Krew mojej krwi i Złamany człowiek, czyli „Gra o tron”, sezon 6, odcinki 6 i 7


Czy ktoś jeszcze nie może uwierzyć, jak inny jest szósty sezon „Gry o tron” od niesławnego sezonu piątego? Twórcy nie boją się już spowalniać akcji, by zamiast tyleż szokujących, ileż pozbawionych sensu zwrotów konsekwentnie budować charaktery postaci i polityczne intrygi. „Krew mojej krwi” i „Złamany człowiek” wpisują się w tę nową strategię, co ma dobre i złe strony. Szczególnie ten drugi (ogólnie siódmy) odcinek ma wyraźne problemy z utrzymaniem tempa i pojawiają się w nim dłużyzny. Niemniej jednak koncentracja na rozwoju postaci powinna się opłacić w przyszłości, gdy Wielki Finał doprowadzi do kulminacji wszystkich tych niejasnych jeszcze wątków. Będziemy wtedy cierpieć, oj będziemy.


Tekst zawiera spoilery dotyczące fabuły odcinków.

„Krew mojej krwi” zaczyna się tam, gdzie skończyły się „Drzwi” – na dalekiej Północy, gdzie Bran i Meera bezskutecznie próbują uciec przed Innymi. Podczas gdy Reedówna stopniowo opada z sił, Bran w transie poznaje pokaźną część przeszłości Westeros. W serii chaotycznych obrazów sprzed lat pojawia się coś, czego serial nam do tej pory nie pokazał: szaleństwo króla Aerysa, poprzedniego władcy Westeros i tatusia Daenerys, który rozkazał spalić Królewską Przystań. Ha, chciałby Gryzipiór zobaczyć tego więcej, bo ma przeczucie, że historia może się powtórzyć – i to całkiem niedługo. Na razie jednak Bran i Meera przygotowują się na nieuchronną śmierć… i zostają ocaleni przez Tajemniczego Mężczyznę w Czerni. To rozwiązanie nie jest chyba tak naciągane, jak się wydaje – delikwent ewidentnie znał Trójoką Wronę i mógł zostać przed nią wezwany w ostatniej chwili.

Co więcej, miał on bardzo osobisty powód, by ratować Brana. Jak się okazuje, jest to Benjen Stark z Nocnej Straży, młodszy brat Neda, którego Dzieci Lasu uratowały przed przemianą w krwiożerczego zombie. Mogłyby tylko popracować nad techniką, bo jak to możliwe, żeby przebicie serca sztyletem ze smoczego szkła przemieniało w Innych jednych ludzi, a innych przed tym ratowało? Tak czy inaczej, serial potwierdził, zdaje się, tożsamość powieściowego Zimnorękiego – tajemniczego pół-Innego, który w książce też pomaga Branowi. Chociaż… sam GRRM przestrzegł widzów przed mechanicznym przenoszeniem rozwiązań z serialu na przyszłe wątki powieści. Krótko mówiąc, może się jeszcze okazać, że Benjen Stark owszem, przeżył gdzieś na Północy, lecz z Zimnorękim nie ma nic wspólnego. 

fot. HBO / Fanpop [*]
Z pewnością jednak książce nie zaszkodziłoby, gdyby poszła tropem serialu w wątku Sama. To istne mistrzostwo, co scenarzyści zaplanowali dla tego bohatera w „Krwi mojej krwi”. Gryzipiór przypuszczał, że pomysł oddania Goździk pod opiekę Tarlych wziął się ze scenariuszowego wygodnictwa. Jakże się mylił! Długie, inteligentnie budujące napięcie sceny dobitnie pokazują, jak przerażony jest Sam perspektywą spotkania z ojcem i bratem. Ciepło i wyrozumiałość, z jakimi witają go w domu matka i siostra, tylko oddalają nieuchronną katastrofę. Dochodzi do niej, oczywiście, podczas najbardziej niezręcznej kolacji rodzinnej w Westeros. Smutno patrzeć, jak niechęć ojca oraz jego pogarda dla postury i zainteresowań syna momentalnie zmieniają Sama z powrotem w przerażonego chłopca, niezdolnego bronić ani siebie, ani ukochanej. Odarty z poczucia wartości, Sam zgadza się na zawsze zostawić Goździk i jej syna pod „opieką” rodziny. Wychodzi, zamyka drzwi. I...

…wraca. Ta scena jest diabelnie mocna dlatego, że widz jest naprawdę gotów uwierzyć w odejście Sama. Widział przecież jego tchórzostwo, widział słabość. Teraz zaś widzi odwagę (choć może lepiej byłoby powiedzieć: „szaleństwo”, bo jak inaczej nazwać kradzież rodowego miecza, za którą Randyll Tarly będzie pewnie ścigał syna po całych Siedmiu Królestwach?). Ten moment oznacza przełom w historii Sama, lecz ważny jest także dla Goździk, która bez wahania bierze na siebie obronę ukochanego przed okrucieństwem potężnego westeroskiego lorda. Czy Gryzipiór wspominał już, jak bardzo lubi relację tych postaci? Gdyby wszystkie wątki miłosne były tak bezpretensjonalne i zarazem prawdziwe, świat byłby odrobinę lepszym miejscem.

fot. HBO / Fanpop [*]
Gryzipiór nie miałby też nic przeciwko, gdyby GRRM zakończył braavoskie perypetie Aryi podobnie jak twórcy serialu. Sekwencja scen z jej udziałem w „Krwi mojej krwi” to zaskakująco misterna i pełna znaczeń, wielopoziomowa konstrukcja. Wracamy do ulicznego teatru, w którym aktorzy równie nieporadnie jak poprzednio odgrywają Purpurowe Wesele. Widzimy Aryę taką, do jakiej przywykliśmy: twardą, nawykłą do przemocy i uradowaną śmiercią Joffreya trochę bardziej, niż to konieczne. Wtedy wchodzi z monologiem o śmierci lady Crane w roli Cersei i wyraz twarzy młodszej Starkówny zmienia się w coś niepokojąco przypominającego wątpliwości. Tę aktorkę Arya ma zabić, lecz popełnia najprostszy z błędów, to znaczy za kulisami nawiązuje z Celem rozmowę. Cel zaś okazuje się bystrą, wyrozumiałą kobietą, która niespodziewanie oferuje Aryi pracę w teatrze.

Mamy w tej scenie uderzające i bardzo wymowne porównanie pracy aktora do „pracy” Ludzi Bez Twarzy. Obie łączy zakładanie masek, żonglowanie tożsamością, uważne skrywanie własnej natury. Różni zaś empatia, wielce u zabójcy niepożądana. I tu właśnie Arya – która nie przypadkiem nosi teraz imię Mercy, to znaczy Litość – stawia granicę. W ostatniej chwili wytrąca z rąk lady Crane zatruty rum, odkopuje pogrzebaną pod stertą kamieni Igłę, ucieka z Domu Czerni i Bieli do miejskich kanałów. Piękny zwrot! Smaczku całości dodaje to, że ostatecznie Aryę ratuje współczucie dla aktorki grającej rolę Cersei, znajdującej się przecież na szczycie listy osób, które młodsza Starkówna przysięgła zabić.

Oczywiście Ludzie Bez Twarzy nie wybaczą takiej zniewagi, a twórcy serialu nie przepuszczą okazji, by wrednie pograć sobie z nadziejami widza. W „Złamanym człowieku” Arya bezczelnością i skradzionymi pieniędzmi zapewnia sobie transport morski do Westeros i gdy już, już wydaje się, że uda się jej wrócić do domu, była trenerka zaskakuje ją w przebraniu poczciwej staruszki. Ostatni raz widzimy Aryę, jak ranna w brzuch przedziera się przez obojętny tłum. Mocne to jak diabli, szczęśliwie można założyć, że twórcy nie uśmiercą tej postaci tak szybko. Chyba.

fot. HBO / Fanpop [*]
Dużą część obu odcinków spędzamy w Królewskiej Przystani, w której dzieją się rzeczy przynajmniej dla Gryzipióra nie całkiem jasne. Zaplanowany marsz pokutny Margaery nie dochodzi do skutku, zgodnie chyba z zamysłem Wielkiego Wróbla, który miał na oku znacznie cenniejszą zdobycz. I udało mu się – namówiony przez żonę Tommen deklaruje przymierze korony z Wiarą, co, jak wiemy z historii powszechnej, nigdy nie kończy się dobrze. Na razie jednak daje chłopakowi poczucie siły, o które walczył od początku sezonu. Tajemnicą pozostają motywy Margaery. Wnosząc po szkicu róży, czyli herbu Tyrellów, który przekazała babce, jej nawrócenie jest pozorne. Lecz w co gra królowa i czy ewentualnie uwolnienie sponiewieranego brata warte będzie diabelnie groźnego sojuszu z Wielkim Wróblem – tego nie wiemy. Sytuacji nie ułatwia Natalie Dormer, która z rozmysłem gra tak, że właściwie nigdy nie możemy być pewni, na ile szczerości w danej chwili pozwala sobie jej bohaterka.

Na pewno jednak jej intryga zaważy na losach dworu. Już mocno odbiła się na Cersei, która przegrała właściwie wszystko. Straciła syna, straciła ukochanego brata, straciła przewagę nad Tyrellami i ostatnie polityczne wpływy. Jeszcze nie przyjmuje tego do wiadomości – ma Górę, który w razie potrzeby będzie jej bronił. Lecz gdy negocjacji z nią odmawia nawet Królowa Cierni, naturalna w tej sytuacji sojuszniczka, my, widzowie, zaczynamy rozumieć powagę sytuacji. Nie wiem, jak Wy, ale po ostatnim odcinku Gryzipiór zaczął się zastanawiać, czy może to Cersei będzie tą bohaterką, której śmierć przyjdzie nam przeboleć na końcu sezonu. Pięknie, trzeba przyznać, łączyłoby się to z ewentualnym powrotem lady Catelyn, dla której Cersei zawsze była odbiciem w krzywym zwierciadle.

fot. HBO / Fanpop [*]
Drugą postacią, która prawdopodobnie przeklina Tommena i Margaery na każdym kroku w drodze do Riverrun, jest Jaime. Tak, Jaime został odesłany do byłej siedziby Tullych. Co oznacza, że zmierza w to samo miejsce co Brienne i zaprawdę godne to i sprawiedliwe, a może nawet zbawienne dla obu postaci. Niestety, na miejscu jest już banda odpychających jak zawsze Freyów, którzy oblegają – jeśli można tak powiedzieć – zabarykadowanego w zamku Blackfisha. A ponieważ nic nie raduje zbolałego serca fana GoT-u tak jak dokopanie Freyom (kogóż nie nawiedzają koszmary z Krwawych Godów?), Jaime błyskawicznie pokazuje im, gdzie ich miejsce, i jeszcze przejmuje dowodzenie. Znakomita jest scena jego negocjacji z Blackfishem, w której stary Tully raz jeszcze pokazuje, że jest człowiekiem ze stali. Ciekawe, jak sobie Jaime poradzi z kimś, kto tak wyraźnie nim gardzi? Zwłaszcza że groźby powieszenia biednego Edmure’a – podobnie jak w książce – na nikim nie robią wrażenia.

Tak czy inaczej, dobrze było znów zobaczyć Argusa Filcha Davida Bradleya, który najwyraźniej świetnie się bawi w roli wiekowego lorda Freya. Choć Gryzipiór ma przeczucie, że nie będzie się bawił zbyt długo. Wiele bowiem wskazuje na to, że w tym sezonie ród Freyów wreszcie opuści westeroski padół łez, ku uciesze i wrogów, i sojuszników. I widzów.

fot. HBO / Fanpop [*]
Tymczasem wyprawie po sojuszników, na którą wyruszyli Jon i Sansa, daleko do triumfu jedynych dziedziców Północy. Mormontowie, Gloverowie, a nawet Dzicy nieszczególnie palą się do walki o Winterfell, a parze Starków kończą się argumenty zdolne przyćmić lokalne zwady i zmęczenie poprzednią wojną. Bez wątpienia najlepsza – i najzabawniejsza – jest scena z udziałem nowej bohaterki Internetu, czyli Lyanny Mormont, pani Niedźwiedziej Wyspy. Rezolutna dziesięciolatka nie kupi żadnej ściemy, nie ulegnie babskim komplementom i wprost podważy przynależność Sansy Bolton do rodu Starków. Przekonana przez Davosa, którego najwyższy czas okrzyknąć królem przemów – a nawet Przemów – Lyanna przekazuje armii Starków… 62 żołnierzy. Nic dziwnego, że zniecierpliwiona Sansa bierze sprawy w swoje ręce i pisze list, który – jak rozszyfrowali już fani – zawiera wezwanie do lorda Baelisha. Droga Sanso, nie można było tak od razu?

Na deser Gryzipiór zostawił zaskakujący powrót postaci, którą darzy sympatią szczególną. Mowa oczywiście o Ogarze, który dołączył do wspólnoty podobnych mu pokutników, omal wykrwawiwszy się po pamiętnym pojedynku z Brienne. Bardzo ciekawie – i nieco ryzykownie – twórcy serialu postanowili nam ten powrót pokazać. Liczne a krótkie sceny z życia zamieszkałej na łonie natury wspólnoty powracają w „Złamanym człowieku” co rusz, co przynajmniej Gryzipiórowi skojarzyło się ze sposobem, w jaki natrętnie powracają domagające się uwagi wspomnienia. Albo duchy przeszłości. I Sandor Clegane jest właśnie takim duchem – cieniem człowieka, jakim był niegdyś, milczącym pokutnikiem, tytułowym broken man. Jego jedynym kompanem jest dający się lubić brat Ray, czyli grzesznik, który – w przeciwieństwie do Wielkiego Wróbla – naprawdę wyrzekł się dawnych postępków i nie uciekł się do przemocy nawet podczas ataku Bractwa Bez Chorągwi. Pacyfizm, który kosztował go głowę, wywiera na Ogarze pionujące wrażenie – ostatni raz go widzimy, gdy opuszcza swój skażony przemocą azyl z siekierą w ręku. Złamany człowiek pozbierał się i zrozumiał, że przynajmniej na razie nie ma dla niego nadziei.

fot. HBO / Fanpop [*]
A boży sąd, podczas którego królowej Cersei ma bronić Góra (znienawidzony brat Sandora) nagle zaczął się zapowiadać się o niebo bardziej interesująco...

  • Reżyseria: Jack Bender, Mark Mylod
  • Scenariusze: Bryan Cogman
  • Produkcja: HBO
  • Premiery: 27 maja 2016, 5 czerwca 2016
  1. Zaczęłam Cię czytać, bo podobał mi się Twój styl pisania, choć było widać ewidentne czerpanie inspiracji od Zwierza popk. Zaglądam tutaj czasem, żeby przeczytać Twoją opinię o jakieś książce, czy ciekawe spostrzeżenia. Ale ostatnimi czasy są tutaj same recenzje odcinków Gry o Tron, nic więcej. Na dodatek cięzko to nazwać recenzjami, czy chociażby własnymi odczuciami, to raczej suche opisy odcinków. I to wrzucane ładnych kilka dni po premierze. Myślę, że ludzie którzy chcą przeczytać coś takiego wchodzą na filmweba albo forum westeroskie. Ja w każdym razie się już żegnam i pomimo, że widziałam potencjał w tym blogu to brak tutaj jakiejkolwiek treści, która skłaniałaby mnie do dalszego zaglądania tutaj.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja się z poprzedniczką nie zgadzam!
      Uwielbiam twoje recenzję i cieszę się, że tym razem wrzuciłaś 2 naraz. Te dwa odcinki to moje ulubione w tym sezonie - nie starają się na siłę szokować trupami czy nagością - ale skupiają się na postaciach ich rozwoju, intrygach... czyli tym co zawsze pociągało mnie w grze o Tron. Mam tylko takie paskudne uczucie że Jaime zginie w tym sezonie...
      PS: Arya dostała 3 pchnięcia i jedno cięcie w brzuch - z biologicznego punktu widzenia to chyba nie ma szans przeżyć
      Pozdrawiam
      J.K.K.L

      Usuń
    2. @Anonimowy,
      szkoda, że tak uważasz. Mam nadzieję, że znajdziesz miejsce, które będzie bardziej Ci odpowiadało.

      @J.K.K.L,
      hej, dziękuję! Dużo to dla mnie znaczy. Według mnie też te odcinki były jednymi z najlepszych, choć "Złamany człowiek" nawet mnie, miłośniczce wolnego tempa, wydał się trochę ślamazarny. Myślę, że jeśli zginie Cersei, to i Jaimie, a ich wspólna śmierć byłaby bardzo mocnym zakończeniem sezonu (chyba nawet mocniejszym niż zawalenie Muru przez Innych). W stosunku do Jaimiego mam, przyznam, mieszane odczucia. Wydaje mi się, że ten bohater w serialu nigdy się nie rozwinął - jak w książce - w samodzielną, niezależną od siostry postać, i że twórcom trochę zabrakło na niego pomysłu. O Aryę byłabym zaś spokojna - biologia czy anatomia nigdy nie były mocną stroną twórców fantasy ;)

      Usuń
    3. Nie ma za co ;)
      Mnie "Złamany Człowiek" nie nudził - wręcz przeciwnie - nie mogłem uwierzyć w to, jak szybko mi zleciał.
      Co do zakończenia sezonu... myślę że skończy go przybycie Danki do Westeros - ale śmierć bliźniaków też byłaby mocna.
      J.K.K.L
      Względem Jaimiego nie mogę się zgodzić - w pierwszym i drugim sezonie był pewnym siebie, aroganckim dupkiem który bez wahania zabił własnego kuzyna - byle tylko porozmawiać z Robem. Teraz zdaje mi się być lepszym, bardziej honorowym człowiekiem - i w sumie nawet go lubię.
      Przeszedł przemianę i według mnie całkiem wyraźną ;)

      Usuń
    4. Przybycie Dany, przybycie Innych, ewentualna śmierć ostatnich Lannisterów - zaczynam się trochę obawiać tego ostatniego odcinka :D Jeśli zaś chodzi o Jaimiego, to faktycznie - bardziej honorowy jest. Ale nadal pozostaje zależny od Cersei. Nie wiem, być może zbyt przywiązałam się do kierunku, w którym poprowadził tę postać GRRM, ale mam wrażenie, że od piątego sezonu bohater ten działa głównie z poczucia winy lub chęci zadowolenia siostry. Dlatego wyruszył na tę absurdalną misję do Dorne, dlatego zgodził się wystąpić zbrojnie przeciwko Wielkiemu Wróblowi i dlatego teraz pojechał odbić Riverrun. Brakuje mi w nim autonomii, mocy sprawczej. Widzieliśmy nieco tej autonomii wtedy, gdy przebywał z Brienne, gdy ocalił ją przed niedźwiedziem i oddał jej miecz, i mam nadzieję, że teraz, gdy te postaci znów się spotkają, zobaczymy jej więcej.

      Usuń
  2. Przyznam się że nie czytałem książek powyżej "Nawałnicy Mieczy", nie mam więc porównania - ale internet uświadomił mnie w tym jak to w pierwowzorze wygląda. Słyszałem na przykład, że serial dość wybielił Cersei. I szczerze nie przeszkadza mi, że Jaime robi dużo rzeczy dla niej... rzekłbym wręcz, że Jaime i Cersei, pomijając Sama i Goździk, to najbardziej romantyczna para w tym serialu :P
    J.K.K.L

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to mnie zaskoczyłeś. Ja po przeczytaniu całej wydanej sagi mam wrażenie dokładnie odwrotne :P W ogóle u GRRM-a prawie nie ma romantycznych par - ludzi łączy albo pożądanie, albo żądza władzy, albo emocjonalne uzależnienie (casus Jaimiego i Cersei). Dlatego jakoś tak zawsze cieszę się, kiedy Jaimie oddala się od Cersei.
      I tak, to prawda, że serialowa Cersei daje się lubić, podczas gdy książkowa... ech, irytuje mnie bardzo. Nawet nie chodzi o to, że jest okrutna (okrutne królowe lubię bardzo), tylko o to, że jest niemądra. Nie analizuje siebie ani sytuacji, po prostu płynie na fali własnej paranoi. Fandom też za nią nie przepada - co więksi wielbiciele Jaimiego skłonni są nawet obwiniać ją za wszystko, co złego uczynił jej brat.

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.