Bitwa Bękartów, czyli „Gra o tron”, sezon 6, odcinek 9


Na Siedmiu, cóż to był za odcinek! Bitwa ognia i bitwa lodu, upadli bohaterowie i zemsta, która zamiast dawać widzowi satysfakcję, łamie mu serce. Dawno „Gra o tron” nie była tak brutalna i tak w wymowie bliska książkowego pierwowzoru, a zarazem tak rewelacyjnie nakręcona. I dawno − może nigdy − nie było w filmie fantasy tak realistycznej i przerażającej bitwy, jak tytułowa Bitwa Bękartów.


Tekst zawiera spoilery dotyczące fabuły odcinka.

Wbrew tytułowi mamy w tym odcinku nie jedną bitwę, lecz dwie. Tyle że pierwsze starcie kończy się bardzo szybko, co pewnie nie zdziwi tych z Was, którzy jak Dany trzymają w piwnicy smoki. Mała królowa, wfrunąwszy do Meereen niby deus ex machina, zastanawia się właśnie, co począć z władcami Zatoki Niewolniczej, którzy oblegli jej miasto. Tyrion głosuje przeciw spaleniu wszystkiego, co w zasięgu smoka, i chyba jako pierwszy w serialu porównuje postępowanie Daenerys do szaleństwa jej ojca, Aerysa II, który zaminował Królewską Przystań garncami dzikiego ognia. Jak wiadomo, historia lubi się powtarzać, więc Gryzipiór zasugeruje tylko, że to pewnie nie przypadek, że przypomniano nam tę opowieść teraz, tuż przed finałem sezonu, w którym walka o najwyższą stawkę rozegra się właśnie w stolicy Westeros.

Tymczasem Dany zaprasza na brzeg władców Zatoki Niewolniczej, by omówić warunki kapitulacji… ich kapitulacji. Argument? Niezmiennie ten sam: trzy bezgraniczne wierne gadziny, które od niechcenia podpalają jeden pechowy okręt (reszta statków przyda się, gdy przyjdzie pożeglować na zachód). Wszystko jest tu, oczywiście, szalenie widowiskowe: i panorama płonącego Meereen, i krajobraz widziany z lotu ptaka smoka, i wreszcie same smoki − cudowne dzieci ekspertów od efektów specjalnych. Jest też odpowiedni podkład muzyczny, dzięki któremu znów widzimy Daenerys jako niosącą dobro triumfatorkę. Niemniej jednak Gryzipiór czuje się już nieco zmęczony wszechmocą Matki Smoków i chciałby wreszcie zobaczyć, jak mała królowa poradzi sobie bez swoich pupilów. Nie pogniewałby się na przykład, gdyby okazało się, że wraz z Euronem płynie do Meereen pewien zaczarowany róg…

Jeśli już przy wątku ludzi z Żelaznych Wysp jesteśmy, to jakiś czas po wygranej bitwie – nie wiadomo dokładnie jaki – do Meereen przybywają Yara i Theon. Razem z Dany i Tyrionem tworzą egzotyczny, lecz całkiem ujmujący kwartet, który szybko łączy wspólna niechęć do ojców. „Żelazne Wyspy nigdy nie miały królowej” – zauważa Dany. „Westeros też nie” – odpowiada Yara i wybaczcie, że z Gryzipióra taki nieuleczalny fantasta, ale w tym momencie zdał sobie sprawę, jak bardzo „Grze o tron” potrzebny jest wątek prawdziwej kobiecej przyjaźni.

fot. HBO / Fanpop [*]
Tytułowa Bitwa Bękartów to obraz wyjęty z zupełnie innej bajki – ktoś nieprzyzwyczajony do stylistycznych (wy)skoków twórców „Gry o tron” mógłby nawet podejrzewać, że ogląda dwa różne seriale. Tu nie ma bohaterstwa ani triumfalnych przelotów na smoku. Są za to surowe krajobrazy Północy i wychowani w nich równie surowi ludzie, którzy przyszli walczyć o to, co uważają za swoje. Sporo czasu minie jednak, nim dojdzie do samego starcia, gdyż twórcy zadbali o odpowiednią podbudowę, która zaprocentuje w finale odcinka. Wrażenie robi zwłaszcza kłótnia Jona i Sansy, która kolejny raz udowadnia, jak trudna, bo pełna nieufności i nieporozumień, jest ich relacja. Sansa ma do brata pretensje, że ten nie liczy się z jej opinią, choć to ona najlepiej poznała Ramsaya i najwięcej od niego wycierpiała. Pobrzmiewa tu z jednej strony naturalny egocentryzm ofiary skoncentrowanej na własnym cierpieniu i zemście, z drugiej – prawdziwa troska o Jona, który ze swoim honorem i miłością do rodziny może łatwo paść kolejną ofiarą Ramsaya. Znamienne, że to Sansa rozumie sytuację lepiej niż Jon i przekonuje, że przetrzymywanego przez wrogów Rickona uratować się nie uda, że trzeba od razu spisać go na straty. To twarde i bezduszne, ale jak się za chwilę okaże, słuszne. Do Sansy zresztą wrócimy.

Zanim przejdziemy do samej bitwy, Gryzipiór chciałby jeszcze zwrócić Waszą uwagę na przepiękny kadr zamykający scenę, w której Davos odnajduje dawny stos Shireen, a w nim cudem niespalonego drewnianego jelonka. O, ten:

fot. HBO / Fanpop [*]
Zdaje się, że w przyszłym odcinku będzie się musiała Melisandre wytłumaczyć z kilku rzeczy.

Do boju zatem.

Jasne jest, że od czasu entuzjastycznej reakcji widowni na bitwę w Hardhome twórcy serialu będą się starali udowodnić, że pod względem rozmachu i efektów specjalnych radzą sobie nie gorzej od swoich kolegów kręcących na wielki ekran. Jasne jest też, że cokolwiek epickiego nakręcą, będzie to porównywane do tamtego sukcesu. Gryzipiór powie Wam od razu: bitwa w Hardhome to nic w porównaniu z Bitwą Bękartów. Mimo że w pierwszej siekła się Nocna Straż z Królem Nocy i jego hordą ożywieńców, a w drugiej stanęli naprzeciw siebie niczym niewyróżniający się ludzie w niczym niewyróżniających się strojach, wśród których trudno było nawet odróżnić przyjaciół od wrogów. Gryzipiór przyznaje pierwsze miejsce Bitwie Bękartów wcale nie dlatego, że miała większy rozmach czy lepsze efekty, lecz dlatego, że znacznie bardziej pasuje do brutalnego, pozbawionego złudzeń świata stworzonego przez George’a R.R. Martina.

fot. HBO / Fanpop [*]
Przede wszystkim twórcy dołożyli starań, by pokazać realizm pola bitwy. Skusili się, owszem, na kilka szerokich ujęć (i kilka rewelacyjnych z lotu ptaka), lecz większość walki nakręcili w dużych zbliżeniach. Krew leje się więc niebezpiecznie blisko strefy komfortu widza i dzięki temu bitwa przestaje być oglądanym z dystansu widowiskiem, a staje się naprawdę mocnym przeżyciem. Są w niej chwile, w których zupełnie nie wiadomo, o co chodzi. Kto wygrywa? Kto właśnie zginął? Czy ktoś przed chwilą zdradził, czy mi się zdawało? Chaos i dezorientacja pogłębiają uczucie grozy, wywołane wcześniej migającymi przed oczami drastycznymi obrazami („Mur ze zwłok. O Boże, mur ze zwłok!”). Podobnie Gryzipiór wyobraża sobie prawdziwe pole walki, tak rzadko pokazywane nam w filmach fantasy, w których Dobro tłucze się ze Złem sterylnie, bezkrwawo i możliwie bohatersko (pod tym względem nowemu odcinkowi bliżej do „Szeregowca Ryana” czy „Helikoptera w ogniu” niż do „Władcy Pierścieni”). W Bitwie Bękartów nie ma bohaterów. Są ludzie z rozciętymi brzuchami, daremnie wołający o pomoc, ludzie czołgający się po wale z trupów mimo braku nóg, ludzie zadeptywani przez spanikowanych towarzyszy broni.

I jest Jon. Choć tak naprawdę go nie ma.

Starkowie wygrywają tę bitwę. Lecz sam Jon przegrywa ją z kretesem. Nic nie zostało z dzielnego wojownika i świetnego stratega, którego widzieliśmy w poprzednich sezonach. Wystarczy, by Ramsay okrutnie zabawił się Rickonem i go uśmiercił, by Jon stracił nad sobą panowanie i w pojedynkę rzucił się do walki, porzucając wcześniej uzgodnioną strategię. W innym filmie byłby to akt bohaterstwa, świadczący o wszechmocy i moralnej przewadze naszego herosa. W „Grze o tron” to początek klęski. Owszem, jeszcze przez chwilę sypiące się strzały będą magicznie omijały byłego Lorda Dowódcę. Jeszcze przez chwilę Jon powalczy z wrogiem, dając pokaz szermierki w jednym, niemożliwie długim ujęciu (brawa dla aktora). Później jednak jego wojsko zostanie otoczone, a sam Jon znajdzie się na ziemi, gdzie będzie się powoli dusił, miażdżony przez własnych żołnierzy. Trudno o większą i bardziej spektakularną porażkę.

I wtedy na odsiecz przybędzie Sansa, a z nią rycerze z Doliny.

To dobry moment, by postawić pytanie, dlaczego przed bitwą Sansa nie zdradziła bratu, że posłała po pomoc do Littlefingera. Przemilczeć to mogła z dwóch powodów. Powód pierwszy, prozaiczny: nie otrzymała odpowiedzi od rycerzy z Doliny i nie była pewna, czy przybędą. Powód drugi, ciekawszy: pozwoliła Jonowi ponieść klęskę, by w ostatniej chwili go uratować, co pozwoliło jej wzmocnić własną pozycję, a w dalszej perspektywie – negocjować dotychczasowe stosunki władzy. Gryzipiór nie jest pewien tej drugiej interpretacji, lecz jeśli podejrzewa słusznie, to mamy do czynienia z Sansą zupełnie inną niż dotychczas. Sansą, której przynajmniej Gryzipiór wcale nie chciał widzieć: wyrachowaną, cyniczną, okrutną wręcz. Taką jak w świetnej finałowej scenie, w której Ramsayowi wreszcie, wreszcie zostaje wymierzona sprawiedliwość (jakże wspaniale było napisać to zdanie).

fot. HBO / Fanpop [*]
„Nie możesz mnie zabić − mówi Sansie skrępowany, uwięziony w psiarni Ramsay. − Jestem teraz częścią ciebie”. I ma rację, choć w jakim stopniu − to się okaże. Na razie Sansa z lodowatą pogardą obserwuje, jak wygłodzone psy powoli zbliżają się do swojego pana, jak zatapiają zęby się w jego twarzy i obgryzają palce aż do kości (to odwołanie do tortur Theona). I cóż z tego, jeśli Sansa lekko się uśmiecha? Ramsay zginął, jak na to zasłużył.

Pożarty przez własne psy.

  • Reżyseria: Miguel Sapochnik
  • Scenariusz: David Benioff & D.B. Weiss
  • Produkcja: HBO
  • Premiera: 19 czerwca 2016
  1. Ten odcinek budzi we mnie mieszane uczucia.
    Z jednej strony - mistrzostwo sceny batalistycznej - prawdopodobnie jedna z najwspanialszych scen walki w historii kina.
    Z drugiej... debilizm.
    Jon Snow w tym odcinku to idiota, który nie dba o życie swoich ludzi, a Sansa - idiotka do kwadratu która nie dba o życie zarówno brata jak i jego ludzi.
    Daenerys zaś... no cóż - denerwuje mnie samym swoim istnieniem i sposobem bycia - bez smoków byłaby absolutnie nikim. Mało jest w grze o tron postaci, które gorzej nadają się na władce niż ona.
    Pozdrawiam
    J.K.K.L

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Debilizm, owszem, ale wydaje mi się, że psychologicznie uzasadniony. Jon daje się ponieść emocjom: gniewowi i rozpaczy po śmierci brata (co jest o tyle ciekawe, że ostatni raz widzieliśmy go w takiej akcji pod koniec... pierwszego sezonu). No a Sansa po prostu gra w grę o tron z tym samym okrucieństwem, z jakim wcześniej inni grali nią.
      Masz rację, że Dany nie nadaje się na władcę i bez smoków byłaby... no, może nie nikim, ale na pewno kimś mniejszym. Mimo to twórcy wciąż pokazują ją jako zbawicielkę i triumfatorkę. Pytanie brzmi: czy robią to specjalnie, by zwodzić widza, czy naprawdę wierzą w tę bohaterkę?

      Usuń
  2. Też byłam zachwycona tym odcinkiem! Chociaż faktycznie krzyczałam przez ekran do Jona, żeby się opamiętał, sam przecież mówił, że wygrać mogą cierpliwością i takie coś odwalił xD Ale w sumie to miał nadzieję, że jego brat przeżyje, sama pewnie też bym się rzuciła za swoją rodziną.
    Dzisiaj sobie uświadomiłam, że nie mogę sie doczekać spotkania Jona i Aryi, to dopiero byłaby piękna scena :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to jest jedna z tych scen, na które czekam najbardziej i w książce, i w serialu. Kolejne miejsce zajmuje spotkanie Aryi i Sansy :D Prawda, że Jon nam się w tym odcinku nie popisał, i kontynuuje niechlubną tradycję bohaterów przedkładających miłość do rodziny nad rozsądek i chłodną kalkulację... Jak niegdyś Ned Stark.

      Usuń
  3. Ah, to był wspaniały odcinek, aż sama jestem zdziwiona, bo 5 i 6 sezon raczej mnie nie zachwycił. Trzęsłam się ze strachu, modląc się, by już było po wszystkim i by Jon, mimo tego, że stracił głowę - ocalał. A scena, gdy Jon obił mordę Ramsayowi... ahhhh.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mówisz o scenie, w której każdy z nas chciał być Jonem? :D Popieram! Będzie mi ogromnie brakowało w serialu Iwana Rheona, który stworzył najlepszego Ramsaya jakiego można by sobie wyobrazić, ale trzeba przyznać: śmierć tego bohatera była chyba nawet bardziej satysfakcjonująca niż niegdyś śmierć Joffreya. Scena z psami - majstersztyk.

      Usuń
  4. Przez całą wielką bitwę przerzucałam się z mamą komentarzami i kiedy oni walczyli, my się śmiałyśmy. Dlaczego? Rickon szybciej biegł na nogach niż Jon Snow przemieszczał się na koniu. Grad strzał padał wszędzie, tylko nie w Jona Snowa. W pewnym momencie jakieś dziesięć trafiło jednego gościa - Jona Snowa nawet ani jedna nie drasnęła. Konie tratowały ludzi - oprócz Jona Snowa. I było więcej takich momentów w trakcie tej walki, które aż kipiały absurdem i nie mogłam powstrzymać śmiechu choć sytuacja była beznadziejna. Paradoksalnie w tym odcinku zaczęłam doceniać kreację postaci Boltona. Bo choć był psychopatą, to w tym odcinku doszłam do wniosku, że bardzo interesującym (na pewno ciekawszym od Jona Snowa).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację! Mnóstwo było tego rodzaju absurdów i z patrząc na nie, początkowo byłam pewna, że czeka nas powtórka ze świetnie zrealizowanej, ale zupełnie nierealistycznej bitwy w Hardhome. Stopniowo jednak starcie Starków z Boltonami robiło się coraz bardziej brutalne, przerażające i niemal fizycznie bolesne. Jon, którego chwilę temu nie mogły dosięgnąć strzały, nagle znalazł się na ziemi, przygnieciony i duszący się zupełnie nie po bohatersku. Może nadinterpretuję, ale wydaje mi się, że twórcy specjalnie wywołali początkowo tę konwencję absurdalnej i heroicznej bitwy fantasy, by potem wykonać obrót o 360 stopni i pokazać coś bardziej charakterystycznego dla filmu wojennego.
      Też myślę, że Ramsay był interesującym czarnym charakterem - na pewno bardziej interesującym niż w książce. Szkoda, że już go nie będzie, ale z drugiej strony... gdybyśmy poczekali na sprawiedliwość jeszcze trochę dłużej, wszyscy byśmy co cna stracili wiarę w świat :P

      Usuń
    2. Jestem głeboko rozczarowaniem losem Ramsaya. Gra o Tron łamała zasadę, że szlachetność musi być nagrodzona, a zło ukaranie. Winin wygrywać ten, który jest najbardziej bezwzględny i dąży do celu. Tak jak August. Miałem nadzieję, że los Ramsaya dopełni się inaczej. Albo znajdzie się w obozie zwycięzców, lub jego śmierć nastąpi z rąk innych podczas próby obrony Winterffell, a Ramsay wydłuży długą listę bohaterów, którzy znaleźliby się w podręcznikach, a byli ostatnimi świniami. Niestety scenarzyści poszli na łatwiznę i rozwiązanie a la Hollywood

      Usuń
    3. Interesujące spojrzenie! Ja chyba czułabym się rozczarowana, gdyby Ramsay znalazł się w obozie zwycięzców. Po pierwsze, nie jest on tak wielkim strategiem czy genialnym politykiem, by zasługiwał na znalezienie się w podręcznikach. Po drugie, widz potrzebuje od czasu do czasu poczuć taką emocjonalną satysfakcję, gdy ginie naprawdę niegodziwy bohater.
      Myślę, że GoT łamie przede wszystkim naszą pewność, że zło zostanie ukarane. Ale to nie znaczy, że ono nie może faktycznie zostać ukarane. Tym bardziej, że sprawiedliwości nie wymierzają tu bogowie czy los, a Jon i Sansa - bohaterowie, którzy mają pełne prawo mścić się za wyrządzone im przez Ramsaya krzywdy. Płacą też sporą cenę za to zwycięstwo, więc bez ofiary się nie obyło.

      Usuń
  5. Chciałam, tak jak ostatnio, podziękować Ci za ten cykl, bo dzięki niemu jestem na bieżąco, chociaż nie oglądam -- aż czuję emocje przed zbliżającym się finałem, więc mówi to samo za siebie ;).

    I tak obserwując to z boku zauważyłam, że to oczekiwanie na sprawiedliwość, jakakolwiek by ona nie była, wobec Ramsaya Boltona zostało bardzo wywindowane. To znaczy na tyle długo to trwało, że chyba wszyscy odetchnęli z ulgą -- mimo tego, że konsekwencje mogą tu być, jak wnoszę z opisu, dość długotrwałe dla rozmaitych postaci, a i stresu pourazowego się tak raczej nie wyleczy. Bardziej mnie to jednak frapuje na linii dzieło-odbiorca, czy to kwestia tego, jaką postacią był wyżej wymieniony? Czasu, w którym "nic mu się nie działo"? Może jakichś czynników pozafabularnych (i po prostu tego, że mamy pewne oczekiwania wobec opowieści i kiedy się one nie spełniają, czujemy się sfrustrowani?)?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma za co i cieszę się, że mogę się przydać! :) Staram się, by cykl również był możliwie na bieżąco.
      Ha, ciekawe pytanie. Myślę, że jako odbiorcy kultury popularnej przywykliśmy do pewnej bezpiecznej wizji świata, w której Zło zostaje zawsze ukarane. "Gra o tron" natomiast brutalnie rozprawia się z tą wizją, bo w niej zginąć może każdy bohater, dobry czy zły, a śmiercią częściej niż złe uczynki "karane" są honor, dobre serce czy miłość do rodziny (minuta ciszy dla Neda Starka). Co gorsza, bohaterowie działają w szarej strefie między dobrem a złem, czym rozstrajają moralny kompas widza/czytelnika. Dlatego gdy pojawia się taki staroświecki czarny charakter, jak Joffrey, Gregor Clegane czy Ramsay, podwójnie liczymy na to, że zostanie ukarany. To przywraca nam wiarę w ową bezpieczną wizję świata.
      Jeśli chodzi o Ramsaya, to na pewno miało też znaczenie to, że twórcy - jak piszesz - długo kazali nam na tę sprawiedliwość czekać. I że ze wszystkich trzech psychopatów w "Grze o tron" Ramsay jest chyba najgroźniejszy, bo najbardziej inteligentny. Dodałabym jednak, że moment jego śmierci był satysfakcjonujący także ze względu na inne postaci - Sansę i Jona. W wypadku Jona mamy wątek rodzinnej vendetty oraz odzyskania rodowej siedziby, do której Jon miał przecież nigdy nie powrócić (a powrócił niemal baśniowo - jako ostatni, najbardziej niedoceniany z synów). W przypadku Sansy mamy zaś dopełnienie są archetypicznego wątku kobiecej zemsty oraz gwałtu jako origin story silnej kobiecej bohaterki. Śmierć Ramsaya realizuje te oczekiwania odbiorcy, więc koniec końców okazuje się bardzo satysfakcjonująca - sądzę.

      Usuń
  6. Ja mam strasznie wymieszane uczucia po tym odcinku. Z jednej strony, podobało mi się, z drugiej strony dawno nie byłam tak zdegustowana działaniami bohaterów.
    Kompletnie na marginesie, ale do sceny egzekucji Boltona mogli wziąć nieco mniej poczciwego psa. Patrzyłam i nie mogłam uwierzyć,że to krwiożercza bestia.
    Ale do rzeczy... bitwa Bękartów i kompletny brak czegoś, co się nazywa taktyka. Ja wiem, Jon się rzucił, reszta pognała za nim, ale czemu im to nie pozwoliło walczyć jakoś sensownie? Czemu gość z tarczą nie zasłania się nią? Skąd ten mur ze zwłok, jakiś nekromanta tam był? Oni się w końcu biją na otwartym polu, ten mur nie miał sensu. Uch.
    Rickon. Oj, Rickon. Chłopak, który się jakoś magicznie postarzał, przebywał jakiś czas w dzikich ostępach, podobno nawet na wyspach kanibali. I nie nauczył się nic ze sztuki przetrwania? Naprawdę, rozumiem chęć pozbycia się postaci, ale można to było zrobić lepiej.

    On the brighter side, czy to tylko moje wrażenie, czy w momencie w którym serial przestał ekranizować książki, postaci kobiece nagle nabrały wiatru w żagle? Dany, Yara, Sansa, nawet Cersei i Maergery czy Arya. Jak mi się podobają ich sceny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obiło mi się o uszy, że reżyser wzorował Bitwę Bękartów na autentycznej bitwie z okresu starożytności, ale oczywiście nie mogę znaleźć źródła :/ Ja to widzę tak. Mur ze zwłok zrobili łucznicy Boltonów, zabijając w określonym miejscu zarówno wojowników Starków, jak i swoich. Jon miał taktykę, ale taktykę szlag trafił, gdy Ramsay sprowokował go zabójstwem Rickona. Pozbawiona dowódcy armia była bez szans i łatwo dała się zgnieść. Przynajmniej tak to sobie wyobrażam, bo bitwa była szalenie chaotyczna i jeśli nie wiemy do końca, o co chodziło, to też dlatego, że było to zamiarem twórców.

      Rickon... nie wiemy, gdzie przebywał. W ogóle nic o nim nie wiemy, a jego śmierć mogła poruszyć chyba tylko dzięki niezłemu aktorstwu. Ja sobie jego postępowanie tłumaczę panicznym, obezwładniającym strachem, ale to prawda, że dało się to wymyślić lepiej.

      Postaci kobiece - tak, po stokroć tak! Choć nie wiem, czy to zasługa odcięcia się od książkowego pierwowzoru. Może raczej twórcy zareagowali na ostrą krytykę, jaką otrzymali po piątym sezonie?

      Usuń
  7. Odcinek ten wywołał we mnie bardzo mieszane uczucia. Chodzi o bitwę dwóch bastardów. O ile wizualnie ciekawie pokazano brutalność bitwy, to tradycyjnie nie próbowano oddawać sposobu walki. Tradycyjnie mamy starcie dwóch chmar ludzi bez żadnego planu, gdzie większość zachowuje się w najgłupszy możliwy sposób. Dopiero, gdy zbliżała się do końca zaczynamy widzieć walkę w szyku, zamiast beztroskiego wymachiwania mieczami. Większym problemem jest logika tej bitwy. To starcie trzech idiotów (w tym jednej idiotki), którzy bawią się w żołnierzyki, a nie prawdziwą wojnę. Sansa nie uświadamia bratu, że może spodziewać się posiłków. Tym samym doprowadziła do masakry sił, które jej ufały. O Jonie była mowa w tekście. Najbardziej głupi ze wszystkich jest jednak najinteligentniejszy z nich czyli młody Bolton. Scenarzyści chcieli pokazać jego bezwględność, wydanie części oddziałów na śmierć, dla zwabienia sił wroga w pułapke, ale to bez sensu. Kompletnie bez sensu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie się wydaje, że głupota bohaterów w tym odcinku może wynikać tylko z tego, że dali się oni ponieść emocjom. Jon widzi śmierć brata, traci panowanie nad sobą, porzuca dowodzenie. Armia rozsypuje się, traci morale, panikuje. Sansa... myślę, że może nie jest pewna, czy zjawią się rycerze z Doliny, albo nie ufa Jonowi. Nie szkolono jej w sprawach wojny, nie ma pojęcia o taktyce. Strategia Ramsaya ma chyba sens o tyle, że walka na otwartym polu mogłaby pochłonąć więcej ofiar, więc opłaca się poświęcić część własnych oddziałów, by komfortowo wyrżnąć podduszoną, spanikowaną armię Starków, korzystając z psychologicznego efektu, jaki wywołał mur zwłok i ten las tarcz, które za chwilę wszystkich zmiażdżą. Tak to sobie tłumaczę, acz na wojnie, całe szczęście, znam się pewnie jeszcze gorzej niż Sansa.

      Usuń
    2. Snow daje się sprowokować - choć pytanie dlaczego jego armia też, ale w żaden sposób nie da się wytłumaczyć zachowania Ramsaya. raz on nie musiał toczyć bitwy, jego przeciwnicy tak. On miał dogodną sytuację, zapasy żywności, zamek, przewagę liczebną. Siły Snowa groziła dezintegracja. Nie mieli szans w otwartej bitwie, oblężenie nie wchodziło w grę, nie mieli żadnych atutów. Walka białą bronią odbywa się w formacjach, dokąd formacja jest spójna zabitych jest relatywnie nie wielu. Do orgi zabijania dochodziło dopiero, kiedy szyki jednej strony zostały złamane i przegrywający uciekali. Zawsze dysproporcja strat między jedną, a drugą stroną była duża. Siłom Ramsaya nie groziło złamanie szyków, więc z jego punktu widzenia bez sensowne było wyrżnięcie jazdy. Walka jazdy w rzeczywistości też wyglądała inaczej niż w filmach hollywoodzkich. Jazda rozpędzała się, nie toczono statycznej walki w miejscu. Dla rzeczywistego Ramsaya najbardziej sensowną strategią było poczekanie na atak przeciwnika i uzywania (angielskich) łuczników chronionych przez pikinierów. Jazda słuzyłaby do likwidowania uciekających. Ramsay powinien zachowywać się jak Edward III lub Czarny Ksiażę pod Crecy a potem Poitiers. Oczywiście można powiedzieć, że jan Dobry pod Poitiers zachował się jak idiota i w etos rycerski idiotyzm był wpisany, ale Ramsay nie jest szlachetnym rycerzem. O ile opisy batalii u Martina są ciut dziwne, to jednak jako czytelnik powieści historycznych winien nie powtórzyć błędów scenarzystów. Ale jak dopełni się los Ramsaya przekonamy się pewnie dopiero jak wyjdą Wichry zimy

      Usuń
    3. O ile mnie pamięć nie myli, w serialu uzasadniono to tak, że gdyby Ramsay schował się za murami, północni lordowie uznaliby to za przejaw słabości i zbuntowaliby się przeciwko Boltonom. Co ma sens, bo strach to jedyny powód, dla którego Północ poddała się Boltonom - sercem zawsze będzie po stronie Starków.
      Nie śmiem polemizować w sprawie wykorzystania jazdy - nie znam się na tym zupełnie - ale zastanawiam się, czy nie za bardzo wierzymy w wojskowe zdolności Ramsaya? Zdaje się, że ani książka, ani serial nie przypisują mu specjalnych umiejętności w tym zakresie. Wręcz przeciwnie - można odnieść wrażenie, że Ramsay dobrze sobie radzi tylko w torturowaniu, polowaniu, zastraszaniu i podobnie uroczych sprawach. Tym chyba można uzasadnić jego błędy taktyczne.

      Usuń
  8. Oglądając tę bitwę dosłownie pękałem ze śmiechu. Piechota Boltonów naciera na wroga niczym jakaś macedońska falanga, ba, ma nawet jednolite umundurowanie i uzbrojenie. LOL! Takie zgranie w bitwie wymaga lat treningu i wprawy, a co za tym idzie zapewnienia stałego utrzymania dla dużej liczby żołnierzy z gminu.To było możliwe w starożytnym Rzymie czy Grecji, gdzie wojsko było zawodowe lub półzawodowe i utrzymywane z podatków, lub w bardzo późnym średniowieczu, gdy pojawiły się zawodowe kompanie najemników do wynajęcia. Ale w świecie feudalnym jedyną wartościową formacją na polu bitwy byli konni rycerze, zaś piechota w najlepszym wypadku mogła wyglądać jak w naszym filmie "Krzyżacy". Prawda, że to mało malowniczy widok? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego właśnie cieszę się, że niewiele wiem o historii wojskowości, i mogę bezkarnie udawać, że wszystkie takie sceny mają sens :D A na poważnie: wciąż mam wątpliwości, na ile możemy oceniać film fantasy pod kątem zgodności z prawdą historyczną. Boltonowie mają za sobą dwie duże wojny, z czego jedna skończyła się ledwie rok temu, więc może nabrali wystarczającej wprawy?

      Usuń
  9. Wiadomo, że film fantasy nie musi trzymać się prawdy historycznej. Ale są jakieś prawdy wyższe, wynikające - bo ja wiem - choćby z ludzkiej fizyczności, znanych doświadczeń, logiki wreszcie. Mechanika świata Martina wzorowana jest na feudalnym średniowieczu. Zresztą, nawet gdyby przyjąć, że Boltonom udało się w jakiś sposób rozmnożyć owych "dwudziestu dobrych ludzi" do - tak na oko - około tysiąca, to zupełnie od czapy jest fakt, że siły Starków stoją jak barany i czekają bezczynnie aż zostaną okrążeni. Nawet falanga miała swoje słabe strony, zwłaszcza skrzydła. Atak frontalny skierowany na jedno miejsce miałby szanse na przełamanie. Zwłaszcza, że Starkowie mieli olbrzyma. Grecka falanga miała nawet do 16 szeregów, ta tutaj liczyła najwyżej pięć. Ale nie, Starkowie stoją jak urzeczeni i przyglądają się, jak wróg rozwija szyki. A olbrzym miota się bezradnie i nie ma w ręku nawet drewnianej kłody, którą mógłby za jednym zamachem wysłać kilkunastu przeciwników w chmury.
    Powiem tak - Bitwa Bękartów do pewnego momentu jest arcydziełem telewizyjnym. Piękne zderzenie szarżujących kawalerii, dobre oddanie roli łuczników na polu bitwy, atak piechoty Umberów, wszystko git, aż do tej nieszczęsnej góry trupów (ktoś zacięty w matematyce może sobie obliczyć, że to idiotyzm) i maszerującej falangi. To zepsuło cały efekt i sprawiło, że Bitwa Bękartów nie będzie wspominana jako wzór dla takich scen, ale raczej jako wzór telewizyjnego obciachu.
    Co zaś do samego Jona Snow i jego, rzekomo kiepskiego, dowództwa. Chciałbym zauważyć, że zgodnie z regułami sztuki wojennej Jon już nie dowodził. Odjechał od swoich sił, czyli de facto został od nich odcięty, nie wydawszy żadnych rozkazów i nie mogąc ich wydawać. Dowództwo powinien przejąć jego zastępca, czyli w naszym przypadku Davos lub Tormund. Można się gniewać na Jona, ale na jego miejscu pewnie zrobilibyśmy to samo. Z jego punktu widzenia mogło się wydawać, że jest szansa na uratowanie brata. Ale Rickon nie był bratem całej armii, a w wojsku jest coś takiego, jak kolejka dowodzenia. Jeżeli jeden wódz zginął - lub zwariował - to nie może zwariować cała armia. Davos powinien był trzymać się wcześniejszych ustaleń.
    Druga, ważniejsza sprawa. Ja na miejscu Jona bym udusił taką sojuszniczkę jak Sansa. Jak można nie powiedzieć głównemu wodzowi, że posłało się po posiłki?! To zupełny odjazd. Tu stoimy i planujemy, jak zwyciężyć za pomocą tych skromnych sił, jakimi dysponujemy, a dziumdzia stoi za naszymi plecami i milczy, że w drodze są tysiące rycerzy z Doliny. Nawet jeżeli nie była pewna, że nadejdą, to powinna uprzedzić Jona, że po nich posłała. Wtedy można by zwlekać z bitwą do czasu wyjaśnienia sytuacji.
    Zaprawdę, każdy z ludzi Jona, który zginął tego dnia, zawdzięcza to tylko i wyłącznie Sansie. Nie wiem zupełnie, jak niektórzy mogą w niej widzieć odpowiednią królową Północy. Toż to by była królowa tego samego kalibru co Cersei. Albo jej mistrz - Littlefinger. "A niech tam sobie zginą tysiące, ważne, że ja osiągnę jakiś wydumany cel polityczny".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm. Gdzieś - nie pamiętam już gdzie - czytałam, że cała ta Bitwa Bękartów była wzorowana na jakiejś autentycznej bitwie ze starożytności. Ale nie dziwi mnie, że twórcy trochę się rozszaleli, w końcu oprócz prawd wyższych jest też prawda sztuki, a według niej jest dla nas prawdziwe to, co nas porusza. Sterta trupów jest zapewne nieprawdopodobna, ale jakież wrażenie robi! Nie bronię oczywiście twórców - z tego, co piszesz, wynika, że z historii wojskowości należy im się dwója z minusem - ale z zadania nakręcenia epickiej sceny bitwy i poruszenia widza wywiązali się, myślę, całkiem nieźle.

      Może to fiasko kolejki dowodzenia wynikało właśnie z tego, że armia Jona nie była armią, tylko zbieraniną różnych wojsk z Północy? Tam było sporo napięć kulturowych. Myślę, że może Dzicy nie posłuchaliby Davosa, a żołnierze z Północy - Tormunda. Wszyscy zawierzyli Jonowi, ale Jon popełnił ogromny błąd i stracił kontrolę nad armią, w efekcie czego stało się to, co się stało.

      Moim zdaniem Sansa grała tu chyba we własną grę o wpływy. Chciała ustawić się w roli wybawcy. Ewentualnie jako do niedawna typowa dama wychowana na lordowskim dworze po prostu popełniła błąd wynikający z niewiedzy i braku doświadczenia. Widzę w niej bardzo dobrą władczynię Północy, aczkolwiek bardziej na podstawie tego, co robi w książce. W serialu jest to jednak trochę inna postać, podobna, ale bardziej, hm, podatna na emocje, co rzeczywiście może upodabniać ją do Cersei. Nie pomyślałam o tym! U Martina te postacie bardzo mocno ze sobą kontrastują.

      Usuń
    2. Zapewne chodzi tu o bitwę pod Kannami, która skończyła się w podobny sposób, tj. całkowitym okrążeniem wroga i taką ciasnotą, że żołnierze w środku okrążenia w ogóle nie mogli się poruszać. Jednak bitwa pod Kannami miała zupełnie inny przebieg i inne błędy doprowadziły do takiej sytuacji.

      No cóż, jeżeli faktycznie tak było, to trzeba przyznać, że Ramsay bezbłędnie wyczuł największą słabość swoich przeciwników.

      Fakt, książkowa Sansa wydaje się bardziej strawna, choć i ona popełnia głupoty wołające o pomstę do nieba. Jednak widać u niej stały progres, podczas gdy tej serialowej nigdy nie wiadomo co strzeli do głowy. Co zaś do Cersei, to twórcy serialu znacznie uszlachetnili tę postać w stosunku do jej książkowego pierwowzoru. Książkowa Cersei to niszczycielskie bydlę, tak głupie, że czytając jej rozdziały co chwila odkładałem książkę i z niedowierzaniem kręciłem głową.

      BTW. Przy okazji gratuluję koleżance bloga i świetnych recenzji odcinków Gry o Tron. Chyba najlepsze na jakie trafiłem w sieci. Mam nadzieję, że 7 sezon koleżanka też będzie komentować.

      Usuń
    3. Bardzo dziękuję za miłe słowa! Wciąż biję się z myślami co do 7 sezonu, ponieważ scenarzyści wyjdą w nim daleko nie tylko poza to, co napisał Martin, ale i poza to, co udało się odgadnąć fanom. A ja ogromnie lubię sagę GRRM-a i chciałabym, żeby ona stanowiła dla mnie tę pierwszą, podstawową opowieść. Ale w sumie podobne wątpliwości miałam przed 6 sezonem, więc... :)

      Wracając zaś do Sansy i Cersei. Myślę, że serialowa Sansa wciąż znajduje się na takim etapie rozwoju, na którym bada, kim jest i na co ją stać, bo Lannisterowie, a potem Ramsay zniszczyli sporą część jej dawnego ja. Stąd chyba ta jej nieprzewidywalność. W książce przechodzi nieco inną drogę: też zmienia się pod wpływem trudnych przeżyć, ale zachowuje tę najważniejszą część swojej tożsamości, w której kryje się dobro i empatia.

      Fakt, twórcy serialu zmienili Cersei. Nie wiem, czy uszlachetnili (na pewno nie aż tak, jak Tyriona), ale na pewno uczłowieczyli. I dobrze, bo w książce to rzeczywiście nie da się o niej czytać. Podejrzewam, że GRRM próbuje ją tam pchnąć na drogę szaleństwa, żeby upadek Lannisterów przypominał upadek Targaryenów z powodu obłędu Aerysa, i dlatego pokazuje nam te wszystkie niewiarygodnie głupie decyzje. Ale czyta się to naprawdę ciężko. I mówi to ktoś, kto uwielbia czytać o szalonych kobietach i o kobietach u władzy ;)

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.