” czarodziejskie istoty, cuda i zaklęcia wydają się mieć równie wiele wspólnego z ludowymi, co z biblijnymi wyobrażeniami o czarach.

[*]
Co więcej, Card unika dużych kwantyfikatorów. To nie idee walczą, nie stronnictwa i narody, a konkretni ludzie: zagubieni, podatni na manipulację i zazwyczaj zbyt prości, by pojąć złożoną naturę świata. Autor ich nie ocenia. Z równą uwagą przygląda się psychice kilkuletniej wiedźmy i histerycznego pastora, który święcie wierzy, że działa z boskiego nakazu. Pokazuje też, jak duży wpływ na historię magii miały sąsiedzkie i małżeńskie waśnie, w tym sztywna hierarchia, za sprawą której mężczyzna podległy innemu mężczyźnie wraca do domu i odgrywa się na własnej żonie, czarownicy. Wrażliwość Carda na takie psychologiczne niuanse sprawia, że ci prostaczkowie z obcej kultury i obcych czasów stają się dla nas ciekawi i wiarygodni. I nie zawsze tak prości, jak się wydaje.

Jednocześnie wraz z magią do kameralnego świata osadników wkracza Wielka Historia. Jej heroldem jest Bajarz, nieudany prorok i wędrowny kolekcjoner opowieści, którego można chyba utożsamiać z Williamem Blakiem. Kapitalna postać, o której nawet po pierwszym tomie wiemy niewiele, mimo że mówi w powieści najwięcej. Fabularnie to odpowiednik Merlina czy Gandalfa – mędrzec, który przybywa, by wyjawić wybrańcowi jego przeznaczenie i wyprawić go w daleką podróż. Jednak Alvin jest za mały, by ruszyć od razu, dlatego pierwszą część edukacji musi odebrać na miejscu. Tak tworzy się zaskakująca i nieczęsta w fantasy sytuacja, w której kosmiczny konflikt Dobra i Zła przenosi się w rejony bardzo przyziemne: do zamkniętego świata młodej amerykańskiej osady. Podsyca sąsiedzkie swary, karmi ukryty dotąd fanatyzm, wyciąga na wierzch najciemniejsze uczucia, a także… czyni lepszymi tych, którzy zaakceptują prawdę o własnej niegodziwości.

Wśród tych ostatnich jest Alvin Stwórca, którego wewnętrzne rozterki Card przestawia równie starannie i wiarygodnie, co problemy dorosłych (a może nawet bardziej). A rozterki te wcale nie są błahe. Autor każe swojemu przedwcześnie dojrzałemu bohaterowi zastanawiać się nad moralnością oraz naturą Dobra i Zła – kwestiami, na których wyłożył się niejeden filozof. Dobro utożsamia z tworzeniem, a Zło z niszczeniem, prowadzącym do pustki, nicości, rozpadu. Alvin, który ma talent do ciosania kamienia, wyplatania koszy i w ogóle nadawania rzeczom kształtu, staje się zatem śmiertelnym wrogiem Niszczyciela – istoty pragnącej powszechnej zagłady, przed którą nawet diabeł szuka ratunku. Niestety, na razie ten konflikt między kreacją a destrukcją służy głównie jako paliwo dla fabuły, napędzanej przez kolejne zamachy na życie Alvina. Oby zyskał głębię w następnych tomach, bo szkoda doprawdy byłoby zmarnować tak ciekawy i przemyślany koncept.

– Nie chodzi mi o dobro i zło – wyjaśnił Bajarz. – Nawet diabeł nie może zniszczyć wszystkiego, bo i on sam przestałby istnieć. Nawet najgorsze istoty nie pragną zniszczenia wszystkiego; one chcą tylko wyzyskiwać wszystko dla własnej korzyści (…). Nie rozumieją, że wojna jest sprzymierzeńcem Niszczyciela, ponieważ rozbija wszystko, czego dosięgnie. Nie pojmują, że pożar, mord, zbrodnia, chciwość i lubieżność zrywają kruche więzy, które z istot ludzkich tworzą narody, miasta, rodziny, przyjaciół i dusze.
– Musicie naprawdę być prorokiem – stwierdził Alvin. – Nie zrozumiałem ani słowa [s. 142].

A ponieważ z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność, nasz ponadprzeciętnie utalentowany Alvin musi błyskawicznie nauczyć się odróżniać dobro od zła, podszepty Niszczyciela od podpowiedzi… tego drugiego. Kim jest ten drugi – tego jeszcze nie wiemy, choć towarzysząca mu jasność sugeruje, że mamy do czynienia z istotą co najmniej anielską, której samo pojawienie się wzbudza w Alvinie refleksję moralną i pragnienie poprawy. Ta boska interwencja w życie małej amerykańskiej osady może dziwić, ale jest integralną częścią świata stworzonego przez Carda. W tym świecie istnieją trwałe zasady i obiektywne wartości; tym światem opiekują się bogowie.

Oj, nie widuje się już takich światów we współczesnej fantasy, a co dopiero w prawdziwym życiu. Przynajmniej Gryzipiór ich nie widuje, dlatego wizja Carda – choć spójna i przemyślana – nie bardzo do niego przemawia. Trudno też pogodzić się z restrykcyjną etyką, którą narzuca sobie kilkuletni (!) Alvin, przerażony niezadowoleniem Jaśniejącego Człowieka: już nigdy nie zrobi nic dla siebie, swojej mocy użyje wyłącznie dla innych. Wyrzeczenie, służba, ofiara z samego siebie… Card może z wyczuciem kreślić konflikt magii z religią, lecz gdy przychodzi do moralności, robi się bardzo jednoznaczny. Równie zachowawczo traktuje postaci kobiece, które są u niego albo czarownicami, albo pobożnymi gospodyniami domowymi i generalnie nie mają zbyt wiele do powiedzenia (cała nadzieja w małej Peggy).

Wszystko to sprawia, że choć Gryzipiór mógłby długo chwalić oryginalne tło historyczne, ciekawy świat czy przemyślaną koncepcję magii, koniec końców pozostał wobec powieści Carda dość obojętny. Nie dla niego optymistyczna historia szlachetnego, powszechnie kochanego wybrańca, o którego duszę zmagają się Bóg i Szatan na sterydach. Przełożona na język fantasy biografia mormońskiego proroka Josepha Smitha, którego Alvin jest podobno odpowiednikiem, też nieszczególnie go interesuje. To oczywiście nie znaczy, że Gryzipiór chce kogokolwiek do powieści zniechęcać. Wręcz przeciwnie – idźcie i czytajcie ją wszyscy, albowiem bawić się będziecie co najmniej dobrze, może tylko z kilkoma sprawami się nie zgodzicie. Gryzipiór, na przykład, po lekturze „Siódmego syna” jeszcze bardziej polubił „Równoumagicznienie”, czyli parodię pomysłu Carda, w której Terry Pratchett również szuka odpowiedzi na pytanie „Co by było, gdyby…?”. Mianowicie: co by było, gdyby wybrany do wielkich czynów siódmy syn okazał się… córką?

  • Cykl: Opowieści o Alvinie Stwórcy (1)
  • Przekład: Piotr W. Cholewa
  • Wydawca: Prószyński i S-ka
  • Rok wydania: 2016 (1987)
  • Liczba stron: 272

W nagłówku: obraz Thomasa Cole’a z 1847 r., zatytułowany „Home in the Woods”.
  1. Rok wydania 2016? Wznowili to? Nawet nie wiedziałem.

    To pierwszy tom, czy wydanie-samostojka?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pierwszy tom, wznowiony bodaj w czerwcu. Sama jestem zaskoczona ;)

      Usuń
    2. To swoją drogą ciekawe, strasznie dużo obecnie na rynku jest wznowień: Fionnowarski Gobelin, Conan, Lowercraft, Pan Złotego Łuku, Amber, Mgły Avalonu, Swiat Czarownic, Pamięć, Smutek, Cierń, Człowiek Ze Słowem... Pisarze im się kończą, czy co?

      Usuń
    3. Myślę, że po prostu wznowienia to takie wydawnicze pewniaki. Starsi kupią, bo nostalgia, a młodsi, bo klasyka i znać trzeba. I na prezent też dobre. Poza tym sporo z nas (w tym ja) fetyszyzuje książki i lubi sobie postawić na półce wreszcie porządne wydanie powieści, którą do tej pory można było dostać tylko w bibliotece, z maleńką czcionką i mnóstwem błędów. "Opowieści o Alvinie Stwórcy" długo były nie do dostania, więc akurat z tego wznowienia bardzo się cieszę, choć mnie ono dziwi. Taka ta książka wydaje się niedzisiejsza.

      Usuń
  2. "Siódmy syn" to taka powieść, którą przeczytałam dawno, dawno temu i właśnie ten pomysł na świat przedstawiony, o którym piszesz, wywarł na mnie ogromne wrażenie. Ale, no właśnie, zupełnie nie przywiązał mnie żaden z bohaterów (choć najciekawszy wydał mi się właśnie ksiądz). I jakoś na tym pierwszym tomie się zatrzymałam -- raz, że drugiego nie było w żadnej mojej ówczesnej bibliotece, ale i jakoś później nie szukałam. Tak się, w związku z tym, jakoś odnalazłam w Twoim tekście :-). Czy zamierzasz czytać dalej? I czy będziesz pisać o kolejnych częściach? :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że zmierzę się przynajmniej z drugim tomem, bo ciekawa jestem, czy w jego recenzjach słusznie zarzuca się Cardowi rasizm. I o nim pewnie napiszę, a czy pójdę dalej, to będzie zależało od poziomu frustracji, jaka mnie ogarnie ;)

      Ksiądz najciekawszy zdecydowanie. Nie rozumiem tylko, dlatego skończył, jak skończył. Co to w ogóle za praktyka: mozolnie budować ciekawą, wielowymiarową postać, tylko po to, by na koniec zredukować ją do banalnego stereotypu?

      Usuń
  3. Ach, ach. Jedna z moich ulubionych powieści z lat dawnych. Nawet pisałem o niej niedawno w kontekście poważniejszych początków mojego czytania.

    Tak po prawdzie to zgadzam się z recenzją z tą różnicą, że mnie przekonała i nadal mam duży sentyment. Choć to pewnie zasługa względnie młodego wieku i niewielkiego obycia w momencie pierwszego czytania. Czytałem wszystkie wydane w Polsce części i potem robi się poważniej i bardziej groźnie. Choć dobrze pamiętam tylko część pierwszą, bo tylko do niej wracałem. Może pora wrócić do reszty?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poważniej i bardziej groźnie, mówisz? Brzmi zachęcająco. I myślę, że takie spojrzenie porównawcze po latach byłoby bardzo dobrym pomysłem! Sama się zastanawiam, czy "Siódmy syn" to jest powieść z rodzaju tych, z których się wyrasta, czy z rodzaju tych, do których trzeba dorosnąć, żeby je w pełni docenić.

      Usuń
  4. Ja chyba popełniłam ogromny błąd, bo obejrzałam ekranizację, która była po prostu... słaba. Nawet mimo kilku świetnych aktorów (Moore, Bridgess)!
    Jednak wciąż mam ochotę zobaczyć jak to wszystko zostało przedstawione w książce, szczególnie cały pomysł na świat przedstawiony wydaje się o wiele ciekawszy niż ten pokazany w filmie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz na myśli "Siódmego syna" z 2014 roku? Przyznam, że nie wiedziałam tego filmu (recenzje odstraszyły), ale mam wrażenie, że on był ekranizacją innej powieści innego autora, też opowiadającej o siódmym synu siódmego syna. W każdym razie powieść Carda wydaje się o niebo ciekawsza niż streszczenie tego filmu na Filmwebie ;)

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.