Dom, czyli „Gra o tron”, sezon 6, odcinek 2


W poprzednim tygodniu „Kobieta w czerwieni” domknęła wątki z piątego sezonu „Gry o tron”. Dziś „Dom” otworzył nowe rozdanie. Rytm wyznaczają w nim Wielkie Powroty – dawno niewidzianych bohaterów i konfliktów, o których część widzów zdążyła pewnie zapomnieć. Szczęśliwie twórcy w skrócie przypominają wszystko, co konieczne, aby zrozumieć, co się dzieje. A dzieje się sporo. Podróż w przeszłość zapowiada odkrycie rodzinnej tajemnicy, giną królowie i namiestnicy, a na końcu wychodzi na jaw Najgorzej Strzeżony Sekret Świata.


Tekst zawiera spoilery dotyczące fabuły odcinka.

Najpierw wraca Bran, który przespał cały poprzedni sezon, a teraz poznaje przeszłość dzięki Trójokiej Wronie. Na ekranie szczęśliwe Winterfell sprzed trzydziestu lat, a także – pierwszy i pewnie nie ostatni raz – zadziorna Lyanna Stark, starsza siostra Neda. Oho, pomyślał Gryzipiór. Chyba rzeczywiście poznamy w tym sezonie największą tajemnicę rebelii Roberta Baratheona, tę dotyczącą wydarzeń w Wieży Radości. To dobrze, że twórcy pokazali najpierw odrobinę rodzinnej sielanki – ekranowa tragedia zawsze angażuje mocniej, gdy wiemy, co stracili bohaterowie. Niespodziewanie Ned woła Hodora, który w tym wspomnieniu ma na imię Wyllis i potrafi mówić. Ciekawe, że losom stajennego poświęcono w tej scenie nawet więcej uwagi niż Lyannie. Czyżby Hodor wiedział coś, co pomoże Branowi dotrzeć do prawdy? Chciałoby się zobaczyć więcej, ale nie, Trójoka Wrona smęci i każe wracać, gdyż „pod wodą jest pięknie, zostań tam, a utoniesz”. Bran, zdaje się, nie miałby nic przeciwko temu – nawet otoczone aurą rodzinnej tragedii Winterfell jest lepsze od mroźnego pustkowia, na którym utknął z Meerą, Hodorem i czymś, co uciekło z gotyckiej garden party, a co miało być pewnie Dziecięciem Lasu.

fot. HBO / Fanpop [*]
Do kolejnego wielkiego – to odpowiednie słowo – powrotu dochodzi w Królewskiej Przystani, gdzie twórcy mozolnie stawiają fundamenty pod proces Cersei. Okazuje się, że mieszkańcy stolicy nie zapomnieli o karze, jaką wymierzył ich królowej Wielki Wróbel. Choć dla własnego dobra powinni. Przekonuje się o tym podchmielony delikwent, którego fantazje o nagiej królowej docierają do uszu podejrzanie wielkiego i milczącego gwardzisty. Powiódł się widać eksperyment maestera Qyburna, dzięki któremu Góra Znów Jeździ i broni czci królowej. Okazuje się jednak, że istnieją problemy, przed którymi nie ocali Cersei nawet gigantyczny zombie. Na przykład słabość jej syna. Dowiadujemy się, że Tommen zabronił matce opuszczać Czerwoną Twierdzę w obawie przed wróblami, które mogłyby znów uwięzić ją w lochach septu. Co ma swoje zalety, bo Jaime może wreszcie pogadać z synem w cztery oczy. No, w sześć, wliczając obłędnie błękitne źrenice wymalowane na kamykach zakrywających oczy Myrcelli (ukłon w stronę fanowskiej teorii, zgodnie z którą Jon lada chwila powstanie jako Inny). Nie jest to bardzo efektowna sekwencja, ale mówi coś ważnego o bohaterach, szczególnie o Tommenie, który coraz bardziej pragnie okazać siłę. Co powinno niepokoić, zwłaszcza że na przewodniczkę wybrał Cersei – prawdopodobnie najmniej odpowiednią do tej roli osobę na świecie. Ponadto kolejny raz przypomniano nam, że moc wróbli tkwi w ich liczbie i anonimowości, i że z takim zagrożeniem wielcy lordowie nie uporają się za pomocą gróźb, łapówek i politycznych obietnic.

Ostatni – i najefektowniejszy – jest powrót rodu Greyjoyów, do których nie zaglądaliśmy od drugiego sezonu. Do tej pory Gryzipiór nie potrafił wzbudzić w sobie entuzjazmu do ekranizacji wiecu na Żelaznych Wyspach. Jednak widząc starannie zaaranżowaną scenę morderstwa Balona Greyjoya w deszczu, wysoko nad wzburzonym morzem, poczuł coś na kształt nadziei. No i ten Euron, który pojawił się dosłownie znikąd. Gryzipiór nie tak sobie wyobrażał szaleńca, który kazał wyciąć języki całej swojej załodze – powinien być bardziej niepokojący, a mniej podobny do swojskiego zbója – niemniej podobało mu się, że przemawiał on słowami z książki. „Nie kpię z Utopionego Boga. Jestem Utopionym Bogiem. Ktokolwiek widzi moje żagle, zaczyna się modlić”. Mocne wejście. Co więcej, na główną bohaterkę tego wątku zapowiada się postać, której potencjału twórcy dotychczas nie wykorzystali. Zmyślna Yara już przysięgła zemstę mordercy ojca, choć każdy rozsądny człowiek uznałby upadek ze śliskiego mostu za nieszczęśliwy wypadek. Pytanie brzmi: jak zmieni się podział sił – oraz uwagi twórców – kiedy na Żelazne Wyspy powróci Theon, który zdecydował się opuścić Sansę?

fot. HBO / Fanpop [*]
Jak wiadomo, odcinek „Gry o tron” bez szokującej śmierci jest odcinkiem straconym. Tym razem padło na Roose’a Boltona, jego żonę i nowo narodzonego syna. Można się spierać, czy Ramsay postąpił racjonalnie, eliminując konkurencję z takim wyprzedzeniem i pozbywając się ojca obdarzonego doskonałą polityczną intuicją. Prawdopodobnie nie, ale z drugiej strony – od kiedy to Ramsay zachowuje się racjonalnie? Przez cały piąty sezon obserwowaliśmy, jak narasta napięcie między nim a lordem Boltonem. Ojcobójstwo to wiarygodne, choć może zbyt oczywiste rozwiązanie tego konfliktu. Naturalnie Gryzipiór wolałby, by Roose – skądinąd ciekawy bohater – zginął w bardziej znaczący sposób, niemniej jego śmierć otworzyła Ramsayowi drogę do posady największego Złego tego sezonu. Zagrana też była wyśmienicie. Gryzipiór wie, że już pisał, ale napisze znowu: ten Ramsay o lekko niepewnym głosie i drżących dłoniach, którymi usiłuje zetrzeć ze sztyletu krew ojca, to Ramsay o niebo ciekawszy niż w książce. Choć niebo raczej nie chciałoby mieć z nim nic wspólnego – nie po tym, jak rzucił psom na pożarcie macochę z niemowlęciem.

Nie jest to jednak najbardziej kontrowersyjna scena w odcinku. Ten tytuł przysługuje odwiedzinom Tyriona u pozostałych dwóch smoków Daenerys, dzięki którym odżyła stara fanowska teoria o targaryeńskiej krwi Krasnala. Czy serial ją potwierdzi? Gryzipiór wątpi. Sam Tyrion wyjaśnił przecież, że smoki zaakceptowały go, bo są diabelnie inteligentne i potrafią odróżnić przyjaciela od wroga. Problem z tą sceną jest inny. Oto kolejny raz twórcy serialu odebrali smokom sporo grozy i dzikości, dla odmiany upodabniając je do ludzi. Tymczasem smoki GRRM-a to nie pradawna rasa o wyższej duchowości ani tym bardziej luksusowy środek transportu (jak widzieliśmy w „Tańcu ze smokami”). To dzikie, nieobliczalne i przerażające bestie, których kontrolować nie potrafi nawet Daenerys, Matka Smoków. Ich „odbaśniowienie” zgodne jest z obrazem okrutnego, pozbawionego złudzeń świata Westeros, w którym magia stanowi zagrożenie – albo wymaga ofiary, na którą nie każdego stać.

Jeśli zaś mowa o magii…

Dwa odcinki – tyle czasu zajął Jonowi powrót do świata żywych. Wiele mieliśmy pomysłów na to, w jaki sposób twórcy to rozegrają, jednak nikt chyba nie przypuszczał, że scenę skradnie dla siebie Melisandre. Otulona futrem po tym, jak opuścił ją żar wiary, zmęczona i pełna wątpliwości kapłanka nie chce słyszeć o tym, do czego namawia ją ser Davos. W końcu zgadza się pomóc, lecz nie jako wysłanniczka Pana Światła, ale jako „kobieta, która udowodniła, że cuda istnieją”. Rytuał, który następnie odprawia nad zszarzałym ciałem Jona, zdaje się ciągnąć w nieskończoność. Krew, włosy rzucane w płomienie, recytacja w tajemnym języku – niby wszystko to znamy, a wrażenie nadal robi. Naturalnie za każdym razem, gdy kamera pokazywała zamknięte oczy Jona (a robiła to bardzo wiele razy), Gryzipiór zastanawiał się, czy to już. Ostatecznie jednak zapamiętał Melisandre: jej zmagania z niewiarą pod czujnym okiem Nocnej Straży, jej daremne próby odnalezienia pewności, jej gniew. No, i to wypowiedziane szeptem „Proszę”, dzięki któremu nigdy się nie dowiemy, czy Jon powrócił z martwych dzięki bożej łasce, czy starannie odprawionemu rytuałowi.

fot. HBO / Fanpop [*]
Melisandre zachwyciła. Reszta? Trudno powiedzieć. Gryzipiór chętnie by zapytał Davosa, co sprawiło, że zwrócił się o pomoc do czerwonej kapłanki, skoro wcześniej nie był – delikatnie mówiąc – entuzjastą czarów. Chętniej jeszcze Gryzipiór obejrzałby następny odcinek, by przekonać się, w jakim stanie Jon wrócił do świata żywych. Wiecie. Ulubione przez autorów fantasy ożywianie bohaterów jest może widowiskowe, ale w niewłaściwych rękach może łatwo zniszczyć opowieść. Sam GRRM powiedział, że postać, która umarła, nie powinna wrócić między żywych nieodmieniona. Kodeks Dobrych Praktyk Fantasy nakazuje zaś, by każdy cud miał swoją cenę, a autor nie ożywiał bohaterów na prawo i lewo tylko dlatego, że ma do dyspozycji magię. Do ostatniej chwili Gryzipiór miał nadzieję, że ceną za życie Jona będzie życie Ducha. Jednak gdy wilkor otworzył oczy,  opadły go wątpliwości, czy aby twórcy nie obrali zbyt prostej ścieżki. Kto więc zapłaci za powrót Jona? Miejmy nadzieję, że nie logika.

  • Reżyseria: Jeremy Podeswa
  • Scenariusz: Dave Hill
  • Produkcja: HBO
  • Premiera: 1 maja 2016

Brak komentarzy

Obsługiwane przez usługę Blogger.