Nie lubiłam Tolkiena


„Nie lubiłam Tolkiena” – takie dramatyczne wyznanie postanowił Wam dzisiaj uczynić Gryzipiór. Początkującym fanem fantastyki będąc, nie raz i nie dwa stawał się z powodu tej niechęci celem świętego oburzenia. Ale jak to? – dziwił się jakiś nadgorliwy kultysta. Lubisz fantasy, a nie lubisz Tolkiena? Toż to klasyk! Ojciec święty gatunku! Czytałaś go w ogóle? (Nie, bo mnie znudził.) Jak mógł cię znudzić, przecież to Wielka Literatura! Czy „Iliada” też cię nudzi? (Owszem.) Aż nagle coś się zmieniło, krytykowanie twórczości Tolkiena stało się modne, a Gryzipiór odkrył, że częściej broni Profesora z Oksfordu, niż go atakuje.

Z każdą taką obroną Gryzipiór zaskakiwał sam siebie, gdyż jak się rzekło, bardzo długo Tolkiena nie lubił. Oto dlaczego:

Nie lubił Tolkiena, ponieważ odbierał go jako autora głuchego na odbiorcę, a w każdym razie obojętnego na to, czy czytelnik będzie miał jakąkolwiek frajdę z lektury jego Wielkiego Dzieła. Prawdopodobnie rozpieścili Gryzipióra współcześni autorzy – absolwenci kursów twórczego pisania, którzy starają się zadowolić czytelników nieznoszących nudy i wiecznie narzekających, że „nic się nie dzieje”. Otóż u Tolkiena „nic się nie dzieje” bardzo często, a już początek pierwszego tomu „Władcy Pierścieni”, w którym napięcie wywołane pojawieniem się Jedynego Pierścienia skutecznie koją wędrówki po sielskim Shire i przygoda w domu Toma Bombadila, doprowadziłby do łez każdego współczesnego wydawcę. Na łzach by się zresztą nie skończyło. Spragnieni bestsellera redaktorzy rwaliby sobie włosy z głowy, czytając rozdział poświęcony fajkowemu zielu, obojętne dla fabuły scenki rodzajowe, opisy przyrody tworzone z precyzją i polotem kartografa czy dialogi, w których streszcza się wydarzenia, zamiast układać z nich porywające zwroty akcji. No i piosenki. Wszystko to sprawia, że na powierzchni teksty Tolkiena jawią się jako zupełnie niedzisiejsze, co można oczywiście uznać za ich zaletę – Gryzipiór jednak był nimi przeważnie znudzony.

Pierwsze wydanie „Władcy Pierścieni”
(1954-1955) [*].
Nie lubił Tolkiena, ponieważ nie znalazł w sobie sympatii dla jego świata. Obca mu była – i jest nadal – czuła ironia, z jaką Profesor z Oksfordu portretował wygodnicki, pełen hipokryzji świat angielskiego ziemiaństwa, które uosabiali hobbici. Wychowawszy się w mieście, Gryzipiór obojętnie reagował na lęk o wyidealizowaną prowincję, którą pożerała rewolucja przemysłowa z Isengardu, niesiona przed hordy zdziczałych, zdeformowanych orków-robotników. Wzdychał na myśl o tym, z jaką niepokojącą naturalnością ojciec fantasy podzielił świat na dobrych ludzi Zachodu i tych, którymi zawładnęło zło: barbarzyńskich Easterlingów ze Wschodu oraz Haradrimów, czyli „Czarnych Ludzi” z Południa. Nie popierał u Tolkiena nikłego zainteresowania konfliktami wewnętrznymi bohaterów, które według Gryzipióra zawsze, w każdego rodzaju literaturze, powinny być podstawą fabuły. Wzruszeniem ramion zbywał – i zbywa nadal – wątki miłosne, w których Aragorn, Beren, Elwë niezmiennie zakochują się od pierwszego wejrzenia w przypadkowo spotkanych figurantkach, które pięknie wyglądają i jeszcze piękniej śpiewają. Wątki, które wprawdzie wpisują się w długą tradycję podobnych przedstawień, lecz pozbawione są psychologicznej prawdy i jakiegokolwiek bodaj zainteresowania kobietami jako istotami, które czują i myślą.

Nie lubił Tolkiena, ponieważ po jego twórczość sięgnął zbyt późno. Miał trochę racji Brandon Sanderson, gdy pisał prowokacyjnie, że „publikacja «Władcy Pierścieni» była być może najgorszą rzeczą, jaka przytrafiła się literaturze fantasy”. Nie chodzi oczywiście o samą trylogię (bez której fantasy w ogóle by nie było), lecz o wręcz groteskowy efekt, jaki wywarła na spadkobiercach gatunku. Tolkienowi, jak większości klasyków, najbardziej zaszkodziły dziesiątki, a może setki epigonów, którzy kopiując jego opowieści, przeraźliwie je spłycili. Gryzipiór zaś chłonął ich nieszczęsną twórczość jak gąbka, ponieważ była najłatwiej dostępna początkującemu i puszczonemu samopas fanowi fantasy. Dlatego pradawne Zło z Północy, obdarzony sekretną mocą Wybraniec, szlachetni książęta udający zwykłych włóczęgów, przemądrzali czarodzieje, wyniosłe elfy i inne seryjne motywy high fantasy znudziły go na długo, zanim wreszcie zdjął z półki w księgarni „Drużynę Pierścienia”.

Pierwsze wydanie „Hobbita” (1937) [*].
Co ważne, to był mniej więcej ten moment, w którym literaturę fantasy zaczęły doganiać społeczne przemiany przełomu wieków. Runął zimnowojenny ład, świat przeraził się wielością zamieszkujących go kultur, a autor i czytelnik fantasy zmienili się. Ktoś by powiedział, że dorośli. Mniej chyba pragną przygody, więcej – psychologii i filozofii, a także realizmu, utożsamianego z okrucieństwem i utratą złudzeń. Dlatego bohaterowie fantasy masowo weszli do szarej strefy między dobrem a złem, rozpleniły się polityczne intrygi i ponure obrazy codziennego trudu żołnierzy, a na szczyt list najpoczytniejszych autorów wspięli się ci, którzy dyskutują z Tolkienowską tradycją lub wprost ją odrzucają: George R.R. Martin, Steven Erikson, Joe Abercrombie czy wspomniany Sanderson. Tolkien też potrafił być posępny, lecz była to posępność innego rodzaju – biorąca się z melancholii i będąca warunkiem piękna. Nie ma piękna we współczesnej fantasy. I nie ma w niej miejsca dla opowieści Tolkiena.

A może jest? Koniec końców, Gryzipiór został ostrożnym fanem twórczości Profesora z Oksfordu. A stało się to tak:

Najpierw polubił twórczość Tolkiena, ponieważ cisnął w kąt „Władcę Pierścieni” i sięgnął po inne, mniej znane opowieści. „Hobbit” urzekł go historią podstarzałego kawalera, któremu wystarczyło wyjść za próg domu, by przeżyć przygodę życia, a także tym, jak niepostrzeżenie przerodziła się ta opowieść z baśni dla dzieci w epicką tragedię. Bardzo też spodobała się Gryzipiórowi interpretacja, wedle której „Hobbit” to relacja z podróży w przeszłość Anglii, w której Bilbo, typowy angielski ziemianin, szuka swojej zagubionej tożsamości. I wędruje: od satyrycznej powieści realistycznej (sceny w Shire) przez strywializowany folklor (pojedynek z trollami) do najstarszych nordyckich i germańskich opowieści (walka ze smokiem, finałowa bitwa, odzyskanie siedziby przodków) [1]. Z kolei „Dzieci Húrina” intrygowały, bo były mroczne, ponure i zdawały się odwoływać do tradycji literackiej zupełnie innej niż ta, z której zwykle czerpał Tolkien: greckiej tragedii zamiast romansu rycerskiego. Nawet „Silmarillion” – to już chyba ewenement – czytało się Gryzipiórowi lepiej niż „Władcę Pierścieni”, bo wydawał się surowy, interesująco niewygładzony, a szczątkowa z konieczności opowieść o Dawnych Dniach zmuszała wyobraźnię do działania. Niedawno wpadły mu zaś w ręce „Listy Świętego Mikołaja” – cudny zbiór ilustrowanych listów z lat 1920-1942, które Tolkien pisał do swoich dzieci. Początkowo niewinne opowieści o przygodach na Biegunie Północnym zmieniają się, gdy nadchodzą gobliny, a Tolkien w niecodziennej dla pisarza roli ojca stara się językiem dzieci opowiedzieć o II wojnie światowej.

Pierwsze wydanie „Listów
Świętego Mikołaja” (1976) [*].
Później polubił twórczość Tolkiena, gdy zaczął czytać fanfiction i obejrzał – jakieś sto razy – filmową trylogię „Hobbita”. To stwierdzenie bardzo zabawne, zważywszy, jak niedobrym filmem, a jeszcze gorszą ekranizacją, były dwie ostatnie części „dzieła” Petera Jacksona. Niewierność książkowemu pierwowzorowi była jednak zamierzona i – zdaje się – nie wynikała jeno z chęci osiągnięcia komercyjnego sukcesu. Otóż zorientowawszy się, jak bardzo wydany w 1937 roku „Hobbit” nie pasuje do znacznie mroczniejszego „Władcy Pierścieni”, Tolkien zamierzał podobno napisać swoją pierwszą powieść na nowo. Zamiar zarzucił, lecz lata później podjęli go twórcy filmowej trylogii. Dzięki nim otrzymaliśmy wadliwą wprawdzie, lecz wciąż interesującą wariację na temat tego, czym mógłby być ów poprawiony, mroczniejszy i bardziej epicki „Hobbit”. I gdy tak Gryzipiór przyglądał się wprowadzonym w filmie zmianom, uderzyło go, jak ogromny potencjał transformacyjny tkwi w twórczości Profesora z Oksfordu.

Postanowił zatem sprawdzić, co tam słychać w Tolkienowskim fanfiction. Wtedy dotarło do niego, że obojętność, z jaką autor ten traktował psychikę swoich bohaterów, można odczytać nie jak wadę, lecz jak wyzwanie. I że ciekawsze od tego, co w tekście jest, bywa niekiedy to, czego w nim nie ma. Można na przykład pytać, jak Bilbo Baggins, doświadczywszy wielkiego świata i jego tragedii, radził sobie po powrocie do prowincjonalnego, niecierpiącego inności Shire? Skąd Gimli i Legolas wzięli siłę, by pokonać uwewnętrznione uprzedzenia ojców i nawiązać pierwszą od wieków przyjaźń między krasnoludem a elfem? Co się przytrafiło Míriel, żonie Finwëgo, która w być może najszczęśliwszym momencie życia – po narodzinach syna i przeprowadzce do niebiańskiego Valinoru – z własnej woli zasnęła na wieki? Tropienie i rozwijanie takich pustych miejsc w tekście, który interpretowano już na tysiąc sposobów, wielce Gryzipióra raduje. Do jego ulubionych należy zawarta w Dodatku A do „Powrotu króla” niewinna sugestia, że krasnoludki głosem i postawą przypominają krasnoludzkich mężczyzn. Z sugestii tej fantasy zrobiła powtarzalny i mało śmieszny żart, autorki fanfiction uczyniły ją zaś punktem wyjścia do rozważań o społeczeństwie, w którym nie ma ściśle określonych ról płciowych i norm seksualnych, a kobiety na równi z mężczyznami walczą, pracują, rządzą i przechowują kulturową spuściznę. Tak oto Tolkien niespodziewanie okazał się bardziej aktualny od niejednego współczesnego pisarza.

Pierwsze wydanie „Silmarillionu”
(1977) [*].
Na koniec polubił twórczość Tolkiena, ponieważ u jej podstaw odnalazł uczucie, które jest mu najbliższe – melancholię. Gryzipiór sądził kiedyś, że jedną z największych wad stworzonego przez Tolkiena świata jest jego utopijność. Denerwowały go sielskie pejzaże Śródziemia, monarchie pozbawione ciemnej strony, rycerze bez skazy i zmazy oraz ten wszechobecny etyczny ład, dzięki któremu źli zostają ukarani, a nieskazitelni duchowo wniebowzięci do Valinoru. Tak było do czasu, aż odkrył odwieczny rewers utopii – melancholię. Szczególnie „Władca Pierścieni” to przejmujące świadectwo tęsknoty do świata, który na oczach autora rozpadł się za sprawą rewolucji przemysłowej, dwóch wojen światowych i kryzysu wartości. Pełno w nim żałobnych alegorii: straconych królestw, pustych tronów, wizji utraconej chwały, ruin. Nasze najlepsze dni przeminęły; ludzie skarleli i nigdy już nie dokonają czynów równie wielkich, jak ich ojcowie. I choć Frodo wyrusza do Mordoru, wierząc, że zdoła uratować dawny świat, okazuje się, że aby coś mogło być zachowane, coś innego musi zostać stracone. Odchodzą na zawsze elfowie, nastaje era człowieka, lecz nie ma w tej pokoleniowej zmianie triumfu – jest zapowiedź katastrofy. Kogoś o mniejszym harcie ducha taki obraz świata doprowadziłby może do porzucenia aktywnego życia, Tolkien jednak uważał rozpacz za grzech. Dlatego została mu melancholia, czyli niekończąca się i niemożliwa do ukojenia żałoba za tym, co stracone.

Zapytany, czy lubi twórczość Profesora z Oksfordu, Gryzipiór odpowiedziałby dziś: „Ale którego?”. Bo był Tolkien nudziarz oraz Tolkien melancholik. Tolkien genialny ojciec fantasy oraz Tolkien, którego niepowtarzalny ślad zatarły dziesiątki mniej lub bardziej udolnych naśladowców. Tolkien biały mężczyzna z imperium brytyjskiego oraz Tolkien pozwalający krasnoludzkim kobietom nosić brody i nie wychodzić za mąż. Był też – i miejmy nadzieję, że wciąż jest – Tolkien, którego Gryzipiór lubi najbardziej: nieodkryty, niedopowiedziany, domagający się dialogu i reinterpretacji. Taki, który zawsze będzie aktualny.

[1] Tomasz Z. Majkowski, „W cieniu Białego Drzewa. Powieść fantasy w XX wieku”, Kraków 2013, s. 125-135.
  1. Świetna notka.:)
    Tylko się przyczepię stwierdzenia, że bez Tolkiena fantasy by nie było, bo w nie nie wierzę. Z pewnością byłaby inna, mniej byłoby w niej drużyn i questów (co wcale na dobrą sprawę nie musiałoby jej zaszkodzić), a więcej Conanów, ale byłaby jako gatunek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Myślę, że to w ogóle ciekawy, acz trudny problem: jak wyglądałaby fantasy bez Tolkiena. Masz rację, że na pewno byłaby inna, ale czy w ogóle wyodrębniłaby się jako gatunek? Oczywiście Tolkien nie stworzył fantasy w pojedynkę, miał pokaźny zastęp prekursorów (z Williamem Morrisem czy lordem Dunsanym). Niemniej często się podkreśla, że to właśnie on stworzył pierwszy, w pełni niezależny świat wtórny, co ostatecznie stało się fundamentem gatunku. No, i żaden autor protofantasy nie zdobył wcześniej takiej popularności, więc kto wie, czy bez Tolkiena po II wojnie światowej gatunek nie umarłby śmiercią naturalną jako relikt chwilowego renesansu baśni i romansu rycerskiego.

      Usuń
    2. Myślę, że wbrew pozorom brak Tolkiena zmieniłby (przynajmniej na płaszczyźnie literackiej) raczej niewiele. Sama Fantasy rozwijała się w dużej mierze niezależnie od niego w USA. Mieli tam Leibera, Howarda, Andersona, Nortonkę...

      Większość rzeczy, za które się go obwinia stworzyli inni autorzy. Drużyny to wynalazek Dungeons and Dragons (które było bardziej wzorowane na Vance, Andersonie, Zelaznym i Moorcocku). Schemat powieści stworzyli Brooks (który mocno się na Tolkienie wzorował) i Eddings (który w dużej mierze działał niezależnie).

      Sama popularność gatunku jest w dużej mierze zasługą gier takich jak Dungeons and Dragons, Magic the Gathering, Diablo czy World of Warcraft. Ogólnie fantasy rozwijało się w dużej mierze w cieniu gier właśnie.

      Jedyne, co by się bez Tolkiena zmieniło, to to, że w Dungeons and Dragons nie byłoby Niziołków, a pierwszy Warcraft nazywałby się "Gnolls and Humans" zamiast "Orcs and Humans".

      Natomiast na płaszczyźnie pozaliterackiej fantasy straciłoby najbardziej ikonicznego i najpopularniejszego pisarza i to w dodatku obiektywnie dobrego. Byłby to dla niej bardzo poważny uszczerbek wizerunkowy, a Sanderson musiałby pewnie zmagać się z wizerunkiem "autora fanficków do gier".

      Jeśli oczywiście by się wybił. Bo akurat zrobił to w dużej mierze dzięki dokończeniu "Koła Czasu" za Jordana. A ten akurat bardzo dużo wziął od Tolkiena.

      Usuń
    3. Hm, ale z tego by wynikało, że dzięki Tolkienowi fantasy zyskała wyłącznie dobrą prasę. A przecież musi istnieć powód, dla którego nawet badacze literatury fantasy określają wydanie "Władcy Pierścieni" przełomem dla gatunku. Zbyt się przywiązali do europejskiej perspektywy i umniejszają rolę pierwszej fantasy amerykańskiej?

      Słabo, przyznam, znam się na tej wczesnej gałęzi fantasy z USA, ale wydaje mi się, że jej cele i wymowa były jednak inne niż u Tolkiena. Nie przypadkowo w dawnych, prostszych mówiliśmy m.in. o high fantasy i fantasy "magii i miecza". Na pewno Tolkienowi fantasy zawdzięcza swoją odmianę skoncentrowaną na budowie świata wtórnego, mitologii, duchowym rozwoju bohatera, przesłaniu. Wielu pisarzy poszło podobną drogą: C.S. Lewis, Ursula Le Guin, Patricia McKillip czy Tad Williams.
      Brooks, mam wrażenie, niczego nie stworzył - tylko przeniósł Tolkienowską fantasy na amerykański grunt. Wpływ gier był pewnie niemały, choć mamy też fantasy, w której w ogóle nie da się go zauważyć. Albo ja nie zauważam ;)

      No, i nie zapominajmy, że bez Tolkiena nie byłoby dialogu z tradycją tolkienowską, więc nie mielibyśmy pewnie ani antykościelnych "Mrocznych materii", ani "Kronik Czarnej Kompanii", ani - o zgrozo - "Pieśni Lodu i Ognia". Byłoby tak... pusto.

      Usuń
    4. Nie wiem, czy "Pieśń Lodu i Ognia" jest taka antytolkienowska. Wbrew pozorom im dalej w las tym bliżej jej do tolkienowskiego ducha.

      Le Guin pewnie zostałaby w klimatach Swiata Rocanona.

      Jeśli chodzi o wczesny okres amerykańskiego fantasy, to wyglądało to mniej więcej tak: były lata 20-te i było mnóstwo pisarzy weird fiction. Głównie pisali powieści historyczne z domieszką magii, westerny i horrory. Jeden z nich, Lowercraft wymyślił, pod wpływem Dunsandyego nową koncepcję grozy. Jego kolega: Howard postanowił wprowadzić ją do swojej twórczości, przenosząc ją w świat nieodganiony. Tak powstał Kull z Atlantydy. Kull się nie sprzedał, ale Howard ulepszył postać i stworzył Conana, który zdobył dużą popularność. Niestety Conan zaczął Howarda w pewnym momencie nużyć, więc pisał coraz mniej o nim i coraz gorzej. Wydawca w końcu zastsował starą metodę pocisku i upokorzył go odrzucając większość jego tekstów. Trafił w bardzo zły moment: Howardowi skończyły się środki do życia (bo był wielki kryzys), właśnie umarła mu mama i popadł w depresję. Gdy spadł na niego kolejny cios nie wytrzymał presji i strzelił sobie w głowę.

      Wydawcy Weird Fiction na skutek kryysu mocno podupadli. Gdy wydawało się, że wychodzą z dołka wybuchła wojna i wprowadzono reglamentacje na papier. Nie mieli na czym wydawać. Potem przyszły lata 50-te i do władzy doszli konserwatyści, a Weird Fiction znalazło się na cenzurowanym. Trwało to do końca lat 60-tych, gdy ludzi konserwatyści zaczęli wkurzać.

      Ktoś zauważył, że za morzem jest fajny pisarz o nazwisku Tolkien i go wydał. Trafił dobrze w ducha czasu i jego książka okazała się bestsellerem. Równlegle Lin Spraque de Camp z kolegą przypomniał sobie, że w dzieciństwie czytał Conana i było to fajne. Wznowił go. Również trafił w ducha czasu i odniósł duży sukces. Zaczęli więc pisać podobne opowiadania i znaleźli innych autorów, którzy to robili.

      W tym czasie Gygax i Arneson grali w planszowe gry strategiczne. Zauważyli, że jest fajna literatura i można by zrobić grę strategiczną z podobnymi bitwami, jakie mają w niej miejsce. Powstał Chainmall. Po jakimś czasie wymyślili, że grę można sprowadzić do poziomu małego oddziału taktycznego, który nazwali "drużyną". Powstało Dungeons and Dragons. Zaczęli swą grę sprzedawać na konwentach. Okazała sie dużym sukcesem, założyli więc firmę, która zaczęła je wydawać. Zrodził się rynek gier fabularnych.

      W gry fabularne zaczęli grać różni ludzie i pisać o tym książki. Zrodziła się "Twierdza na moczarach", "Dragonlance", "Record of Lodoss War", "Chronicles la Lune Noire" i do pewnego stopnia "Wiedźmin".

      Ktoś spróbował to przenieść na komputer, powstały gry cRPG.

      Usuń
    5. Czyli wygląda na to, że rzeczywiste narodziny fantasy, jaką najlepiej znamy, to właściwie przypadek. Czemu mnie to nie dziwi?

      Ja myślę, że "Pieśń Lodu i Ognia" pełnymi garściami czerpie z fantasy spod znaku Tolkiena, ale wyraźnie ją reinterpretuje, zachowując jednocześnie główny zrąb fabularny. Duch jest chyba inny, schematy - niekiedy celowo podobne (wielkie zło z Północy, zanikająca magia, zatajona tożsamość dziedzica tronu, karzeł jako bohater, melancholia...).

      Usuń
  2. Ja lubię Tolkiena, chociaż momentami "Władca Pierścieni" mnie irytował :) Dobra notka, czytać Twoje analizy. Uświadomiłaś mi, że nie przeczytałam jeszcze Listów Świętego Mikołaja. Musze to koniecznie nadrobić :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam! Po "Listach..." zaczęłam cieplej myśleć o Tolkienie - nie jak o Wielkim Klasyku, którego dzieła Trzeba Znać, ale właśnie jak o człowieku, który co roku zamykał się w gabinecie i usiłował wymyślić, co tym razem mogli narozrabiać Niedźwiedź Polarny ze Świętym Mikołajem. Tylko po to, żeby sprawić frajdę dzieciakom. Nawet kiedy one dawno przestały być dziećmi.

      Usuń
  3. Ach, jaka fajna notka :)!

    Jako ktoś, komu literatura spod znaku "nic się tam nie dzieje!" jest bliska (oraz skryty hobbit) z całego "Władcy..." najbardziej lubię to, co dzieje się w Shire ;) (i stąd też chyba "Hobbit" jest mi dość bliską lekturą :)). I lęk o wieś też jest mi bliski -- ale tutaj w ogóle muszę dodać, że nigdy nie odbierałam orków jako metafory robotników: orki to w końcu umęczone elfy, każdy może stać się orkiem, kiedy zniknie w nim pewna czułość w stosunku do krajobrazu czy miejsca, które nazywał domem.

    Mężczyźni Tolkiena są archetypami i zakochują się w archetypicznych kobietach -- tak sądzę, bo zgadzam się z całym paragrafem na ten temat; tylko że czytając to inaczej można jednak wziąć to wszystko w obronę. Właśnie przez te archetypy -- to coś, co może i jest czasami nieprzekonujące, ale jakoś się tu jednak realizuje, bądź co bądź. Natomiast to, że cały wschód i południe na mapie to w dużej mierze "to, gdzie żyją smoki" -- zawsze mnie niepokoiło. Postkolonialne odczytanie "Władcy..." -- to by była przygoda (poczytałabym!) :).

    No i jeszcze słówko o melancholii i żałobie: jednak to jest trochę tak (jak piszą długo po Freudzie różni zajmujący się tematem), że to nie są koniecznie kategorie (roz)łączne -- to znaczy melancholia może być nieprzepracowaną żałobą, żałobę zaś da się przejść i z niej wydobyć. Mnie się jednak wydaje, że u Tolkiena jest coś z tej żałoby po straconym świecie ("Silmarillion" da się czytać jako taki traktat żałobny), ale nie wiem, na ile jest ta melancholia właśnie. To jest opłakanie, ale chyba nie opłakiwanie, bo jednak czekamy aż świat się odmieni. Coś w tym jest takiego czyśćcowego w zamiarze -- ale jednak z jakimś końcem. Melancholia końca mieć, jak sądzę, nie powinna. A tu przeplata się taka nostalgia, wskrzeszanie światów z niej wynikające, z żałobą. To tak sobie gdybam, podrzucając inną interpretację, chociaż przyznam, Twoja jest bardzo kusząca i przemawia do mojej wyobraźni :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Ci się podoba! :D Jeśli chodzi o orków, to powiązałam ich - może na wyrost? - z robotnikami, bo we "Władcy..." stanowią podstawę działania Mordoru i Isengardu, czyli krain szalejącej industrializacji. Co więcej, w XIX i na początku XX wieku chyba dość często wyobrażano sobie przyszłość klasy robotniczej jako rasy zdeformowanej, zamieszkującej podziemia i pozbawionej indywidualności. Pisał o tym też Wells.

      Z archetypami jest tylko ten problem, że one nigdy nie są neutralne. Siłę czerpią z powtarzalności, a przecież powtarzamy zwykle to, co podtrzymuje zastany porządek i stosunki władzy, także te związane z płcią. Poza tym wydaje mi się, że Tolkien - w przeciwieństwie do Le Guin na przykład - nie miał nigdy zamiaru opowiadać o najgłębszych obszarach ludzkiej psychiki, więc te jego archetypy niezbyt wiele wnoszą do wymowy utworów, a irytują bardzo.
      Tolkien postkolonialnie - zdecydowanie tak! Aczkolwiek Wielki Klasyk zrobiłby się chyba po takim odczytaniu trochę mniej wielki.

      Myślę, że Tolkien bardzo by się ucieszył z Twojej interpretacji. Melancholii zbyt blisko do rozpaczy, którą uważał za grzech. I rzeczywiście jakiś czyśćcowy duch błąka się po jego utworach wraz ze szczątkami nadziei, że coś można ocalić przed zmianą i działaniem czasu. Problem w tym, że chyba żadna z powieści nie pokazuje tego momentu przeżycia żałoby, tego pogodzenia się ze stratą. Tolkien niby akceptuje przemijanie - w końcu nikt nie próbuje siłą zatrzymać elfów - a jednocześnie wciąż rozpamiętuje to, co odeszło. Historia często się u niego powtarza, co może się wiązać z melancholicznym spojrzeniem. Dzięki takiemu spojrzeniu zawsze widzi się podwójnie: w tym, co teraz, znajduje się zawsze to, co zdarzyło się już wcześniej i było większe, ważniejsze (przykładem powtórzenie historii Berena i Luthien w wątku Aragorna i Arweny). Interpretuję to tak, że choć Tolkien pewnie wolałby żałobę, to jednak spisywał głównie doświadczenie melancholii.

      Usuń
    2. Nie neguję tego -- bo nie wiem -- że taka intencja mogła stać za tymi orkami krain industrializacji u samego Tolkiena. Ale wydaje mi się, że da się i inną interpretację -- o której pisałam wyżej -- wyciągnąć z Tolkiena. Zwłaszcza, że na czele tej industrializacji stoi ten, kto kiedyś miał chronić wiejskie krajobrazy: Saruman. Czyli to przejście jest tutaj możliwe i to ono jest chyba najstraszniejsze (tak jak z tymi elfami i orkami).

      Zastanawiam się, jak to jest z tymi archetypami -- pod jeszcze jednym względem: one tu zostają wpisane w większy projekt (zbudowania pewnej mitologii).

      Ha, to właśnie zależy, o jakiej melancholii i jakiej żałobie mówimy. Mnie jest, przyznaję, bliżej do LaCapry niż do Freuda, a co za tym idzie, melancholia byłaby właśnie tą rozpaczą bardziej niż żałoba nawet. A czy sama ta kołacząca gdzieś nadzieja -- już nie pokazuje stopnia przepracowania żałoby? Tego nie popadnięcia w melancholię (jeśli przyjąć, że melancholia to nieprzepracowana żałoba)? To powtarzanie, o którym piszesz, można by zinterpretować jako próbę przezwyciężenia, przepracowania żałoby: po to powracają te same postacie w innych dekoracjach, żeby jeszcze raz spróbować coś zrobić -- niekoniecznie tylko rozpamiętywać (ale znowu: Twoja interpretacja jest bardzo spójna, tak sobie dywaguję, mam nadzieję, że Ci to nie przeszkadza :)).

      Usuń
    3. Skądże! Im bardziej dywagujesz, tym bardziej przekonuję się do Twojej teorii :D Wychodzi, że ta Tolkienowska melancholia/żałoba to kwestia wielce dyskusyjna i podatna na różne odczytania, a nie pamiętam, by jakiś badacz pisał o niej szerzej. Świetny jest Twój pomysł na interpretację tego upartego powracania postaci - rzeczywiście to, co nie udaje się Berenowi i Luthien, udaje się Aragornowi i Arwenie. Ta pierwsza para, by zrealizować swoje uczucie, musi odciąć się od świata; ta druga pozostaje w świecie. Choć o jej losach wiemy na tyle niewiele, że jej sukces wcale nie jest pewny.

      Projekt mitologii na pewno, jeśli mówimy o postaciach z "Silmarillionu", Aragornie czy nawet Frodzie. Ale co z Samem, Merrym, Pippinem czy Bilbem? Hobbici, wydaje mi się, prawie do końca pozostają zewnętrzni wobec świata Tolkiena, mimo że stanowią jego uczuciowe centrum. Służą trochę za drogowskaz dla czytelników, którzy za ich pośrednictwem mogą doświadczyć świata wielkiej mitologii.

      Usuń
  4. Ja czytałem "Władcę Pierścieni" na początku swej fantastycznej drogi i nadal mam spory sentyment. Mam też podobnie jak Pyza, bo u mnie magia się zaczęła właśnie w tych spokojnych momentach. Tolkien był jednym z pierwszych, którzy potrafili tak intensywnie przenieść mnie do swojego świata. Byłem tam z nimi, nocowałem przy tych samych ogniskach itd., itp.

    A jako że mam słabość do rozbudowanych światów i światotwórstwa, to "Simlarillion" przypadł mi do gustu znacznie bardziej niż "Hobbit". Ten drugi lekko nudnym mi się właśnie wydał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to ja miałam zupełnie inne doświadczenie z "Władcą Pierścieni". Ja za nic w świecie nie mogłam się do tych ognisk przedrzeć, Śródziemie było dla mnie jak zza mgły, obce i niewyraźne. Właściwie dopiero na studiach udało mi się odwiedzić ten świat duchem, a nie tylko umysłem.

      "Hobbit" to dla mnie klasyczny przypadek tekstu, w którym ciekawsze jest to, czego w nim nie ma, niż to, co w nim jest. Fajnie się go czyta po "Władcy..." i "Silmarillionie", bo gdy poznać historię i mentalność rasy krasnoludów, można spojrzeć trochę inaczej na całą tę hecę ze złotem.

      Usuń
  5. Próbowałam zaprzyjaźnić się z Tolkienem zaczynając od "Władcy...", co było chyba dużym błędem. Znudził mnie strasznie i z zemsty został przeze mnie porzucony. Nie pomogło też to, że równolegle ze mną trylogię podczytywał mój Ojciec, który co prawda skończył ją całą, ale powtarzał mi, że mam rację i to nudy są. Bardzo mnie jednak cieszy Twoja notka, bo już słyszałam od wielu osób, że powinnam zapomnieć o "Władcy", dać drugą szansę i przeczytać inne jego powieści.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gorąco polecam taką strategię! Ja miałam bardzo podobne odczucia i właściwie Tolkien zainteresował mnie dopiero przy „Dzieciach Húrina”, choć nadal nie potrafię powiedzieć dlaczego. Chyba właśnie dlatego, że ten tekst jest w jakiś sposób inny, mroczniejszy i nawet tragiczniejszy od "Władcy Pierścieni".

      Usuń
  6. Piękny tekst. Choć ja akurat zakochałam się we "Władcy" od pierwszego wejrzenia. Ale po prostu piękny. Łezka się w oku kręci.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ciekawy tekst. Czytałem, dawno temu. Trylogię, Hobbita i nie przebrnąłem przez Silmarillion. Ekranizacje zbyłem wzruszeniem ramion. Nie obejrzałem i nie planuję. Może przy okazji sięgnę po Listy Tolkiena. Chyba bardziej mnie interesuje Tolkien od strony budowania języka i świata, bo też próbuję w tym swoich sił.
    Drużyny i questy w fantasy interesują mnie tylko w wydaniu gier MMORPG. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Ja też nie jestem wielbicielką drużyn w powieściach fantasy, ale u Tolkiena, o dziwo, mnie one nie drażnią. Może dlatego, że u niego jednak kluczowe są więzy przyjaźni, a nie sama użyteczność w walce, dlatego wychodzi to naturalniej. No i koniec pierwszego tomu "Władcy Pierścieni" trochę pokazuje, że taka klasyczna drużyna po prostu nie może się udać, i że każdy bohater musi nieść swoje brzemię sam - z ewentualną pomocą jednego czy dwóch najbardziej oddanych przyjaciół.

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.