Pożegnanie z Ameryką, czyli „Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów”


Jako wielbiciel MCU i jednocześnie komiksowy laik, Gryzipiór nie pisał wcześniej o filmach z uniwersum Marvela, pokornie uznawszy, że inni robią to ciekawiej i mądrzej. Tym razem nie zdzierżył – a to z powodu wrażenia, że obejrzał film nieco inny od tego, który uradował tak wielu recenzentów. Były w nim sceny wspaniałe i poruszające, ale też mnóstwo niewykorzystanego potencjału oraz problemów arcyciekawych, a ledwie zarysowanych. No i ta końcówka, po której Gryzipiór mógł tylko dołączyć do #TeamAleOCoByłoTyleHałasu.


Tekst zawiera chyba wszystkie możliwe spoilery.

Rozczarowanie Gryzipióra domagało się ujęcia w słowa tym bardziej, że nowy „Kapitan Ameryka” jest naprawdę znakomitym filmem – na powierzchni. Bezbłędne aktorstwo, piękne kostiumy (Czarna Pantera!), mistrzowska aranżacja walk i realistyczna, nieco rozchwiana praca kamery, dzięki której Gryzipiór czuł, że jest z bohaterami tu i teraz – to wszystko stworzyło fantastyczny film superbohaterski, który po nieszczęsnym „Avengers: Age of Ultron” przywróci wiarę w uniwersum niejednemu malkontentowi. Zawiodły jednak – przynajmniej w odczuciu niżej podpisanej – sprawy najważniejsze, to znaczy fabuła oraz… uczucia, które zbyt często trzeba sobie dopisywać.

A zapowiadało się tak obiecująco. Trzeci „Kapitan Ameryka” miał być filmem superbohaterskim innym niż wszystkie – filmem, w którym trzeba będzie się uporać nie z kampowym złoczyńcą spragnionym władzy nad światem, ale z konfliktem równorzędnych racji. I początkowo wydawało się, że eksperyment się powiedzie. Zobaczyliśmy Avengers, którzy ścigając złodziei broni biologicznej po zatłoczonym targowisku, pozostają głusi na rozbrzmiewające wokół okrzyki przerażenia. Zobaczyliśmy, jak brak kontroli nad mocą doprowadza do tragedii, w której ginie jedenastu ludzi. Jedenastu – to najwyraźniej dość, by wielcy tego świata stracili cierpliwość i postanowili wziąć superbohaterów w karby. I wyłożyli na stół Protokół z Sokowii, w myśl którego zwierzchnictwo nad Avengers ma przejąć ONZ.

fot. Marvel Studios [*]
Twórcy filmu przytomnie postanowili nie zagłębiać się w paragrafy dokumentu i pokazać, że zarzewie konfliktu tkwi już w samej idei strzeżenia strażników. Znakomita jest scena, w której bohaterowie – jeszcze rozsądnie i bez okładania się po gębach – dyskutują o Protokole i kolejno przedstawiają swoje opinie. Każdy ma rację: i Vision, który mówi o skutkach wyścigu zbrojeń między obrońcami a przestępcami, i Tony Stark, trawiony poczuciem winy za śmierć cywilów, i Steve Rogers, według którego każdy człowiek powinien odpowiadać za własne czyny, a nie przerzucać tę odpowiedzialność na większą i potężniejszą organizację. Na tym etapie jest to jeszcze konflikt idei – nieprzyjemny, ale nie katastrofalny. Że katastrofalny się dopiero stanie, podpowiada znakomita scena w kuchni, w której domowa sielanka płynnie przechodzi w chwilę grozy – okazuje się, że Vision został wyznaczony na strażnika Wandy. Choć więzienie jest luksusowe, a klucznik troskliwy, my, widzowie, wiemy już, że to nie ma prawa skończyć się dobrze.

I się nie skończy. Ale nie dlatego, że bohaterowie mają odmienne zdanie w sprawie zakresu wolności i odpowiedzialności jednostki. Dlatego, że pewien bardzo zdolny manipulant – o nim na koniec – wmiesza w sprawę Bucky’ego, co błyskawicznie przeniesie konflikt z płaszczyzny idei na płaszczyznę osobistą. Gryzipiór ma bardzo mieszane uczucia co do tego zabiegu. Z jednej strony jest on słuszny, bo bohaterowie walczący w imię zemsty czy miłości będą zawsze ciekawsi niż ci, którzy wygłaszają wielkie hasła na poparcie abstrakcyjnych idei. Pokazuje też, że za wielką polityką stoją osobiste sympatie i antypatie, że prawo i rozsądek – a nawet dobro ludzkości – przegrywają w starciu z egoistycznymi pragnieniami odkupienia czy ocalenia tej najważniejszej osoby. Bardzo to ludzkie i prawdziwe.

fot. Marvel Studios [*]
Z drugiej strony wątek Bucky’ego średnio się łączy z istotą konfliktu wywołanego Protokołem z Sokowii. Choć mógłby. Tragedia Zimowego Żołnierza pokazuje przecież, do czego prowadzi ubezwłasnowolnienie człowieka o supermocy, a także stawia pytanie o to, kto odpowiada za zło: ten, kto rozkazuje, czy ten, kto wykonuje? My, fani, to wiemy. Ale film nam tego nie powie ani nie sproblematyzuje. Cały spór wokół Protokołu ma teraz znaczenie o tyle, o ile pozwala uznać samowolę Steve’a za przestępstwo oraz zobowiązuje Starka i spółkę do pościgu. Nie jest już istotą problemu – jest fabularnym pretekstem. W efekcie tracą na znaczeniu odmienne wizje odpowiedzialności i wolności osobistej, a kluczowe stają się pytania kto, kogo, kiedy i jak złapie. Twórcy musieli czuć, że to trochę za mało, by pociągnąć fabułę. Co więc wymyślili? Nieporozumienie.

Zaprawdę tani to chwyt, kiedy dochodzi do tragedii, bo ktoś uznał, że lepiej czegoś komuś nie zdradzić, ponieważ… tego wymaga fabuła? Na upartego można uznać, że Kapitan nie powiedział Starkowi o wrobieniu Bucky’ego, bo po pierwszym aresztowaniu stracił do niego zaufanie. Problem w tym, że film tego nie mówi – znowu. Pokazuje za to bitwę na lotnisku, która przy całym swoim realizatorskim mistrzostwie bardziej przypomina podwórkowe mordobicie. Ot, nikt nie wie, o co chodzi, ale skoro szef każe, na wszelki wypadek chwyćmy się za łby. Gryzipiór bawił się na tej scenie przednio. Jednocześnie właśnie wtedy skończyła się dla niego „Wojna bohaterów”, a zaczął kolejny, łatwy i przyjemny film superbohaterski.

No i ten humor. Humor w filmie – byle udany – to skarb. Humor w filmie, który zaczyna się i kończy tragedią, to rzecz bardzo ryzykowna, która wymaga od twórcy aptekarskiej precyzji. Dodaj go za dużo, a zabijesz nastrój, powagę, poczucie nieuchronnej tragedii – i to właśnie zdaniem Gryzipióra przydarzyło się braciom Russo w scenie bitwy na lotnisku. Być może miała ona stanowić kontrapunkt dla późniejszej, znacznie dramatyczniejszej bitwy w opuszczonej bazie Hydry. Jeśli tak, to coś nie wyszło – w odczuciu Gryzipióra wprowadziła ona straszny dysonans. W ogóle nowy „Kapitan Ameryka” najciekawszy jest wtedy, gdy uderza w tony poważne i ponure – na przykład w poruszającej scenie w więzieniu, w której Stark wreszcie dostrzega konsekwencje superbohaterskiej wojny domowej, a zza kadru rozlegają się drwiące oklaski.

fot. Marvel Studios [*]
Bitwa na lotnisku ujawnia jeszcze jeden problem, mianowicie: nadmiar bohaterów. Jasne, że rozróba, do której zapali się dwunastu delikwentów, prezentuje się efektowniej niż ta, w której walczy jedynie sześciu, niemniej bez Bartona, Langa czy Parkera film mógłby się obyć. Twórcy zadbali wprawdzie, by w miarę przekonująco umotywować ich udział w walce, lecz poza tym potraktowali ich instrumentalnie. Zabrakło czasu – nawet dla bohaterów, którzy teoretycznie odgrywają większą rolę. Gryzipiórowi najbardziej szkoda Wandy, którą film porzucił mniej więcej w połowie, chociaż od niej zaczęła się cała heca z Protokołem. Bezzasadnie łagodnie obszedł się za to ze skądinąd sympatycznym Parkerem, którego przedstawienie więcej filmowi ujęło, niż dodało – a dodało głównie irytujący i nieuzasadniony komizm. O ileż zgrabniej wszedł do Marvelowego uniwersum inteligentny i charyzmatyczny T’Challa, który nie tylko ma sensowny, osobisty powód do walki, lecz także dorzuca coś ważnego do wymowy filmu. Na dachu opuszczonej bazy Hydry wskazuje bowiem trzecią drogę – drogę rozwagi i trzeźwego osądu, na którą jednak nie każdy może wstąpić. (To ironia, że żądzę zemsty udaje się powściągnąć jedynie temu, kto jest symbolicznie związany ze zwierzęciem).

Długo jeszcze nie wstąpią na tę drogę Tony Stark i Steve Rogers – dwa skrajne przeciwieństwa, których spór ilustruje niebezpieczeństwo zarówno zwątpienia we własny osąd, jak i niezachwianej pewności. I znowu – mieszane odczucia. Na pewno budzi podziw dbałość o wiarygodność psychologiczną, dzięki której widzimy, jak fundamentalnie odmienne charaktery i odmienne doświadczenia drążą przepaść nie do pokonania. Choć twórcy zadbali o przedstawienie racji obu przywódców, sercem stoją chyba po stronie Kapitana. Gryzipiór nie może ich za to winić, albowiem sam stoi z nimi. Także dlatego, że pobudki Starka są dla Gryzipióra łatwe do rozszyfrowania i… trudne do przyjęcia. Tony mówi wprost, że czuje się winny śmierci cywilów (świetna scena z matką studenta zabitego w Sokowii), nie dodaje jednak, że jego wyrzuty sumienia przekładają się na strach przed samym sobą, a ten z kolei – na chęć przerzucenia odpowiedzialności na kogoś innego. I podczas gdy Tony daje się obezwładnić lękowi i poczuciu winy, Steve głosi arogancką gotowość do przyjęcia odpowiedzialności. Podczas gdy Tony’ego paraliżuje zwątpienie, Steve kieruje się niezachwianą, a przez to niebezpieczną pewnością swoich racji.

fot. Marvel Studios [*]
I o ile motywacje Starka widoczne są jak na dłoni, o tyle z motywacjami Kapitana ma Gryzipiór problem. Z jednej strony są one bardziej skomplikowane, z drugiej – chyba gorzej rozegrane. Jako się rzekło, film bardzo szybko przestaje truć o ideałach i daje Steve’owi osobisty powód do walki z resztą świata. Bracia Russo zdają się wiązać go ze śmiercią agentki Carter, oznaczającą dla Steve’a utratę przedostatniej osoby, która znała go naprawdę. W takiej interpretacji upór Kapitana brałby się z egoistycznego pragnienia ocalenia Bucky’ego jako ostatniego łącznika z dawno utraconym światem. Ponadto widz może przypuszczać, że Rogers czuje się winny tragedii Zimowego Żołnierza.

Problem w tym, że sam Steve… niczego takiego nie sugeruje. A wierzyć mu trudno nawet, kiedy milczy, ponieważ jego relacja z Buckym – geneza i serce filmowego konfliktu – jest żadna. To bardzo zasmuciło Gryzipióra: że można oprzeć emocjonalny ciężar całego filmu na przyjaźni dwóch mężczyzn i zapomnieć im napisać dialogi. I nie o spełnianie romantycznych fantazji fandomu tu chodzi, ale o pokazanie, że tak, widzu, powinny cię obchodzić losy tych bohaterów, bo przynajmniej w tej chwili mają oni tylko siebie. Sam Bucky też został przez twórców zaniedbany – a szkoda, bo jako bohater, który na własnej skórze poznał, czym jest kontrola potężnej organizacji, mógłby mieć coś do powiedzenia (pomilczenia) twórcom Protokołu. Mógłby też przejść wartościową przemianę, bo przecież to musiał być szok: zobaczyć, że mimo całego wyrządzonego przez niego zła jest ktoś gotowy bronić go do końca. No ale gdyby to Gryzipióra tak zignorował scenarzysta, chyba też wolałby się na koniec zamrozić.

fot. Marvel Studios [*]
Jeszcze słówko o końcówce, która jest jednocześnie najmocniejszym i najsłabszym punktem nowego „Kapitana Ameryki”. Początkowo bracia Russo umiejętnie wmawiają widzowi, że  wszystko skończy się konfrontacją Steve’a i Tony’ego z pięciorgiem bezlitosnych zabójców, która tylko wzmocni ich nowo odzyskane zaufanie. Guzik. Niespodziewanie okazuje się, że Wielki Zły tego filmu – Zemo – wcale taki zły nie jest. W gruncie rzeczy jest zwykłym facetem, który poznał, czym jest zapiekła nienawiść dopiero wtedy, gdy Avengers zrzucili budynek na głowy jego rodziny. Można go ująć, wsadzić do podwodnego więzienia, zabić nawet – lecz zła, które reprezentuje, pokonać się nie da, albowiem powołują je do życia sami bohaterowie. Pech polega na tym, że Zemo jest dość inteligentny, by wiedzieć, że „imperia pokonane przez najeźdźców z zewnątrz mogą się odrodzić, lecz imperia zniszczone od wewnątrz nie podniosą się nigdy” (Gryzipiór cytuje z pamięci). No i wtedy detonuje bombę: film, na którym Zimowy Żołnierz z zimną krwią morduje rodziców Tony’ego.

I tak, na 20 minut przed końcem filmu, Gryzipiór poczuł wreszcie pełnię grozy wojny bohaterów.

Bo konflikt, który zapodał Avengers mały Zemo, jest właściwie niemożliwy do rozwiązania. Tony nie wybaczy śmierci rodziców, Steve nie porzuci Bucky’ego. Szach-mat. Bitwa, która następuje, tym razem dzieje się naprawdę – spójrzcie na twarze (byłych?) superbohaterów, a będziecie wiedzieli, że gotowi są się pozabijać. Co więcej, Kapitan, któremu pewnie do tej pory kibicowaliście, okazuje się kłamcą – co tam kłamcą – zdrajcą. Zdradzony zostaje Tony, ale widz także. I to jest diabelnie mocny moment. Przebija go tylko moment o kilka minut późniejszy – gdy pokonany Stark mówi, że Kapitan nie zasługuje na swoją tarczę, a Steve milcząco przyznaje mu rację. Po czym porzuca symbol swojego, jak się okazało, fałszywego, z zewnątrz narzuconego wizerunku i odchodzi z Buckym, dokonawszy wyboru. I wiecie co? To powinien być koniec filmu.

To naprawdę powinien być koniec filmu.

Przedziwne są sceny, które następują. Nagle ta destrukcja Kapitana Ameryki, postaci bardzo przecież w kulturze symbolicznej, zostaje nam przedstawiona jako nieledwie triumf. Okazuje się też, że wojna domowa nie była aż taką katastrofą, na jaką wyglądała. Nikomu nie stała się krzywda: sparaliżowani znów chodzą, uwięzieni znów zobaczą słońce, a były zabójca, o którego wolność prawie się pozabijaliśmy, pokornie daje się unieszkodliwić (choć tym razem z własnej woli). I tylko kac moralny pozostał, ale na niego też znajdzie się rada. Oto zza kadru Steve zapewnia Tony’ego – oraz widza – że przykro mu z powodu zdrady. Zawsze możesz na mnie liczyć, wystarczy, że zadzwonisz – mówi zachęcająco i nawet podsyła telefon. Nic to, że na ekranie leżą pokotem pobici (zabici?) strażnicy więzienia. Steve Rogers przyszedł uwolnić kolegów i nie nosi już kostiumu Kapitana Ameryki. Zatriumfował i nareszcie może być sobą.

Zaufajmy mu.

  • Reżyseria: Anthony Russo & Joe Russo
  • Scenariusz: Christopher Markus & Stephen McFeely
  • Premiera: 6 maja 2016
  1. Pierwszy tekst o Civil War w polskojęzycznym internecie z którym się zgadzam w całej rozciągłości (chociaż żale u Owcy też na propsie). Dla mnie nie zagrały głównie emocje. Steve i Bucky właściwie nie mają dialogów, motywacje niektórych są koszmarnie papierowe (serio, co tam robi Ant-Man?) i ogólnie mam wrażenie, że potencjał jak najbardziej był tylko to taki film z gatunku: "a resztę dopowiedzcie sobie w fanfickach". Jestem zawiedziona.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to. Im dłużej myślę o tym filmie, tym więcej dostrzegam w nim komplikacji, znaczących paraleli i dróg interpretacji. A potem się zastanawiam, dlaczego niczego z tego nie zobaczyłam na ekranie. Brak czasu? Błędne rozłożenie akcentów? Chęć zagrania bezpieczenie, by nie zostać posądzonym o rozgadanie, smęcenie albo niszczenie uniwersum?
      O, jestem pewna, że autorkom fanfików nie zabraknie pracy. I dobrze, bo Civil War to kapitalna ilustracja powodów, dla których fanfiction w ogóle powstało - z bohaterami, którzy są zbyt "męscy", by rozmawiać o uczuciach, i przypadkowymi kobietami, które pojawiają się na ekranie tylko po to, by zaświadczyć o owych bohaterów "męskości".

      Usuń
  2. "Każdy ma rację: (...) i Steve Rogers, według którego każdy człowiek powinien odpowiadać za własne czyny, a nie przerzucać tę odpowiedzialność na większą i potężniejszą organizację."

    Stawianie samego siebie ponad prawem to nie jest"odpowiedzialność".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To zależy. W MCU widzieliśmy przecież, że organizacje reprezentujące prawo nie są odporne na infiltrację wrogiej strony, a skądinąd wiemy też, że działają nieefektywnie, opieszale, tchórzliwie, że wpływają na nie lobby realizujące własne interesy. W takiej sytuacji działanie zgodnie z prawem może być równie niebezpieczne, jak działanie niezgodnie z nim. Pojedynczy bohater przynajmniej wie, że nie stoi po stronie wroga.
      Myślę, że Steve wie, że to nie oznacza, że samowolnie działający bohater zawsze będzie miał rację. Po prostu brak kontroli to mniejsze zło niż kontrola, która przecież może łatwo przerodzić się w ubezwłasnowolnienie (każdy, zwłaszcza ludzie na szczycie, pragnie coraz więcej władzy). Oczywiście zawsze będą ofiary i zniszczenia, bo tych nie da się uniknąć, jeśli chce się kogokolwiek ocalić np. przed inwazją kosmitów. Trzeba jednak mieć odwagę wziąć na siebie odpowiedzialność za owe ofiary i zniszczenia. Powiedzieć: "Dokonałem wyboru i poniosę konsekwencje, a także stawię czoło poczuciu winy". A nie: "ONZ mi kazało, pretensje to pod inny adres". Taka odwaga. Arogancka może, ale jednak odwaga.

      Usuń
    2. "To zależy. W MCU widzieliśmy przecież, że organizacje reprezentujące prawo nie są odporne na infiltrację wrogiej strony, a skądinąd wiemy też, że działają nieefektywnie, opieszale, tchórzliwie, że wpływają na nie lobby realizujące własne interesy. W takiej sytuacji działanie zgodnie z prawem może być równie niebezpieczne, jak działanie niezgodnie z nim. "

      A jednak istnieją i to na nich opiera się porządek społeczny. Najwyraźniej zatem sprawdzają się znacznie lepiej, niż jakakolwiek alternatywa. Strasznie nie lubię argumentu "w MCU rządy/organizacje rządowe są złe, więc w tym uniwersum takie działania są usprawiedliwione", ponieważ naprawdę jest to tylko odwracanie kota ogonem. Tak, demokratyczne rządy są wadliwe zarówno w naszym świecie, jak i w fikcyjnym uniwersum superbohaterskim. Ale - niespodzianka - w obu tych rzeczywistościach to one są podstawą porządku społecznego, a prawidłowo działająca demokracja dała nam takie potęgi kulturowe i militarne jak USA, Francja czy Niemcy. Rozumiem, że ze względu na swoje doświadczenia Kapitan może być uprzedzony do podlegania kontroli rządowej, ale to nie znaczy, że ma rację - jedynie to, że ma zaburzony punkt widzenia.

      "Trzeba jednak mieć odwagę wziąć na siebie odpowiedzialność za owe ofiary i zniszczenia."

      Kolejny bardzo słaby argument - jaką odpowiedzialność? Kapitan stawia się ponad prawem i odmawia przyjęcia odpowiedzialności za swoje czyny. Po podpisaniu traktatu musiałby ODPOWIADAĆ przed ONZ i jeśli coś skrewi, będzie musiał ponieść konsekwencje swoich czynów - to jest odpowiedzialność. Nie jest odpowiedzialnością mówienie "nie macie prawa wtrącać się w to, co robię", szczególnie przedstawicielom demokratycznie wybranych rządów, które chcą mieć pod kontrolą to, co dzieje się na terenach ich państw.

      "Powiedzieć: "Dokonałem wyboru i poniosę konsekwencje, a także stawię czoło poczuciu winy"."

      ...poważnie? "Jak zrobię coś źle, będę musiał zmierzyć się z tym, że będzie mi smutno.". No nie, sorry - jak zrobisz coś źle, powinna się tobą zająć komisja wojskowa/superbohaterska, która przeprowadzi śledztwo i oceni, czy dane działanie było usprawiedliwione.

      QUIS CUSTODIET IPSOS CUSTODES?

      Usuń
    3. Hm, nie wiem, czy organizacje istnieją dlatego, że sprawdzają się lepiej niż cokolwiek innego. Raczej dlatego, że są wygodną drogą do władzy. Obawiam się, że gdyby ludziom łatwiej było zdobyć i utrzymać władzę w anarchii, mielibyśmy anarchię.
      Poza tym nie możemy chyba całkiem zignorować specyfiki uniwersum MCU. Kapitan jest przecież człowiekiem z innych czasów - czasów, w których grupa patriotycznych samozwańców własnymi siłami mogła pokonać Hydrę (patrz: pierwszy film o Kapitanie). Nic dziwnego, że bardziej wierzy w pojedynczych ludzi niż w wielkie organizacje. Widział, że ci pierwsi się sprawdzają, a te drugie - nie. Czy ma zaburzony punkt widzenia? Raczej wyciąga logiczne wnioski z tego, czego sam doświadczył.
      Widz też tego doświadczył, oglądając poprzednie filmy, więc jakby ma prawo wierzyć w zdolność Avengers do właściwego działania, jeśli zechce.

      Tak, to prawda - jeśli podpisze traktat, będzie musiał ponieść konsekwencje swoich czynów. W tym odmowy wykonania rozkazu, jeśli rozkaz okaże się głupi lub szkodliwy lub wydany przez tajnego agenta Hydry. Lub np. będzie rozkazem przejścia na emeryturę. Myślę, że Kapitan chce zachować możliwość wyboru, bo bardziej ufa sobie niż przedstawicielom władzy. Co jest może aroganckie, ale... ma sens, bo przecież do tej pory ten bohater raczej się nie mylił. Nawet w CW ma rację co do intrygi Zemo i udaje mu się uratować przed egzekucją bezpodstawnie oskarżonego człowieka. (Swoją drogą wydany przez ONZ nakaz odstrzelenia człowieka, któremu nawet niczego nie udowodniono, to dopiero samowola jest).

      Myślę, że wzięcie na siebie odpowiedzialności za zniszczenia i ofiary grozi czymś znacznie więcej niż smutkiem. Myślę, że w kilka lat wykończy psychicznie każdego człowieka, który ma serce. Dlatego moim zdaniem to jednak jest akt odwagi i nawet poświęcenia. Nie wyklucza oczywiście wojskowej/superbohaterskiej komisji, która może badać i oceniać, ale nie powinna kierować działaniami bohaterów do tego stopnia, by ci mogli mieć poczucie, że osobiście za nic nie są odpowiedzialni.

      Usuń
    4. "Hm, nie wiem, czy organizacje istnieją dlatego, że sprawdzają się lepiej niż cokolwiek innego. Raczej dlatego, że są wygodną drogą do władzy. Obawiam się, że gdyby ludziom łatwiej było zdobyć i utrzymać władzę w anarchii, mielibyśmy anarchię."

      Przeczysz sama sobie - anarchia jest systemem społecznym odrzucającym wszelkie formy zinstytucjonalizowanej władzy, więc używanie jej do zdobycia władzy jest paradoksem. Poza tym - demokratyczne organizacja sprawdzają się lepiej i mamy na to żywy dowód w postaci demokratycznych państw, w których życiowy standard obywateli jest statystycznie nieporównywalnie wyższy, niż w krajach, w których panuje teokracja czy dyktatura.

      "Poza tym nie możemy chyba całkiem zignorować specyfiki uniwersum MCU. Kapitan jest przecież człowiekiem z innych czasów - czasów, w których grupa patriotycznych samozwańców własnymi siłami mogła pokonać Hydrę (patrz: pierwszy film o Kapitanie). Nic dziwnego, że bardziej wierzy w pojedynczych ludzi niż w wielkie organizacje. Widział, że ci pierwsi się sprawdzają, a te drugie - nie. Czy ma zaburzony punkt widzenia? Raczej wyciąga logiczne wnioski z tego, czego sam doświadczył."

      Tutaj pełna zgoda - nie podważam wewnętrznej spójności logiki Kapitana i motywów jego działania. Rozumiem, czemu postępował tak, a nie inaczej i jest to zgodne z jego rysem charakterologicznym oraz rozwojem. Co nie sprawia, że zaczynam z nim sympatyzować, bo Cap myli się - dramatycznie się myli. Tak samo jak myli się Punisher, choć motywy jego postępowania też są dla mnie zrozumiałe - ale metody działania i postawa niedopuszczalne z etycznego punktu widzenia.

      "Myślę, że Kapitan chce zachować możliwość wyboru, bo bardziej ufa sobie niż przedstawicielom władzy. Co jest może aroganckie, ale... ma sens, bo przecież do tej pory ten bohater raczej się nie mylił."

      A jeśli przestanie się nie mylić? Co wtedy? Poza tym, Cap popełniał błędy już w przeszłości - błędem było zabranie Scarlet Witch na akcję w Lagos, błędem było rozwiązanie SHIELD (co zaburzyło równowagę)... Zresztą - załóżmy, że masz rację i Cap się nie myli nigdy albo bardzo rzadko. I niech działa na własną rękę - ale co, jeśli Capa pewnego dnia zabraknie? Na jego miejscu pojawi się kolejny bohater, prawdopodobnie już nie tak nieomylny i wszystko zacznie się sypać, bo Cap ustanowił dla siebie precedens, który nie jest w stanie utrzymać się po jego śmierci/odejściu na emeryturę.

      cdn.

      Usuń

    5. "Myślę, że wzięcie na siebie odpowiedzialności za zniszczenia i ofiary grozi czymś znacznie więcej niż smutkiem. Myślę, że w kilka lat wykończy psychicznie każdego człowieka, który ma serce."

      ...i, jeśli mordercy albo gwałcicielowi będzie szczerze przykro z powodu jego winy, powinniśmy odstępować od jego karania? Wiem, że Cap to nie morderca/gwałciciel, ale albo wszyscy podlegamy prawu (każdy obywatel demokratycznego kraju powinien być równy) albo budzimy się w libertariańskim Piekle.

      "Dlatego moim zdaniem to jednak jest akt odwagi i nawet poświęcenia. Nie wyklucza oczywiście wojskowej/superbohaterskiej komisji, która może badać i oceniać, ale nie powinna kierować działaniami bohaterów do tego stopnia, by ci mogli mieć poczucie, że osobiście za nic nie są odpowiedzialni."

      Jeśli żołnierz złamie prawo trafia przed sąd wojskowy, ponieważ to właśnie znaczy odpowiedzialność - popełniasz niedopuszczalny czyn i ponosisz za niego konsekwencje. Każdy przed kimś odpowiada - obywatele przed policją i sądami, policja przed zwierzchnikami, żołnierze przed dowódcami, generałowie przed prezydentem, prezydent przedwyborami - wszyscy pilnujemy się nawzajem, wszyscy żyjemy w tym systemie obok innych ludzi i wszyscy zgodziliśmy się podlegać temu samemu prawu, bo to jedyny sposób, byśmy się nawzajem nie pozabijali i mogli jakoś koegzystować.

      I nagle pojawia się Cap, który przed nikim nie odpowiada, ma całą dowolność działań i nikogo, kto kontroluje jego działania, jest poza systemem, poza kontrolą, nikt nie ma prawa mu powiedzieć, że się myli, nikt nie ma prawa go powstrzymać. To nie jest odpowiedzialność - to jest jakaś parodia odpowiedzialności. Cap stawia siebie ponad prawem. I to jest szalenie niebezpieczne.

      Usuń
    6. To ja spróbuję w punktach:

      1. Miałam na myśli władzę niezinstytucjonalizowaną, taką opartą na prawie pięści czy dostępie do zasobów, którą w anarchii chyba trudniej zdobyć i przede wszystkim utrzymać.

      2. Rzecz w tym, że widz widział to samo, co Kapitan: że grupa samozwańców może okazać się skuteczniejsza w walce z Hydrą niż całe narody. Wniosek: w uniwersum MCU takie działanie jest skuteczne, ba, często także właściwe, bo organizacje są źle zarządzane bądź infiltrowane przez wrogów. Nie wiem, czy to samo podejście zadziałałoby w naszym świecie - prawdopodobnie nie - ale w świecie superbohaterów wydaje się logiczne.

      3. Dobre pytanie, ale na razie perspektywa śmierci Kapitana jest - mam nadzieję - odległa. Skoro znalazł się jeden bohater, prędzej czy później powinien znaleźć się drugi?

      4. Zastanawiam się tylko, czy możemy porównywać gwałciciela/mordercę do człowieka, który stara się ratować ludzkość, minimalizując ofiary w cywilach? Gdyby Kapitan był gwałcicielem, pierwsza wsadziłabym go za kratki. Ale nie jest. Jest kimś, komu powierzono bezpieczeństwo ludzkości, więc żeby mógł wykonać to zadanie, musi mieć większe możliwości (w zakresie wymaganym do realizacji tego zdania; nie postuluję, by pozwalać mu na gwałty czy mordowanie).
      Co jeśli ONZ zabroni mu interweniować, bo inwazja kosmitów będzie komuś na rękę? Co jeśli każe mu się wycofać z zagrożonej strefy, bo superbohater jest dla niej cenniejszy niż, powiedzmy, 100 cywilów? Co jeśli - jak w "Civil War" - ONZ nakaże zabić niewinnego człowieka? Przecież na końcu sam film przyznaje Kapitanowi rację: Zemo zostaje ujęty tylko dzięki "samowoli" Kapitana oraz odrzuceniu zasad Protokołu przez Tony'ego. Inaczej może nadal szalałby po świecie i wysadzał siedziby ONZ.
      Dla mnie podporządkowanie Avengers oznacza przede wszystkim ich uprzedmiotowienie. Oznacza, że będą traktowani jak broń specjalna, którą można wysłać w zagrożony obszar świata i dowolnie ją z niego wycofać. Oznacza odebranie możliwości decydowania o sobie, nawet w tak podstawowym zakresie, jak decydowanie o własnym ciele. W CW jest nawet scena, w której Sekretarz Stanu porównuje Thora i Hulka do broni jądrowej - moim zdaniem bardzo znamienna.

      5. Tak sobie myślę, że za często rozmawiamy o Kapitanie w oderwaniu od reszty superbohaterów. A przecież w scenie z Protokołem on nie mówi: "Ja przed nikim nie odpowiadam", "Ja stoję poza systemem". On cały czas mówi o Avengers, o wspólnej odpowiedzialności. Dopiero kiedy pozostali odwracają się od niego, zaczyna sam, w pojedynkę, przeciwstawiać się rządowi (no, prawie sam; jest z nim Sam). Wydaje mi się, że to mogłoby być rozwiązanie lepsze niż kontrola ONZ: taka wewnętrzna regulacja Avengers, których członkowie wzajemnie się pilnują i wspólnie podejmują decyzje. Średnio to wprawdzie wyszło przy Ultronie, ale głównie chyba przez Starka.

      Usuń
    7. Ad. 2. Strasznie nie lubię tego argumentu, ponieważ trywializuje on całą tę dyskusję. Skoro film jest oderwany od rzeczywistości w takim stopni, że zasady społecznej egzystencji są nieprzystające do realnego świata, do cała jego wymowa jest kompletnie pozbawiona jakiegokolwiek sensu. Bo herosi mogą się równie dobrze bić o to, że jeden drugiem ukradł słodką bułkę i o ile w wymiarze wewnętrznej logiki filmu to będzie miało sens i dramatyczne napięcie, o tyle w relacji z doświadczeniami odbiorców cały ten konflikt będzie kompletnie abstrakcyjny. I w sumie jest, bo jak mam empatyzować z sytuacją superbohaterów i się w nią wczuwać, skoro wnioski do jakich dochodzą i logika, jaką się kierują nie ma żadnego przełożenia na moje doświadczenia i świat, w jakim ja funkcjonuje?

      Równie dobrze możemy założyć, że jedynym słusznym systemem społecznym w MCU jest monarcha albo inna dyktatura, bo T'Challa jako jedyny nie ma problemów z rządem kontrolującym jego działania, nikt mu nie podskoczy, bo jest królem, no i pod koniec jako jedyny się ogarnia. Więc, w zgodzie z logiką świata MCU powinniśmy kibicować Capowi w drodze do zaprowadzenia dyktatury w USA.

      No i nie mogę się z tobą zgodzić, że w MCU organizacje sprawdzają się gorzej, niż w naszym świecie. Skąd to wiem? Bo istnieją - rządy, organizacje pozarządowe, polityczne, istnieje ONZ i świat MCU wydaje się działać w ich ramach całkiem nieźle. Jasne, czasami widzimy, że niektóre organizacje czy rządy są infiltrowane, ale zwracamy na nie uwagę tylko dlatego, że dzięki temu są w centrum fabuły. Nie widzimy marvelowego CIA, FBI, Unii Europejskiej, a przecież i nie mamy żadnych, najmniejszych przesłanek ku temu, by twierdzić, że ONZ jest pod złowrogą władzą jakiegokolwiek reżimu. Widzimy zaledwie dwie, trzy skormpowane organizacje w CAŁYM MCU i całą masę nieskorumpowanych, która istnieje i sprawia, że świat superbohaterów się kręci i wciąż jest całkiem przyjemnym miejscem do życia dla zwykłych ludzi.

      To tak, jakbyś twierdziła, że demokracja jest immanentnie niedziałająca, bo się zdarzyło jedno Watergate.

      ad.3

      - zakładasz, że Cap zawsze będzie miał rację
      - zakładasz złą wolę jakiekolwiek komisji, która będzie monitorowała posunięcia Avengers.

      Ok, przypuśćmy, że - na przykład - Avengers będą chcieli kogoś uratować, a komisja ONZ na to nie pozwoli (bo np. Putin się sprzeciwi)?

      To Cap się zbuntuje i i tak to zrobi. A w odwecie Putin np. zajmie kolejną część Ukrainy albo zbombarduje jakieś miasto na Bliskim Wschodzie, co spowoduje znacznie więcej ofiar, niż uratował Cap. Nastąpi oziębienie stosunków, między ONZ, a Rosją. Putin zacznie produkować własnych superbohaterów. Rozpocznie się wyścig superbohaterskich zbrojeń do którego dołączą inne dyktatury.

      Zaczną się zamachy, wybuchną nowe wojny. Tysiące, może setki tysięcy niewinnych ludzi na całym świecie zginą straszliwą śmiercią - tylko dlatego, że Cap postanowił podjąć samodzielną decyzję bez oglądania się na politykę i dalekosiężne rezultaty swoich decyzji. Decyzję, której podejmować nie miał prawa, ponieważ nikt mu nie wystawił mandatu na jej podejmowanie.

      No co? Ty pierwsza zaczęłaś gdybać.

      CDN.

      Usuń
    8. To wyżej było oczywiście do ad. 4

      Ad. 3
      I co, mamy zakładać, że za każdym razem pojawi się jakiś kolejny chodzący ideał, który będzie mającą rację za każdym razem Mary Sue? To przecież niewyobrażalna naiwność. Piszesz o skorumpowanych rządach, ale przecież jedną osobę skorumpować jest znacznie łatwiej, niż organizację w której panuje hierarchia i demokracja.

      Ad. (uprzedmiotowienie) Ale przecież każdy żołnierz na tym świecie jest właśnie taką "uprzedmiotowioną" bronią w rękach rządu, który zobowiązany jest słuchać rozkazów. Chciałabyś, żeby zwykli żołnierze chodzili po ulicach i strzelali z broni maszynowej do przestępców wedle własnego widzimisie, nie oglądając się na prawo? Bo mamy taką postać w MCU - pojawiła się w drugim sezonie Daredevila. Cap, postępując tak, jak postępuje, różni się od Punishera tylko jednym - jest znacznie, ale to znacznie potężniejszy, przez co oczywiście skutki jego działań będą dużo większe.

      Ad. 5. No nie, ja wolałbym, żeby istniała jakaś komisja delegatów rządów, które zostały demokratycznie wybrane przez obywateli narodów świata, która pilnowałaby np. obowiązkowych badań psychologicznych, by zminimalizować ryzyko, że któreś z członków drużyny się załamie i zawali jakąś akcję. I w ogóle wszystkie te obostrzenia, którymi podlegają ludzie noszący broń i działający jako żołnierze policjanci i tak dalej.

      Usuń
  3. Hejka, to mój pierwszy komentarz na owym blogu ;)
    Primo: Naprawdę przyjemnie się czyta twoje przemyślenia Gryzipiórze. Dotarłem tu kiedyś o 12 w nocy i nie opuścił owej witryny, aż nie przeczytałem sporej większości artykułów.
    Secundo: Czy będzie recenzja trzeciego odcinka szóstego sezonu GoT'a ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Primo: Bardzo dziękuję!
      Secundo: Naturalnie! Właśnie się pisze. Z opóźnieniem, za które pokornie przepraszam (dorosłe życie, tak bardzo niedogodne).

      Usuń
  4. Mi się film podobał, ale końcówka również koszmarnie rozczarowała. W ostateczności nie chodziło o nic wielkiego, nie, że żaden wielki deal, jak to było z Hydrą, a po prostu gościowi chodziło o zemstę. I trochę Zemo przekombinował, bo co, jakby plan nie wypalił, a Bucky'ego zabiliby wcześniej? No i choć bardziej byłam za Stevem, to jednak właśnie jego zachowanie pod koniec mnie rozczarowało i kompletnie tego nie kupiłam. No i wiecznie jojczenie, że oj, biedny Bucky. Kiedy właśnie Bucky nie uważał, że nie musi ponosić odpowiedzialności za swoje czyny, bo wyprano mu mózg. A wręcz przeciwnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie Zemo się podobał, bo ostatecznie był tylko katalizatorem dla zła tkwiącego w głównych bohaterach. Jego własne zło jest banalne, ludzkie, możliwe do ogarnięcia sercem i rozumem (chyba wszyscy bylibyśmy nieco źli, gdybyśmy tak brutalnie stracili rodzinę). Tacy Zemo będą istnieli, póki będą istnieli superbohaterowie: wsadzisz jednego do więzienia, a za chwilę pojawią się kolejni (prawdziwa Hydra, ha). Myślę, że gdyby dorzucono do fabuły jakiś wielki deal - Hydrę czy innych kosmitów - to trochę odjęłoby to wagi konfliktowi Steve'a i Tony'ego. Bo zjednoczyć się wobec wielkiego zagrożenia łatwo, ale pozostać zjednoczonym codziennie - znacznie trudniej.
      Niemniej Zemo faktycznie przekombinował. Ale jego plan to plan szaleńca zaślepionego zemstą, więc pewne niedostatki w logice można mu wybaczyć.

      Wiesz, w sumie Bucky jest biedny. Może i chciałby wziąć odpowiedzialność za swoje czyny, ale nikt mu nie pozwoli: ani Steve, który rozgrzesza go ze wszystkiego, ani inni, którzy strzelają do niego, gdy tylko wychyli się z kryjówki. No, a po swoich doświadczeniach z Hydrą raczej nie podda się pod osąd (i kontrolę) innej wielkiej organizacji. Różnie też można w kontekście odpowiedzialności interpretować tę decyzję o poddaniu się hibernacji. Z jednej strony to przyznanie się do winy (jestem niebezpieczny i poddam się kontroli, ale na własnych warunkach), z drugiej - ucieczka od aktywnej odpowiedzialności (nie naprawię krzywd, nie będę żył z tym, co zrobiłem - zasnę, zapomnę). Hm, nie wiem, co myśleć.

      Usuń
  5. Motywacje kapitana Ameryki są jak najbardziej amerykańskie - on jak USA jest zarówno sędzią jak katem, który nie chce poddać się pod żadną kontrolę i sam decyduje, kto jest po jasnej lub ciemniej strony mocy. To taki G. W. Bush, tyle że bardziej w heroicznej postawie :). Sympatia (amerykańskiego) widza ma być po jego stronie, gdyż reprezentuje on jak najbardziej amerykańską motywację - niewzruszoną pewność siebie, uczciwość swoich zamiarów. Ta postawa została po raz pierwszy zakwestionowana przez wojnę w Wietnamie - nie bez powodu to z kaca po tej wojnie amerykańska popkultura przestała być czarno-biała, potwory stały się mniej potworne, a bohaterowie mniej bohaterscy. PS. końcówka filmu jest żenująca. Tyle, że pytaniem jest czy publiczność filmów o superbohaterach jest gotowa na poważniejszy, mniej dziecinny film o superbohaterach. Porażka Batman v. Superman pokazuje, że raczej nie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, acz nie zgodzę się, że sympatia widza - jakiejkolwiek narodowości - ma być po stronie Kapitana. Owszem, początkowo wydaje się, że twórcy sympatyzują właśnie z nim, ale w finałowym pojedynku nie wahają się totalnie tego bohatera zdekonstruować. I dla mnie Kapitan Ameryka w tym filmie przegrywa: okłamuje i niemal zabija przyjaciela, przedkłada własne uczucia nad sprawiedliwość, a także niszczy wszystko, co zbudował przez ostatnie lata.

      Wygrywa za to Steve Rogers, który wraz z tarczą zrzuca z siebie ciężar roli amerykańskiej ikony. Niemniej jest to gorzka wygrana - szczególnie dla widza, który to do Kapitana się przywiązał i Kapitanowi ufał, a Steve Rogers po tym, co zrobił, jest dla niego jedną wielką niewiadomą.

      Czy publiczność jest gotowa na poważniejszy film o superbohaterach - myślę, że jak najbardziej. BvS z premedytacją ominęłam, ale złego słowa nie słyszałam o śmiertelnie poważnym "Zimowym Żołnierzu", a "Civil War" - poza nieszczęsną ustawką na lotnisku - też raczej uderza w mroczniejsze tony. Oba filmy, zdaje się, spodobały się szerokiej publiczności. Więc o ile nikt nie wpadnie na pomysł kręcenia filmu superbohaterskiego w konwencji francuskiego kina niezależnego, damy radę :)

      Usuń
    2. Mnie się tylko wydaje, że dla amerykańskiego widza egoistyczna postawa Rogersa jest bardziej przekonująca niż to może się wydawać europejskiemu widzowi. W tamtą kulturę wpisana jest jednostka, która egzekwuje prawo poza prawem. Tym bardziej, że fatalne i straszne zakończenie wyraźnie sugeruje, że to Rogers a nie Stark miał rację. To jest z jednej strony bardzo proste, ale w głębszym sensie bardziej fałszywe rozwiązanie. A co do poważniejszych akcentów i marvela, to nie mogę się tutaj do końca zgodzić. To prawda wszyscy wychwalają Zimowego żołnierza, ale to jest film do bólu sztampowy. Jednostka wobec złemu systemowi - tego w pop kulturze widzieliśmy już wielokrotnie. W latach siedemdziesiątych byłoby to w kulturze amerykańskie nowum, ale po Nixonie, wojnie w Wietnamie amerykańska kultura straciła swoją pierwotną niewinność. Filmy Marvela nie są bardziej poważne w bardziej ciekawej i mniej eksplorowanej dziedzinie - jak tacy superbohaterowie zmieniliby świat. W filmach Marvela świat jest taki sam jak nasz. Są superbohaterowie i odpowiadający im ich super przeciwnicy, ale ich obecność w żaden sposób nie wpłynęła na ludzkie zachowania. Pierwsza lepsza kwestia - pojawienie się Thora - prawdziwego boga z dawnej mitologii (oczywiście Thor marvela to nie Thor z sag, to jednak nie jest w tym miejscu najistotniejsze). Nie wpływa to na ludzkość, poza zabawno-marvelowskim dialogiem z kapitanem Ameryką przypominającym niewinność dawnej amerykańskiej kultury (reakcja kpt. Ameryki na nazwanie Thora bogiem) nic to w świecie nie zmienia. Zdecydowanie ten watek jest dużo lepiej wybrzmiały w nienajlepszym BvS. Snyder próbował poprowadzić widza w tą stronę (nie ważne, że nieudolnie, stylizacja Supermana na Chrystusa jest zbyt dosłowna) Russo nawet nie próbowali.

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.