Wichry zimy, czyli „Gra o tron”, sezon 6, odcinek 10


Już nie ma odwrotu. Jesień dobiegła końca, a po Siedmiu Królestwach rozesłano białe kruki. Powiały wichry zimy – i czyż nie są one okrutne? Oto królowe wybierają wojnę zamiast miłości, Północ zagarnia nieumarły, dzieci o sercach z lodu uczą się mordować, a zemsta jak zwykle najlepiej smakuje na zimno. Wszystko to – i jeszcze więcej – w prawdopodobnie najlepszym finale sezonu, jaki kiedykolwiek widzieliśmy w serialowej „Grze o tron”.


Tekst zawiera spoilery oraz – podobnie jak serial – zdradza pochodzenie jednego z bohaterów książki.

To był finał inny niż wszystkie poprzednie. Po raz pierwszy ostatni odcinek sezonu „Gry o tron” nie zadzierzgnął nowych wątków, a przyniósł silne i bolesne poczucie, że coś się nieodwracalnie kończy. Łatwiej teraz uwierzyć, że serial rzeczywiście mógłby mieć jeszcze tylko dwa krótkie sezony. Każdy z bohaterów coś ważnego przeżył i dokądś dotarł – choć nie zawsze tam, gdzie my, widzowie, chcielibyśmy go widzieć (Aryo, patrzymy na ciebie). I każdy znalazł się lub właśnie zmierza tam, gdzie najprawdopodobniej skończy się jego historia. Krótko mówiąc, nadeszła zima – a z nią przeczucie, że czas kończyć opowieść.

Choć trzeba przyznać, że w Królewskiej Przystani przez chwilę zrobiło się gorąco. I to na długo zanim w zielonym ogniu stanął Wielki Sept Baelora. Z wypiekami na twarzy ogląda się już pierwsze sceny, w których jest po prostu wszystko: i umiejętnie budowane napięcie (jakże sprytnie twórcy nas zwodzą, każąc się martwić o przyszłość Lorasa), i hipnotyzujący montaż, i niesamowita, przejmująco smutna muzyka, jakiej w „Grze o tron” jeszcze nie słyszeliśmy. Przed tym odcinkiem wszyscyśmy chyba spisali Cersei na straty. Wydawało się, że wrogowie doprowadzili ją do ostateczności, a tymczasem ona… posunęła się jeszcze dalej. Ubrana w kapitalną czarną suknię, która symbolizuje chyba nie tyle zło, ile żałobę po samej sobie, Królowa Matka po kolei mści się na wszystkich, którzy wyrządzili jej krzywdę. Ginie maester Pycelle. Ginie Lancel, nie zdążywszy zgasić świeczki dopalającej się w kałuży dzikiego ognia. Cierpi septa Unella, wydana na pastwę ser Gregora, którego nawet śmierć nie zdołała nauczyć manier. Przede wszystkim jednak oddają życie wszyscy, którzy przyszli do septu osądzić zhańbionej królową, nieświadomi, że ona wcześniej osądziła ich – i zdecydowała, że zasługują na śmierć. Wielki Wróbel, który dopiął swego i został męczennikiem. Kevan Lannister. Margaery, Loras i Mace Tyrellowie. I Tommen, którego w bezbłędnej scenie samobójstwa pokonuje poczucie winy oraz – jak sądzę – strach przed szaleństwem i niegodziwością matki, z którymi kochający syn nie ma szans wygrać, nawet jeśli formalnie zwie się królem.

fot. HBO / Fanpop [*]
Czy w tym szaleństwie jest metoda? – wypadałoby zapytać. Ano jest. Pozbywszy się wszystkich przeciwników (sojuszników także), Cersei może wreszcie sięgnąć po władzę absolutną i ogłosić się królową Westeros. Z jaką przerażającą obojętnością żegna teraz swoje ostatnie dziecko. Z jakim zdecydowaniem każe zakopać jego prochy w pogorzelisku, na którym dawniej wznosił się sept. Nie, Gryzipiór nie sądzi, by Cersei pragnęła śmierci Tommena. Rozkazała go zatrzymać w Czerwonej Twierdzy, więc nie chciała mieć na rękach jego krwi. Z pewnością jednak była gotowa stracić go na zawsze. Tak na oczach widza umarła Cersei matka, w której staraliśmy się doszukać dobra, a narodziła się bezlitosna i pełna wzgardy Cersei królowa. „Wstyd” – dźwięczy w głowie jej ostatnie słowo wypowiedziane do septy Unelli, słowo, które równie dobrze mogłoby się odnosić do niej samej. Wstyd.

„Wstyd” – myśli pewnie Jaime, kiedy naginając nieco reguły czasu i przestrzeni, wraca do Królewskiej Przystani w samą porę na koronację. Śpieszył ratować Cersei, teraz zaś odkrył, że nie ma już kogo ratować. Przejmująca jest ta wymiana spojrzeń pod koniec – to przerażenie na twarzy Jaimego i to rozdarcie w oczach Cersei, które nie wróży nic dobrego. Nietrudno zresztą przewidzieć, jak się potoczy ten wątek. W finałowym odcinku mamy przecież wielce znaczącą wymianę zdań między Jaimem a lordem Freyem, który usiłuje spoufalić się z suzerenem na bazie wspólnego doświadczenia – królobójstwa. Kolejny raz twórcy przypominają nam o morderstwie króla Aerysa Targaryena, w którym Jaime dostrzegł jedyną szansę na powstrzymanie jego obłędu i ocalenie Siedmiu Królestw. Pytanie brzmi: czy będzie umiał uczynić to samo z równie szaloną siostrą? Gryzipiór nie jest pewien, zwłaszcza że porównanie do Waldera Freya wyraźnie nie przypadło Jaimemu do gustu.

fot. HBO / Fanpop [*]
Jaime może zresztą nie zdążyć podjąć ostatecznej decyzji. Po pokazie fajerwerków nad Królewską Przystanią nie brakuje chętnych, aby zadać Cersei powolną i bolesną śmierć. Uwaga: wraca Dorne. Okazuje się jednak, że wbrew wszelkim znakom na niebie i ziemi można zrobić coś, by Żmijowe Bękarcice okazały się bardziej znośne – można wysłać do nich Królową Cierni. Lady Olenna, ostatnia z rodu Tyrellów, dobrze wie, czego chce od dawnych wrogów. Zemsty. Sprawiedliwości. „Ognia i krwi” – podpowiada Varys, który jak zwykle pojawił się znikąd.

Sekundę później sugestywnie przenosimy się do Meereen, gdzie Daenerys – niespodzianka – szykuje się do wielkiej podróży po „trującej wodzie”. Ciekawe, że od razu widzimy Matkę Smoków w jej najbardziej nieustępliwym i niepokojącym wydaniu. Scena, w której z wystudiowaną obojętnością oddala Daario Naharisa, który tylko przeszkadzałby jej w podboju Westeros, nie jest może tak mocna jak scena z Cersei spoglądającą na martwego Tommena, niemniej jednak służy podobnemu celowi. W obu wypadkach widzimy kobiety, które nad miłość przedłożyły władzę i wojnę. Dany ma jeszcze nieco wyrzutów sumienia, z których zwierza się Tyrionowi w bardzo ładnej, bardzo kameralnej scenie tuż przed wypłynięciem na szerokie wody. Od kiedy przybył do Essos, Krasnal jako bohater nieco przygasł; tu pierwszy raz od dawna triumfuje, gdy Matka Smoków mianuje go swoim namiestnikiem – nie z powodu jego nazwiska czy bogactwa Lannisterów, lecz dzięki jego własnym zasługom. Od razu jakoś cieplej się robi na sercu.

fot. HBO / Fanpop [*]
No ale ponieważ to „Gra o tron”, szybko zostajemy przywołani do porządku. Konkretnie – na Północ. Tam przez chwilę pojawia się szansa na ocieplenie stosunków między rodzeństwem Starków. Sansa przeprasza, że nie powiedziała Jonowi o rycerzach z Doliny, Jon upiera się, że to Sansa powinna zostać panią Północy (a Gryzipiór przytakuje). Niestety, do Winterfell przybył właśnie biały kruk – zwiastun zimy – więc żadne ocieplenie nie utrzyma się długo. Gryzipiór ma tu nieco pretensji do twórców, że nie kazali Jonowi ponieść konsekwencji jego osobistej porażki podczas Bitwy Bękartów. Choć Boltonowie polegli, sam Jon okazał się nie tylko fatalnym strategiem, lecz także nieodpowiedzialnym dowódcą. A jednak lordowie wybrali go na króla Północy (pseudonim „Biały Wilk” – kogoś Wam on przypomina?), mimo że tuż obok siedziała milcząca Sansa, za którą jakimś cudem nikt się nie wstawił. Może lordowie nie widzieli osobiście klęski Jona, może znają tylko opowieści z drugiej ręki. Może chcą służyć nie pani, lecz panu Winterfell, choć to mało prawdopodobne, zważywszy, że dali się zawstydzić jedenastoletniej Lyannie Mormont. Ostatecznie więc Gryzipiór nieco się wątkiem na Północy rozczarował – osobliwie tym, że Jon odniósł niezasłużony triumf (z którego zresztą nieszczególnie się ucieszył).

Sansa ma teraz do wyboru zostać figurantką na Północy lub zagrać o wyższą stawkę i spróbować zdobyć Żelazny Tron u boku Littlefingera, który wreszcie – na Siedmiu, wreszcie – wyznał jej miłość. Gryzipiór bardzo jest ciekaw, jak potoczą się jej losy, bo to postać, która przeszła bodaj największą przemianę od początku „Gry o tron”, a ponieważ w poprzednim odcinku zakończył się jej wątek osobistej zemsty – oraz origin story jej nowego, mrocznego wcielenia – trudno zgadywać, w którą stronę poprowadzą ją twórcy serialu. Oby tylko nie usłuchała podszeptów lorda Baelisha, który wyraźnie próbuje ją zbuntować przeciwko Jonowi. Sansa spiskująca przeciwko własnej rodzinie to nie jest Sansa, jaką chciałby oglądać Gryzipiór.

Rozgrywa się na Północy jeszcze jedna ważna scena, na którą wielu czekało już w poprzednim sezonie. Pamiętacie, jak tydzień temu Davos znalazł osmaloną figurkę jelonka w stosie, na którym spłonęła Shireen? No więc Cebulowy Rycerz, wściekły jak nigdy wcześniej, postanowił przedstawić sprawę Jonowi, który naturalnie przegnał Melisandre precz (Gryzipiór podejrzewa, że w stronę Daenerys; nawiasem mówiąc, ciekawe, co z czerwoną kapłanką zrobiłaby Sansa). Jej argumentacja, zgodnie z którą poświęciła księżniczkę, bo tak jej kazał Pan Światła, ma jednak doniosłe konsekwencje dla byłego Lorda Dowódcy. Czy jeśli R’hllor jest z natury zły, a Melisandre popełnia błędy, błędem było także przywrócenie Jona do życia? To pytanie, na które obecny król Północy będzie musiał sobie odpowiedzieć w przyszłym sezonie. Wiele bowiem wskazuje na to, że zostanie – lub będzie mógł zostać – nie tylko królem Północy.

No dobrze, powiedzmy to wprost: serial potwierdził krążącą od dwudziestu lat (!) teorię, zgodnie z którą Jon jest synem Lyanny Stark i Rhaegara Targaryena, brata Daenerys. Dowód ujrzał Bran podczas swoich trójocznych podróży w przeszłość, a sugestywny montaż, który przyrównał czarne jak smoła oczy Jona do oczu dziecka umierającej Lyanny, nie pozostawił wątpliwości. Bran jest już o krok od Muru, co oznacza, że szybko zaniesie wieść do Winterfell. Pytanie brzmi: co zrobi Jon? Nowa tożsamość będzie dla niego wstrząsem, ale może się również okazać błogosławieństwem, bo pojawi się w bardzo trudnym dla tego bohatera momencie: gdy wciąż trawi go zwątpienie w samego siebie po powrocie z zaświatów.

fot. HBO / Fanpop [*]
Po tych wszystkich trudach i smutkach spotkać się znowu z Samem i Goździk – bezcenne. Najfajniejszej parze w Westeros udało się jakimś cudem uniknąć gniewu lorda Tarly’ego i dotrzeć do Starego Miasta. Zapowiada się kolejna piękna lokacja, choć Gryzipiór ma wątpliwości, czy zdążymy się nią nacieszyć. Następuje tak potrzebna w tym odcinku komiczna scena, w której jeden z mieszkańców Cytadeli wydaje się mniej niż chętny, by przyjąć Sama do szkoły maesterów (o Goździk nie wspominając). Samowi udaje się jednak wymknąć do biblioteki, na której widok mocniej zabiłoby serce każdego mola książkowego. Gryzipiórowi szalenie podoba się design tego pomieszczenia – spodziewał się wielkiej, surowej sali z przytłaczają liczbą ksiąg, tymczasem zobaczył godną prawdziwego filmu fantasy bibliotekę z pomysłowymi, trochę surrealistycznymi schodami i tajemniczymi przyrządami (widocznymi też w czołówce serialu). Jeśli gdzieś można znaleźć wiedzę o Białych Wędrowcach, to tylko tutaj.

Choć – jak podejrzewa Gryzipiór – był to najlepszy z finałów „Gry o tron”, wkradło się do niego kilka wad. Nie dowiedzieliśmy się, co się stało z Ogarem i Brienne. Zobaczyliśmy za to dwa dziwaczne momenty, z których jeden prawdopodobnie był dziwaczny celowo. Mowa o ostatniej, przepięknej scenie, w której Dany w towarzystwie smoków żegluje do Westeros, a za jej plecami stoi… Varys. Tak, ten sam Varys, który przed chwilą był w Dorne. Fani dwoją się i troją, by wyjaśnić ten czasowy i przestrzenny fenomen, mimo że istnieje banalnie proste wyjaśnienie: jeden z Varysów nie jest Varysem. Jest członkiem zakonu Ludzi Bez Twarzy, może samym Jaquenem. W poprzednim sezonie widzieliśmy przecież, że w serialu – inaczej niż w książce – zabójcy ci potrafią kraść tożsamość nie tylko umarłych, lecz także żywych.

fot. HBO / Fanpop [*]
Nie da się niestety równie łatwo wyjaśnić, jakim cudem Arya zdołała tak szybko przepłynąć Wąskie Morze i wkraść się w szeregi służby w Bliźniakach. Zaskakująca scena, w której serwuje pasztet z Freyów i okrutnie morduje lorda Waldera, to trochę taki fan service, mający nawiązywać do pamiętnych Krwawych Godów. Powinna być dla widza bardzo satysfakcjonująca, lecz brak jej odpowiedniej podbudowy, a przez to – realizmu. Gryzipiór w każdym razie poczuł się rozczarowany. Także dlatego, że w całym sezonie Arya walczyła o swoją tożsamość i odzyskała ją dzięki niespodziewanej empatii – a choć trudno oczekiwać od niej, by sympatyzowała z Freyem, zabójstwo z zimną krwią budzi podejrzenie, że bohaterka jakby... cofnęła się w rozwoju. Otwarte pozostaje pytanie, dlaczego w takim razie nie zabiła Jaimego, skoro miała tak doskonałą okazję?

Koniec końców, był to jednak naprawdę solidny finał: mroczny, poruszający, trzymający w napięciu i udowadniający, że po sześciu sezonach „Gra o tron” wciąż potrafi zaskoczyć. Doskonałe zakończenie doskonałego sezonu. Gryzipiór chciałby jeszcze dodać, że tak ostatni odcinek, jak i cały sezon bezsprzecznie należał do kobiet. Po festiwalu przemocy i niemocy, jaki zgotowano im w poprzednim sezonie, Sansa, Dany, Yara i Cersei przebudziły się, przerosły słabujących braci lub kochanków (lub i braci, i kochanków), a na koniec wzięły sprawy w swoje ręce, udowadniając, że kobieta może pragnąć władzy równie mocno jak mężczyzna. Udało się przy tym uniknąć natrętnego quasi-feministycznego przesłania, który idealizowałby kobiety, a pogrążał mężczyzn. Bohaterki „Gry o tron” bywają niegodziwe i bezwzględne, popełniają błędy lub dają się ponieść emocjom, lecz właśnie dzięki temu są ludzkie i interesujące. I tak bardzo spragnione zemsty.

Niech im sprzyjają wichry zimy.

  • Reżyseria: Miguel Sapochnik
  • Scenariusz: David Benioff & D.B. Weiss
  • Produkcja: HBO
  • Premiera: 26 czerwca 2016
  1. "serial potwierdził krążącą od 20 lat (!) teorię, zgodnie z którą Jon jest synem Lyanny Stark i Rhaegara Targaryena"
    Oo! A w którym to niby momencie? Chyba oglądaliśmy inne seriale, bo mój potwierdził tylko, że matką Jona jest Lyanna. Ojcem może być ktokolwiek. Rhaegar, Robert Baratheon, a nawet sam Ned.
    "Fani dwoją się i troją, by wyjaśnić ten czasowy i przestrzenny fenomen, mimo że istnieje banalnie proste wyjaśnienie: jeden z Varysów nie jest Varysem. Jest członkiem zakonu Ludzi Bez Twarzy, może samym Jaquenem."
    Pani mnie nie rozśmiesza, bo mam zajady. :) Widziała Pani w ostatnich dwóch sezonach choć raz wątek, w którym Dedeki szarpnęłyby się na taką bizantyjską intrygę? Nie? Dziękuję, wszystko w temacie. :) Poza tym we flocie Daenerys są też statki z herbem Martellów, logiczne więc, że przyprowadził je Varys.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Robert Baratheon raczej nie jest ojcem, bo Lyanna przed śmiercią wyjawia Ned-owi "by Robert się nie dowiedział". Jako, że Robert był wówczas przywódcą rebelii przeciwko Targaryen-om rozumuję podobnie do Gryzipiór-a, że jest to ich potomek. Potwierdzałoby to też, dlaczego Ned do samego końca nie wyjawił Jonowi jego prawdziwego pochodzenia. W ten sposób ocalił mu życie.

      Natomiast co do Varysa, faktycznie motyw z zakamuflowanym Jaquen-em jest raczej mocno naciągany. Prawdopodobnie, jak słusznie Gryzipórka zauważyła, on również cierpi na "syndrom nielogicznego zakrzywienia czasoprzestrzeni". To samo zresztą dotyczy wielu innych wątków jak choćby Aryi, która jest to tu, to tam, a dalej jest dzieckiem, gdy przez ten czas smoki Dany zdążyły urosnąć do monstrualnych rozmiarów. Niestety pewnych rzeczy scenarzyści nie przeskoczą i muszą iść na kompromisy.

      Usuń
    2. Otóż to. To prawda, że o Rhaegarze nie mówi się wprost, lecz z serialu wiemy, że książę Targaryenów "ukoronował" Lyannę podczas turnieju w Harrenhal, a następnie - według oficjalnej wersji - porwał ją i zgwałcił. Gdyby ojcem był Robert Baratheon, po wojnie Jon zostałby następcą tronu, a nie bękartem z Północy. Gdyby ojcem był ktokolwiek inny, to nie byłoby sensu robić z tego tak wielkiej tajemnicy.
      Ha, rzeczywiście we flocie Daenerys są statki Martellów! Poddaję się - najwyraźniej Varys posiadł zmieniacz czasu. Szkoda, bo mnie się z kolei wydaje, że intryga z zakamuflowanym Jaquenem byłaby bardzo w stylu "Gry o tron". Z książki wiemy też, że Ludzie Bez Twarzy mają interes w Starym Mieście, więc wyprawa ich przywódcy do Westeros miałaby sens. A może po prostu nie mogę odżałować, że więcej nie zobaczymy w GoT tego aktora ;)

      Usuń
    3. Pomijając, że HBO już podobno potwierdziło ojcostwo Jona, to na ile znam tło historyczne tamtego świata, jeśli jest synem Lyanny Stark, to tylko Rhaegar wchodzi w rachubę jako ojciec. To naprawdę jest jedna z niewielu mocnych teorii w tym bigosie.

      Usuń
    4. HBO potwierdziło. Pytanie, co zrobi GRRM? I co za rok zrobi sam Jon, gdy się dowie? Warto może dodać, że teoria o dziedzictwie Jona była nie tylko - jak piszesz - jedną z najmocniejszych z teorii fandomu, lecz także chyba jedyną, którą potwierdził szósty sezon serialu. Bo nie mieliśmy ani epickiego pojedynku Ogara z Górą, ani śmierci Ducha (gdzie on się w ogóle podział?) w związku ze wskrzeszeniem Jona. Cersei powtórzyła wprawdzie szaleństwo Aerysa, ale przebiegło to nieco inaczej, niż wyobrażali sobie fani. Nie znaczy to oczywiście, że to wszystko nie zdarzy się w powieści, ale wydaje się jakby trochę mniej prawdopodobne.

      Usuń
    5. Oj, nie rozumiemy się. :) Ja też uważam, że ojcem Jona jest Rhaegar. Ale po co to ciągnięcie szczęścia za uszy i przedstawianie własnych domysłów jako faktów z serialu? Proszę mi wskazać, w którym miejscu odcinka Lyanna mówi Nedowi: "żeby Robert się nie dowiedział"? Mieliście jakiegoś innego lektora? U mnie Lyanna mówi tylko: "wiesz o tym, musisz go chronić". A to zbyt ogólne stwierdzenie, żeby wyciągać z niego niepodważalne wnioski. HBO potwierdziła? Mówicie o tej zakręconej grafice? Ta sama HBO, która zarzekała się na wszystkie świętości, że Jon nie żyje? :P

      Usuń
    6. Wśród szalonych teorii potwierdziła się też ta o pasztecie z Freyów. To jednak szczegół. Wydaje mi się, że większość teorii fanów nie potwierdziło się, gdyż są one zbyt wydumane. A co teorii R+L=J -trudno powiedzieć, czy na takie rozwiązanie zdecyduje się GRRM. Wcześniej wprowadził Edrica Dayne`a, który wyraźnie potwierdzał, że jego mamka Wylla była matką Jonem. Być może była to przekora GRRM, gdyż wszyscy byli pewni hipotezy R+L=J. Być może wprowadzenie Aegona VI jest jednak głębsze i przejał on toczym częściowo pierwotnie był Jon. Niestety podejrzewam, że jednak twórcy erialu idą za myslą GRRM i u niego Jon też okaże się wnukiem szalonego króla. Szkoda, bo tak dostaniemy kolejnego sztmapowego bohatera, który musi mieć pochodzenie od monarchów, jak u Tolkiena

      Usuń
    7. HBO potwierdziło też, że Stannis nie żyje, i rzeczywiście nie ma go w serialu. Więc od czasu do czasu - wbrew pozorom - zdarza im się powiedzieć fanom prawdę ;) Wydaje mi się, że serial nie musi nam wprost powiedzieć "Jon jest synem Rhaegera", byśmy mogli uznać tę informację za potwierdzoną. Wystarczy, że da nam wystarczająco dużo danych, byśmy sami mogli wyciągnąć z nich jedyny logiczny wniosek.

      Ja ciągle wierzę w GRRM-a i mam nadzieję, że nie będzie zmieniał swoich planów z przekory lub tylko dlatego, że serial ujawnił coś, co on chciał utrzymać w tajemnicy. Chętnie poświęcę zaskoczenie na rzecz spójnej i logicznej fabuły. No, i myślę, że Jonowi jednak daleko do sztampy. To prawda, że bohater nieświadom swojego królewskiego pochodzenia to motyw bardzo w fantasy wyeksploatowany, ale z drugiej strony GRRM operuje właśnie na takich wyświechtanych wątkach, które reinterpretuje we własny sposób. Więc nawet jeśli Jon pójdzie drogą setek podobnych bohaterów, to jego podróż na pewno przebiegnie inaczej.

      Usuń
  2. Może Wąskie Morze jest naprawdę bardzo, bardzo wąskie. Jak Kanał Sueski. xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak spora rzeka. Tylko jak się tam zmieściła flota Daenerys?

      Usuń
    2. Wydaje mi się, że chyba ciut szersze, skoro na jego wyspach trochę trwała tam ostatnia osłona rebelii Blackfyre'ów. Na rzece by się nie zmieścili z tą imprezą.

      Usuń
    3. Prawda, acz skoro serial wyrzucił Blackfyre'ów (niestety!), to mógł też zwęzić Wąskie Morze :P

      Usuń
    4. "serial wyrzucił Blackfyre'ów"
      Hmmm... Nie oglądam serialu (znam tylko książki), ale nawet w serialu, skoro zaczął się gdzieś od namiestnikowania Neda, po Blackfyre'ach powinno być już posprzątane od jakiegoś czasu. Barristan Selmy już długo wcześniej od "Gry o tron" usiekł Maelysa Potwornego, ostatniego Blackfyre'a.

      Usuń
    5. Prawda, i chyba nawet wspomniano o tym w serialu, acz bez podania lokacji. Pisząc o Blackfyre'ach miałam na myśli ich potomków, którzy wedle drugiej najbardziej prawdopodobnej teorii, jaka powstała w fandomie "Pieśni Lodu i Ognia", mogą jeszcze nieźle namieszać w Westeros. Gdyby ich wprowadzono do serialu, trzeba by szerzej o nich opowiedzieć, może pokazać odrobinę historii i umiejscowić ich w konkretnej przestrzeni.

      Usuń
    6. Nie przekonuje mnie teoria o związku między Aegonem VI a Blackfyre`ach. jest ona zbyt wydumana. Blackfyre`owie mieli i tak prawa do tronu, nie musiano by przedstawiać przedstawiciela tego roku jako wnuka szalonego króla. Szczególnie, że w Królewskiej Przystani dziedziczenie wygląda jak w prawie salickim

      Usuń
    7. To chyba zależy od motywacji, jakimi kierują się organizatorzy tej intrygi. Myślę, że może im chodzić nie tylko o prawa do tronu, lecz także o to, by przejąć władzę w możliwie bezkrwawy sposób oraz zakończyć małżeństwem dziesiątki lat bratobójczej wojny. Oba te cele łatwiej osiągnąć, sadzając na tronie fałszywego Targaryena zamiast prawdziwego Blackfyre'a.

      Usuń
    8. Blackfyre ma równie wielkie szansę objąć bezkrwawo tron jak córka szalonego króla, lub jego wnuk. Dynastia jest obalona, a jej prawa do tronu zależą od siły militarnej. To jak z Henrykiem VII - formalnych praw do tronu nie miał, nie był Lancasterem, jego przodek został zalegalizowany, ale bez prawa do tronu. Nikomu to jednak nie przeszkadzało.W przypadku wygaśnięcia męskiej linii rodu Targaryenów, to Blackfyre byłby naturalnym następcą, oczywiście gdyby był. GRRM tworzył sagę wzorując się na wojnie dwóch róż. Pewnie więc Aegon VI okaże się odpowiednikiem Perkina Warbecka. W każdymrazie hipoteza o Blackfyre`ach jest moim zdaniem zbyt wydamana. PS. bardzo lubię czytać twoje komenatrze do literaury fantazy

      Usuń
    9. Bardzo się cieszę :) Myślę, że w sprawie Blackfyre'ów oprócz siły militarnej i praw do tronu liczą są jeszcze dwie rzeczy: możliwa negatywna reakcja ludu na powrót tego wygnanego rodu (wciąż żyją ludzie pamiętający ich ostatnią rebelię, ewentualnie dzieci tych ludzi) oraz plany zakładające ślub Aegona z Dany (która może nie zechcieć potomka Blackfyre'ów). Choćby z tych dwóch powodów lepiej będzie dla Aegona, jeśli poda się za Targaryena. No, i wydaje mi się to ciekawsze fabularnie, bo nagle otrzymujemy bohatera, którego prawdopodobnie od dziecka oszukiwano co do jego prawdziwej tożsamości. Ale scenariusza Perkina Warbecka też nie można wykluczyć. Krótko mówiąc, na razie wiadomo, że nic nie wiadomo ;)

      Usuń
  3. Jak dla mnie jeden z lepszych odcinków w ogóle. Bardzo mi się podobał i byłam nim szczerze zachwycona. Już dawno żaden tak bardzo mi się nie podobał i nie wywołał we mnie tylu emocji.
    Jeżeli za to chodzi o Varysa, to również sama się nad tym zastanawiałam i czytałam wiele teorii. Ogólnie poczynając od tego, że posiada teleport, jest jednym z Ludzi bez twarzy, to jest inna bardziej prawdopodobna. Minęło więcej czasu niż się nam wydaje. Wśród okrętów są też statki Martellów i Tyrellów, a więc oni też musieli mieć pewien czas na dopłynięcie. Skoro Varys był w tym czasie w Dorne, to po prostu przypłynął razem z nimi. To też wyjaśnia skąd Arya jest już na północy - minęło trochę więcej niż wydaje się widzowi. Problem rozwiązany bez żadnych wielkich spisków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, to mamy identyczne odczucia :D Ja się tylko zastanawiam, czy serial powinien mam serwować tak duże przeskoki w czasie bez wyraźnej informacji, że minęło więcej czasu, niż nam się zdaje. Może przydałyby się napisy w rodzaju "3 miesiące później"?

      Usuń
  4. Dla mnie chyba najlepszy odcinek GoT'a w historii.
    O jakich teleportach mówcie? Jacy ludzie bez twarz?
    Serial rozgrywa się na przestrzeni sześciu lat (!!!) Odcinki nieraz mogą dzielić miesiące - lub też wydarzenia w nich przedstawione nie muszą być chronologiczne. Przykładowo Bitwa Bękartów mogła rozgrywać się długie tygodnie po spaleniu przez Dankę floty Panów pod Meeren - mimo że oba wydarzenia były w jednym odcinku.
    Tak więc czemu Varys miałby się teleportować, być człowiekiem bez twarzy lub odwalać inne cuda? Po prostu odcinek rozgrywa się na przestrzeni, załóżmy trzech miesięcy.
    Pozdrawiam
    J.K.K.L

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. PS: HBO właśnie potwierdziło, że ojcem Jona jest Rhaegar Targaryen
      J.K.K.L

      Usuń
    2. Potwierdziło! Ciekawam, co teraz powie GRRM?
      Jeśli chodzi o chronologię, to problem polega na tym, że tych 6 lat zupełnie się nie czuje, a przynajmniej ja ich nie czuję. Co dopiero miesięcy czy tygodni. Oczywiście możemy - i pewnie powinniśmy - to zracjonalizować i przyjąć, że między wydarzeniami upływa więcej czasu, niż nam się wydaje. Niemniej żywa reakcja widzów, jaką wzbudziło pojawienie się Varysa w ostatniej scenie, świadczy o tym, że w określaniu chronologii serial coś robi źle. Że tworzy wrażenie niespójności, nielogiczności. To niedobrze, bo widz nie powinien być chyba zaskakiwany wydarzeniami, które nawet pozornie łamią prawa świata przedstawionego.

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.