Marsjanie nadchodzą!, czyli „Wojna światów” H.G. Wellsa


Wiecie, za co Gryzipiór najbardziej lubi Wellsa? Za to, że jego powieści to tak naprawdę udramatyzowane rozprawy, rozprawiające się z samozadowoleniem brytyjskiego społeczeństwa. „Wojna światów” to na zewnątrz diabelnie przekonująca relacja z inwazji Marsjan na Ziemię, z godnymi Apokalipsy wizjami zbydlęconych tłumów, obłąkańczego pijaństwa i krwawej ruiny, w jaką zamieniają się sielskie angielskie pejzaże. Wewnątrz zaś – energiczne pole walki między intelektem a uczuciami, religią a darwinizmem, wiarą w człowieka a nieustanną, bolesną deziluzją.

Zaczniemy nietypowo, od końca. Gdy główna postać powieści – na wojnie światów nie ma bohaterów – po tygodniach rozpaczliwej ucieczki zastaje w Londynie wraki śmiercionośnych marsjańskich maszyn, niemal odzyskuje wiarę w Boga. „Miliardami śmierci opłacił człowiek swe prawo do Ziemi i nikomu go nie odstąpi” – chełpi się. – „Bo człowiek żyje i umiera nie na próżno” [s. 221]. Pobojowisko oświetlają promienie wschodzącego słońca, a nasza główna postać, filozof zresztą, stwierdza, że ostatecznie inwazja Marsjan przyniosła ludziom wiele korzyści, w tym nową technologię i wzrost poczucia wspólnoty. Następują obrazy radosnej odbudowy i nieprawdopodobnych spotkań rozdzielonych rodzin. Ludzkość podnosi się z ruin… – Zaraz, zaraz. – Marszczy brew czytelnik. – Czyż nie czytałem przed chwilą o grabieżach, morderstwach i ludzkim upodleniu? Czyż nie chłonąłem obrazów totalnej fizycznej i moralnej zagłady? Nasz profesor cierpi na amnezję!

No, nie całkiem na amnezję. Freud nazwałby to pewnie wyparciem traumatycznych wspomnień, historycy zaś wskazaliby analogię do niepamięci wygnańców, którzy po wojnie wracali odbudować swoje domy i milczeli o tym, co im się przytrafiło po drodze. Jak się jednak przekonuje uczony z „Wojny światów”, do uwięzionego w PTSD umysłu wspomnienia wrócą zawsze, choćby w natrętnych snach na jawie. Pytanie brzmi: co mogło tak bardzo zburzyć świat filozofa i człowieka nauki, że teraz nocami prześladują go korowody trupów, które „schodzą się całymi gromadami, straszne, poszarpane przez psy, mamroczą coś obłąkańczo, blade, okropne” [s. 236]?

Dla gatunku science-fiction „Wojna światów” to pierwowzór licznych powieści o inwazji, w których dochodzi do pierwszego – zwykle chybionego – kontaktu ludzi z obcą cywilizacją. Pisze się często, że kosmici reprezentują w takich powieściach tzw. Innego, że są oni literackim opracowaniem doświadczenia zetknięcia się z inną kulturą, inną seksualnością czy inną płcią. U Wellsa jest na odwrót. Jego Marsjanie to – koncepcyjnie – ludzie, którym w przeciwieństwie do Ziemian starczyło czasu na ewolucję i udoskonalenie najcenniejszego swego narządu: mózgu. „Byli głowami, po prostu głowami” – pisze Herbert George i zaraz dodaje: „Mózg zaś bez ciała, pozbawiony podkładu uczuciowego, musiał, rzecz jasna, stawać się umysłowością coraz bardziej samolubną” [s. 163, 167]. Jak trzy lata wcześniej w „Wehikule czasu”, Wells pozbawia siebie i czytelnika złudzeń co do darwinowskiej ewolucji, która owszem, udoskonala byty, lecz prowadzi je też do moralnego upadku. Marsjanin nie ma ciała, nie ma płci, nie ma uczuć, jest Czystym Intelektem – największym marzeniem dziewiętnastowiecznego Europejczyka, które zmieniło się w koszmar [1].

Skoro więc to Marsjanie są w tej powieści ludźmi, kim są ludzie? Z punktu widzenia najeźdźców – szkodnikami, które należy wytępić trującym gazem (Wells miał niepokojące zdolności prorocze), czy też mrówkami, których kopiec marsjańskie dzieci mogą zniszczyć po prostu z nadmiaru siły życiowej. Albo dlatego, że mrówki te zajmują żyzne a nieznane terytorium, na które chęci nabrała bardziej zaawansowana cywilizacja. „Zanim osądzimy ich zbyt surowo – przestrzega jednak Wells – przypomnijmy sobie, jak bezlitośnie tępił własny nasz gatunek nie tylko zwierzęta, bizony czy ptaki dodo, ale i inne rasy ludzkie, na niższym stojące szczeblu rozwoju” [s. 12]. Brawo, panie Wells! To cios w samo serce popularnego w XIX wieku społecznego darwinizmu, według którego ofiarami walki o byt padają niższe rasy czy klasy społeczne. Ideologia, mająca uzasadniać zbrodnie imperializmu, tym razem zostaje użyta przeciwko Zachodowi, którzy niespodziewanie okazuje się wcale nie najbardziej rozwiniętą cywilizacją na świecie. Wells dokonuje tu czegoś bardzo jak na swoje czasy wywrotowego: mieszkańców Anglii, pogrążonej w marazmie i samozadowoleniu „największej potęgi świata”, stawia w niewygodnej roli Indian czy Aborygenów. I każe się im skonfrontować z własnym, uśpionym sumieniem.

Jak wypada ta konfrontacja? Tak jak się można tego spodziewać: fatalnie. W obliczu rozpadu ziemskiego świata, który z dnia na dzień traci swoją uprzywilejowaną pozycję, kapituluje nawet język. Słowa i pseudonaukowe teorie, za pomocą których nasz uczony próbuje objaśnić działania Marsjan, rażą naiwnością i nieadekwatnością. Kosmici spadają na ziemię w „walcu”, mordują ludzi „Snopem Gorąca”, ich machiny to „trójnogi” z „mosiężnym kapturem” i „koszem” z tyłu. W starciu z taką obcością ziemski język okazuje się bezsilny.

Równie bezradne jest państwo. Jak przytomnie zauważa narrator powieści, Marsjanom chodzi nie o fizyczną eksterminację ludzkości, lecz o zniszczenie jej organizacji i wspólnoty. I udaje się im. Najpierw w zderzeniu z obcą technologią tracą wartość wojskowe cuda techniki, dzieci żarliwej wiary w Postęp. Później rozpadają się struktury władzy. Członek Sądu Najwyższego kona w przydrożnym rowie, a policjanci strzelają do cywilów i pierwsi rzucają się w stronę ewakuujących ludność pociągów. Na drogach tłoczą się uchodźcy wszelkich zawodów i klas społecznych: zażywni kupcy, wytworne panie w bieli, oberżyści, robotnice, duchowni. W panice, gorączce wojennej, a przede wszystkim w śmierci wszyscy są równi. Co tam równi – zwyczajnie podli. Ci spokojni i kulturalni Anglicy, kwiat cywilizowanego świata, zostają przez Marsjan błyskawicznie zredukowani do stada zwierząt zmierzającego na rzeź. „Zbydlęceni”, jak mówi o nich narrator, opisując rabunki i morderstwa. Te przejmujące obrazy apokalipsy pomagają Wellsowi obnażyć sztuczność i słabość dziewiętnastowiecznej hierarchii społecznej. Wystarczy, by na horyzoncie zamajaczył śmiercionośny trójnóg, a nie ma już panów i poddanych, burżuazji i robotników. Cały społeczny układ trafia szlag.

Co ciekawe, Herbert George nie wydaje się szczególnie poruszony ich losem. Między wersami zaszyfrowuje przekaz, wedle którego atak Marsjan to konsekwencja słabości brytyjskiego społeczeństwa, zwłaszcza zaś jego arogancji, samozadowolenia i wygodnictwa:

Bo, widzi pan, tamci wszyscy, co żyli w tych domach, te przeklęte kupczyki, nawykłe do łatwego życia, byliby do niczego. To ludzie bez ducha, bez dumnych słów, bez wzniosłych porywów. A człowiek bez tego to zwykły tchórz, to szmata. Umieli tylko śpieszyć się codzienne do pracy. Widziałem ich setkami, jak z drugim śniadaniem w garści gonili jak wściekli do pociągu, aby tylko nie spóźnić się, aby tylko jak najwcześniej otworzyć te swoje marne sklepiki i ciułać te swoje głupie groszaki. Widziałem, jak potem gonili do domu, żeby się tylko nie spóźnić na obiad i, broń Boże, nie jeść chłodnej zupy; jak siedzieli wieczorami w domu ze strachu przed bandytami; jak szli do łóżek ze swoimi żonami, nie dlatego, że je kochali, ale dlatego, że było to wygodne i nie komplikowało ich nędznej wegetacji. W powszechne dni ubezpieczali się ze strachu przed jakimś wypadkiem na tym świecie, a w niedzielę – ze strachu przed życiem pozagrobowym (…). Dla nich Marsjanie jak z nieba spadli. Wygodne klatki, zdrowy pokarm, troskliwa opieka, żadnych zmartwień (…). Klatki będą się trząść od psalmów i hymnów, i histerii [s. 204-205].

Nic dziwnego, że pod koniec powieści ziemskie bakterie gnilne wykańczają tak sterylnie intelektualnych Marsjan, nie wyrządzają zaś krzywdy brytyjskiemu społeczeństwu. Wszak dawno już zgniło ono od środka.

Inwazja Marsjan jako kara za grzechy – to temat, który powraca w „Wojnie światów” nieustannie. Głównie za sprawą postaci wikarego, w którą przelewa Wells całą swoją niechęć do zinstytucjonalizowanej religii. Początkowo nasz profesor zostaje na jego obecność skazany, jak większość Europejczyków skazana jest na wychowanie w takiej czy innej wierze. Twarz wikarego jest jednak „wcieleniem słabości” i ma do tego kobiece rysy, co jest – jak wiadomo – niewybaczalne u prawdziwego mężczyzny. Marsjan nazywa on „wysłannikami Pana”, a zniszczenie Londynu przyrównuje do zagłady Sodomy i Gomory. Jego szaleństwo to konsekwencja aroganckiego poglądu, zgodnie z którym ludzie Zachodu, wybrani przez samego Boga, mają uświęcone prawo władać zwierzętami i innymi, gorszymi rasami. Teraz, gdy okazuje się, że Bóg mógł jednak wybrać inną, doskonalszą rasę, cały ten wygodny, religijny światopogląd po prostu się rozsypuje.

Profesor – człowiek nauki i wyznawca Darwina – łatwiej akceptuje podrzędność człowieka. Zabija natrętnego wikarego i nie ma wyrzutów sumienia, co jest chyba najbardziej szokującym momentem w tej i tak brutalnej powieści. Prawa walki o byt okazują się bezlitosne: przetrwają ci, którzy nie tracą głowy i potrafią „ruszyć mózgiem”. Ci, którzy mogliby być protoplastami Marsjan.

Jest to, trzeba przyznać, zatrważająco realny scenariusz rozpadu państwa i religii, obu fundamentów dziewiętnastowiecznego – i nie tylko – świata. Gorzej, jeśli to możliwe, wygląda tylko rozpad psychiki pojedynczego człowieka, który znalazł się w sytuacji przekraczającej jego pojmowanie. Nie jest to oczywiście człowiek przypadkowy (epoka literackich everymanów dopiero przed nami). Jest to uznany profesor filozofii, obywatel „poważny i stateczny”, co rusz wytrącany strasznymi wydarzeniami z wygodnej roli obserwatora. Właściwie alter ego Wellsa, co tłumaczy chyba przedziwny zabieg zmiany bohaterów w połowie powieści. Gdy apokalipsa rozkręca się na dobre, nagle przenosimy się do głowy brata owego filozofa, studenta medycyny, który uchodzi z Londynu. To on widzi najgorsze: spanikowane tłumy ciągnące drogami niby owce na rzeź, przemoc i nieczułość na ludzką krzywdę. Dowiadujemy się, że brat ów schronił się na statku płynącym do Francji, lecz później słuch o nim ginie.

Może to sugerować, że w rzeczywistości mamy do czynienia nie z dwoma bohaterami, lecz z jednym, który nieświadomie dokonuje psychicznego rozczepienia. Ludzka podłość, owo „zbydlęcenie”, to zbyt wiele dla filozofa przekonanego o wartości i rozumności człowieka. Najgorsze przydarzyło się nie mnie, lecz komu innemu – kombinuje – a skoro komu innemu, to ja tego nie widziałem, mogę więc wygodnie zapomnieć. Problem w tym, że zapomnieć się nie da, więc na końcu powieści Wells, wtłoczywszy w usta uczonego obowiązkową pochwałę Postępu i ludzkiej odporności, każe mu przeżywać wszystko od nowa w bolesnych snach na jawie. Przy okazji tworzy chyba jeden z pierwszych w literaturze opisów zespołu stresu pourazowego.

Celowo Gryzipiór nie rozpisał się o technicznej stronie powieści: konstrukcji, języku czy sposobie narracji. Nie znaczy to, że brak im wyrazu; po prostu „Wojna światów” ciekawiej wypada czytana jak rozprawa filozoficzna niż mierzona w skali czytelniczej satysfakcji (która jest wielka. Ogromna). Jedno musi jednak podkreślić, mianowicie: niezwykły dar Wellsa do opisów. Nie są to opisy zapierające dech w piersiach – brak w nich efektownych metafor czy wyrafinowanej symboliki – niemniej są przerażająco realne. Długo Gryzipiór będzie pamiętał ten cichy, niepozorny poranek, kiedy prażyło słońce, a Ogilvy stanął na skraju wydrążonej przez Marsjan jamy i wokół wstrzymała oddech przyroda. To mogłoby się zdarzyć kiedykolwiek, gdziekolwiek. Na przykład jutro, kilometr od domu, w którym wydajemy się sobie tak bezpieczni.

[1] Marsjanie mogą sobie być uosobieniem Czystego Intelektu, lecz ich wygląd ma być potworny, co Wells osiąga znaną metodą kombinacji największych ludzkich lęków. Charakterystyczne, że większość tych lęków ma podłoże seksualne. „Obłe cielska”, które „pulsują konwulsyjnie”, „mięsisty dziób”, „oleista i brunatna” skóra o gąbczastej strukturze, otwór gębowy „drgający bez ustanku, sapiący, ociekający śliną”… W profesorze, przedstawicielu męskiej władzy i sterylnego „męskiego” intelektu, cechy te budzą oczywistą odrazę.
Co gorsza, Marsjanie mają macki – jak Gorgona – i żywią się ludzką krwią niby wampiry, kanoniczni seksualni drapieżcy. Rozmnażają się bez konieczności aktu seksualnego, przez pączkowanie. Kto teraz zakrzyknie: „Marsjanie są kobietami!”, będzie miał sporo racji. Rzeczywiście Wells zdaje się tu typowym wyznawcą dziewiętnastowiecznej mizoginii, która dostrzegała w kobiecie groźne uosobienie wszechwładnej i zachłannej natury, dążącej jedynie do pomnażania gatunku. Kosztem mężczyzn naturalnie.

  • Przekład: Henryk Józefowicz
  • Wydawca: Itaka
  • Rok wydania: 1994 (1898)
  • Liczba stron: 236

Autorami ilustracji wykorzystanych w tekście są Warwick Goble i Henrique Alvim Corréa.
  1. Mam tę książkę na liście. Póki co przeczytałam jedynie, lata temu, "Wehikuł czasu". Do ponownego spotkanie z autorem zachęciła mnie bardzo trylogia wiktoriańska F. J. Palma. Jednym z jej głównych bohaterów jest właśnie Wells a jego książki stanowią jakby podłoże akcji ;) jeżeli nie miałaś okazji przeczytać to polecam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo! Nie znam tej trylogii i czuję, że to bardzo poważny błąd. Dopisuję do listy :)

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.