Drzwi, czyli „Gra o tron”, sezon 6, odcinek 5


Za nami kolejny solidny odcinek „Gry o tron”, znowu z symbolicznym tytułem, w których tak się rozmiłowali nasi drodzy twórcy. Są w nim drzwi materialne, rzeczywiste, takie jak wrota Czarnego Zamku, które Jon przekracza, by stawić czoło swojej przyszłości poza Nocną Strażą. Są też drzwi metaforyczne, drzwi do przeszłości, drzwi prowadzące wprost do bolesnych wspomnień. Są nawet jedne drzwi, których nigdy nie należało otwierać.


Tekst zawiera spoilery dotyczące fabuły odcinka.

Za pierwszymi drzwiami, gdzieś w przysypanym śniegiem Mole’s Town, Sansa zmusza Littlefingera do przyznania się do błędu. Błędu – dodajmy – niewybaczalnego, bo jak to możliwe, żeby mistrz gry o tron nie docenił nieznajomego i niechcący wydał podopieczną za potwora? Sansa wydaje się podobnego zdania. Znów jest silną, zdeterminowaną kobietą, która nie boi się wypowiedzieć własnej traumy i... wykorzystać jej do emocjonalnej manipulacji. Jest coś satysfakcjonującego w tym, jak mały wydaje się w tej scenie wcześniej wszechmocny lord Baelish. Niemniej Sansa popełnia błąd: zamiast przywiązać do siebie byłego opiekuna poczuciem winy, każe mu iść w diabły – razem z zastępem rycerzy z Doliny, którzy mogliby pomóc odzyskać Winterfell. To oczywiście decyzja skrzywdzonej i spragnionej odwetu dziewczyny, a nie trzeźwo myślącego stratega. Decyzja, która pokazuje, że płomiennowłosa Starkówna wciąż nie jest gotowa samodzielnie rządzić.

Dlatego tak ciekawie zapowiada się jej nieuchronny konflikt z Jonem. Poprzedni odcinek ledwie taki konflikt zarysował, „Drzwi” zaś kładą pod niego solidne fundamenty. Mimo zapewnień o zaufaniu, Sansa nie tylko podważa Jonowe prawo do władania Północą, lecz także okłamuje przyrodniego brata i nie mówi mu o spotkaniu z Littlefingerem. Gryzipiór, prawdę mówiąc, nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Przymierze Jona i Sansy miało ukoić serca fanów spragnionych wspólnej wendetty Starków, tymczasem otworzyło drzwi do kolejnego, potencjalnie bolesnego konfliktu.

fot. HBO / Fanpop [*]
Przez kolejne w odcinku drzwi Arya wraca do świata na zewnątrz Domu Czerni i Bieli, który okazuje się nieco bardziej skomplikowany, niż głosi programowa amoralność Ludzi Bez Twarzy. Gryzipiór bardzo, bardzo, bardzo się cieszy, że twórcy postanowili zaadaptować tę scenę z „Winds of Winter” i nie szczędzili cennego czasu antenowego, by pozwolić jej wybrzmieć. Jesteśmy oto na placu w Braavos, gdzie trzeciorzędni aktorzy przekształcają historię śmierci króla Roberta i Neda Starka w kiczowatą komedię. To, co zapamiętaliśmy jako mroczny dramat, nagle staje się jarmarczną rozrywką, i nie wiem, jak Wy, ale oglądając to ciągnące się w nieskończoność przedstawienie Gryzipiór, czuł naprawdę bolesne zażenowanie. Wnioskując z wyrazu jej twarzy, Arya miała podobne zdanie. No ale gdy chce się być Nikim, nie wolno czepiać się ludzi tylko dlatego, że śmieją się z jakiegoś zamorskiego paniska, więc Arya bierze się do misji zleconej przez Ludzi Bez Twarzy. Tyle że przygotowując się do otrucia aktorki grającej rolę Cersei (!), zaczyna mieć wątpliwości. Czy na pewno warto zabić z powodu zazdrości jakiejś podrzędnej komediantki? Oj, nie będzie Arya miała łatwo w szeregach Ludzi Bez Twarzy, jeśli zdecyduje się zostać. Jeśli zaś odejdzie, będzie miała jeszcze trudniej – twórcy bardzo sprytnie podbili stawkę, sugerując, że porażka Aryi oznaczać będzie jej śmierć.

fot. HBO / Fanpop [*]
Mimo nieobecności tytułowego rekwizytu, „Drzwi” to także ważny odcinek dla Yary i Theona. Udajemy się na z dawna zapowiadany wiec, który… nie wygląda niestety tak epicko, jak powinien. Przypadkowy skrawek trawiastej ziemi i nieliczna zbieranina obdartusów, domagających się odwetu na północnych lordach, wypadają blado i śmiesznie. Gdzie się podziali ci brutalni wojownicy z Żelaznych Wysp, których opisuje w książce GRRM? Oczywiście można się domyślać, że twórcy celowo podkreślili całą tę nędzę, by uwiarygodnić wybór takiego, a nie innego władcy. Ostatecznie historia nie raz i nie dwa udowodniła, że wystarczy zręcznie zagrać na poczuciu krzywdy, by ludzie padli na kolana przed szaleńcem i mordercą (który zresztą sam przyznał się do zabicia brata). To tyle, jeśli chodzi o westeroską demokrację. Szczęśliwie scenę, która naprawdę mocno ucierpiała na braku rozmachu, uratował Theon. Były Fetor powoli odzyskuje odwagę i nawet stawia czoło pogardzie ludu, dzięki czemu przysparza poparcia siostrze. Ciekawie będzie obserwować, dokąd zabiorą twórcy tę parę bohaterów. Oby jak najdalej od Eurona, który oczywiście rozkazał ich zabić, ledwie wykaszlał z płuc łaskę Utopionego Boga, która spłynęła (ech) na niego podczas rytuału koronacji.

Krótko o Daenerys, ser Jorahu i najbardziej niezręcznym pożegnaniu w historii Essos. Gryzipiór naprawdę rozumie, że pisanie scenariusza dla takiej liczby bohaterów musi być trudne i fajnie od czasu do czasu kogoś wyeliminować, ale… bez przesady, panowie? Toż nawet – a może szczególnie – Matka Smoków nie powinna wysyłać zarażonego szarą łuszczycą przyjaciela na poszukiwanie lekarstwa w dalekich krainach, gdy jako królowa ma do dyspozycji nie tylko miejscowych lekarzy, lecz także środki, by sprowadzić najlepszych medyków z drugiego końca świata. Co gorsza, nie tylko Dany ubyło w tym odcinku szarych komórek. Panujące w Essos upały nie służą też Tyrionowi, który otworzył drzwi do władzy czerwonej kapłance, zapomniawszy najwyraźniej, że istnieją sprzymierzeńcy groźniejsi od wrogów.

fot. HBO / Fanpop [*]
Istnieją w Westeros również drzwi, które na zawsze powinny zostać zamknięte. To drzwi do przeszłości, które Bran uchylał coraz bardziej, aż... stracił nad nimi kontrolę. Kontrolę stracili również twórcy serialu, bo choć scena ucieczki przed Nocnym Królem godna jest wysokobudżetowego filmu, pełno w niej nielogiczności. Ale po kolei. Najpierw wędrujący po dalekiej przeszłości Bran staje się świadkiem rytuału, w którym Dzieci Lasu zmieniają człowieka w Innego. To rzuca światło na pochodzenie Białych Wędrowców i tłumaczy ich antypatyczną naturę – nic dziwnego, że nie lubią ludzi, skoro zostali stworzeni do walki z nimi. Zwróćcie uwagę na ten sam krajobraz, który pojawia się dwa razy: najpierw jako zielona arkadia, a później jako Kraina Wiecznej Zimy. To znaczy, że Północ nie zawsze była skuta lodem, a obecnie władająca nią zima ma magiczną proweniencję. Kto lub co wypędziło z niej wszelkie życie? Tego na razie nie wiemy, ale wiele wskazuje na to, że z jakiegoś powodu Biali Wędrowcy zwrócili się przeciwko swoim twórcom. I że bardzo, bardzo nie lubią Brana.

Spoiler: po tym, co się za chwilę zdarzy, Wy też nie będziecie lubili Brana.

Bran, oczywiście, robi to, co na czekaliśmy od początku sezonu: wykorzystuje chwilę nieuwagi Trójokiej Wrony i samodzielnie udaje się w podróż w minione czasy. Skutki są gorzej niż opłakane. Nocny Król naznacza Brana i nagle uzyskuje dostęp do jaskini Trójokiej Wrony. Jak to dokładnie działa – tego niestety nikt nie chce wyjaśnić. Wiadomo jedynie, że trzeba uciekać, więc… Bran udaje się na wycieczkę w przeszłość, aby popatrzeć na nastoletniego Neda Starka. Wiecie, gdzieś tu musi być głęboki sens, tylko Gryzipiór nie może go znaleźć. Później niestety jest niewiele lepiej. Owszem, scenę ogląda się przednio, ale głównie dzięki temu, że tak wiele pracy i pieniędzy przeznaczono na jej oprawę graficzną. Narracyjnie to w każdym calu stereotypowa scena ucieczki, w której kolejni sympatyczni drugo- i trzecioplanowi bohaterowie heroicznie się poświęcają, by zyskać cenny czas dla pary głównych bohaterów. Ginie więc Lato (o którego istnieniu wszyscyśmy chyba zapomnieli), giną Dzieci Lasu, ginie Trójoka Wrona. W tle zaś rozrabiają zombie, które dwoją się i troją, by przerazić widza, ale ile to czasu minęło, od kiedy przestały na nas robić wrażenie hordy groteskowych ożywieńców? Naprawdę Gryzipiór czułby więcej emocji, gdyby przez podziemne tunele, cicho i w aurze nieuchronności, ścigał Brana jeden tylko Nocny Król.

fot. HBO / Fanpop [*]
Ginie też Hodor, a wraz z nim złudzenia, jakie widz żywił w stosunku do Brana. Spanikowany olbrzym nie chce pomóc w walce z Innymi, więc Bran przejmuje nad nim kontrolę, naginając nieco reguły czasoprzestrzeni. I rozkazuje: hold the door, ho-dor, trzymaj drzwi. No więc Hodor dzielnie trzyma rzeczone drzwi, podczas gdy sfora zombie rozrywa go na strzępy. Ta scena jest mocna nie tylko wizualnie, lecz także psychologicznie. Znowu w walce o przetrwanie ginie ten najbardziej bezbronny. Ten, kto nie potrafi się obronić ani przed wrogami, ani przed zdradą przyjaciół. Oczywiście decyzja o poświęceniu Hodora ma dużo sensu – to Bran jest obdarzonym mocą wybrańcem, więc musi przeżyć, podczas gdy sympatyczny, lecz pozbawiony znaczenia olbrzym może zginąć. Niemniej to, jak Bran z zimną krwią i za pomocą czarów zmusza Hodora – wykorzystując jego bezbronność – do poświęcenia się jest… odrażające?

Choć, po prawdzie, nie wiemy, na ile Bran był świadom tego, co się wokół niego działo podczas ucieczki, skoro umysłem wciąż przebywał w przeszłości (dlaczego?). Nie wiemy też, jaką rolę w całej tej hecy odegrała Trójoka Wrona, która beznamiętnym głosem doradziła Branowi, by ten przejął kontrolę nad Hodorem jeszcze podczas transu (ponownie: dlaczego?). Zważywszy, że w książce, by zyskać moc, Bran został prawdopodobnie zmuszony do aktu kanibalizmu, Gryzipiór nie zdziwiłby się, gdyby ta scena miała jeszcze jedną warstwę. Czas pokaże!

  • Reżyseria: Jack Bender
  • Scenariusz: David Benioff & D.B. Weiss
  • Produkcja: HBO
  • Premiera: 22 maja 2016
  1. Co do powięcenia słabego (Hodor jest podwójną ofiarą Brana, raz traci w przeszłości rozum, a dwa życie w teraźniejszości) to ta scena jest bardzo ludzka. W ksiażkach i serialu, w którym pokazuje się prawdziwszą twarz wojny poświęcanie tego kto jest najsłabszy jest jak najbardziej uzasadnione i fabularnie ciekawe. Co więcej Bran przebywających w przeszłości ma pełną świadomość, że poświęca Hodora i jest winny jego umysłowego kalectwa. To była jedna z mocniejszych scen w serialu

    OdpowiedzUsuń
  2. Z góry przepraszam, ale będą dwa posty. Byłby jeden, gdyby nie ograniczenie HTMLa
    Jako recydywistyczny nieczytelnik tych części sagi, które następują po "Nawałnicy mieczy" (a zatem człowiek wielce nieświadomy, jeśli chodzi o fabularne rozwiązania pochodzenia książkowego), i jednocześnie miłośnik zaprzątania sobie głowy dylematami w stylu "Jak właściwie działa magia w tym świecie?", jestem mocno zbity z tropu po tym odcinku i usilnie próbuję wydumać jak właściwie działa magia w tym świecie.
    Nic odkrywczego nie zdradzę stwierdzeniem, że jest to prawdziwy kocioł z gulaszem, a twórcy serialu niczego nie ułatwiają. Mamy więc żaroodporną UberFrau (Daenerys), rozmaitych techników-magików (kapłani Czerwonego i Czarownica z Pierwszego Sezonu) i potencjalne ofiary braci Winchesterów (Dzieci Lasu i Białych Wędrowców). Resztę pominę, żeby gulaszu nie było zbyt wiele do przełknięcia.
    Pierwsze pytanie: czy ich magia ma jakiś system paliwowy? W przypadku Daenerys wydaje się nie mieć - jedyne, co ta okazjonalnie objawiająca się żaroodporność zużywa, to ciuchy i włosy (w książce). Czasami Dothraków, ale bez nich też działa. A więc, magia w przypadku tej postaci działa niemal bez kosztów i zawsze - nieważne, czy to ogień smoczy czy zwyczajny. Być może praprapradziadek Thargaryen wpadł kiedyś do kociołka z magicznym wywarem i tak im jakoś to weszło w krew.
    U techników-magików sprawa się zdecydowanie komplikuje. Mogą robić cuda na życzenie - i to jakie! Wskrzeszanie i robienie morderczych cieni to w większości gier czasy wysokiej klasy, które żrą manę kilogramami, a w serialu o niej ani słowa. Nawet się jakoś bardzo nie spocą przy tych rytuałach, co najwyżej odrobinę zestarzeją. Ktoś tam co prawda do czasu głośno krzyczał o królewskiej krwi, jak to ona wspaniale problemy rozwiązuje i boga cieszy, ale najwyraźniej też nie jest koniecznie potrzebna.
    Czarownica z Pierwszego Sezonu prezentuje się w tym zestawieniu najsolidniej i najrozsądniej. Dajcie jej ofiary z konia i nienarodzonego dziecka, to będą ratujące życie czary. Dwa bardzo wyraziste symbole, których znaczenie i powaga wręcz krzyczy i tupie, w dodatku mające oczywisty związek z oczekiwanym rezultatem rytuału. W końcu coś, co wpasowuje się w dewizę Mr. Golda ("Magic always comes with a price!")... załatwione już w pierwszym sezonie. Good job, George.
    No dobra, Biali Wędrowcy też są dosyć sensowni. To trochę takie wesołe licze, typowe zimne dranie - odporne na wszystko oprócz ognia (czysty żywioł i symbol oczyszczenia) i obsydianu (w zasadnie taki mix żywiołów ognia i ziemi, skała wulkaniczna przecie). Z natury magiczne i mające bonusy do nekromancji. Wypadałoby jeszcze, żeby co możniejsi kapłani mogli ich egzorcyzmami powstrzymywać... a nie, przecież coś takiego było, te ochronne bariery na jaskini człowieka-enta... pardon, Trójokiej Wrony. A więc w przypadku Białych Wędrowców nie mam wiele do zarzucenia, może poza ich rozmachem w ożywianiu trupów. I jeszcze tym, jak powstały, ale z tego będę rozliczał Dzieci Lasu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dobre pytania! Nie wiem, czy podejmuję się rogryźć, jak działa magia w serialu - samym twórcom wystarcza chyba, że w ogóle działa, dzięki czemu gdy Dany nie wie, co robić, zawsze może puścić wszystko z dymem.

      Sam GRRM używa magii raczej oszczędnie. W książce mamy tylko dwa jej rodzaje. Pierwsza wymaga owego systemu paliwowego, a jedynym dotychczas nam znanym jest ludzkie życie. Tak władają magią obie powieściowe czerwone kapłanki: ta, która "pomaga" Dany w pierwszym tomie, oraz Melisandre, która później pali jednego dzikiego, by zaczarować drugiego. Tu działa zasada, że za magię trzeba płacić, że życie może być ocalone jedynie kosztem innego życia. Podobne czary stosuje czerwony kapłan Thoros wobec C. i przywódcy Bractwa Bez Chorągwi i wówczas ceną okazuje się utrata części siebie przez owe postaci. Wracają do życia, ale odmienione, mniej ludzkie, w przerażający sposób zafiksowane na zemście.
      Jeśli zaś chodzi o cień, który zamordował Renly'ego, to można podejrzewać, że Melisandre "kupiła" go za cenę życia nienarodzonego dziecka, które za pomocą siły woli przekształciła w takiego sobie morderczego ducha. Aczkolwiek to tylko moje spekulacje; książka tego nie potwierdza.

      Drugi rodzaj magii to właściwie nie magia, lecz cud - coś, co zaprzecza regułom świata i dlatego może (powinno) się zdarzyć tylko raz. Cudu dokonuje Dany, gdy wychodzi żywa ze stosu pogrzebowego khala Drogo. Stawia ją to w tradycyjnej dla fantasy roli Wybrańca obdarzonego potężną a ukrytą mocą, z którym to tropem GRRM niecnie sobie potem pogrywa. Według mnie nigdzie w książce nie pojawia się sugestia, że Targaryenowie są z zasady odporni na ogień. Sama Dany wydaje się rzeczywiście dobrze znosić wysokie temperatury (kąpie się w bardzo gorącej wodzie), lecz to akurat można tłumaczyć genetyką - jej ród jeszcze w czasach Valyrii ujeżdżał smoki, więc mógł pewną odporność osiągnąć.

      Jest jeszcze "magia" sztuczek, iluzji, zwykłego kuglarstwa. To te wszystkie halucynogenne i łatwopalne proszki, które skrywa w rękawach szat Melisandre. Podobnie może działać "zakładanie" obcych twarzy przez mieszkańców Domu Czerni i Bieli. W obu wypadkach GRRM podkreśla moc sugestii: jeśli ludzie spodziewają się coś zobaczyć, najpewniej to właśnie zobaczą, mimo że w rzeczywistości jest to czymś zupełnie innym. Co więcej, ludzie często skłonni są uwierzyć w działanie magii, nawet jeśli w rzeczywistości działa jedynie przypadek (to casus trzech pijawek z królewską krwią, które miały pomóc Stannisowi pozbyć się rywali do tronu).

      No, i są Biali Wędrowcy. Na razie niewyjaśnieni. Mnie najbardziej podoba się teoria, w myśl której są oni, jak żywiołaki, częścią nieposkromionej natury, która przychodzi i odchodzi wraz z zimą. Zima determinuje też ich "charakter": okrutny, pozbawiony uczuć, spragniony ofiary z ludzi.

      Usuń
    2. Primo: przepraszam, za spóźnienie. Wiem, że już kilka dni od posta minęło i refleks szachisty jest w blogosferze takim samym faux pas jak i w naszym życiu szarawym.
      Secundo: chcę polemizować z poglądem pt. "wadą jest, że magia jest niejasna".
      Bo to magia, nie fizyka. Popełnię kolejne już faux pas i odeślę do własnego posta: http://marginopis.blogspot.com/2014/07/deus-est-machina.html To takie bardzo współczesne - potraktować magię jako gałąź fizyki. Nie powiem,że czuję się komfortowo błądząc w domysłach, jak to magia jest u GRRM jest zorganizowana. Ale może właśnie on jej nie organizował. On przywoływał te podstawowe odczucia, które leżały u źródeł magicznych zachowań: niepewność zasad rządzących światem, niepewność skuteczności naszych działań, czy tych wynikających z zachowań racjonalnych, czy też z zachowań rytualnych, magicznych. To uchwycenie tej atmosfery zwątpienia i niepewności, to jedna z większych zalet całej sagi (zastrzegam, że znam tylko książkę).
      Pozdrawiam,

      Usuń
    3. Ależ nie przepraszaj! Mam teraz alibi dla własnego wrodzonego refleksu szachisty ;) Ja też nie sądzę, by wadą magii była jej niejasność. Ja nawet nie lubię, gdy autor traktuje magię jak fizykę, i na przykład skomplikowane systemy magiczne Brandona Sandersona denerwują mnie niezmiernie. Myślę jednak, że jakaś organizacja magii być musi. Nie oczekuję, by była wprost wyłożona w tekście - taki zabieg często zabija "magię" fantasy. Musi się jednak dać wywnioskować z tekstu podstawowe możliwości i ograniczenia magii.
      Myślę, że GRRM organizuje swoją magię, tyle że robi to bardzo subtelnie. Przede wszystkim dba o to, by czytelnik czuł się w obliczu magii podobnie jak bohaterowie, którzy żyją przecież w świecie, w którym od stu lat nie widziano smoków, o prawdziwych czarownikach nie wspominając. Dlatego ta magia jest taka, jak piszesz. Groźna, nieobliczalna i obca. Co nie znaczy, że nie rządzą nią żadne reguły. Weźmy moc czerwonych kapłanów (życie za życie, iluzje podparte siłą sugestii). Nie wiemy dokładnie, jak ta magia działa, lecz wiemy, że działa zgodnie z jakimiś zasadami, które w tekście pozostają spójne. Gdyby GRRM przydawał i odejmował tej magii mocy według własnego widzimisię, gdyby nie ustanowił zupełnie żadnych reguł - to zabiłoby w powieści napięcie, bo przecież skoro magia może wszystko, można nią uzasadnić każde, najgłupsze i najmniej prawdopodobne wydarzenie. Coś takiego zrobiono niedawno w serialu.
      Oczywiście to nie znaczy, że u GRRM-a nie ma miejsca na rozmyślnie wprowadzone cudy (niespalona Dany) i magię, która jest zupełnie nie do pojęcia. Przykładem Biali Wędrowcy, którzy - przynajmniej na razie - są tak obcy, że zupełnie nie wiadomo, skąd przyszli, jak powstali i czego chcą. Ich pojawienie się zdaje się rozbijać reguły powieściowego świata, przez co budzą taką grozę. To bardziej postacie z horroru niż z fantasy - i GRRM, jestem pewna, skonstruował ich w ten sposób celowo.

      Usuń
  3. Ciąg dalszy:
    No właśnie. Dzieciaki - inaczej ich nazywać nie wypada. Niby takie bystre i potężne, a srogi bicz na siebie ukręciły. Zupełnie jak w tym dowcipie: człowiek zgubił się w lesie i drze się wniebogłosy "Pomocy!". Przychodzi niedźwiedź i pyta "Czemu się tak wydzierasz?", na co człowiek odpowiada "Zgubiłem się i miałem nadzieję, że ktoś mnie usłyszy i mi pomoże". Na co niedźwiedź odpowiada "Ja cię usłyszałem. I co, pomogło ci?".
    Ale wracając do ich magii - najwidoczniej Dzieciaki potrafią robić różne bioinżynieryjne cuda przy pomocy jedynie kawałków czarnego szkliwa. Żadnego większego hokus-pokus, pentagramów ani żmudnych praktyk w szpitalu czy kostnicy. No i te kieszonkowe fireballe, nie wiadomo z czego zmontowane. To aż się dobija o jakieś słowo wyjaśnienia, jak to działa - ale nie, scenarzyści okazali się nieodrodnymi synami Martina i radośnie rozgromili wszystkie znane nam Dzieci Lasu i Wronę. No i kto ma teraz wyjaśnić? Bran?
    Może błądzę i przegapiam coś wielce ważnego, ale dla mnie magia w tym serialu jest totalnie nieusystematyzowana i pozbawiona praw, o ograniczeniach nie wspominając. To niekoniecznie jest minus - wszak może to być po prostu wszechobecna i nieokiełznana siła, esencja dla cudów i mirabiliów, co jest zupełnie okej i błogosławię... ale jest to też niebezpieczne wyjście dla światów uporządkowanych high fantasy, bo kusi wprowadzaniem łatwych rozwiązań bez potrzeby sensownego ich wyjaśniania. Z czego najwyraźniej pędzenie deadline'ami twórcy serialu nie wahali się skorzystać, naprędce wymyślając genezę i sposób powstania Białych Wędrowców. Naprawdę, czy rozwiązanie typu "obsydianowa kosa w żebro i jedziesz tych okropnych ludzi" kogokolwiek satysfakcjonuje?
    A tak poza tym, to sezon całkiem przyzwoity.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, że serial mocno pokpił sprawę magii, w tym i Dzieci Lasu, które na razie otrzymały nieproporcjonalnie mało czasu ekranowego w stosunku do roli, jaką odegrały w konflikcie. Moim zdaniem magię Dzieciaków da się od biedy zaakceptować (nie: wyjaśnić), bo Bran, a my z nim, widzi jedynie ostatnią część rytuału przemiany w Innego. Może być, że wcześniej było jakieś większe hokus-pokus, były pentagramy czy żmudne praktyki w kostnicy. Chciałabym, żeby scenarzyści zdradzili więcej szczegółów, acz solidne wyjaśnienie pewnie może wyjść jedynie od GRRM-a.

      Dla mnie najbardziej palący jest problem Jona. W fandomie długo krążyła teoria, zgodnie z którą za wskrzeszenie Jona miał zapłacić życiem Duch. Duch nie zapłacił, więc według reguł świata Jon powinien stracić dużą część siebie (jak lord Beric). Na razie serial nie pokazał nam jakiejś znaczącej zmiany, ale ma na to jeszcze kilka odcinków.

      Myślę, że bardzo trafne jest Twoje porównanie magii u GRRM-a do wszechobecnej i nieokiełznanej siły. Dodałabym, że siła ta jest także przerażająca i niepojęta, co sprawia, że obcowanie z nią przypomina trochę obcowanie z numinosum według Rudolfa Otto. Emanacją takiej siły są Biali Wędrowcy, lecz zwykli ludzie zasadniczo nie są w stanie z niej skorzystać - mogą jedynie ją naśladować za pomocą proszków czy sztucznych twarzy. Przypuszczam, że dlatego, że jest tak potężna i obca, GRRM korzysta z niej dość rzadko, żeby nie wpaść w pułapkę, o której piszesz. Pułapkę, które nie ustrzegli się niestety twórcy serialu, przynajmniej w wątku Dany.

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.