Urok złudny skandynawskiej fantasy, czyli „Dziecko Odyna” Siri Pettersen


„Dziecko Odyna”, debiutancka powieść Siri Pettersen, zebrała za granicą sporo nagród i przychylnych recenzji, więc oczywiście Gryzipiór zaraz musiał sprawdzić, co jest z nią nie tak. I doszedł do wniosku, że choć jej potencjał jest spory, a staronordycki kostium atrakcyjny, jest to historia pełna schematów, w przedziwny, quasi-feministyczny sposób opowiadająca o trudnej drodze piętnastolatki do miłości i samoakceptacji. Książka, którą Gryzipiór poleciłby każdemu z wyjątkiem fanów fantasy.


Tekst zawiera niewielkie spoilery dotyczące głównie początku powieści.

Pomysł na fabułę miała Siri Pettersen prosty i nośny: odwrócić schemat tradycyjnej fantasy. Piętnastoletnia Hirka jest inna niż wszyscy, nie dlatego wszakże, że ma ukrytą moc. Dlatego, że mocy tej nie ma. Jest do bólu zwyczajnym „człekiem” – ślepym na magię przybyszem z innego świata. Na domiar złego brak ogona zdradza jej odmienność każdemu, kto na nią spojrzy. To dość, by odebrać jej wiarę w siebie, której brak nie pozwala Hirce ani odnaleźć własnego miejsca w świecie, ani dać się ponieść pierwszej miłości. Co to znaczy?

To znaczy, że biada czytelnikom, którzy podobnie jak Gryzipiór skuszą się zapowiedzią reklamowanej na okładce „oryginalnej sagi fantasy osadzonej na staronordyckim gruncie”. „Dziecko Odyna” to nie jest ani oryginalna, ani do końca fantasy, a „staronordycki grunt” też nie wydaje się zbyt stabilny. Zacznijmy od tego, że Siri Pettersen wkłada kostium autorki fantasy głównie po to, by opowiedzieć modelową historię o dorastaniu rodem z literatury young adult. Światotwórstwo ogranicza do minimum i nie sili się na indywidualność. Jest w jej powieści niegodziwe imperium i jest maleńki kraj, który się buntuje. Są tajemnicze istoty, o których wiadomo niewiele ponad to, że właśnie powróciły, by zniszczyć ludzkość. Jest trochę obco brzmiących nazw, na których miłośnicy fantasy będą sobie mogli z przyjemnością łamać język. Jest też magia, dla niepoznaki nazwana Evną, która stanie się metaforą miłości (o niej za chwilę).

Krótko mówiąc, w „Dziecku Odyna” schemat goni schemat i schematem pogania. Owszem, tu i ówdzie przemknie jakiś ciekawy pomysł, jak choćby ten z opiekunami kruków, lecz autorka ma zwyczaj zapominać o nim już kilkadziesiąt stron później. Inspiracje nordycką mitologią – przynajmniej na razie – wydają się dość powierzchowne i niewiele ciekawego wnoszą. Gryzipiór wie, że opisy czegokolwiek są w literaturze passé, ale żeby w liczącej ponad 600 stron powieści nie znalazło się miejsce na przedstawienie jednego wartego zapamiętania widoku czy choćby wyglądu dominującej w świecie rasy, to chyba przesada?

Przesada, ale i konsekwencja drogi obranej przez Pettersen, która napisała powieść skierowaną bardzo do wewnątrz. Mniej ją interesuje budowa fantastycznego świata czy umiarkowanie wciągająca intryga, bardziej – dojrzewanie bohaterki. Dlatego chyba stosuje przedziwny, momentami niesłychanie irytujący sposób narracji. Niby to inspirowany strumieniem świadomości, ale dość pospolity, monotonny i czasem sprawiający wrażenie, jakby posługiwał się nim robot. Oto próbka:

Otworzyła drzwi do głównej izby. Zaskrzypiały zdradziecko. Ojciec podskoczył na wózku. Sięgnął po moździerz i zaczął rozcierać rumianek, jakby po prostu na chwilę się zdrzemnął. Hirka wiedziała, że tej nocy w ogóle nie spał. Palenisko nie było świeżo rozpalone. Żarzyło się. Stół zastawiony był roślinami, puszkami, słojami i maściami. Ojciec pracował przez całą noc [s. 63].

Taki sposób opowiadania działa wtedy, gdy potrzebujemy wglądu w psychikę bohatera, ale stosowany w nadmiarze odbiera tekstowi sporo urody. Albo, co gorsza, usypia. Nie przynosi też chyba zamierzonych korzyści, bo choć Gryzipiór wytrwale towarzyszył bohaterom, gdy użalali się nad sobą (pierwsze 200 stron), wahali się i wreszcie walczyli o swoje, nie zdołał ani się z nimi utożsamić, ani ich polubić. Gdyby spotkał ich na ulicy, być może doceniłby ich zaradność, siłę czy szlachetność, lecz od fikcyjnych postaci wymaga charakteru, a także minimalnej choćby głębi, która uczyniłaby ich interesującymi. Siri Pettersen miała szansę powołać do życia taką postać. Gdy wprowadziła do fabuły najmłodszego członka Rady, świetnie potrafiącego czytać polityczne niuanse, Gryzipiór ucieszył się, że oto wkroczył do powieści ktoś, kto rozbije ten wygodny czarno-biały obraz świata. Jakże się pomylił. Ów najmłodszy członek Rady to chyba najbanalniejszy czarny charakter, o jakim zdarzyło mu się ostatnio czytać, w dodatku kierujący się najbanalniejszymi ze znanych złoczyńcom pobudek.

Jeśli o fabułę chodzi, to nie bardzo jest się o czym rozpisywać. Po początkowych kłopotach z rozruchem akcja toczy się gładko do przodu i niewiele hamuje. Są polityczne intrygi (niezbyt intrygujące), rodzinne tajemnice (niezbyt tajemnicze), no i nieustanne próby charakteru, którym muszą sprostać nasi dzielni bohaterowie. Jak za szybą migają wątki i postacie, które może będą coś znaczyły w kolejnych tomach, a może nie. Najwięcej pretensji ma Gryzipiór o to, że choć wydarzenia przedstawione w „Dziecku Odyna” w zasadzie powinny wstrząsnąć światem, stanowią raczej preludium większego konfliktu. Pod koniec powieści dochodzi do czegoś na kształt przewrotu kopernikańskiego, co ma jednak minimalne konsekwencje polityczne i zerowe społeczne. Zmiana władzy odbywa się gładko i szczerze mówiąc, całkowicie nieprawdopodobnie. Trudno też powiedzieć, dlaczego bohater, który wcześniej walczył z systemem, nagle staje się jego głównym filarem. Błyskawiczne pranie mózgu między wierszami?

No, ale zajmijmy się odmiany tym, co w powieści wyszło. Na pewno udało się autorce wiarygodnie i niegłupio sportretować psychikę dziewczyny, która prześladowana z powodu swojej odmienności, w końcu czyni z tej odmienności swoją największą siłę. Co ważne, przemiana ta nie przebiega liniowo, jak się to często zdarza w podobnych powieściach, dzięki czemu łatwiej w nią uwierzyć. Hirka ma swoje wzloty i upadki, raz popełnia błędy, a raz triumfuje. Niestety literatura, jak to literatura, wszystko musi wyolbrzymić. Prześladowana, zakompleksiona piętnastolatka nie może po prostu odnaleźć własnego miejsca w świecie. Musi zostać najgroźniejszą rebeliantką w dziejach, zagrozić politycznemu status quo, a nawet – tu spoiler – obalić boga. Cóż, długo jeszcze literaturze dla młodzieży ciążył będzie sukces „Igrzysk śmierci” (Gryzipiór pisał o nich tutaj). Rzecz w tym, że tam, gdzie Suzanne Collins pytała o psychiczne konsekwencje takiej drogi, Siri Pettersen pokazuje triumf bohaterki, która dzięki walce z systemem odnajduje wszystko: tożsamość, wiarę w siebie i oczywiście miłość. Trochę to zbyt piękne, by mogło być prawdziwe.

[*]
Gryzipiór podejrzewa, że Hirka odnosi tak spektakularny sukces, bo w zamyśle autorki jej historia miała stanowić dla czytelniczek coś w rodzaju podręcznika dojrzewania. Bohaterka wykazuje się zaradnością i hartem ducha, dzięki czemu osiąga władzę, samopoznanie i samoakceptację. Taka feministyczna idylla. Problem w tym, że tłukąc nas po głowie tym przesłaniem, Siri Pettersen cichcem przemyca bardzo negatywny obraz kobiecości. Zaczyna się od bohaterek drugoplanowych. Bezwzględna nestorka rodu oraz nastoletnia piękność usiłująca kupić karierę za seks ostro kontrastują nie tylko z Hirką, lecz także z mężczyznami, którzy są przeważnie sympatyczni, porządni i opiekuńczy.

Wiele mówiący jest też katalog „kobiecych” problemów, z którymi musi się zmagać Hirka: wstręt do własnego ciała, brak możliwości decydowania o sobie, niszczący wpływ lokalnej społeczności. No i proponowane przez autorkę rozwiązania – tak proste, że aż miło. Denerwuje cię niesprawiedliwy układ społeczny, to zrób rewolucję. Nie umiesz decydować o sobie, to pogrzeb ojca (fizycznie i symbolicznie). Nie akceptujesz własnego ciała, to poczekaj, aż zaakceptuje je mężczyzna. Oczywiście nie obędzie się bez próby gwałtu, oczywiście nieskutecznej, która po naszej dzielnej bohaterce spłynie niby letni deszcz. Z czego można wysnuć wniosek, że przemoc seksualna jest czymś, czym nie należy się za bardzo przejmować.

Mocno ograne jest też przedstawienie miłości jako czegoś niezbędnego do osiągnięcia przez kobietę dojrzałości. Już na początku powieści impuls do wewnętrznej przemiany Hirki dają śmierć ojca oraz niemal jednoczesne pojawienie się mężczyzny, dwa lata starszego Rimego. Rime jest dziedzicem najpotężniejszego rodu na świecie, więc oczywiście wydaje się zakompleksionej Hirce nieosiągalny. Od tej pory zadaniem dziewczyny będzie uwierzyć nie tylko w siebie, lecz także w to, że jest warta jego miłości. No a skoro pojawia się miłość, to wiadomo, że i seks. Przerażający jest festiwal nienawiści do samej siebie, jaki towarzyszy erotycznemu przebudzeniu Hirki, przekonanej na przykład, że zarazi ukochanego mężczyznę zgnilizną (!). Gryzipiór ma też wrażenie, że relacja Hirki i Rimego nie jest do końca równorzędna. Autorka stara się nam sprzedać wizję miłości, w której partnerzy nawzajem uzupełniają swoje braki. Jednak „brak” Rimego polega głównie na uzależnieniu od rodziny i religii, jest niewielki i łatwy do naprawy. Brak Hirki zaś, czyli ślepota na magię, którą tylko Rime potrafi jej przekazać, to brak zasadniczy, nieusuwalny i wpisany w jej naturę.

Gryzipiór nie chciałby Was jakoś bardzo zniechęcać do lektury „Dziecka Odyna”, które jest dopiero pierwszym, debiutanckim tomem zapowiadanej trylogii, a to oznacza, że jeszcze wszystko może się zdarzyć. Interesująco zapowiada się na przykład koncepcja wieloświata, dzięki której bohaterowie mają szansę odwiedzić naszą swojską Europę. Na razie jednak Gryzipiór odkłada na półkę powieść, której potencjał ginie przytłoczony schematami znanymi w fantasy od wielu lat. Powieść o dziwacznym przesłaniu, zgodnie z którym kobiecie nakazuje się samoakceptację i jednocześnie pokazuje, jak bardzo wadliwy jest cały jej niewieści ród. Powieść, którą Gryzipiór przeczytał bez bólu, ale i bez wielkiej przyjemności.

  • Cykl: Krucze Pierścienie (1)
  • Przekład: Anna Krochmal i Robert Kędzierski
  • Wydawca: Dom Wydawniczy REBIS
  • Rok wydania: 2016 (2013)
  • Liczba stron: 647

Ilustracja w nagłówku pochodzi z portalu Siri.net.
  1. Pisz częściej notki o książkach.^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Zdecydowanie podpisuję się pod powyższym postulatem. Bardzo ciekawy, wyczerpujący wpis.

    A ma czepialska natura napotkawszy przytoczony przez Ciebie cytat odzywa się z komentarzem następującym: nie pasuję mi następstwo zdarzeń - czemu drzwi zaskrzypiały, gdy zostały już otwarte? Wiem, że można to jakoś wyjaśnić, ale sam w sobie ten opis jakoś mi nie gra.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję :) Przypuszczam, że to nie tyle drzwi zaskrzypiały po otwarciu (chociaż kto wie - w tej książce to możliwe), ile bohaterka najpierw je otworzyła, a sekundę później zdenerwowała się, że zaskrzypiały. To właśnie typowa dla tej książki narracja: totalnie subiektywna, próbująca oddać myśli i wrażenia bohaterki w tej kolejności, w jakiej pojawiały się w jej głowie. Problem właśnie w tym, że autorce ta narracja nie idzie za dobrze, no i pojawiają się takie absurdy.

      Usuń
  3. Dzięki wielkie za recenzje. Miałem to na liście zakupów, zachęcony właśnie tą "oryginalną fantasy i staronordyckim gruntem". Teraz skreślam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma za co ;) "Staronordyckiego gruntu" można próbować bronić, ale oryginalności niestety nie sposób.

      Usuń
  4. Dla mnie to i tak fajna książka

    OdpowiedzUsuń
  5. A ja dość miło spędziłam czas, czytając tę historię. Fabuła była wystarczająco składna, a bohaterka dość prawdopodobna, żebym z przyjemnością podążała za Hirką. Co prawda miałam problem z zaakceptowaniem decyzji Rimego (bóg, towarzysze czy dziewczyna) i uważam, że jest to najbardziej niespójny i naciągany element fabularny, ale poza tym debiut uważam za udany.

    Co nie zmienia faktu, że po przeczytaniu Twojej recenzji zgadzam się ze sposobem opisywania kobiet i mężczyzn. Nie zwróciłam wcześniej uwagi, że faktycznie mężczyźni są opisywani jako bardziej przyjaźni i współczujący niż kobiety. Nawet w samej Radzie największym awanturnikiem jest kobieta (nie licząc schwarzcharaktera). Masz rację, Petteren pokazuje bardzo dziwne kreacje kobiet, których na dobrą sprawę nie da się lubić.

    Dziękuję za okazję do przemyśleń, jako że napisanie recenzji wciąż przede mną :)

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, debiut to z pewnością udany - i żeby wszystkie debiuty takie były. Ale właśnie próbuję sobie przypomnieć, jak to z tym Rimem było, i odkrywam, że w zasadzie nic z jego historii nie pamiętam. Hirka, owszem, zapadła mi w pamięć, to była fajnie poprowadzona bohaterka i myślę, że sporo dziewczyn może się z nią identyfikować. Inne kobiety w powieści służą chyba za taki antywzorzec, mający podkreślić wyjątkowość Hirki i może sprawić, by to droga Hirki wydała się czytelniczkom atrakcyjniejsza. Bardzo tego zabiegu nie lubię, takiego przeciwstawiania sobie kobiet, ale po cichu liczę, że w następnych tomach będzie lepiej :)
      Pozdrawiam wzajemnie!

      Usuń
    2. Prawdę powiedziawszy nie wiem, czy napiszę recenzję Dziecka Odyna, bo jakoś nie składa mi się w całość, ale jeśli uda mi się coś wymęczyć, to czy mogłabym powołać się na Ciebie (oczywiście z linkiem do recenzji) w odniesieniu do kobiecych postaci? Uważam, że nieuczciwe z mojej strony byłoby przypisanie sobie zasług do tych wniosków.

      Usuń
    3. Ależ oczywiście! Chętnie też podyskutuję, jeśli opublikujesz :) Może recenzja złoży się w całość w trakcie pisania?

      Usuń
  6. Książki nie czytałam, bo jakoś recenzje mnie nie zachęciły (a szczególnie zdaje się tomu drugiego, gdzie krytykowano takie pomysły, jak przechowywanie przez jakąś złą bohaterkę, kruczego dzioba zdaje się służącego do komunikacji na odległość... no jakby to kulturalnie ująć, gdy na klawiaturę ciśnie się czteroliterowe słowo na literę "d". To dopiero jest pole do interpretacji... takiej Freudowskiej w zasadzie.

    Przyznam, że smuci mnie, że tak ciekawa i nośna rzecz, jak kultura i mitologia ludów Północy, doczekała się tak niewielkiej liczby udanych realizacji w fantasy. Przecież to powinien być samograj!

    Z tą przemocą seksualną, to przyznam, że zastanawia mnie powracanie tego motywu. W wielu książkach (raczej tych słabszych po prawdzie), zagranicznych i nie tylko, pisanych przez kobiety z perspektywy młodej bohaterki, co to odkrywa w sobie moc, ta bohaterka zostaje zgwałcona, że tak się wyrażę "u początku swej drogi"(np. "Sto tysięcy królestw", "Zielone miasto", "Siła trucizny" - ta ostatnia szczególnie słaba, czy o wiele lepszy od poprzednio wymienionych cykl Kate Elliott - tam nie ma narracji pierwszoosobowej ale można uznać Liath za POVa jak u Martina), zazwyczaj też później lub pierwej ma miejsce scena, w której rzeczony gałciciel ginie z ręki swej ofiary.

    Jak autor chce dopiec młodemu bohaterowi, zwykle ubija mu rodzinę. Jak autorka - gwałci. Tu się ze wstydem przyznam, że kiedy w wieku lat 13 pisałam "powieść" fantasy tenże motyw także się tam znalazł, ale co smutne, nie umiem wyjaśnić, dlaczego wydał mi się on najwłaściwszym sposobem pognębienia bohaterki, która oczywiście miała się z tego podnieść i odpowiednio pozarzynać wszystkich odpowiedzialnych za swe krzywdy.

    Mężczyźni piszący fantasy z bohaterkami nie przejawiają takich zapędów.
    (Beata N.)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo ciekawy i trudny temat! Korzeni tej przemocy seksualnej wobec bohaterek szukałabym chyba w odmiennym wzorcu inicjacji, który znamy z baśni, ale też właśnie z kultury popularnej. Bohater zwykle osiąga wtajemniczenie i status społeczny, dokonując jakichś pozytywnych czynów: zabijając potwora, przynosząc wodę życia, zdając próby charakteru... Bohaterki z kolei często przechodzą inicjację negatywną poprzez doznaną krzywdę, okaleczenie fizyczne lub psychiczne (lub oba). Na to nakłada się popularność motywu kobiecej zemsty, który jest chyba takim naszym społecznym wentylem bezpieczeństwa.
      Oczywiście możliwe, że autorki szafują tym gwałtem na prawo i lewo, bo to po prostu wygodne. Wiadomo, że najgorsze, co może się przytrafić kobiecie, to gwałt. Ewentualnie w grę wchodzi taki trochę tani feminizm i chęć pisania o krzywdzie kobiet oraz pomszczenia jej w literaturze.

      W sprawie kultury i mitologii ludów Północy polecam gorąco "Mitologię nordycką" Neila Gaimana. To taki dość tradycyjny zbiór mitów, ale znakomicie napisanych, właśnie w taki naturalny sposób, w jaki ludzie musieli sobie kiedyś opowiadać je przy paleniskach podczas śnieżnych zamieci.

      Usuń
    2. Nie zgodzę się, że u mężczyzn jest ona pozytywna - w końcu często zaczyna się od ubicia przez wysłanników złego lorda mieszkańców rodzinnej wioski, czy temu podobnych kwestii. Albo bohater jest sierotą, bo ktoś mu kiedyś rodzinę zabił i on się dowiaduje potem, kto i dlaczego. A jak nie jest sierotą, to prawdopodobnie dlatego, że jego ojciec przeszedł na ciemną stronę mocy i bohater musi stawić mu czoła.

      Co do Gaimana nie nęci mnie - zajrzałam, zobaczyłam, że to jest napisane takim prościutkim językiem. Wolałabym jednak odrobinę stylizacji. Z utworów inspirowanych - najlepszy był (ze znanych mi), moim zdaniem "Zaklęty miecz" Poula Andersona. "Amerykańcy bogowie" jednak mnie rozczarowali nieco. Sympatyczne są utwory Mortki, choć czasem warsztat szwankuje, tudzież czarno-biała kreacja bohaterów, zwłaszcza w "Ostatniej sadze". W "Synach boga" McLachlana raził toporny styl, choć pomysł na wiedźmy był świetny (a autor twierdził, że podpierał się publikacjami naukowymi na temat praktyk magicznych w dawnych wiekach). Malinowski próbuje ze skaldem Ainarem, wychodzi mu raz lepiej, raz gorzej.

      Miło wspominam powrót do korzeni, czyli lekturę przekładu Eddy Poetyckiej. To ma więcej mocy niż większość współczesnych fantasy inspirowanych, niestety.
      Polecam sobie przeczytać "Pieśń (Pieśni) Najwyższego" - to taki zbiór złotych myśli Wikingów, część z nich - np. te o zasadach gościnności, ściśle dotyczyła tamtejszych warunków, ale niektóre porady ogólnożyciowe jak np. te o pielęgowaniu przyjaźni, samotności w miłości, wartości własnego domu, czy braku sensu w zamartwianiu się na zapas - pozostają aktualne.

      A przechodząc do przemocy. Nurtuje mnie to dlatego, że sama taki schemat fabularny stworzyłam, tak jak mój kolega - co mi kiedyś pokazał sowje pierwociny - napisał o młodym sierocie ze wsi, co to znalazł magiczną laskę i przyszedł doń stary mag. A przecież, gdy to pisałam (i pewnie on gry to pisał) za młodu, znałam niewielu autorów fantasy - Tolkiena, Le Guin, Vance'a. Akurat tam takich motywów nie było. Więc ów szkielet wzięłam skądinąd, nie ze schematów fantasy. Zatem - bardziej ogólnie - z kultury, w której żyjemy. Chciałabym zobaczyć za tym wzór. Bo to jednak coś mówi - choćby o stosunku do mężczyzn - jaki jest nam nieświadomie wpajany.

      "Wiadomo, że najgorsze, co może się przytrafić kobiecie, to gwałt." - ha, zobacz, co piszesz. "Wiadomo" - a właściwie, dlaczego wiadomo, skąd to przekonanie? Czemu gwałt, a nie np. trwałe oszpecenie, albo utrata ręki (no dobra, tu akurat stwierdzam, że większość autorów tu już płci obojga, może zarżnąć głównemu bohaterowi całą rodzinę, ale bardzo rzadko pozbawi go jakiejś części ciała).

      Postawmy na jdnej szali gwałt, a na drugiej powiedzmy ciężkie pobicie. I mnie teraz zastanawia, czy to, że skłaniamy się do tego, by uznać gwałt za gorszy, wynika z powiedzmy struktury emocjonalnej kobiet, czy raczej z kultury naszej europejskiej z całym tabu związanym z seksem (głównie kobiet), obsesją cnoty i zbrukania. Pamiętam film nakręcony na postawie wspomnień imigrantki z Wietnamu - w całej jej narracji o dzieciństwie w czasie wojny pojawił się także gwałt, ale nie był on wyeksponowany w centrum, jako to najgorsze z doświadczeń. Ciekawa jestem, jak by się w temacie wypowiedziała właśnie kobieta z Azji, gdyby jej zadać takie pytanie - co gorsze.

      Inna obserwacja, moim zdaniem ciekawa, że kobiety mają tu jednak łatwiej o tyle, że taka "zbrukana" bohaterka może sie podnieść i zostać dzielną pogromczynią królestwa. Mężczyźni rzadko fundują swoim bohaterom takie przeżycia, tak, jakby wychodzili z założenia, że wykorzystany seksualnie chłopiec nie ma już prawa zostać bohaterem. (Beata N.)

      Usuń
    3. Przepraszam, że pod sobą, ale zapomniałam wrzucić linka do "Pieśni..." Gorąco polecam!
      http://wilczarodzina.blogspot.com/p/havamal.html

      Usuń
    4. Mnie się ten prosty język mitologii Gaimana bardzo podobał i nawet wydał mi się czymś świeżym w podejściu do opowiadania mitu na nowo. Dzięki niemu ten zbiór jest czymś pomiędzy bardzo literackimi, epickimi opowieściami a postmodernistyczną grą, jakiej można by się po Gaimanie spodziewać. Wyobrażam sobie, że właśnie tak musiały brzmieć te opowieści o bogach i olbrzymach dawniej, kiedy jeszcze przekazywano je ustnie.

      Dlaczego sięgamy po schematy fabularne związane z przemocą? Pamiętam, że sama gnębiłam swoich bohaterów najbardziej wtedy, kiedy chciałam pisać "dojrzale" i "realistycznie", co najwyraźniej utożsamiałam z "brutalnie". Pisanie to - przepraszam za banał - często też sposób na zbadanie własnych uczuć czy przekonań, więc siłą rzeczy stawiamy bohaterów w sytuacjach skrajnych, bo tak najłatwiej nam ich sprawdzić - oraz siebie. Przy czym, oczywiście, cały czas przetwarzamy narracje jeśli nie z innych książek, to z telewizji, filmów czy baśni, a baśnie akurat pełne są przemocy wobec dziewcząt, i to takiej, że włos się jeży na głowie (weźmy choćby Grimmowską "Dziewczynę bez rąk", brrr!).

      "Wiadomo, że najgorsze, co może się przytrafić kobiecie, to gwałt" była to, oczywiście, ironia. Myślę, że takie przekonanie jest dość powszechne, więc autorzy po prostu sięgają po ten wątek, kiedy chcą naprawdę skrzywdzić swoje bohaterki albo po prostu zaszokować czytelnika przemocą. Że nie stosują tej samej strategii wobec bohaterów, to już wynika z tego, że bycie ofiarą mieści się w tradycyjnym wzorcu kobiecości, nie mieści się natomiast w tradycyjnym wzorcu męskości. Przyszły król, wielki czarodziej, zbawca świata nie może być ofiarą gwałtu.

      Usuń
    5. Moje wykrycie ironii niestety często zawodzi ;P

      "bycie ofiarą mieści się w tradycyjnym wzorcu kobiecości, nie mieści się natomiast w tradycyjnym wzorcu męskości"
      Ciekawe spostrzeżenie, nie patrzyłam na to w ten sposób.

      Choć napiszę też, że jak się namyśliłam, to w nowszej fantastyce można znaleźć kilku mężczyzn, którzy doświadczyli przemocy na tle seksulanym i nie przekreśliło to ich przyszłej "kariery" - u Grzędowicza choćby w "Panu lodowego ogrodu", potem u Jacqueline Carey, Marka Lawrence'a - ale on w sumie bawił się odwracaniem schematów, nawet u Gemmella, choć tam to była ledwo wzmianka dotycząca przeszłości jednego z bohaterów,który zresztą nigdy się po tym w pełni nie pozbierał psychicznie.
      Beata N.

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.